Mięta, Warszawa 2024.
Stypa
Spotkania rodzinne to dość częsty motyw wykorzystywany przez twórców powieści kryminalnych o posmaku obyczajowym – lub komedii kryminalnych. I Marta Kisiel nie jest tu odosobniona, też z pretekstu – zbliżającego się Bożego Narodzenia – wychodzi do kryminalnej historii z uwielbianą przez czytelników Tereską Trawną. Tereska po raz trzeci powraca, jak zwykle z właściwą sobie energią i komizmem – i będzie cieszyć nie tylko przeciwników rodzinnych zlotów. Uziemiona w starym domu razem z synem, Maciejką oraz dawno niewidzianymi krewnymi wie, że święta będą tym razem inne niż wszystkie. Śmierć babuni wszystko komplikuje: ale to tylko wstęp do dalszych niezaplanowanych atrakcji. W domu pojawiają się przedstawiciele kilku pokoleń: Tereska ma okazję odnowić kontakt z kuzynami, których dawno nie widziała, młodzież zajmuje się sobą. Wśród domowników i przybyłych toczy się przedziwna gra – nie wiadomo o jaką stawkę. Bohaterowie najwyraźniej rywalizują ze sobą, dzieje się coś, czego Tereska nie rozumie i czego bez dostępu do kasztanków zrozumieć nie może. Tymczasem jednak zablokowała sobie nie tylko dostęp do kasztanków, ale i do odzieży. Kontuzja uniemożliwia jej prowadzenie samochodu i wyrwanie się z miejsca przerażającego. Trzeba będzie zatem znosić nie tylko krewnych z ich mocnymi charakterami, ale też wszelkiego rodzaju tradycje, z których generalne porządki to tylko preludium do późniejszych wyzwań. Święta mają swoje prawa, podobnie jak żałoba. Ale wszystko zaczyna się zmieniać z chwilą, gdy w domu wydarza się seria nieszczęśliwych wypadków. Tego nawet przedświąteczna gorączka nie wytłumaczy. A przecież trzeba podjąć jakieś działania, żeby nie przerzedzić rodzinnej społeczności jeszcze przed nadejściem Wigilii.
Tereska Trawna nieoczekiwanie wpada w wir wydarzeń, których śmierć babuni (zamiast planowanych urodzin) nie zapowiadała. Nie zamierza angażować się w sprawy rodzinne, na spadek nikt nie ma co liczyć, a do tego zachowania niektórych pozostawiają wiele do życzenia – cóż z tego, skoro chwilowo niemobilna bohaterka liznęła już trochę specyfiki śledztw. Z tego nie da się tak łatwo wydostać: Tereska słynie z niekonwencjonalnego działania, a tym razem wyobraźnia i fantazja potrzebna do realizacji szalonych pomysłów mogą się bardzo przydać. Bohaterka próbuje zatem zrozumieć, co dziwnego dzieje się w domu, a przy okazji rozgryźć zagadkę nierównego podziału dóbr między pociechy. Niby nic: w końcu nikt z domowników nie umiera z przyczyn innych niż naturalne, nikt nie doznaje trwałego uszczerbku na zdrowiu, co najwyżej na honorze. A jednak zagadki się mnożą, pojawia się coraz więcej niewiadomych w ramach jednej tylko rodziny. Ale najbardziej przekonuje do lektury komizm charakterów. Tutaj bez przerwy dzieje się coś zabawnego, jeśli nie w ramach samej akcji to w wypowiedziach i relacjach między bohaterami. Marta Kisiel decyduje się na stworzenie galerii postaci zabawnych już w samym założeniu, a następnie wysyła ich na konfrontację. To komediowy samograj, tu nie da się nudzić ani przez chwilę. I chociaż w tle mają być święta, świąteczna atmosfera to ostatnie, na czym autorce zależy (jedynie przy podsycaniu konfliktów między postaciami przydaje się zestaw schematów do przełamywania). Dzieje się tutaj dużo i szybko, pełno jest niespodzianek i dowcipów doskonałej jakości. Autorka nie boi się śmiechu i wie, jak go wywoływać bez wpadania w śmieszność. Kto tęsknił za Tereską Trawną, teraz może się dobrze bawić. A przy okazji autorka powie parę ważnych (choć gorzkich) prawd o rodzinnych spotkaniach i przyzwyczajeniach. Można się w tej książce przeglądać, a można po prostu śmiać się do łez przy kolejnych stronach.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Kisiel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Kisiel. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 stycznia 2025
wtorek, 7 grudnia 2021
Marta Kisiel: Małe Licho i babskie sprawki
Wilga, Warszawa 2021.
Bąbelek
Bożydar Antoni Jekiełłek po wakacjach wraca do szkoły. Tym razem ma już dobrych kumpli, którzy w pełni akceptują jego dziwność: i to, że Bożek nie jest do końca i wyłącznie człowiekiem, że przez jego dom przewijają się przedziwne stwory z wierzeń i legend, a przede wszystkim – z zaświatów. Może i chłopcy nie wyznają sobie uczuć, ale jeśli się rozumieją i akceptują wzajemnie swoje słabości – już jest nieźle. Bożek idzie zatem na lekcje z nadzieją. Tyle tylko, że nowy nauczyciel matematyki zachowuje się dziwnie – przerabia bohatera na gluta. Przynajmniej tak wydaje się wrażliwemu Bożkowi. Chłopiec niezbyt chce dzielić się swoimi obawami z mamą – wie, że ta najchętniej zamknęłaby go w domu. Sam próbuje zmierzyć się z wszechogarniającym mrokiem. W końcu z paru opresji wyszedł już cało. Teraz może znowu udowodnić swoją wartość – a przy okazji zapewnić sobie i kumplom wielką przygodę. Chłopięcy świat uzupełnia teraz Zmyłka, nowa dziewczynka w klasie. Zmyłka nie jest taka jak inne dzieci, błyskawicznie wpasowuje się w świat Bożydara. Da się lubić, a do tego ma niekonwencjonalne pomysły. Ze Zmyłką można konie kraść. Bożek wprawdzie nie docenia na razie faktu, że interesuje się nim przedstawicielka płci pięknej – jednak jego ojciec, glut i zapalony romantyk oraz wpatrzony w poetów niestrudzony wojownik o miłość, nie daje mu spokoju. Po raz pierwszy naprawdę objawia się konflikt pokoleń: ojciec śledzi Bożka, podsłuchuje jego rozmowy i bez przerwy namawia do zgłębienia znajomości ze Zmyłką. Robi się nieznośny ze swoimi westchnieniami, z recytowaniem poezji po kątach i ze wścibstwem. Nie rozumie niestosowności swoich zachowań i tego, że Bożek potrzebuje już trochę prywatności. Nic dziwnego, że bohater zaczyna się buntować. I tak Bożek – sam przeciwko światu (a właściwie: z kolegami i Zmyłką przeciwko groźnemu nauczycielowi) rusza na kolejną misję.
Marta Kisiel bawi się świetnie, organizując przestrzeń domową. Część domowników ma już przypisane swoje stałe role: Krakers swoimi mackami przyrządza liczne pyszności, którymi częstuje wszystkie dzieci, Tsadkiel pilnuje porządku, Licho kicha, wuj stara się uciekać od chaosu, ale w razie czego służy pomocą. Do tego barwnego grona dołączają jeszcze krasnoludki, które mieszkają w szufladach starej szafki katalogowej i zastanawiają się nad tym, czy można sikać do mleka. Wszystko okraszone jest ogromną dawką humoru – i to takiego, który spodoba się dzieciom oraz dorosłym. Marta Kisiel bez przerwy rozśmiesza, proponuje czytelnikom ważne prawdy oprawione w fantazję – łatwiej jej wytłumaczyć sprawy fundamentalne. „Małe Licho i babskie sprawki” to już czwarta część bestsellerowej serii – i dalej nie nudzi autorka odbiorców. Funduje im za to podróż w świat wyobraźni – bez trzymanki i bez taryfy ulgowej. Tu może się wydarzyć wszystko, a granice między życiem i śmiercią zostają zatarte. Bardzo dobra historia w odpowiedniej oprawie - o tym, że czasami trzeba wyjść z bąbelka, czyli porzucić swoją strefę komfortu.
Bąbelek
Bożydar Antoni Jekiełłek po wakacjach wraca do szkoły. Tym razem ma już dobrych kumpli, którzy w pełni akceptują jego dziwność: i to, że Bożek nie jest do końca i wyłącznie człowiekiem, że przez jego dom przewijają się przedziwne stwory z wierzeń i legend, a przede wszystkim – z zaświatów. Może i chłopcy nie wyznają sobie uczuć, ale jeśli się rozumieją i akceptują wzajemnie swoje słabości – już jest nieźle. Bożek idzie zatem na lekcje z nadzieją. Tyle tylko, że nowy nauczyciel matematyki zachowuje się dziwnie – przerabia bohatera na gluta. Przynajmniej tak wydaje się wrażliwemu Bożkowi. Chłopiec niezbyt chce dzielić się swoimi obawami z mamą – wie, że ta najchętniej zamknęłaby go w domu. Sam próbuje zmierzyć się z wszechogarniającym mrokiem. W końcu z paru opresji wyszedł już cało. Teraz może znowu udowodnić swoją wartość – a przy okazji zapewnić sobie i kumplom wielką przygodę. Chłopięcy świat uzupełnia teraz Zmyłka, nowa dziewczynka w klasie. Zmyłka nie jest taka jak inne dzieci, błyskawicznie wpasowuje się w świat Bożydara. Da się lubić, a do tego ma niekonwencjonalne pomysły. Ze Zmyłką można konie kraść. Bożek wprawdzie nie docenia na razie faktu, że interesuje się nim przedstawicielka płci pięknej – jednak jego ojciec, glut i zapalony romantyk oraz wpatrzony w poetów niestrudzony wojownik o miłość, nie daje mu spokoju. Po raz pierwszy naprawdę objawia się konflikt pokoleń: ojciec śledzi Bożka, podsłuchuje jego rozmowy i bez przerwy namawia do zgłębienia znajomości ze Zmyłką. Robi się nieznośny ze swoimi westchnieniami, z recytowaniem poezji po kątach i ze wścibstwem. Nie rozumie niestosowności swoich zachowań i tego, że Bożek potrzebuje już trochę prywatności. Nic dziwnego, że bohater zaczyna się buntować. I tak Bożek – sam przeciwko światu (a właściwie: z kolegami i Zmyłką przeciwko groźnemu nauczycielowi) rusza na kolejną misję.
Marta Kisiel bawi się świetnie, organizując przestrzeń domową. Część domowników ma już przypisane swoje stałe role: Krakers swoimi mackami przyrządza liczne pyszności, którymi częstuje wszystkie dzieci, Tsadkiel pilnuje porządku, Licho kicha, wuj stara się uciekać od chaosu, ale w razie czego służy pomocą. Do tego barwnego grona dołączają jeszcze krasnoludki, które mieszkają w szufladach starej szafki katalogowej i zastanawiają się nad tym, czy można sikać do mleka. Wszystko okraszone jest ogromną dawką humoru – i to takiego, który spodoba się dzieciom oraz dorosłym. Marta Kisiel bez przerwy rozśmiesza, proponuje czytelnikom ważne prawdy oprawione w fantazję – łatwiej jej wytłumaczyć sprawy fundamentalne. „Małe Licho i babskie sprawki” to już czwarta część bestsellerowej serii – i dalej nie nudzi autorka odbiorców. Funduje im za to podróż w świat wyobraźni – bez trzymanki i bez taryfy ulgowej. Tu może się wydarzyć wszystko, a granice między życiem i śmiercią zostają zatarte. Bardzo dobra historia w odpowiedniej oprawie - o tym, że czasami trzeba wyjść z bąbelka, czyli porzucić swoją strefę komfortu.
sobota, 25 września 2021
Marta Kisiel: Efekt pandy. Komedia kryminalna
W.A.B., Warszawa 2021.
Śledztwo bez zwłoki
Tereska Trawna razem z własną matką, teściową oraz córką jedzie do spa. To oznacza, że czytelnicy tęskniący za oazą spokoju - Andrzejkiem - nie będą mieli zbyt wielu powodów do radości. Przynajmniej nie w "Efekcie pandy". Babski wypad relaksacyjny szybko zamienia się jednak w prawdziwe wyzwanie. Wszystko przez buca, który żąda zamiany pokoju i do szewskiej pasji doprowadza panie. Buc ma jasno sprecyzowane poglądy na temat kobiet (i nie tylko), nic dziwnego, że Tereska Trawna zastanawia się, jak wytrzymuje z nim jego żona. Żona, która w pewnym momencie znika. "Efekt pandy" to szalona i żywiołowa opowieść o kolejnej przygodzie bohaterki, która zawładnęła nie tylko wyobraźnią autorki, ale także odbiorców.
Po raz drugi Marta Kisiel proponuje wyraziste charaktery. U każdej z czterech bohaterek stosunek do życia objawia się inaczej - ale bardzo barwnie. Autorka indywidualizuje język postaci, bawi się nieprzejrzystymi wywodami, chce, żeby z racji językowych nawyków można było wciągnąć się w akcję. Samo śledztwo obfituje w zupełnie zwariowane wydarzenia: nawet gdyby Marta Kisiel chciała je przedstawiać zwyczajnie, zyskałaby uwagę czytelników. Jednak dzięki narracji nie pozwala oderwać się od lektury. Dominuje tu śmiech. Żadna z kobiet prezentowanych w opowieści nie zamierza w niczym się ograniczać. Wiedzą, jak dopiąć swego i co zrobić, żeby zrealizować każdy pomysł. Zaangażowane w poszukiwania zaginionej Żiżi, nie stronią też jednak od przyjemności: w końcu są w spa i muszą wykorzystać każdą chwilę tu spędzoną. Nie wpadają w schematy, Marta Kisiel bez przerwy zaskakuje czytelników i podsuwa im zestaw silnych przeżyć. "Efekt pandy" na pewno nie rozczaruje. Nie rozczaruje fanów komedii kryminalnych - bo jest tu wesoło i z detektywistyczną zagadką do rozwiązania - ale i fanów powieści obyczajowych, w których dba się o oryginalne scenariusze. Od czasu do czasu autorka może delikatnie skomentować sytuację pozaliteracką, która budzi odruchowy sprzeciw: wplata jednak sygnały spoza książki subtelnie i w sposób, który nie przyspieszy procesu starzenia się historii. Jest "Efekt pandy" doskonałą rozrywkową relacją - wypełnioną świetnymi pomysłami zarówno w sferze kreacji postaci, jak i w rozwoju fabuły.
Najważniejszym elementem tej powieści staje się dowcip. U Marty Kisiel to zarówno humor słowny jak i sytuacyjny, autorka wypracowuje wiele przestrzeni, w których sprawdzi się idealnie ironiczny dystans. W tej powieści bardzo cieszy zestaw nieoczekiwanych atrakcji, ale też satyryczne zacięcie autorki, która bardzo dba o to, żeby nikt się przy czytaniu nie nudził. Dynamiczna opowieść jest znakomicie wyważona: niczego tu nie brakuje, elementy kryminału i adrenalina mieszają się z dowcipem wysokiej próby. "Efekt pandy" to spa z przymrużeniem oka - jako trampolina do amatorskiego śledztwa. Ta lektura to wymarzony sposób na relaks, Marcie Kisiel można zaufać - przejście do nowego gatunku zaowocowało nie tylko ciekawymi opowieściami, ale i bohaterką, która na długo zapisze się w pamięci czytelników.
Śledztwo bez zwłoki
Tereska Trawna razem z własną matką, teściową oraz córką jedzie do spa. To oznacza, że czytelnicy tęskniący za oazą spokoju - Andrzejkiem - nie będą mieli zbyt wielu powodów do radości. Przynajmniej nie w "Efekcie pandy". Babski wypad relaksacyjny szybko zamienia się jednak w prawdziwe wyzwanie. Wszystko przez buca, który żąda zamiany pokoju i do szewskiej pasji doprowadza panie. Buc ma jasno sprecyzowane poglądy na temat kobiet (i nie tylko), nic dziwnego, że Tereska Trawna zastanawia się, jak wytrzymuje z nim jego żona. Żona, która w pewnym momencie znika. "Efekt pandy" to szalona i żywiołowa opowieść o kolejnej przygodzie bohaterki, która zawładnęła nie tylko wyobraźnią autorki, ale także odbiorców.
Po raz drugi Marta Kisiel proponuje wyraziste charaktery. U każdej z czterech bohaterek stosunek do życia objawia się inaczej - ale bardzo barwnie. Autorka indywidualizuje język postaci, bawi się nieprzejrzystymi wywodami, chce, żeby z racji językowych nawyków można było wciągnąć się w akcję. Samo śledztwo obfituje w zupełnie zwariowane wydarzenia: nawet gdyby Marta Kisiel chciała je przedstawiać zwyczajnie, zyskałaby uwagę czytelników. Jednak dzięki narracji nie pozwala oderwać się od lektury. Dominuje tu śmiech. Żadna z kobiet prezentowanych w opowieści nie zamierza w niczym się ograniczać. Wiedzą, jak dopiąć swego i co zrobić, żeby zrealizować każdy pomysł. Zaangażowane w poszukiwania zaginionej Żiżi, nie stronią też jednak od przyjemności: w końcu są w spa i muszą wykorzystać każdą chwilę tu spędzoną. Nie wpadają w schematy, Marta Kisiel bez przerwy zaskakuje czytelników i podsuwa im zestaw silnych przeżyć. "Efekt pandy" na pewno nie rozczaruje. Nie rozczaruje fanów komedii kryminalnych - bo jest tu wesoło i z detektywistyczną zagadką do rozwiązania - ale i fanów powieści obyczajowych, w których dba się o oryginalne scenariusze. Od czasu do czasu autorka może delikatnie skomentować sytuację pozaliteracką, która budzi odruchowy sprzeciw: wplata jednak sygnały spoza książki subtelnie i w sposób, który nie przyspieszy procesu starzenia się historii. Jest "Efekt pandy" doskonałą rozrywkową relacją - wypełnioną świetnymi pomysłami zarówno w sferze kreacji postaci, jak i w rozwoju fabuły.
Najważniejszym elementem tej powieści staje się dowcip. U Marty Kisiel to zarówno humor słowny jak i sytuacyjny, autorka wypracowuje wiele przestrzeni, w których sprawdzi się idealnie ironiczny dystans. W tej powieści bardzo cieszy zestaw nieoczekiwanych atrakcji, ale też satyryczne zacięcie autorki, która bardzo dba o to, żeby nikt się przy czytaniu nie nudził. Dynamiczna opowieść jest znakomicie wyważona: niczego tu nie brakuje, elementy kryminału i adrenalina mieszają się z dowcipem wysokiej próby. "Efekt pandy" to spa z przymrużeniem oka - jako trampolina do amatorskiego śledztwa. Ta lektura to wymarzony sposób na relaks, Marcie Kisiel można zaufać - przejście do nowego gatunku zaowocowało nie tylko ciekawymi opowieściami, ale i bohaterką, która na długo zapisze się w pamięci czytelników.
piątek, 22 stycznia 2021
Marta Kisiel: Dywan z wkładką
W.A.B., Warszawa 2021.
Wiejska sielanka
Chociaż panuje moda na bieganie, Tereska Trawna uprawiać joggingu nie zamierzała. Szczęśliwa ze swoimi nadprogramowymi kilogramami, spełniona żona i matka, najchętniej spędzałaby czas na obliczaniu podatków (i zabierając dwunastoletniemu synowi router, bo z niewiadomych przyczyn zasięgu w całym domu nie dało się uzyskać). Jednak rodzinę odwiedza matka Andrzeja, Mira. Odwiedza i zaprowadza własne porządki, a konkretnie - zamierza przekonać synową, że bieganie jest fantastyczne. Tereska nie lubi konfliktów, więc poddaje się presji. Jednak podczas przebieżki wydarza się coś, co sprawia, że teściowa i synowa będą spędzać ze sobą znacznie więcej czasu i znacznie lepiej niż do tej pory się dogadywać. Ku lekkiemu zaniepokojeniu ze strony Andrzeja, nieprzypadkowo wybierającego na miejsce zamieszkania tereny dość od codzienności matki odległe.
"Dywan z wkładką" Marty Kisiel to powieść, którą najlepiej byłoby przepisać każdemu jako rewelacyjne lekarstwo na chandrę. Autorka sięga po komedię kryminalną i sprawdza się w tym gatunku idealnie, aż chce się przekonać wszystkich wokół, żeby odłożyli to, co właśnie dla rozrywki czytają i sięgnęli po "Dywan z wkładką" dla ogromnej dawki śmiechu. Kryminalnie dzieje się tu niezbyt wiele: ot, pojawiają się tajemnicze zwłoki zawinięte w dywan, który do niedawna leżał sobie zapomniany w kącie nowego garażu Trawnych (i przez ów dywan nie można już faktu zignorować). Ktoś w małej społeczności może okazać się mordercą i warto byłoby rozwiązać zagadkę choćby dla komfortu dalszego mieszkania w spokojnej pozornie okolicy. Tereska Trawna nie ma pewności, czy w zbrodnię nie jest zamieszany jej małżonek, dlatego też podąża za teściową i próbuje znaleźć argumenty przemawiające za niewinnością Andrzeja. Z kolei dzieci Tereski - przesadnie przedsiębiorcza i mocno chłonąca wszelkie ideologie Zoja oraz fajtłapowaty Maciejka - śledzą mamę i ukochaną babunię, bojąc się, że planują one z jakiegoś powodu pozbyć się głowy rodziny. Wywołuje to oczywiście sporo zamieszania, a i komplikacji na tle obyczajowym. Ważną rolę odgrywa tu również Pindzia, ukochany pies Trawnych, a dodatkowy kontrapunkt zapewnia jej szpak spod powały. Gadający, żeby było ciekawiej.
Satyra w wykonaniu Marty Kisiel objawia się bardzo celnymi portretami, karykaturami z dobrotliwym brzmieniem - i umiejętnością prowadzenia humorystycznych opisów. Jednoczesny dystans i pobłażliwość wobec postaci to wyznaczniki tej książki. Może się tu zdarzyć wszystko, a autorka wszystko wyśmieje - ale nigdy z poczuciem wyższości. Trawnych lubi się od pierwszych słów powieści, a kolejne rozwiązania w dziedzinie kryminalnego śledztwa czy obyczajowości oznaczają wybuchy śmiechu czytelników. Marta Kisiel idzie w ślady Joanny Chmielewskiej, dobrze wsłuchuje się w jej frazy - ale tworzy własną wersję powieści rozrywkowej. Trudno uwierzyć, że w gatunku komedii kryminalnej debiutuje - jest bardzo przekonująca w kreowaniu postaci oraz w samej intrydze. "Dywan z wkładką" to książka, którą czyta się z przyjemnością i wśród ciągłych chichotów, choćby tylko dla prześmiewczych opisów. Jest to książka, która powinna stać się lekturą obowiązkową - jest bowiem niezawodnym poprawiaczem humoru, lepszym niż rekomendowane przez Tereskę Trawną kasztanki. I chyba po takiej propozycji wydawniczej Marcie Kisiel ciężko będzie wrócić do fantastyki. Czytelnicy będą się domagać kolejnych komedii kryminalnych w takim stylu jak "Dywan z wkładką". A może ktoś przy okazji zacznie biegać.
Wiejska sielanka
Chociaż panuje moda na bieganie, Tereska Trawna uprawiać joggingu nie zamierzała. Szczęśliwa ze swoimi nadprogramowymi kilogramami, spełniona żona i matka, najchętniej spędzałaby czas na obliczaniu podatków (i zabierając dwunastoletniemu synowi router, bo z niewiadomych przyczyn zasięgu w całym domu nie dało się uzyskać). Jednak rodzinę odwiedza matka Andrzeja, Mira. Odwiedza i zaprowadza własne porządki, a konkretnie - zamierza przekonać synową, że bieganie jest fantastyczne. Tereska nie lubi konfliktów, więc poddaje się presji. Jednak podczas przebieżki wydarza się coś, co sprawia, że teściowa i synowa będą spędzać ze sobą znacznie więcej czasu i znacznie lepiej niż do tej pory się dogadywać. Ku lekkiemu zaniepokojeniu ze strony Andrzeja, nieprzypadkowo wybierającego na miejsce zamieszkania tereny dość od codzienności matki odległe.
"Dywan z wkładką" Marty Kisiel to powieść, którą najlepiej byłoby przepisać każdemu jako rewelacyjne lekarstwo na chandrę. Autorka sięga po komedię kryminalną i sprawdza się w tym gatunku idealnie, aż chce się przekonać wszystkich wokół, żeby odłożyli to, co właśnie dla rozrywki czytają i sięgnęli po "Dywan z wkładką" dla ogromnej dawki śmiechu. Kryminalnie dzieje się tu niezbyt wiele: ot, pojawiają się tajemnicze zwłoki zawinięte w dywan, który do niedawna leżał sobie zapomniany w kącie nowego garażu Trawnych (i przez ów dywan nie można już faktu zignorować). Ktoś w małej społeczności może okazać się mordercą i warto byłoby rozwiązać zagadkę choćby dla komfortu dalszego mieszkania w spokojnej pozornie okolicy. Tereska Trawna nie ma pewności, czy w zbrodnię nie jest zamieszany jej małżonek, dlatego też podąża za teściową i próbuje znaleźć argumenty przemawiające za niewinnością Andrzeja. Z kolei dzieci Tereski - przesadnie przedsiębiorcza i mocno chłonąca wszelkie ideologie Zoja oraz fajtłapowaty Maciejka - śledzą mamę i ukochaną babunię, bojąc się, że planują one z jakiegoś powodu pozbyć się głowy rodziny. Wywołuje to oczywiście sporo zamieszania, a i komplikacji na tle obyczajowym. Ważną rolę odgrywa tu również Pindzia, ukochany pies Trawnych, a dodatkowy kontrapunkt zapewnia jej szpak spod powały. Gadający, żeby było ciekawiej.
Satyra w wykonaniu Marty Kisiel objawia się bardzo celnymi portretami, karykaturami z dobrotliwym brzmieniem - i umiejętnością prowadzenia humorystycznych opisów. Jednoczesny dystans i pobłażliwość wobec postaci to wyznaczniki tej książki. Może się tu zdarzyć wszystko, a autorka wszystko wyśmieje - ale nigdy z poczuciem wyższości. Trawnych lubi się od pierwszych słów powieści, a kolejne rozwiązania w dziedzinie kryminalnego śledztwa czy obyczajowości oznaczają wybuchy śmiechu czytelników. Marta Kisiel idzie w ślady Joanny Chmielewskiej, dobrze wsłuchuje się w jej frazy - ale tworzy własną wersję powieści rozrywkowej. Trudno uwierzyć, że w gatunku komedii kryminalnej debiutuje - jest bardzo przekonująca w kreowaniu postaci oraz w samej intrydze. "Dywan z wkładką" to książka, którą czyta się z przyjemnością i wśród ciągłych chichotów, choćby tylko dla prześmiewczych opisów. Jest to książka, która powinna stać się lekturą obowiązkową - jest bowiem niezawodnym poprawiaczem humoru, lepszym niż rekomendowane przez Tereskę Trawną kasztanki. I chyba po takiej propozycji wydawniczej Marcie Kisiel ciężko będzie wrócić do fantastyki. Czytelnicy będą się domagać kolejnych komedii kryminalnych w takim stylu jak "Dywan z wkładką". A może ktoś przy okazji zacznie biegać.
piątek, 11 września 2020
Marta Kisiel: Małe Licho i lato z diabłem
Wilga, Warszawa 2020.
Wakacje
Ludzie widzą tylko to, co chcą zobaczyć. Jeśli o czymś wiedzieć nie chcą, odpowiednio zinterpretują nawet najbardziej oczywiste dane. Nie uwierzą nawet w to, czego byli świadkami. I to szansa dla Ody oraz jej zaczarowanej gromadki z Bazylem na czele. Trzecia część przygód Bożydara Antoniego Jekiełłka to kolejna porcja śmiechu. Marta Kisiel tym razem wysyła chłopca na czas wakacji do ciotki Ody – czyli posługuje się znów zabiegiem znanym z poprzedniej części. Jednak tym razem sporo się zmieni. Po pierwsze – z Bożkiem na wakacje udaje się Małe Licho, wiecznie zakatarzone i zawsze wołające „alleluja”. Chłopiec nie chce rozczarować przyjaciela i prosi o zgodę na wspólny wyjazd. Po drugie – i to już mniej miła dla Bożka niespodzianka – w najbliższym otoczeniu pojawia się Witek, największy wróg bohatera serii. Witek jest złośliwy, niedobry i irytujący, nie da się z nim zaprzyjaźnić, nie da się nawet znosić jego obecności – na dłuższą metę. Bożek chce o tym komuś powiedzieć, tylko że nikt nie zamierza przyjmować jego argumentów: dorośli nawet insynuują, że prawda może leżeć pośrodku i Witek też nie musi mieć ochoty na towarzystwo rozkapryszonego i zamkniętego w sobie rówieśnika. Bożek nieprzyzwyczajony do krytyki, nie ma wyjścia: musi przynajmniej spróbować nawiązać porozumienie z kolegą, choćby po to, żeby przekonać się, że ma rację. A poza tym dlatego, że ciotka Oda zgodziła się zajmować czasem również Witkiem, żeby odciążyć trochę jego babcię. Witek oczywiście nie dostrzega w Bazylu wysłannika piekieł, uważa, że to zwykła koza (Bazyl podtrzymuje ten mit, bo czasami meczy, przynajmniej – kiedy sobie przypomni, że powinien). Małe Licho dla Witka to z kolei dziwny dzieciak, jeszcze jeden autsajder, któremu nie warto poświęcać uwagi. I tylko Bożek wie już, że jeśli we framugach pojawiają się żelazne gwoździe, a ciotka przestrzega, żeby pod żadnym pozorem nie wybierać się samotnie do jakiejś części lasu, to trzeba jej słuchać. Witek zamierza postępować po swojemu i pakuje się w tarapaty.
„Małe Licho i lato z diabłem” to tomik, który pokazuje, że Marta Kisiel kipi od pomysłów i chce najmłodszych zachęcić do czytania przede wszystkim niebanalnym humorem (może przez to sprawić, że również dorośli przyłączą się do lektury). Umiejętne łączenie sfery zaświatów z codziennością dziecka sprawia, że ta autorka trafi do szerokiego grona czytelników. Przecież niezależnie od tego, że w otoczeniu Bożka mnóstwo jest dziwnych stworów rodem z legend i podań czy ludowych wierzeń, niezależnie od tego, że aby przetrwać, trzeba staczać walki z siłami zła, prawdziwą wartością staje się przemycana informacja o relacjach z rówieśnikami. Bożek, kreowany do tej pory na ideał, w konfrontacji z innym dzieckiem może się przekonać, że wiele mu do tego ideału brakuje. Popełnia błędy jak każdy maluch i czasami wydaje krzywdzące opinie, które nijak się mają do stanu faktycznego. Marta Kisiel wprowadza czytelników do świata, w którym wychowawcze uwagi zgrabnie przemycone zostały w perspektywie wielkich przygód – i to, co oferuje w trzeciej już lekturze najmłodszym, mocno zapadnie im w pamięć. A Małe Licho i Bazyl będą bez przerwy rozśmieszać, tak dla równowagi.
Wakacje
Ludzie widzą tylko to, co chcą zobaczyć. Jeśli o czymś wiedzieć nie chcą, odpowiednio zinterpretują nawet najbardziej oczywiste dane. Nie uwierzą nawet w to, czego byli świadkami. I to szansa dla Ody oraz jej zaczarowanej gromadki z Bazylem na czele. Trzecia część przygód Bożydara Antoniego Jekiełłka to kolejna porcja śmiechu. Marta Kisiel tym razem wysyła chłopca na czas wakacji do ciotki Ody – czyli posługuje się znów zabiegiem znanym z poprzedniej części. Jednak tym razem sporo się zmieni. Po pierwsze – z Bożkiem na wakacje udaje się Małe Licho, wiecznie zakatarzone i zawsze wołające „alleluja”. Chłopiec nie chce rozczarować przyjaciela i prosi o zgodę na wspólny wyjazd. Po drugie – i to już mniej miła dla Bożka niespodzianka – w najbliższym otoczeniu pojawia się Witek, największy wróg bohatera serii. Witek jest złośliwy, niedobry i irytujący, nie da się z nim zaprzyjaźnić, nie da się nawet znosić jego obecności – na dłuższą metę. Bożek chce o tym komuś powiedzieć, tylko że nikt nie zamierza przyjmować jego argumentów: dorośli nawet insynuują, że prawda może leżeć pośrodku i Witek też nie musi mieć ochoty na towarzystwo rozkapryszonego i zamkniętego w sobie rówieśnika. Bożek nieprzyzwyczajony do krytyki, nie ma wyjścia: musi przynajmniej spróbować nawiązać porozumienie z kolegą, choćby po to, żeby przekonać się, że ma rację. A poza tym dlatego, że ciotka Oda zgodziła się zajmować czasem również Witkiem, żeby odciążyć trochę jego babcię. Witek oczywiście nie dostrzega w Bazylu wysłannika piekieł, uważa, że to zwykła koza (Bazyl podtrzymuje ten mit, bo czasami meczy, przynajmniej – kiedy sobie przypomni, że powinien). Małe Licho dla Witka to z kolei dziwny dzieciak, jeszcze jeden autsajder, któremu nie warto poświęcać uwagi. I tylko Bożek wie już, że jeśli we framugach pojawiają się żelazne gwoździe, a ciotka przestrzega, żeby pod żadnym pozorem nie wybierać się samotnie do jakiejś części lasu, to trzeba jej słuchać. Witek zamierza postępować po swojemu i pakuje się w tarapaty.
„Małe Licho i lato z diabłem” to tomik, który pokazuje, że Marta Kisiel kipi od pomysłów i chce najmłodszych zachęcić do czytania przede wszystkim niebanalnym humorem (może przez to sprawić, że również dorośli przyłączą się do lektury). Umiejętne łączenie sfery zaświatów z codziennością dziecka sprawia, że ta autorka trafi do szerokiego grona czytelników. Przecież niezależnie od tego, że w otoczeniu Bożka mnóstwo jest dziwnych stworów rodem z legend i podań czy ludowych wierzeń, niezależnie od tego, że aby przetrwać, trzeba staczać walki z siłami zła, prawdziwą wartością staje się przemycana informacja o relacjach z rówieśnikami. Bożek, kreowany do tej pory na ideał, w konfrontacji z innym dzieckiem może się przekonać, że wiele mu do tego ideału brakuje. Popełnia błędy jak każdy maluch i czasami wydaje krzywdzące opinie, które nijak się mają do stanu faktycznego. Marta Kisiel wprowadza czytelników do świata, w którym wychowawcze uwagi zgrabnie przemycone zostały w perspektywie wielkich przygód – i to, co oferuje w trzeciej już lekturze najmłodszym, mocno zapadnie im w pamięć. A Małe Licho i Bazyl będą bez przerwy rozśmieszać, tak dla równowagi.
środa, 4 marca 2020
Marta Kisiel: Płacz
Foksal, Warszawa 2020.
Ciemność
Trzecią część „wrocławskiego” cyklu Marta Kisiel wyrzuca w Góry Sowie: z jednej strony zachęca czytelników do odwiedzenia pięknych okolic i do sprawdzania lokalnych legend, z drugiej – sięga po mroczną historię. Jak zwykle potrzebuje wizji zła przenikającego między innymi zaświaty, żeby zintensyfikować dylematy bohaterów. Z trzech mojr pozostała jeszcze Matylda Bolesna, dziarska staruszka, która nie zlęknie się niczego, byle tylko zrealizować obietnicę daną kiedyś. Salcia i Niedaś (oraz znakomity Roy Keane) schodzą na daleki plan – teraz w akcji wybija się Dżusi z narzeczonym. Bohaterowie mają do wypełnienia ważną misję: muszą ocalić Eleonorę, siostrę Dżusi – Eleonora wybrała się w podróż w przeszłość, jako psychopomp nie ma z tym zresztą żadnego problemu – tyle tylko, że nie wraca, a jej cielesna powłoka budzi coraz większy niepokój postronnych. Stopniowo odkrywa się tajemnica ćmy. Ćma karmi się ciałami ludzi, złem i nieszczęściem. Tragedie sięgają głęboko w przeszłość, ale dopiero dzisiaj ćma staje się naprawdę niebezpieczna. Jeśli nikt jej nie powstrzyma, sięgnie po kolejne ofiary i pochłonie je bez wahania.
„Płacz” to dość minorowa w tonie książka Marty Kisiel. Czyta się ją – jak zwykle – z przyjemnością, ale więcej tu rozwiązań budzących ból i lęk, smutnych rozstań czy pożegnań. Nie ma miejsca na beztroskę i na szczęście (nawet jeśli Dżusi ma powody do zadowolenia) – akcja toczy się od jednej katastrofy do drugiej. Wyprawa pod ziemię oznacza szereg komplikacji – także natury towarzyskiej. Marta Kisiel jak zwykle wprowadza bogatą galerię postaci i pozwala im działać – wszystko misternie układa, nie pozostawia nic przypadkowi, wie, dokąd zmierza i pozwala odbiorcom bawić się historią. Bardzo dobrze czuje się autorka wśród istot nie z tego świata, doskonale rozumie mechanizmy rządzące wykreowaną przestrzenią i może wyjaśniać je później czytelnikom, których zaprasza do udziału w wielkiej przygodzie.
W tunelach pod Górami Sowimi podczas wojny zginęły tysiące ludzi. Teraz zagrożeni są najbliżsi bohaterom – osoby, których nie można pozostawić ćmie na pożarcie. Wielka ciemność rośnie w siłę, żywi się cierpieniem i przynosi wyłącznie strach. Eleonora, która jest psychopompem, wie, że nie może zostawić w potrzebie zaginionych pod ziemią. Podobnie jest zresztą z Matyldą Bolesną – ta trzyma się złożonej kiedyś obietnicy, oferta pomocy jest aktualna niezależnie od okoliczności i po tym można poznać prawdziwe oddanie. Tom „Płacz” Marty Kisiel wiąże się z licznymi wyzwaniami ponad siły – na szczęście bohaterowie mogą działać razem, funkcjonować w grupie i dawać sobie wzajemnie wsparcie. Nawet jeśli pojawiają się tu rozmaite niesnaski czy wzajemne pretensje, nawet jeśli podjęcie jednej decyzji obowiązującej wszystkich wydaje się niemożliwe przy silnych charakterach – warto szukać drogi postępowania. Przy okazji Marta Kisiel funduje czytelnikom sporo śmiechu – mniej niż do tej pory, ale podobnej jakości: przekomarzanki bohaterów to idealne miejsce na uruchamianie humoru. „Płacz” to powieść, w której trafią się relacje nie z tego świata, ale również – atrakcyjne dla odbiorców obyczajowe tematy realizowane z pomysłem. Marta Kisiel ucieka od schematów i to zawsze przyczynia jej fanów.
Ciemność
Trzecią część „wrocławskiego” cyklu Marta Kisiel wyrzuca w Góry Sowie: z jednej strony zachęca czytelników do odwiedzenia pięknych okolic i do sprawdzania lokalnych legend, z drugiej – sięga po mroczną historię. Jak zwykle potrzebuje wizji zła przenikającego między innymi zaświaty, żeby zintensyfikować dylematy bohaterów. Z trzech mojr pozostała jeszcze Matylda Bolesna, dziarska staruszka, która nie zlęknie się niczego, byle tylko zrealizować obietnicę daną kiedyś. Salcia i Niedaś (oraz znakomity Roy Keane) schodzą na daleki plan – teraz w akcji wybija się Dżusi z narzeczonym. Bohaterowie mają do wypełnienia ważną misję: muszą ocalić Eleonorę, siostrę Dżusi – Eleonora wybrała się w podróż w przeszłość, jako psychopomp nie ma z tym zresztą żadnego problemu – tyle tylko, że nie wraca, a jej cielesna powłoka budzi coraz większy niepokój postronnych. Stopniowo odkrywa się tajemnica ćmy. Ćma karmi się ciałami ludzi, złem i nieszczęściem. Tragedie sięgają głęboko w przeszłość, ale dopiero dzisiaj ćma staje się naprawdę niebezpieczna. Jeśli nikt jej nie powstrzyma, sięgnie po kolejne ofiary i pochłonie je bez wahania.
„Płacz” to dość minorowa w tonie książka Marty Kisiel. Czyta się ją – jak zwykle – z przyjemnością, ale więcej tu rozwiązań budzących ból i lęk, smutnych rozstań czy pożegnań. Nie ma miejsca na beztroskę i na szczęście (nawet jeśli Dżusi ma powody do zadowolenia) – akcja toczy się od jednej katastrofy do drugiej. Wyprawa pod ziemię oznacza szereg komplikacji – także natury towarzyskiej. Marta Kisiel jak zwykle wprowadza bogatą galerię postaci i pozwala im działać – wszystko misternie układa, nie pozostawia nic przypadkowi, wie, dokąd zmierza i pozwala odbiorcom bawić się historią. Bardzo dobrze czuje się autorka wśród istot nie z tego świata, doskonale rozumie mechanizmy rządzące wykreowaną przestrzenią i może wyjaśniać je później czytelnikom, których zaprasza do udziału w wielkiej przygodzie.
W tunelach pod Górami Sowimi podczas wojny zginęły tysiące ludzi. Teraz zagrożeni są najbliżsi bohaterom – osoby, których nie można pozostawić ćmie na pożarcie. Wielka ciemność rośnie w siłę, żywi się cierpieniem i przynosi wyłącznie strach. Eleonora, która jest psychopompem, wie, że nie może zostawić w potrzebie zaginionych pod ziemią. Podobnie jest zresztą z Matyldą Bolesną – ta trzyma się złożonej kiedyś obietnicy, oferta pomocy jest aktualna niezależnie od okoliczności i po tym można poznać prawdziwe oddanie. Tom „Płacz” Marty Kisiel wiąże się z licznymi wyzwaniami ponad siły – na szczęście bohaterowie mogą działać razem, funkcjonować w grupie i dawać sobie wzajemnie wsparcie. Nawet jeśli pojawiają się tu rozmaite niesnaski czy wzajemne pretensje, nawet jeśli podjęcie jednej decyzji obowiązującej wszystkich wydaje się niemożliwe przy silnych charakterach – warto szukać drogi postępowania. Przy okazji Marta Kisiel funduje czytelnikom sporo śmiechu – mniej niż do tej pory, ale podobnej jakości: przekomarzanki bohaterów to idealne miejsce na uruchamianie humoru. „Płacz” to powieść, w której trafią się relacje nie z tego świata, ale również – atrakcyjne dla odbiorców obyczajowe tematy realizowane z pomysłem. Marta Kisiel ucieka od schematów i to zawsze przyczynia jej fanów.
niedziela, 27 października 2019
Marta Kisiel: Małe Licho i anioł z kamienia
Wilga, Warszawa 2019.
Spór o dobro i zło
Małe Licho jest dobre, miłe i kochane przez wszystkich. Ale w domu Bożka mieszka też inny anioł stróż, ocalony kiedyś, przygarnięty od człowieka, który go nie chciał – Tsadkiel. Tsadkiel to anioł stróż zgorzkniały. Nie umie być sympatyczny, zresztą nawet się o to nie stara – zbyt wielu krzywd doznał i zbyt wiele zadr ma w sercu, żeby zastanawiać się nad empatią albo sensem sprawiania komuś przyjemności. Tsadkiel zwykle narzeka albo torpeduje rozrywkowe plany innych. W domu Bożka można go dość łatwo znieść: tu każdy ma swój kąt i zapewnia aniołowi stróżowi prywatność. Nawet jeśli wokół roi się od istot nadprzyrodzonych, są to istoty oswojone i akceptowane. Ale Tsadkiel jeszcze nie wie, że jego cierpliwość zostanie wystawiona na poważną próbę.
W drugiej powieści o Bożku i Małym Lichu Marta Kisiel rozpoczyna od zagadnienia, które zaintrygować może maluchy zwłaszcza dzisiaj, kiedy coraz bardziej modne jest rezygnowanie z lekcji religii dla pociech. Bożek zastanawia się mianowicie, czy wolno mu obchodzić Boże Narodzenie – i na jakiej podstawie, skoro nie jest to jego wiara. Mądry wujek odwołuje się do pogańskich zwyczajów, przekonując bohatera, że każdy może świętować według własnego uznania – co oznacza już wkrótce gromadne lepienie i ozdabianie pierniczków (zwłaszcza wielomackowe potwory wiodą tu prym, mogą bowiem jednocześnie przygotowywać wielkie ilości smakołyków… które i tak błyskawicznie znikną). Świąteczny klimat na początku pokazuje, jak można wykorzystać schemat w literaturze nie tylko czwartej eksploatowany do granic możliwości. Bo dla Marty Kisiel to okazja do budzenia dobrodusznego śmiechu.
Fabuła dopiero się nakręci, kiedy w domu zapanuje ospa (zachoruje na nią jeden z wujków), mama będzie musiała zająć się Lichem i pozostałymi chorymi, a Bożek wraz z potworem Guciem i Tsadkielem zostanie wysłany na ferie do cioci. I tak samo jak w przypadku szkoły – chłopiec mocno zaprotestuje (chociaż nie ma nic do powiedzenia). Może by pogodził się z sytuacją znacznie szybciej, gdyby wiedział, że ową ciocią jest Oda, wiła mieszkająca w miejscu dawnej Lichotki. Ale na miejscu to Tsadkiel przeżywa największą traumę – jako ten, który nie ma ochoty bratać się z demonami, a nawet czortem (tak, Bazyl też się tu pojawi, więc jeśli dorośli czytelnicy stęsknili się za „gadającą kozą” z wadą wymowy i sarkastycznym poczuciem humoru, mogą bez obaw sięgnąć do dziecięcej powieści Marty Kisiel). Bożek będzie musiał odbyć wielką podróż w zaświaty (to dobra okazja, żeby spotkać Szczęsnego i poezję romantyczną), by ocalić swojego pierwszego poważnego wroga, który w dodatku odwołuje się do prawdziwych wartości i wielkich słów. „Małe Licho i anioł z kamienia” to powieść, która spodoba się i dzieciom, i dorosłym – Marta Kisiel nie tylko rozśmieszy każdego, da też sporo do myślenia. A ponadto proponuje ciekawą fabułę pozbawioną literackich kolein. Tu wszystko dzieje się bardziej. I bardzo dobrze.
Spór o dobro i zło
Małe Licho jest dobre, miłe i kochane przez wszystkich. Ale w domu Bożka mieszka też inny anioł stróż, ocalony kiedyś, przygarnięty od człowieka, który go nie chciał – Tsadkiel. Tsadkiel to anioł stróż zgorzkniały. Nie umie być sympatyczny, zresztą nawet się o to nie stara – zbyt wielu krzywd doznał i zbyt wiele zadr ma w sercu, żeby zastanawiać się nad empatią albo sensem sprawiania komuś przyjemności. Tsadkiel zwykle narzeka albo torpeduje rozrywkowe plany innych. W domu Bożka można go dość łatwo znieść: tu każdy ma swój kąt i zapewnia aniołowi stróżowi prywatność. Nawet jeśli wokół roi się od istot nadprzyrodzonych, są to istoty oswojone i akceptowane. Ale Tsadkiel jeszcze nie wie, że jego cierpliwość zostanie wystawiona na poważną próbę.
W drugiej powieści o Bożku i Małym Lichu Marta Kisiel rozpoczyna od zagadnienia, które zaintrygować może maluchy zwłaszcza dzisiaj, kiedy coraz bardziej modne jest rezygnowanie z lekcji religii dla pociech. Bożek zastanawia się mianowicie, czy wolno mu obchodzić Boże Narodzenie – i na jakiej podstawie, skoro nie jest to jego wiara. Mądry wujek odwołuje się do pogańskich zwyczajów, przekonując bohatera, że każdy może świętować według własnego uznania – co oznacza już wkrótce gromadne lepienie i ozdabianie pierniczków (zwłaszcza wielomackowe potwory wiodą tu prym, mogą bowiem jednocześnie przygotowywać wielkie ilości smakołyków… które i tak błyskawicznie znikną). Świąteczny klimat na początku pokazuje, jak można wykorzystać schemat w literaturze nie tylko czwartej eksploatowany do granic możliwości. Bo dla Marty Kisiel to okazja do budzenia dobrodusznego śmiechu.
Fabuła dopiero się nakręci, kiedy w domu zapanuje ospa (zachoruje na nią jeden z wujków), mama będzie musiała zająć się Lichem i pozostałymi chorymi, a Bożek wraz z potworem Guciem i Tsadkielem zostanie wysłany na ferie do cioci. I tak samo jak w przypadku szkoły – chłopiec mocno zaprotestuje (chociaż nie ma nic do powiedzenia). Może by pogodził się z sytuacją znacznie szybciej, gdyby wiedział, że ową ciocią jest Oda, wiła mieszkająca w miejscu dawnej Lichotki. Ale na miejscu to Tsadkiel przeżywa największą traumę – jako ten, który nie ma ochoty bratać się z demonami, a nawet czortem (tak, Bazyl też się tu pojawi, więc jeśli dorośli czytelnicy stęsknili się za „gadającą kozą” z wadą wymowy i sarkastycznym poczuciem humoru, mogą bez obaw sięgnąć do dziecięcej powieści Marty Kisiel). Bożek będzie musiał odbyć wielką podróż w zaświaty (to dobra okazja, żeby spotkać Szczęsnego i poezję romantyczną), by ocalić swojego pierwszego poważnego wroga, który w dodatku odwołuje się do prawdziwych wartości i wielkich słów. „Małe Licho i anioł z kamienia” to powieść, która spodoba się i dzieciom, i dorosłym – Marta Kisiel nie tylko rozśmieszy każdego, da też sporo do myślenia. A ponadto proponuje ciekawą fabułę pozbawioną literackich kolein. Tu wszystko dzieje się bardziej. I bardzo dobrze.
sobota, 26 października 2019
Marta Kisiel: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Wilga, Warszawa 2018.
Zaświaty z humorem
Niebożątko wyrosło na Bożka, Bożętego, małego (wciąż) chłopca, który mieszka z mamą, wujkiem, aniołem stróżem i całą masą rozmaitych potworów o mniej lub bardziej zwartej konsystencji. W tym domu może i jest dziwnie, ale każdy doskonale zna zakres swoich obowiązków i nie oburza się, kiedy musi przygotować coś dla innych. Każdy też wie, jak łagodzić konflikty i co zrobić, żeby domownikom żyło się przyjemniej: czy ktoś wymyśliłby, że w ciepłych bamboszkach nie można być normalnym chłopcem i że dla dobra szkolnego kolegi Bożętego trzeba wydziergać taki podarunek? Żeby nie było nudno zresztą, spory wybuchają niemal bez przerwy. W zasadzie Bożek żyłby sobie spokojnie i nie widział w swoich doświadczeniach nic dziwnego (może poza tym, że kiedy mówi o swoim ojcu, który zmarł na długo przed jego urodzinami, dorośli stroją niewytłumaczalne miny), gdyby nie to, że czas pójść do szkoły. Bohater, który ma zapewnione wyjątkowo oryginalne towarzystwo, wzbrania się przed takim rozwiązaniem – ale na pomysły starszego pokolenia nie ma rady, wkrótce Bożek usiądzie w szkolnej ławce, a nieodstępujące go dotąd na krok Małe Licho będzie przeżywać gorycz chwilowych rozstań.
I tak Marta Kisiel w pierwszej swojej powieści dla młodych odbiorców wykorzystuje to, za co pokochali ją już dorośli (nawet Lichotka przewija się w tle tej opowieści), a odnosi się do tematu bardzo prostego i logicznego, kiedy prezentować należy historię dla najmłodszych. Motyw szkoły, niedopasowania, niemożliwości dogadania się z kolegami, samotności i wyobcowania w efekcie – to wszystko tu zaistnieje, i to w bardzo barwnej wersji. Bożek trafi nawet w zaświaty, gdzie pozna własnego ojca i zrozumie znaczące uśmieszki wymieniane przez mamę i wujka. Ale będzie też musiał poznać ważną prawdę o wyróżnianiu się z grona rówieśników. Na jego traumy nie ma lepszej rady. Ta historia w pierwszej części jest mocno opisowa – trzeba w końcu scharakteryzować środowisko Bożka, tak, żeby wszyscy odbiorcy zrozumieli, z kim mają do czynienia – i dlaczego bohaterowie nie należą do standardowych czy typowych. Tu autorka nie boi się stagnacji – mimo powolnego rozwijania akcji, bawi się w charakterystyki. Bez przerwy rozśmiesza czytelników, podając im rozmaite szczegóły z zaświatowej codzienności. Kiedy już wszystko stanie się dla odbiorców jasne, a postacie nie będą wywoływać zdumienia, Marta Kisiel przejdzie do szkoły dla Bożka – i do relacji chłopca ze zwyczajnymi rówieśnikami. Ci, siłą rzeczy, nie mogą dorównać zaświatowym przyjaciołom znanym od zawsze. Bożek nie umie sobie poradzić z zastaną sytuacją i wyrusza tak daleko, jak tylko może. Podczas gdy domownicy zajmują się sobą, Bożka powoli zaczyna pochłaniać nicość. To doskonały moment, żeby udowodnić przywiązanie i sens wspólnej egzystencji z gromadą potworów. Jest „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” bardzo udaną pozycją w ramach literatury czwartej – w dodatku z przyjemnymi ilustracjami. Marta Kisiel pokazuje, że poczuciem humoru może w fantastyce zdziałać bardzo dużo – zarówno w tomach dla dzieci, jak i w tych dla dorosłych.
Zaświaty z humorem
Niebożątko wyrosło na Bożka, Bożętego, małego (wciąż) chłopca, który mieszka z mamą, wujkiem, aniołem stróżem i całą masą rozmaitych potworów o mniej lub bardziej zwartej konsystencji. W tym domu może i jest dziwnie, ale każdy doskonale zna zakres swoich obowiązków i nie oburza się, kiedy musi przygotować coś dla innych. Każdy też wie, jak łagodzić konflikty i co zrobić, żeby domownikom żyło się przyjemniej: czy ktoś wymyśliłby, że w ciepłych bamboszkach nie można być normalnym chłopcem i że dla dobra szkolnego kolegi Bożętego trzeba wydziergać taki podarunek? Żeby nie było nudno zresztą, spory wybuchają niemal bez przerwy. W zasadzie Bożek żyłby sobie spokojnie i nie widział w swoich doświadczeniach nic dziwnego (może poza tym, że kiedy mówi o swoim ojcu, który zmarł na długo przed jego urodzinami, dorośli stroją niewytłumaczalne miny), gdyby nie to, że czas pójść do szkoły. Bohater, który ma zapewnione wyjątkowo oryginalne towarzystwo, wzbrania się przed takim rozwiązaniem – ale na pomysły starszego pokolenia nie ma rady, wkrótce Bożek usiądzie w szkolnej ławce, a nieodstępujące go dotąd na krok Małe Licho będzie przeżywać gorycz chwilowych rozstań.
I tak Marta Kisiel w pierwszej swojej powieści dla młodych odbiorców wykorzystuje to, za co pokochali ją już dorośli (nawet Lichotka przewija się w tle tej opowieści), a odnosi się do tematu bardzo prostego i logicznego, kiedy prezentować należy historię dla najmłodszych. Motyw szkoły, niedopasowania, niemożliwości dogadania się z kolegami, samotności i wyobcowania w efekcie – to wszystko tu zaistnieje, i to w bardzo barwnej wersji. Bożek trafi nawet w zaświaty, gdzie pozna własnego ojca i zrozumie znaczące uśmieszki wymieniane przez mamę i wujka. Ale będzie też musiał poznać ważną prawdę o wyróżnianiu się z grona rówieśników. Na jego traumy nie ma lepszej rady. Ta historia w pierwszej części jest mocno opisowa – trzeba w końcu scharakteryzować środowisko Bożka, tak, żeby wszyscy odbiorcy zrozumieli, z kim mają do czynienia – i dlaczego bohaterowie nie należą do standardowych czy typowych. Tu autorka nie boi się stagnacji – mimo powolnego rozwijania akcji, bawi się w charakterystyki. Bez przerwy rozśmiesza czytelników, podając im rozmaite szczegóły z zaświatowej codzienności. Kiedy już wszystko stanie się dla odbiorców jasne, a postacie nie będą wywoływać zdumienia, Marta Kisiel przejdzie do szkoły dla Bożka – i do relacji chłopca ze zwyczajnymi rówieśnikami. Ci, siłą rzeczy, nie mogą dorównać zaświatowym przyjaciołom znanym od zawsze. Bożek nie umie sobie poradzić z zastaną sytuacją i wyrusza tak daleko, jak tylko może. Podczas gdy domownicy zajmują się sobą, Bożka powoli zaczyna pochłaniać nicość. To doskonały moment, żeby udowodnić przywiązanie i sens wspólnej egzystencji z gromadą potworów. Jest „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” bardzo udaną pozycją w ramach literatury czwartej – w dodatku z przyjemnymi ilustracjami. Marta Kisiel pokazuje, że poczuciem humoru może w fantastyce zdziałać bardzo dużo – zarówno w tomach dla dzieci, jak i w tych dla dorosłych.
niedziela, 19 maja 2019
Marta Kisiel: Oczy uroczne
Uroboros, Warszawa 2019.
Tajemnica lasu
Coś się dzieje. Coś dziwnego. W pobliskim lesie grasuje – nie wiadomo, człowiek, zwierzę czy potwór – i atakuje ludzi. Oda Kręciszewska, miejscowa lekarka, na co dzień ma styczność z głębokimi ranami pacjentów, ale nikt nie jest w stanie udzielić jej bliższych informacji na temat wydarzeń. Na cmentarzu ukrywa się z kolei istota ogromna i czarna – stroni od ludzi, wydaje się niebezpieczna, ale skoro Oda przychodzi jej z pomocą, opatruje rany i karmi świątecznym piernikiem, nie powinna być groźna. Lekarka zresztą jest życzliwa i pomaga całemu światu. Z kolei Odzie pomaga Roch, w tajemnicy nabijając wszystkie framugi gęsto żelaznymi gwoździami. Marta Kisiel przygotowuje bohaterkę na nadejście wielkiego pochodu mar, zwiastującego śmierć. Autorka porusza się po tematach demonów, zjaw, istot z zaświatów masowo pojawiających się dawniej w ludowych wierzeniach. Sama Oda, chociaż wydaje się postacią z krwi i kości, jest wiłą (a mrukliwy Roch – płanetnikiem) – tyle tylko, że ma mnóstwo ludzkich cech, więc i tak będzie się ją traktować jak realną kobietę. To wszystko zresztą nie ma znaczenia z perspektywy odbiorców – pokochają bohaterkę i jej otoczenie bez zastrzeżeń i to bardzo szybko; powieść „Oczy uroczne” zresztą wraca na rynek nie bez powodu.
Osią fabularną będą tu wydarzenia z zaświatów – stamtąd pochodzi tajemnicze niebezpieczeństwo, zagrożenie dla Ody i jej przyjaciela. Bohaterka będzie szukać najlepszego rozwiązania, ale też informacji – bo wydaje się, że wszyscy wiedzą więcej niż ona. Dzięki temu czytelnicy poznają klasyfikację pojawiających się tu demonów albo specyfikę wyobraźniowych stworów. Nie będzie natomiast nudy, bo fabuła wymusza działania postaci, ale osobną kwestią są tu mięsiste charakterystyki bohaterów, pomysły na drobne, doskonale puentowane scenki. Autorka bardzo często skupia się na dalszoplanowych wątkach, bo potrafi rozśmieszać – robi to znakomicie. Lekarz zajadający stres słodyczami i wręczający wszystkim (niezależnie od wieku) lizaczki to tylko jedna maleńka próbka możliwości autorki w tym zakresie. Michałko i gadająca koza rozbawią każdego, a niespodzianki humorystyczne czają się tu na każdym kroku. Autorka uwielbia tekstowe zabawy i jest w tym znakomita, dorównuje w żartach Joannie Chmielewskiej z najlepszego okresu twórczego. Sprawdza się zwłaszcza w humorze sytuacyjnym oraz w komizmie charakterów, ale buduje też świetne dialogi, cieszy na każdym etapie powieści. Nie poprzestaje na tym, potrafi też budzić dreszcz grozy, zmieniać atmosferę i wprowadzać trochę strachu do opowieści – „Oczy uroczne” pod tym względem zaspokoją każdego poszukiwacza sensacji.
Marta Kisiel w fantastyce ma sporo do powiedzenia, ale nie zamęcza czytelników kreowanym od zera światem wyobraźni, który trzeba dokładnie prześledzić, żeby pojąć, co może się w nim wydarzyć. Wprowadza elementy fantastyki do rzeczywistości znanej odbiorcom, korzysta przy tym z opracowań, umiejętnie wplata intertekstualne nawiązania do relacji. Przekonuje do siebie nie tylko precyzją w wymyślaniu przestrzeni, ale i serdecznością, jaką otacza głównych bohaterów. Tutaj zdarzyć się może wszystko, jednak autorka panuje i nad działaniami postaci, i nad uczuciami odbiorców. Nic dziwnego, że jej książki powracają na rynek i docierają do coraz szerszego grona czytelników spragnionych dobrej literatury rozrywkowej.
Tajemnica lasu
Coś się dzieje. Coś dziwnego. W pobliskim lesie grasuje – nie wiadomo, człowiek, zwierzę czy potwór – i atakuje ludzi. Oda Kręciszewska, miejscowa lekarka, na co dzień ma styczność z głębokimi ranami pacjentów, ale nikt nie jest w stanie udzielić jej bliższych informacji na temat wydarzeń. Na cmentarzu ukrywa się z kolei istota ogromna i czarna – stroni od ludzi, wydaje się niebezpieczna, ale skoro Oda przychodzi jej z pomocą, opatruje rany i karmi świątecznym piernikiem, nie powinna być groźna. Lekarka zresztą jest życzliwa i pomaga całemu światu. Z kolei Odzie pomaga Roch, w tajemnicy nabijając wszystkie framugi gęsto żelaznymi gwoździami. Marta Kisiel przygotowuje bohaterkę na nadejście wielkiego pochodu mar, zwiastującego śmierć. Autorka porusza się po tematach demonów, zjaw, istot z zaświatów masowo pojawiających się dawniej w ludowych wierzeniach. Sama Oda, chociaż wydaje się postacią z krwi i kości, jest wiłą (a mrukliwy Roch – płanetnikiem) – tyle tylko, że ma mnóstwo ludzkich cech, więc i tak będzie się ją traktować jak realną kobietę. To wszystko zresztą nie ma znaczenia z perspektywy odbiorców – pokochają bohaterkę i jej otoczenie bez zastrzeżeń i to bardzo szybko; powieść „Oczy uroczne” zresztą wraca na rynek nie bez powodu.
Osią fabularną będą tu wydarzenia z zaświatów – stamtąd pochodzi tajemnicze niebezpieczeństwo, zagrożenie dla Ody i jej przyjaciela. Bohaterka będzie szukać najlepszego rozwiązania, ale też informacji – bo wydaje się, że wszyscy wiedzą więcej niż ona. Dzięki temu czytelnicy poznają klasyfikację pojawiających się tu demonów albo specyfikę wyobraźniowych stworów. Nie będzie natomiast nudy, bo fabuła wymusza działania postaci, ale osobną kwestią są tu mięsiste charakterystyki bohaterów, pomysły na drobne, doskonale puentowane scenki. Autorka bardzo często skupia się na dalszoplanowych wątkach, bo potrafi rozśmieszać – robi to znakomicie. Lekarz zajadający stres słodyczami i wręczający wszystkim (niezależnie od wieku) lizaczki to tylko jedna maleńka próbka możliwości autorki w tym zakresie. Michałko i gadająca koza rozbawią każdego, a niespodzianki humorystyczne czają się tu na każdym kroku. Autorka uwielbia tekstowe zabawy i jest w tym znakomita, dorównuje w żartach Joannie Chmielewskiej z najlepszego okresu twórczego. Sprawdza się zwłaszcza w humorze sytuacyjnym oraz w komizmie charakterów, ale buduje też świetne dialogi, cieszy na każdym etapie powieści. Nie poprzestaje na tym, potrafi też budzić dreszcz grozy, zmieniać atmosferę i wprowadzać trochę strachu do opowieści – „Oczy uroczne” pod tym względem zaspokoją każdego poszukiwacza sensacji.
Marta Kisiel w fantastyce ma sporo do powiedzenia, ale nie zamęcza czytelników kreowanym od zera światem wyobraźni, który trzeba dokładnie prześledzić, żeby pojąć, co może się w nim wydarzyć. Wprowadza elementy fantastyki do rzeczywistości znanej odbiorcom, korzysta przy tym z opracowań, umiejętnie wplata intertekstualne nawiązania do relacji. Przekonuje do siebie nie tylko precyzją w wymyślaniu przestrzeni, ale i serdecznością, jaką otacza głównych bohaterów. Tutaj zdarzyć się może wszystko, jednak autorka panuje i nad działaniami postaci, i nad uczuciami odbiorców. Nic dziwnego, że jej książki powracają na rynek i docierają do coraz szerszego grona czytelników spragnionych dobrej literatury rozrywkowej.
środa, 13 lutego 2019
Marta Kisiel: Nomen omen
Uroboros (Foksal), Warszawa 2019. (wznowienie)
Biegający trup
Marta Kisiel rozbawi największych ponuraków. W powieści “Nomen omen” wykorzystuje do tego celu mocno przechodzonego nieboszczyka, kilka czarownic, trochę sekretów z czasów wojny, ale też pewną lekko zwariowaną rodzinę i jedną papugę, miłośnika wafelków i herbatników. Kady śmieszyć będzie inaczej, a komizm zapewni płaszczyznę porozumienia z czytelnikami. Można nie lubić horrorów (z którego to gatunku wyłania się żywy trup), można nie lubić fantastyki i nawet gardzić mitologią, która owej fantastyce nadaje ton. Ale tu najbardziej liczy się płaszczyzna obyczajowa: do tego stopnia, że nikogo nie obejdą paranormalne wybryki, choćby i napędzały fabułę. Bo to jest tak: najpierw uwagę przyciąga Salka, dziewczyna zbyt wysoka, zbyt pulchna i zbyt trzeźwo myśląca, żeby zaintrygować jakiegoś ciekawego chłopaka. To znowu podkręca jej sarkazm. Salka doskonale radzi sobie w życiu, chociaż ma wyjątkowy talent do popełniania gaf i robienia sobie krzywdy, ewentualnie – stawania się pośmiewiskiem dla innych. Salka ma brata: Niedaś wprawdzie wydaje się obibokiem pierwszej klasy, a do tego niczym się nie przejmuje. Z każdych tarapatów wychodzi cało, ze względu na ogromny urok osobisty i dystans. Aż trudno uwierzyć, żeby ten sympatyczny i wesoły młodzieniec zaczął napadać na przypadkowe kobiety nocami. A takie atrakcje Marta Kisiel funduje bohaterom. W tej książce pojawia się zestaw indywidualności - i nawet staruszki-trojaczki (“siostry ksero”) stanowią tu silne charaktery. Matka Salki promuje rozbuchany erotyzm, dzielna Basia wzorowo realizuje porady z kursów samoobrony dla pań, a pewien Bartek klucza do pokonywania upiorów szuka w tekstach romantyków, jak na filologa przystało (jego profesor z kolei ma wyjątkowo skuteczną metodę poskramiania niesfornych studentów za pomocą poezji grafomańskiej). Jest jeszcze absolutny mistrz drugiego planu, Roy Keane, gadająca papuga. Marta Kisiel wprowadza tu całą gromadę bohaterów o wyrazistych osobowościach - każdy rozśmiesza czym innym, każdy budzi całą gamę uczuć w odbiorcach i naprawdę trudno jest wskazać jedna postać, która wypadałaby najlepiej (Roy Keane jest poza konkurencją). Akcja toczy się wartko i na początku wygląda jak zapożyczona z kryminału lub thrillera: w mieście grasuje ktoś, kto morduje dziewczyny z blond warkoczami. Salka ma poważny powód, żeby zaangażować się w wykrycie sprawcy. Ten kryminałothriller w pewnym momencie przechodzi przez powieść historyczną (rzecz dotyczy przodków Salki i Niedasia, ale też trupa, który zaczął znienacka biegać po mieście), aż po fantasy. Całe tło wypełnia z kolei obyczajowość - i to obyczajowość, która od pierwszego momentu wciąga. Kibicuje się Salce, Niedasiowi, starszym paniom... Rytm opowieści ani na chwilę nie słabnie. A przecież to wszystko w ramach akcji – Marta Kisiel ma w odwodzie również pełen dowcipów język narracji. Nawet nieistotne dla rozwoju tej historii sceny ozdabia szeregiem puent wysokiej klasy, sprawia, że czytelnicy mają więcej powodów do lektury niż tylko ciekawość dalszego ciągu wydarzeń. Autorka rozśmiesza niemal bez przerwy – jeden wyjątek robi dla zaprezentowania losów przesiedleńców. W wyjaśnieniach kierowanych do młodszego pokolenia odbiorców pojawia się sensowny - chociaż niepasujący do całości - wywód na temat związku człowieka z miejscem i wielkiej historii, która niszczy marzenia jednostek. Marta Kisiel chce, żeby czytelnicy pojęli los lwowiaków, wrocławian czy gdańszczan, żeby nie uogólniali w ocenach przeszłości. Dydaktyczny fragment, choć bardzo sugestywny, nie przekreśla doskonałej zabawy przy całej książce. Świetny jest “Nomen omen: i każdy, kto do tej publikacji dotrze, będzie chciał już zawsze sprawdzać, co Marta Kisiel ma do zaoferowania.
Biegający trup
Marta Kisiel rozbawi największych ponuraków. W powieści “Nomen omen” wykorzystuje do tego celu mocno przechodzonego nieboszczyka, kilka czarownic, trochę sekretów z czasów wojny, ale też pewną lekko zwariowaną rodzinę i jedną papugę, miłośnika wafelków i herbatników. Kady śmieszyć będzie inaczej, a komizm zapewni płaszczyznę porozumienia z czytelnikami. Można nie lubić horrorów (z którego to gatunku wyłania się żywy trup), można nie lubić fantastyki i nawet gardzić mitologią, która owej fantastyce nadaje ton. Ale tu najbardziej liczy się płaszczyzna obyczajowa: do tego stopnia, że nikogo nie obejdą paranormalne wybryki, choćby i napędzały fabułę. Bo to jest tak: najpierw uwagę przyciąga Salka, dziewczyna zbyt wysoka, zbyt pulchna i zbyt trzeźwo myśląca, żeby zaintrygować jakiegoś ciekawego chłopaka. To znowu podkręca jej sarkazm. Salka doskonale radzi sobie w życiu, chociaż ma wyjątkowy talent do popełniania gaf i robienia sobie krzywdy, ewentualnie – stawania się pośmiewiskiem dla innych. Salka ma brata: Niedaś wprawdzie wydaje się obibokiem pierwszej klasy, a do tego niczym się nie przejmuje. Z każdych tarapatów wychodzi cało, ze względu na ogromny urok osobisty i dystans. Aż trudno uwierzyć, żeby ten sympatyczny i wesoły młodzieniec zaczął napadać na przypadkowe kobiety nocami. A takie atrakcje Marta Kisiel funduje bohaterom. W tej książce pojawia się zestaw indywidualności - i nawet staruszki-trojaczki (“siostry ksero”) stanowią tu silne charaktery. Matka Salki promuje rozbuchany erotyzm, dzielna Basia wzorowo realizuje porady z kursów samoobrony dla pań, a pewien Bartek klucza do pokonywania upiorów szuka w tekstach romantyków, jak na filologa przystało (jego profesor z kolei ma wyjątkowo skuteczną metodę poskramiania niesfornych studentów za pomocą poezji grafomańskiej). Jest jeszcze absolutny mistrz drugiego planu, Roy Keane, gadająca papuga. Marta Kisiel wprowadza tu całą gromadę bohaterów o wyrazistych osobowościach - każdy rozśmiesza czym innym, każdy budzi całą gamę uczuć w odbiorcach i naprawdę trudno jest wskazać jedna postać, która wypadałaby najlepiej (Roy Keane jest poza konkurencją). Akcja toczy się wartko i na początku wygląda jak zapożyczona z kryminału lub thrillera: w mieście grasuje ktoś, kto morduje dziewczyny z blond warkoczami. Salka ma poważny powód, żeby zaangażować się w wykrycie sprawcy. Ten kryminałothriller w pewnym momencie przechodzi przez powieść historyczną (rzecz dotyczy przodków Salki i Niedasia, ale też trupa, który zaczął znienacka biegać po mieście), aż po fantasy. Całe tło wypełnia z kolei obyczajowość - i to obyczajowość, która od pierwszego momentu wciąga. Kibicuje się Salce, Niedasiowi, starszym paniom... Rytm opowieści ani na chwilę nie słabnie. A przecież to wszystko w ramach akcji – Marta Kisiel ma w odwodzie również pełen dowcipów język narracji. Nawet nieistotne dla rozwoju tej historii sceny ozdabia szeregiem puent wysokiej klasy, sprawia, że czytelnicy mają więcej powodów do lektury niż tylko ciekawość dalszego ciągu wydarzeń. Autorka rozśmiesza niemal bez przerwy – jeden wyjątek robi dla zaprezentowania losów przesiedleńców. W wyjaśnieniach kierowanych do młodszego pokolenia odbiorców pojawia się sensowny - chociaż niepasujący do całości - wywód na temat związku człowieka z miejscem i wielkiej historii, która niszczy marzenia jednostek. Marta Kisiel chce, żeby czytelnicy pojęli los lwowiaków, wrocławian czy gdańszczan, żeby nie uogólniali w ocenach przeszłości. Dydaktyczny fragment, choć bardzo sugestywny, nie przekreśla doskonałej zabawy przy całej książce. Świetny jest “Nomen omen: i każdy, kto do tej publikacji dotrze, będzie chciał już zawsze sprawdzać, co Marta Kisiel ma do zaoferowania.
sobota, 24 listopada 2018
Marta Kisiel: Pierwsze słowo
Foksal, Warszawa 2018.
Poza światem
Z zaświatów, które Marta Kisiel bez przerwy podgląda, przez cały czas wydobywa się chichot. Rozmaite rodzaje stworów rodem z ludowych bajań wchodzą ze sobą w bezustanne konflikty po to tylko, żeby uwypuklić ludzkie przywary. Ta autorka bardzo chętnie się śmieje - sięga po komizm sytuacyjny i charakterów, po przekomarzanki słowne, ale i po wyższe formy żartu - absurd czy ironię. Uwielbia wprost lęk przed umieraniem. Moment przejścia to jedynie zyskiwanie nowych możliwości działania - a czasem zwyczajne podtrzymanie starych nawyków. W “Pierwszym słowie” Marta Kisiel pokazuje, co potrafi - chociaż operuje tu małymi formami, przesyca je całym zestawem żartów na różnych płaszczyznach. Tworzy obrazową galerię dziwaków, szaleńców i oryginałów, niezwykłości, karykatur i istot, które wymykają się wszelkim definicjom. Ale nie przyszpila ich w gablotkach wystawowych, za to pozwala działać i to w zwyczajnych dla człowieka okolicznościach. A zmuszone do porzucenia stagnacji stwory bywają nie tylko kreatywne, bo i wyjątkowo kapryśne.
W przedmowie do “Pierwszego słowa” autorka informuje o swoim podejściu do pisania opowiadań. Oczywiście zaraz zaprzeczy tej informacji - jakością wprowadzanych utworów. Widać jednak, że potrzebuje miejsca na to, by w pełni rozwinąć skrzydła w opisach. Uwielbia rozsmakowywać się w komentarzach, szukać precyzyjnych dookreśleń, ale też rejestrować metamorfozy postaci za pomocą samej tylko międzysłownej energii. Kipi od pomysłów, wciąż szuka sposobów na inteligentne rozbawianie czytelników. Nie daje chwili wytchnienia – kiedy tylko zaprosi do zaświatów, eksploduje wyobraźnią, podsuwa coraz to nowe rozwiązania charakterologiczne i fabularne, a przy tym wszystkim sama znakomicie się bawi. Drwi sobie ze śmierci, a skoro już porzuciła realizm, może stale wyostrzać satyrę. Akcentuje tym samym to, co zasługuje na wyśmianie w codziennych aspiracjach lub nadziejach. Potrafi też wyzwalać współczucie - do bohatera, który nie znajduje uznania w społeczeństwie. Celnie operuje kontrastami i ogólnie przesyca opowiadania licznymi niespodziankami dla czytelników. Cieszyć będą nie tylko zabiegi ironiczne, ale i całe zestawy gier intertekstualnych czy zabaw z konwencją. Chociaż na pierwszy rzut oka zajmuje się Marta Kisiel opowiadaniem historii, to jednak forma ma tu spore znaczenie – i stanowi wyzwanie.
“Pierwsze słowo” to zbiór opowiadań zakorzenionych w inności: jest tu mnóstwo wyrzutków społeczeństwa (nawet jeśli to społeczeństwo zaświatowe), w komplikacjach bohaterów odzwierciedlają się zupełnie ludzkie problemy. Ale opowiadania Marty Kisiel stają się również po prostu literackim popisem, eksponowaniem warsztatowych umiejętności - tworzy autorka z tego tomu niezłą wizytówkę. Można nie przepadać za małymi formami, a mimo to dać się uwieść Marcie Kisiel. Inteligentna rozrywka, jaką autorka zapewnia komicznymi pomysłami w zestawieniu z ogromną dbałością o stylistykę - to wystarczające powody, żeby po tę publikację sięgnąć. Proponuje Marta Kisiel czytelnikom książkę niezapomnianą. “Pierwsze słowo” tylko w części składa się z tekstów, które swoje pierwodruki miały gdzie indziej, będzie też więc obowiązkową lekturą dla stałych fanów.
Poza światem
Z zaświatów, które Marta Kisiel bez przerwy podgląda, przez cały czas wydobywa się chichot. Rozmaite rodzaje stworów rodem z ludowych bajań wchodzą ze sobą w bezustanne konflikty po to tylko, żeby uwypuklić ludzkie przywary. Ta autorka bardzo chętnie się śmieje - sięga po komizm sytuacyjny i charakterów, po przekomarzanki słowne, ale i po wyższe formy żartu - absurd czy ironię. Uwielbia wprost lęk przed umieraniem. Moment przejścia to jedynie zyskiwanie nowych możliwości działania - a czasem zwyczajne podtrzymanie starych nawyków. W “Pierwszym słowie” Marta Kisiel pokazuje, co potrafi - chociaż operuje tu małymi formami, przesyca je całym zestawem żartów na różnych płaszczyznach. Tworzy obrazową galerię dziwaków, szaleńców i oryginałów, niezwykłości, karykatur i istot, które wymykają się wszelkim definicjom. Ale nie przyszpila ich w gablotkach wystawowych, za to pozwala działać i to w zwyczajnych dla człowieka okolicznościach. A zmuszone do porzucenia stagnacji stwory bywają nie tylko kreatywne, bo i wyjątkowo kapryśne.
W przedmowie do “Pierwszego słowa” autorka informuje o swoim podejściu do pisania opowiadań. Oczywiście zaraz zaprzeczy tej informacji - jakością wprowadzanych utworów. Widać jednak, że potrzebuje miejsca na to, by w pełni rozwinąć skrzydła w opisach. Uwielbia rozsmakowywać się w komentarzach, szukać precyzyjnych dookreśleń, ale też rejestrować metamorfozy postaci za pomocą samej tylko międzysłownej energii. Kipi od pomysłów, wciąż szuka sposobów na inteligentne rozbawianie czytelników. Nie daje chwili wytchnienia – kiedy tylko zaprosi do zaświatów, eksploduje wyobraźnią, podsuwa coraz to nowe rozwiązania charakterologiczne i fabularne, a przy tym wszystkim sama znakomicie się bawi. Drwi sobie ze śmierci, a skoro już porzuciła realizm, może stale wyostrzać satyrę. Akcentuje tym samym to, co zasługuje na wyśmianie w codziennych aspiracjach lub nadziejach. Potrafi też wyzwalać współczucie - do bohatera, który nie znajduje uznania w społeczeństwie. Celnie operuje kontrastami i ogólnie przesyca opowiadania licznymi niespodziankami dla czytelników. Cieszyć będą nie tylko zabiegi ironiczne, ale i całe zestawy gier intertekstualnych czy zabaw z konwencją. Chociaż na pierwszy rzut oka zajmuje się Marta Kisiel opowiadaniem historii, to jednak forma ma tu spore znaczenie – i stanowi wyzwanie.
“Pierwsze słowo” to zbiór opowiadań zakorzenionych w inności: jest tu mnóstwo wyrzutków społeczeństwa (nawet jeśli to społeczeństwo zaświatowe), w komplikacjach bohaterów odzwierciedlają się zupełnie ludzkie problemy. Ale opowiadania Marty Kisiel stają się również po prostu literackim popisem, eksponowaniem warsztatowych umiejętności - tworzy autorka z tego tomu niezłą wizytówkę. Można nie przepadać za małymi formami, a mimo to dać się uwieść Marcie Kisiel. Inteligentna rozrywka, jaką autorka zapewnia komicznymi pomysłami w zestawieniu z ogromną dbałością o stylistykę - to wystarczające powody, żeby po tę publikację sięgnąć. Proponuje Marta Kisiel czytelnikom książkę niezapomnianą. “Pierwsze słowo” tylko w części składa się z tekstów, które swoje pierwodruki miały gdzie indziej, będzie też więc obowiązkową lekturą dla stałych fanów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






