Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 marca 2021
Maggie Stiefvater: Wezwij sokoła
Uroboros, Warszawa 2021.
Wyjście z cienia
Losy trojga skrajnie różnych postaci łączy w nowej powieści – początku serii Śniący – Maggie Stiefvater. Przedstawia jednego Śniącego – Ronana, chłopaka, który wraz ze swoimi braćmi jest dość rozpoznawalny w okolicy, jedną łowczynię – Carmen Farooq-Lane, któa doskonale orientuje się w tym, jak wiele zła może sprawić śnienie i jak wyniszcza zarówno wyśnionych jak i śniących, a także Jordan – fałszerkę sztuki, potrafiącą rozumieć istotę przedmiotów i dzięki temu odnoszącą wielkie sukcesy w półświatku. Zasada w tej powieści jest prosta: można przenosić ludzi z przestrzeni onirycznych do rzeczywistości. Ten, kto jest Śniącym, ma automatycznie umiejętności demiurga: może dawać i odbierać życie. To nie może skończyć się dobrze. Trójka bohaterów od pierwszych stron przyciąga uwagę – nie tylko dlatego, że autorka nie stawia na oczywistości. „Wezwij sokoła” to bardzo udana powieść fantasy dla młodzieży – i początek obiecującej trylogii. Ale Maggie Stiefvater już udowodniła, jak dobrze czuje się w mrocznych fabułach, które wiążą się z wyrzeczeniami postaci i odejściem od wygody – teraz powraca do tego, co najlepsze w jej książkach. Odsuwa natomiast proste baśniowe skojarzenia, jest na tyle silna, by samodzielnie budować przestrzeń wokół bohaterów, jak i relacje między nimi. Ma sporo do zaoferowania. Ponieważ rezygnuje ze stylistyki pop, przyciągnie zwłaszcza tych czytelników, którzy szukają co bardziej ambitnych rozwiązań i propozycji pozbawionych infantylizmu. Tutaj intryguje już na płaszczyźnie charakterystyk – wprowadza postacie, które same w sobie wypadają oryginalnie. Nie zdradza też od początku zasad funkcjonowania świata, czytelnicy muszą stopniowo odkrywać zagrożenia związane ze śnieniem. Takie podejście wyzwala większe zaangażowanie w lekturę i automatycznie umożliwia też lepsze umotywowanie działań postaci. Bohaterowie w „Wezwij sokoła” wiedzą, jak do siebie przekonać (czytelników, nie otoczenie). Są niedoskonali, a przez to jeszcze bardziej intrygujący.
Maggie Stiefvater pozwala odbiorcom na przeżywanie silnych emocji i na uczestniczenie w wydarzeniach. Jest autorką, która stawia na plastyczną narrację. Uwielbia scenki przekonujące w detalach i nie zamierza odbiorcom ułatwiać zadania: pisze tak, żeby odwzorowywać wyimaginowany świat i uwiarygodnić go jak najbardziej. A ponieważ swoich czytelników traktuje bardzo serio – ma im do zaoferowania sporą lekturę. Gęsty tekst jest jednocześnie mocno zdynamizowany przez zachowania postaci i przez sam pomysł na akcję, z każdym bohaterem wiąże się inny zestaw problemów, które najlepiej rozwiązywać w relacji z innymi. „Wezwij sokoła” to zatem otwarcie bardzo udane: z pewnością jeśli ktoś do tej pory nie znał twórczości Stiefvater, po takiej lekturze postanowi nadrobić zaległości. Wystarczył prosty w gruncie rzeczy pomysł, żeby stworzyć obszar wciągający przez bliskość magii, a jednocześnie pozbawiony banalizowanych chwytów. W tej powieści nie ma pójścia na łatwiznę – być może w dalszych częściach autorce zabraknie pomysłów na definiowanie postaci i ich otoczenia, ale na razie można się cieszyć wyobraźnią twórczą.
sobota, 16 stycznia 2021
Cyberpunk Girls. Opowiadania
Uroboros, Warszawa 2020.
Świat nowy
To opowieści o kobietach - o kobietach zmuszonych do egzystowania w wybitnie nieprzyjaznych czasach. Bohaterki jednak mają wolę przetrwania i nie wiadomo skąd czerpią ogromną siłę do działania na przekór wszystkiemu. Przeważnie zresztą kierują się uczuciami, które są zrozumiałe dla czytelników, a nawet momentami dość stereotypowe (jak kwestie związane z dziećmi - tu bohaterki są zdolne do bardzo różnych poświęceń, jednak zdarza się też, że traktują potomstwo inaczej, ku zaskoczeniu odbiorców). Pewne jest tylko to, że tom "Cyberpunk Girls. Opowiadania" to wartościowa (i sprytnie obmyślona pod kątem marketingowym) pozycja w dziedzinie s-f. I to nie tylko dlatego, że autorki, które stworzyły tu siedem opowiadań, należą do bardzo utytułowanych i uznanych na rynku. Pojawił się po prostu dobry pomysł na zestawienie małych form - a ich realizacja zasługuje na uwagę. Liczą się tu zarówno pomysły na ekstremalne fabuły, jak i rozwiązania formalne - kwestie narracji oraz samego rozłożenia akcentów. Jakby tego było mało, charakterystyczne dla kolejnych opowiadań jest mocne umotywowanie psychologiczne postaci. Nie ma tu przypadków w sytuacjach, w których bohaterki mają o sobie decydować. Można im wierzyć, bez względu na okoliczności. A te bywają naprawdę dziwaczne.
Autorki przenoszą się do świata z przyszłości, który jednak pewne elementy aktualności przemyca. Odzwierciedlają się w tekstach nastroje społeczne i lęki - w pierwszej historii widać świat, który nie otrząsnął się z pandemii koronawirusa: brak możliwości legalnego zatrudnienia, kary za złamanie kwarantanny oraz odrzucanie tych, którzy nie mają przeciwciał na COVID-19 łączy się z... wszechobecną sztuczną inteligencją i nadużyciami internetu rzeczy. To rzeczywistość, w której jest wiele odnośników do aktualnych odkryć i pytań. Problemy z uzyskaniem pracy doskwierają też innym postaciom - w efekcie, żeby spłacić długi, czasami trzeba będzie podejmować się przedsięwzięć niebezpiecznych i nielegalnych. Niby są zawody, które dają szansę na dobry zarobek - ale kiedy działa się zgodnie z prawem, nie ma szans na przeżycie. Zdarza się nawet tak, że jako zapłatę za usługi, kobiety wybierają bardzo nietypowe rozwiązania. Autorki tomu popisują się znakomitą wyobraźnią i logiką w budowaniu akcji. Przedstawiają świat z przyszłości, ale powiązany z obecnymi uniwersalnymi problemami. Łatwo zrozumieć rozterki postaci, bo w sferze uczuć to historie bardzo prawdziwe. "Cyberpunk Girls. Opowiadania" to propozycja atrakcyjna, dopracowana pod każdym względem. Z uwagi na zróżnicowaną stylistykę, każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Ważne jest także to, że autorki odrzucają postępowanie według schematów, scenariusze tworzą tak, żeby były nieprzewidywalne i żeby za każdym fabularnym zakrętem skrywała się dodatkowa informacja o bohaterach, zestaw zaskoczeń albo dopowiedzeń do samej konstrukcji. Przestrzeń z przyszłości wymyślona została tak, by nie budziła wątpliwości - i to czytelnicy mogą docenić. Jest w tej publikacji odwaga narracyjna, powiązana z bardzo dobrym rozumieniem postaci - wolna od błędów czy uproszczeń.
Świat nowy
To opowieści o kobietach - o kobietach zmuszonych do egzystowania w wybitnie nieprzyjaznych czasach. Bohaterki jednak mają wolę przetrwania i nie wiadomo skąd czerpią ogromną siłę do działania na przekór wszystkiemu. Przeważnie zresztą kierują się uczuciami, które są zrozumiałe dla czytelników, a nawet momentami dość stereotypowe (jak kwestie związane z dziećmi - tu bohaterki są zdolne do bardzo różnych poświęceń, jednak zdarza się też, że traktują potomstwo inaczej, ku zaskoczeniu odbiorców). Pewne jest tylko to, że tom "Cyberpunk Girls. Opowiadania" to wartościowa (i sprytnie obmyślona pod kątem marketingowym) pozycja w dziedzinie s-f. I to nie tylko dlatego, że autorki, które stworzyły tu siedem opowiadań, należą do bardzo utytułowanych i uznanych na rynku. Pojawił się po prostu dobry pomysł na zestawienie małych form - a ich realizacja zasługuje na uwagę. Liczą się tu zarówno pomysły na ekstremalne fabuły, jak i rozwiązania formalne - kwestie narracji oraz samego rozłożenia akcentów. Jakby tego było mało, charakterystyczne dla kolejnych opowiadań jest mocne umotywowanie psychologiczne postaci. Nie ma tu przypadków w sytuacjach, w których bohaterki mają o sobie decydować. Można im wierzyć, bez względu na okoliczności. A te bywają naprawdę dziwaczne.
Autorki przenoszą się do świata z przyszłości, który jednak pewne elementy aktualności przemyca. Odzwierciedlają się w tekstach nastroje społeczne i lęki - w pierwszej historii widać świat, który nie otrząsnął się z pandemii koronawirusa: brak możliwości legalnego zatrudnienia, kary za złamanie kwarantanny oraz odrzucanie tych, którzy nie mają przeciwciał na COVID-19 łączy się z... wszechobecną sztuczną inteligencją i nadużyciami internetu rzeczy. To rzeczywistość, w której jest wiele odnośników do aktualnych odkryć i pytań. Problemy z uzyskaniem pracy doskwierają też innym postaciom - w efekcie, żeby spłacić długi, czasami trzeba będzie podejmować się przedsięwzięć niebezpiecznych i nielegalnych. Niby są zawody, które dają szansę na dobry zarobek - ale kiedy działa się zgodnie z prawem, nie ma szans na przeżycie. Zdarza się nawet tak, że jako zapłatę za usługi, kobiety wybierają bardzo nietypowe rozwiązania. Autorki tomu popisują się znakomitą wyobraźnią i logiką w budowaniu akcji. Przedstawiają świat z przyszłości, ale powiązany z obecnymi uniwersalnymi problemami. Łatwo zrozumieć rozterki postaci, bo w sferze uczuć to historie bardzo prawdziwe. "Cyberpunk Girls. Opowiadania" to propozycja atrakcyjna, dopracowana pod każdym względem. Z uwagi na zróżnicowaną stylistykę, każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Ważne jest także to, że autorki odrzucają postępowanie według schematów, scenariusze tworzą tak, żeby były nieprzewidywalne i żeby za każdym fabularnym zakrętem skrywała się dodatkowa informacja o bohaterach, zestaw zaskoczeń albo dopowiedzeń do samej konstrukcji. Przestrzeń z przyszłości wymyślona została tak, by nie budziła wątpliwości - i to czytelnicy mogą docenić. Jest w tej publikacji odwaga narracyjna, powiązana z bardzo dobrym rozumieniem postaci - wolna od błędów czy uproszczeń.
niedziela, 2 lutego 2020
K. C. Archer: Instytut
Uroboros, Warszawa 2020.
Sztuka myślenia
Teddy Cannon to typ wojowniczki. Dziewczyna przyzwyczaiła się do tego, że sama o sobie decyduje i sama się sobą zajmuje, nawet jeśli oznacza to szereg porażek oraz komplikacji w codziennym życiu. Teraz wynajmuje garaż od przybranych rodziców i po raz kolejny ląduje w kasynie. W przebraniu: wie, że nie może się tam pokazać, bo ma zakaz wstępu do wszystkich możliwych przybytków – jednak potrzebuje pieniędzy, a wygrywać potrafi. Nie zdaje sobie sprawy, że przyczyną tego talentu jest… jasnowidztwo. Tyle tylko, że tym razem trafia na silniejszego przeciwnika i poznaje ultimatum: albo jej rodzice odczują na własnej skórze konsekwencje zaciągniętego długu, albo Teddy uda się do Instytutu imienia Whitfielda i rozpocznie tam naukę, by poskromić własny umysł i dowiedzieć się, jak wykorzystywać zdolności paranormalne, by pomóc krajowi. Tak K. C. Archer rozpoczyna „Instytut”, powieść, która otwiera kolejną atrakcyjną serię dla starszych nastolatków – i która, chociaż opiera się na oklepanym schemacie szkoły dla czarodziejów, zaskakuje dojrzałością rozwiązań fabularnych i psychologicznych.
Teddy na studiach znajduje wielu przyjaciół – odmieńców, jak ona. Wszyscy borykają się z różnymi problemami, każdy też posiada inną umiejętność, która wyróżnia go z tłumu. Jedni charakteryzują się podwyższoną empatią, inni rozmawiają ze zwierzętami, jeszcze inni potrafią przewidzieć czyjąś śmierć. Te talenty, chociaż na razie przysparzają kłopotów młodym ludziom, już w niedalekiej przyszłości przydadzą się do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Najlepszych czeka stanowisko w FBI: jasnowidzów potrzeba tam, gdzie zwykli śledczy nie są w stanie pchnąć sprawy do przodu. Wyjątkowi wykładowcy cechują się albo ogromną wyrozumiałością w stosunku do uczniów – albo chęcią wprowadzania wojskowego rygoru. Trudno odnaleźć się w takiej placówce, ale Teddy szybko udaje się zdobyć wielu przyjaciół. W takim zespole można się porywać na naprawdę skomplikowane sprawy.
Poza intrygami kryminalnymi do rozwiązania – a są tu takie, które podadzą w wątpliwość sens studiowania z ludźmi, którzy coś ukrywają – znajdzie się i miejsce na rozwijanie wątków obyczajowych. Dla Teddy ważne są wiadomości o biologicznych rodzicach, ale też więzi, jakie ma z nowymi znajomymi. Poza tym K. C. Archer rozwija też tematy romansowe: dziewczyna wpada w oko Piro, chłopakowi, który umie kontrolować ogień (chyba że jest w łóżkowych sytuacjach, wtedy zazwyczaj uruchamia alarm przeciwpożarowy), a jednocześnie czuje coś do jednego z pracowników Instytutu. Archer bardzo sensownie buduje zainteresowanie tym, co dzieje się w życiu Teddy – sprawia, że powieść nie wypada papierowo. Nawet jeśli wziąć pod uwagę konieczność opisywania struktur Instytutu oraz relacji z przełożonymi (istnieje tu nawet ironiczne odniesienie do Harry’ego Pottera), nie ma lekturowego znużenia. Wydarzy się sporo, akcja jest prowadzona dynamicznie, a narracja – z wyczuciem na emocje postaci. Bardzo głęboko wnika K. C. Archer w psychikę bohaterów i przekonuje do ich wyborów, niezależnie od sfery. W „Instytucie” znaleźć można nawet trochę humoru. Nie tylko do nastolatków ta powieść trafi.
Sztuka myślenia
Teddy Cannon to typ wojowniczki. Dziewczyna przyzwyczaiła się do tego, że sama o sobie decyduje i sama się sobą zajmuje, nawet jeśli oznacza to szereg porażek oraz komplikacji w codziennym życiu. Teraz wynajmuje garaż od przybranych rodziców i po raz kolejny ląduje w kasynie. W przebraniu: wie, że nie może się tam pokazać, bo ma zakaz wstępu do wszystkich możliwych przybytków – jednak potrzebuje pieniędzy, a wygrywać potrafi. Nie zdaje sobie sprawy, że przyczyną tego talentu jest… jasnowidztwo. Tyle tylko, że tym razem trafia na silniejszego przeciwnika i poznaje ultimatum: albo jej rodzice odczują na własnej skórze konsekwencje zaciągniętego długu, albo Teddy uda się do Instytutu imienia Whitfielda i rozpocznie tam naukę, by poskromić własny umysł i dowiedzieć się, jak wykorzystywać zdolności paranormalne, by pomóc krajowi. Tak K. C. Archer rozpoczyna „Instytut”, powieść, która otwiera kolejną atrakcyjną serię dla starszych nastolatków – i która, chociaż opiera się na oklepanym schemacie szkoły dla czarodziejów, zaskakuje dojrzałością rozwiązań fabularnych i psychologicznych.
Teddy na studiach znajduje wielu przyjaciół – odmieńców, jak ona. Wszyscy borykają się z różnymi problemami, każdy też posiada inną umiejętność, która wyróżnia go z tłumu. Jedni charakteryzują się podwyższoną empatią, inni rozmawiają ze zwierzętami, jeszcze inni potrafią przewidzieć czyjąś śmierć. Te talenty, chociaż na razie przysparzają kłopotów młodym ludziom, już w niedalekiej przyszłości przydadzą się do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Najlepszych czeka stanowisko w FBI: jasnowidzów potrzeba tam, gdzie zwykli śledczy nie są w stanie pchnąć sprawy do przodu. Wyjątkowi wykładowcy cechują się albo ogromną wyrozumiałością w stosunku do uczniów – albo chęcią wprowadzania wojskowego rygoru. Trudno odnaleźć się w takiej placówce, ale Teddy szybko udaje się zdobyć wielu przyjaciół. W takim zespole można się porywać na naprawdę skomplikowane sprawy.
Poza intrygami kryminalnymi do rozwiązania – a są tu takie, które podadzą w wątpliwość sens studiowania z ludźmi, którzy coś ukrywają – znajdzie się i miejsce na rozwijanie wątków obyczajowych. Dla Teddy ważne są wiadomości o biologicznych rodzicach, ale też więzi, jakie ma z nowymi znajomymi. Poza tym K. C. Archer rozwija też tematy romansowe: dziewczyna wpada w oko Piro, chłopakowi, który umie kontrolować ogień (chyba że jest w łóżkowych sytuacjach, wtedy zazwyczaj uruchamia alarm przeciwpożarowy), a jednocześnie czuje coś do jednego z pracowników Instytutu. Archer bardzo sensownie buduje zainteresowanie tym, co dzieje się w życiu Teddy – sprawia, że powieść nie wypada papierowo. Nawet jeśli wziąć pod uwagę konieczność opisywania struktur Instytutu oraz relacji z przełożonymi (istnieje tu nawet ironiczne odniesienie do Harry’ego Pottera), nie ma lekturowego znużenia. Wydarzy się sporo, akcja jest prowadzona dynamicznie, a narracja – z wyczuciem na emocje postaci. Bardzo głęboko wnika K. C. Archer w psychikę bohaterów i przekonuje do ich wyborów, niezależnie od sfery. W „Instytucie” znaleźć można nawet trochę humoru. Nie tylko do nastolatków ta powieść trafi.
niedziela, 19 maja 2019
Marta Kisiel: Oczy uroczne
Uroboros, Warszawa 2019.
Tajemnica lasu
Coś się dzieje. Coś dziwnego. W pobliskim lesie grasuje – nie wiadomo, człowiek, zwierzę czy potwór – i atakuje ludzi. Oda Kręciszewska, miejscowa lekarka, na co dzień ma styczność z głębokimi ranami pacjentów, ale nikt nie jest w stanie udzielić jej bliższych informacji na temat wydarzeń. Na cmentarzu ukrywa się z kolei istota ogromna i czarna – stroni od ludzi, wydaje się niebezpieczna, ale skoro Oda przychodzi jej z pomocą, opatruje rany i karmi świątecznym piernikiem, nie powinna być groźna. Lekarka zresztą jest życzliwa i pomaga całemu światu. Z kolei Odzie pomaga Roch, w tajemnicy nabijając wszystkie framugi gęsto żelaznymi gwoździami. Marta Kisiel przygotowuje bohaterkę na nadejście wielkiego pochodu mar, zwiastującego śmierć. Autorka porusza się po tematach demonów, zjaw, istot z zaświatów masowo pojawiających się dawniej w ludowych wierzeniach. Sama Oda, chociaż wydaje się postacią z krwi i kości, jest wiłą (a mrukliwy Roch – płanetnikiem) – tyle tylko, że ma mnóstwo ludzkich cech, więc i tak będzie się ją traktować jak realną kobietę. To wszystko zresztą nie ma znaczenia z perspektywy odbiorców – pokochają bohaterkę i jej otoczenie bez zastrzeżeń i to bardzo szybko; powieść „Oczy uroczne” zresztą wraca na rynek nie bez powodu.
Osią fabularną będą tu wydarzenia z zaświatów – stamtąd pochodzi tajemnicze niebezpieczeństwo, zagrożenie dla Ody i jej przyjaciela. Bohaterka będzie szukać najlepszego rozwiązania, ale też informacji – bo wydaje się, że wszyscy wiedzą więcej niż ona. Dzięki temu czytelnicy poznają klasyfikację pojawiających się tu demonów albo specyfikę wyobraźniowych stworów. Nie będzie natomiast nudy, bo fabuła wymusza działania postaci, ale osobną kwestią są tu mięsiste charakterystyki bohaterów, pomysły na drobne, doskonale puentowane scenki. Autorka bardzo często skupia się na dalszoplanowych wątkach, bo potrafi rozśmieszać – robi to znakomicie. Lekarz zajadający stres słodyczami i wręczający wszystkim (niezależnie od wieku) lizaczki to tylko jedna maleńka próbka możliwości autorki w tym zakresie. Michałko i gadająca koza rozbawią każdego, a niespodzianki humorystyczne czają się tu na każdym kroku. Autorka uwielbia tekstowe zabawy i jest w tym znakomita, dorównuje w żartach Joannie Chmielewskiej z najlepszego okresu twórczego. Sprawdza się zwłaszcza w humorze sytuacyjnym oraz w komizmie charakterów, ale buduje też świetne dialogi, cieszy na każdym etapie powieści. Nie poprzestaje na tym, potrafi też budzić dreszcz grozy, zmieniać atmosferę i wprowadzać trochę strachu do opowieści – „Oczy uroczne” pod tym względem zaspokoją każdego poszukiwacza sensacji.
Marta Kisiel w fantastyce ma sporo do powiedzenia, ale nie zamęcza czytelników kreowanym od zera światem wyobraźni, który trzeba dokładnie prześledzić, żeby pojąć, co może się w nim wydarzyć. Wprowadza elementy fantastyki do rzeczywistości znanej odbiorcom, korzysta przy tym z opracowań, umiejętnie wplata intertekstualne nawiązania do relacji. Przekonuje do siebie nie tylko precyzją w wymyślaniu przestrzeni, ale i serdecznością, jaką otacza głównych bohaterów. Tutaj zdarzyć się może wszystko, jednak autorka panuje i nad działaniami postaci, i nad uczuciami odbiorców. Nic dziwnego, że jej książki powracają na rynek i docierają do coraz szerszego grona czytelników spragnionych dobrej literatury rozrywkowej.
Tajemnica lasu
Coś się dzieje. Coś dziwnego. W pobliskim lesie grasuje – nie wiadomo, człowiek, zwierzę czy potwór – i atakuje ludzi. Oda Kręciszewska, miejscowa lekarka, na co dzień ma styczność z głębokimi ranami pacjentów, ale nikt nie jest w stanie udzielić jej bliższych informacji na temat wydarzeń. Na cmentarzu ukrywa się z kolei istota ogromna i czarna – stroni od ludzi, wydaje się niebezpieczna, ale skoro Oda przychodzi jej z pomocą, opatruje rany i karmi świątecznym piernikiem, nie powinna być groźna. Lekarka zresztą jest życzliwa i pomaga całemu światu. Z kolei Odzie pomaga Roch, w tajemnicy nabijając wszystkie framugi gęsto żelaznymi gwoździami. Marta Kisiel przygotowuje bohaterkę na nadejście wielkiego pochodu mar, zwiastującego śmierć. Autorka porusza się po tematach demonów, zjaw, istot z zaświatów masowo pojawiających się dawniej w ludowych wierzeniach. Sama Oda, chociaż wydaje się postacią z krwi i kości, jest wiłą (a mrukliwy Roch – płanetnikiem) – tyle tylko, że ma mnóstwo ludzkich cech, więc i tak będzie się ją traktować jak realną kobietę. To wszystko zresztą nie ma znaczenia z perspektywy odbiorców – pokochają bohaterkę i jej otoczenie bez zastrzeżeń i to bardzo szybko; powieść „Oczy uroczne” zresztą wraca na rynek nie bez powodu.
Osią fabularną będą tu wydarzenia z zaświatów – stamtąd pochodzi tajemnicze niebezpieczeństwo, zagrożenie dla Ody i jej przyjaciela. Bohaterka będzie szukać najlepszego rozwiązania, ale też informacji – bo wydaje się, że wszyscy wiedzą więcej niż ona. Dzięki temu czytelnicy poznają klasyfikację pojawiających się tu demonów albo specyfikę wyobraźniowych stworów. Nie będzie natomiast nudy, bo fabuła wymusza działania postaci, ale osobną kwestią są tu mięsiste charakterystyki bohaterów, pomysły na drobne, doskonale puentowane scenki. Autorka bardzo często skupia się na dalszoplanowych wątkach, bo potrafi rozśmieszać – robi to znakomicie. Lekarz zajadający stres słodyczami i wręczający wszystkim (niezależnie od wieku) lizaczki to tylko jedna maleńka próbka możliwości autorki w tym zakresie. Michałko i gadająca koza rozbawią każdego, a niespodzianki humorystyczne czają się tu na każdym kroku. Autorka uwielbia tekstowe zabawy i jest w tym znakomita, dorównuje w żartach Joannie Chmielewskiej z najlepszego okresu twórczego. Sprawdza się zwłaszcza w humorze sytuacyjnym oraz w komizmie charakterów, ale buduje też świetne dialogi, cieszy na każdym etapie powieści. Nie poprzestaje na tym, potrafi też budzić dreszcz grozy, zmieniać atmosferę i wprowadzać trochę strachu do opowieści – „Oczy uroczne” pod tym względem zaspokoją każdego poszukiwacza sensacji.
Marta Kisiel w fantastyce ma sporo do powiedzenia, ale nie zamęcza czytelników kreowanym od zera światem wyobraźni, który trzeba dokładnie prześledzić, żeby pojąć, co może się w nim wydarzyć. Wprowadza elementy fantastyki do rzeczywistości znanej odbiorcom, korzysta przy tym z opracowań, umiejętnie wplata intertekstualne nawiązania do relacji. Przekonuje do siebie nie tylko precyzją w wymyślaniu przestrzeni, ale i serdecznością, jaką otacza głównych bohaterów. Tutaj zdarzyć się może wszystko, jednak autorka panuje i nad działaniami postaci, i nad uczuciami odbiorców. Nic dziwnego, że jej książki powracają na rynek i docierają do coraz szerszego grona czytelników spragnionych dobrej literatury rozrywkowej.
czwartek, 14 marca 2019
Rachel E. Carter: Czarny Mag. Tom 2. Adeptka
Uroboros, Warszawa 2019.
Wyzwania serca
Frakcja bojowa nie wydaje się miejscem szczególnie pociągającym dla kobiet, ale Ryiah i Elle, dwie uczennice magicznej szkoły, tu sprawdzają się najlepiej. Przyjaźnią się i są dla siebie wsparciem, a do tego Elle spotyka się z bratem Ryiah (do niedawna kobieciarzem i niepoprawnym podrywaczem, teraz – wiernym partnerem). Ryiah także próbuje ułożyć sobie życie prywatne. Wprawdzie relacje miłosne między adeptami magii nie są mile widziane przez mistrzów, ale trudno poskromić hormony. Ryiah decyduje się na związek z Ianem, liczy na to, że jeśli będzie zwracać większą uwagę na swojego dobrego przyjaciela (który się w niej podkochuje), uczucie przyjdzie samo. Ian ma się przydać Ryiah również jako odskocznia od myśli o superprzystojnym księciu. Nikt przecież nie uwierzy, że Darren zdecyduje się na mezalians (i że na taki krok pozwoli mu jego bardzo zazdrosna narzeczona!). Sferę kontaktów międzyludzkich Rachel E. Carter opracowuje nadzwyczaj dokładnie – w końcu czytelniczkom przyda się rekompensata za krwawe bitwy. We frakcji bojowej jest się przecież ciągle narażonym na ciężkie rany. Wprawdzie na każde wezwanie przybędą uzdrowiciele – ale proces odzyskiwania sił trochę trwa, a do tego w umyśle pozostaje strach. Trudno znieść sytuację, w której Ryiah jest rąbana toporem w walce – a na takie sceny naraża autorka odbiorczynie. W ten sposób uzasadnia siłę emocji. Tych na pewno nie zabraknie. A jeśli w każdej chwili można stracić życie na polu bitwy – ważne jest to, żeby budować relacje z bliskimi i mieć w nich oparcie. Ryiah ma tu kilka zaufanych osób, ważnych dla siebie. Sama nie do końca panuje nad własnymi uczuciami – rozsądek podpowiada jej jedno, serce – drugie. Dziewczyna wie, jak powinna postąpić. I czuje, jakie to trudne. Przekonuje przy tym siebie i czytelniczki, że trzeba się szanować. Nie może się zgodzić na los faworyty księcia, nawet jeśli czuje do niego ogromne (i odwzajemnione) pożądanie. A jeśli nie można panować nad instynktem, trzeba zdobyć się na dystans. I to autorka konsekwentnie bohaterom utrudnia. W końcu im więcej wyzwań, tym lepiej dla fabuły. Narrację prowadzi Carter bardzo dobrze, całkiem blisko jej do Richelle Mead, a to oznacza, że przekona do siebie nie tylko fanki powieści fantasy z wątkami batalistycznymi, ale i miłośniczki obyczajówek. Przecież bardzo starannie rozwija zagadnienia z partii międzyludzkich. Na przykładach doświadczeń Ryiah (innym jakoś lepiej się układa) może przekonywać czytelniczki, że nie warto za wszelką cenę dążyć do realizowania pragnień, czasami trzeba poczekać albo odpuścić – nawet jeśli rzecz dotyczy księcia. Ryiah ma wiele powodów, żeby przestać działać impulsywnie – chociaż często podąża za głosem serca, wie, jak powinna postąpić – jej przemyślenia na ten temat staną się dla odbiorczyń wskazówkami reagowania w naprawdę trudnych i wymagających dystansu emocjonalnego chwilach. Oczywiście konwencja baśni dużo tu ułatwia, upraszcza scenariusz – i dlatego potrzebne są autorce dobrze przemyślane strategie działania samej szkoły. Tu ma pomysły na wyzwania dla uczniów, robi się ciekawie nie tylko dla adeptów magii. Kolejne lata, jakie spędza w wymarzonej akademii Ryiah, zmieniają ja, pozwalają dojrzeć, a przy okazji dowiedzieć się ważnych rzeczy o sobie. W tym tomie akcentowany jest również motyw przyjaźni wśród młodych ludzi – czytelniczki mogą zastanowić się, jakie uczucia ocalać, a jakie poświęcić.
Wyzwania serca
Frakcja bojowa nie wydaje się miejscem szczególnie pociągającym dla kobiet, ale Ryiah i Elle, dwie uczennice magicznej szkoły, tu sprawdzają się najlepiej. Przyjaźnią się i są dla siebie wsparciem, a do tego Elle spotyka się z bratem Ryiah (do niedawna kobieciarzem i niepoprawnym podrywaczem, teraz – wiernym partnerem). Ryiah także próbuje ułożyć sobie życie prywatne. Wprawdzie relacje miłosne między adeptami magii nie są mile widziane przez mistrzów, ale trudno poskromić hormony. Ryiah decyduje się na związek z Ianem, liczy na to, że jeśli będzie zwracać większą uwagę na swojego dobrego przyjaciela (który się w niej podkochuje), uczucie przyjdzie samo. Ian ma się przydać Ryiah również jako odskocznia od myśli o superprzystojnym księciu. Nikt przecież nie uwierzy, że Darren zdecyduje się na mezalians (i że na taki krok pozwoli mu jego bardzo zazdrosna narzeczona!). Sferę kontaktów międzyludzkich Rachel E. Carter opracowuje nadzwyczaj dokładnie – w końcu czytelniczkom przyda się rekompensata za krwawe bitwy. We frakcji bojowej jest się przecież ciągle narażonym na ciężkie rany. Wprawdzie na każde wezwanie przybędą uzdrowiciele – ale proces odzyskiwania sił trochę trwa, a do tego w umyśle pozostaje strach. Trudno znieść sytuację, w której Ryiah jest rąbana toporem w walce – a na takie sceny naraża autorka odbiorczynie. W ten sposób uzasadnia siłę emocji. Tych na pewno nie zabraknie. A jeśli w każdej chwili można stracić życie na polu bitwy – ważne jest to, żeby budować relacje z bliskimi i mieć w nich oparcie. Ryiah ma tu kilka zaufanych osób, ważnych dla siebie. Sama nie do końca panuje nad własnymi uczuciami – rozsądek podpowiada jej jedno, serce – drugie. Dziewczyna wie, jak powinna postąpić. I czuje, jakie to trudne. Przekonuje przy tym siebie i czytelniczki, że trzeba się szanować. Nie może się zgodzić na los faworyty księcia, nawet jeśli czuje do niego ogromne (i odwzajemnione) pożądanie. A jeśli nie można panować nad instynktem, trzeba zdobyć się na dystans. I to autorka konsekwentnie bohaterom utrudnia. W końcu im więcej wyzwań, tym lepiej dla fabuły. Narrację prowadzi Carter bardzo dobrze, całkiem blisko jej do Richelle Mead, a to oznacza, że przekona do siebie nie tylko fanki powieści fantasy z wątkami batalistycznymi, ale i miłośniczki obyczajówek. Przecież bardzo starannie rozwija zagadnienia z partii międzyludzkich. Na przykładach doświadczeń Ryiah (innym jakoś lepiej się układa) może przekonywać czytelniczki, że nie warto za wszelką cenę dążyć do realizowania pragnień, czasami trzeba poczekać albo odpuścić – nawet jeśli rzecz dotyczy księcia. Ryiah ma wiele powodów, żeby przestać działać impulsywnie – chociaż często podąża za głosem serca, wie, jak powinna postąpić – jej przemyślenia na ten temat staną się dla odbiorczyń wskazówkami reagowania w naprawdę trudnych i wymagających dystansu emocjonalnego chwilach. Oczywiście konwencja baśni dużo tu ułatwia, upraszcza scenariusz – i dlatego potrzebne są autorce dobrze przemyślane strategie działania samej szkoły. Tu ma pomysły na wyzwania dla uczniów, robi się ciekawie nie tylko dla adeptów magii. Kolejne lata, jakie spędza w wymarzonej akademii Ryiah, zmieniają ja, pozwalają dojrzeć, a przy okazji dowiedzieć się ważnych rzeczy o sobie. W tym tomie akcentowany jest również motyw przyjaźni wśród młodych ludzi – czytelniczki mogą zastanowić się, jakie uczucia ocalać, a jakie poświęcić.
środa, 13 lutego 2019
Marta Kisiel: Nomen omen
Uroboros (Foksal), Warszawa 2019. (wznowienie)
Biegający trup
Marta Kisiel rozbawi największych ponuraków. W powieści “Nomen omen” wykorzystuje do tego celu mocno przechodzonego nieboszczyka, kilka czarownic, trochę sekretów z czasów wojny, ale też pewną lekko zwariowaną rodzinę i jedną papugę, miłośnika wafelków i herbatników. Kady śmieszyć będzie inaczej, a komizm zapewni płaszczyznę porozumienia z czytelnikami. Można nie lubić horrorów (z którego to gatunku wyłania się żywy trup), można nie lubić fantastyki i nawet gardzić mitologią, która owej fantastyce nadaje ton. Ale tu najbardziej liczy się płaszczyzna obyczajowa: do tego stopnia, że nikogo nie obejdą paranormalne wybryki, choćby i napędzały fabułę. Bo to jest tak: najpierw uwagę przyciąga Salka, dziewczyna zbyt wysoka, zbyt pulchna i zbyt trzeźwo myśląca, żeby zaintrygować jakiegoś ciekawego chłopaka. To znowu podkręca jej sarkazm. Salka doskonale radzi sobie w życiu, chociaż ma wyjątkowy talent do popełniania gaf i robienia sobie krzywdy, ewentualnie – stawania się pośmiewiskiem dla innych. Salka ma brata: Niedaś wprawdzie wydaje się obibokiem pierwszej klasy, a do tego niczym się nie przejmuje. Z każdych tarapatów wychodzi cało, ze względu na ogromny urok osobisty i dystans. Aż trudno uwierzyć, żeby ten sympatyczny i wesoły młodzieniec zaczął napadać na przypadkowe kobiety nocami. A takie atrakcje Marta Kisiel funduje bohaterom. W tej książce pojawia się zestaw indywidualności - i nawet staruszki-trojaczki (“siostry ksero”) stanowią tu silne charaktery. Matka Salki promuje rozbuchany erotyzm, dzielna Basia wzorowo realizuje porady z kursów samoobrony dla pań, a pewien Bartek klucza do pokonywania upiorów szuka w tekstach romantyków, jak na filologa przystało (jego profesor z kolei ma wyjątkowo skuteczną metodę poskramiania niesfornych studentów za pomocą poezji grafomańskiej). Jest jeszcze absolutny mistrz drugiego planu, Roy Keane, gadająca papuga. Marta Kisiel wprowadza tu całą gromadę bohaterów o wyrazistych osobowościach - każdy rozśmiesza czym innym, każdy budzi całą gamę uczuć w odbiorcach i naprawdę trudno jest wskazać jedna postać, która wypadałaby najlepiej (Roy Keane jest poza konkurencją). Akcja toczy się wartko i na początku wygląda jak zapożyczona z kryminału lub thrillera: w mieście grasuje ktoś, kto morduje dziewczyny z blond warkoczami. Salka ma poważny powód, żeby zaangażować się w wykrycie sprawcy. Ten kryminałothriller w pewnym momencie przechodzi przez powieść historyczną (rzecz dotyczy przodków Salki i Niedasia, ale też trupa, który zaczął znienacka biegać po mieście), aż po fantasy. Całe tło wypełnia z kolei obyczajowość - i to obyczajowość, która od pierwszego momentu wciąga. Kibicuje się Salce, Niedasiowi, starszym paniom... Rytm opowieści ani na chwilę nie słabnie. A przecież to wszystko w ramach akcji – Marta Kisiel ma w odwodzie również pełen dowcipów język narracji. Nawet nieistotne dla rozwoju tej historii sceny ozdabia szeregiem puent wysokiej klasy, sprawia, że czytelnicy mają więcej powodów do lektury niż tylko ciekawość dalszego ciągu wydarzeń. Autorka rozśmiesza niemal bez przerwy – jeden wyjątek robi dla zaprezentowania losów przesiedleńców. W wyjaśnieniach kierowanych do młodszego pokolenia odbiorców pojawia się sensowny - chociaż niepasujący do całości - wywód na temat związku człowieka z miejscem i wielkiej historii, która niszczy marzenia jednostek. Marta Kisiel chce, żeby czytelnicy pojęli los lwowiaków, wrocławian czy gdańszczan, żeby nie uogólniali w ocenach przeszłości. Dydaktyczny fragment, choć bardzo sugestywny, nie przekreśla doskonałej zabawy przy całej książce. Świetny jest “Nomen omen: i każdy, kto do tej publikacji dotrze, będzie chciał już zawsze sprawdzać, co Marta Kisiel ma do zaoferowania.
Biegający trup
Marta Kisiel rozbawi największych ponuraków. W powieści “Nomen omen” wykorzystuje do tego celu mocno przechodzonego nieboszczyka, kilka czarownic, trochę sekretów z czasów wojny, ale też pewną lekko zwariowaną rodzinę i jedną papugę, miłośnika wafelków i herbatników. Kady śmieszyć będzie inaczej, a komizm zapewni płaszczyznę porozumienia z czytelnikami. Można nie lubić horrorów (z którego to gatunku wyłania się żywy trup), można nie lubić fantastyki i nawet gardzić mitologią, która owej fantastyce nadaje ton. Ale tu najbardziej liczy się płaszczyzna obyczajowa: do tego stopnia, że nikogo nie obejdą paranormalne wybryki, choćby i napędzały fabułę. Bo to jest tak: najpierw uwagę przyciąga Salka, dziewczyna zbyt wysoka, zbyt pulchna i zbyt trzeźwo myśląca, żeby zaintrygować jakiegoś ciekawego chłopaka. To znowu podkręca jej sarkazm. Salka doskonale radzi sobie w życiu, chociaż ma wyjątkowy talent do popełniania gaf i robienia sobie krzywdy, ewentualnie – stawania się pośmiewiskiem dla innych. Salka ma brata: Niedaś wprawdzie wydaje się obibokiem pierwszej klasy, a do tego niczym się nie przejmuje. Z każdych tarapatów wychodzi cało, ze względu na ogromny urok osobisty i dystans. Aż trudno uwierzyć, żeby ten sympatyczny i wesoły młodzieniec zaczął napadać na przypadkowe kobiety nocami. A takie atrakcje Marta Kisiel funduje bohaterom. W tej książce pojawia się zestaw indywidualności - i nawet staruszki-trojaczki (“siostry ksero”) stanowią tu silne charaktery. Matka Salki promuje rozbuchany erotyzm, dzielna Basia wzorowo realizuje porady z kursów samoobrony dla pań, a pewien Bartek klucza do pokonywania upiorów szuka w tekstach romantyków, jak na filologa przystało (jego profesor z kolei ma wyjątkowo skuteczną metodę poskramiania niesfornych studentów za pomocą poezji grafomańskiej). Jest jeszcze absolutny mistrz drugiego planu, Roy Keane, gadająca papuga. Marta Kisiel wprowadza tu całą gromadę bohaterów o wyrazistych osobowościach - każdy rozśmiesza czym innym, każdy budzi całą gamę uczuć w odbiorcach i naprawdę trudno jest wskazać jedna postać, która wypadałaby najlepiej (Roy Keane jest poza konkurencją). Akcja toczy się wartko i na początku wygląda jak zapożyczona z kryminału lub thrillera: w mieście grasuje ktoś, kto morduje dziewczyny z blond warkoczami. Salka ma poważny powód, żeby zaangażować się w wykrycie sprawcy. Ten kryminałothriller w pewnym momencie przechodzi przez powieść historyczną (rzecz dotyczy przodków Salki i Niedasia, ale też trupa, który zaczął znienacka biegać po mieście), aż po fantasy. Całe tło wypełnia z kolei obyczajowość - i to obyczajowość, która od pierwszego momentu wciąga. Kibicuje się Salce, Niedasiowi, starszym paniom... Rytm opowieści ani na chwilę nie słabnie. A przecież to wszystko w ramach akcji – Marta Kisiel ma w odwodzie również pełen dowcipów język narracji. Nawet nieistotne dla rozwoju tej historii sceny ozdabia szeregiem puent wysokiej klasy, sprawia, że czytelnicy mają więcej powodów do lektury niż tylko ciekawość dalszego ciągu wydarzeń. Autorka rozśmiesza niemal bez przerwy – jeden wyjątek robi dla zaprezentowania losów przesiedleńców. W wyjaśnieniach kierowanych do młodszego pokolenia odbiorców pojawia się sensowny - chociaż niepasujący do całości - wywód na temat związku człowieka z miejscem i wielkiej historii, która niszczy marzenia jednostek. Marta Kisiel chce, żeby czytelnicy pojęli los lwowiaków, wrocławian czy gdańszczan, żeby nie uogólniali w ocenach przeszłości. Dydaktyczny fragment, choć bardzo sugestywny, nie przekreśla doskonałej zabawy przy całej książce. Świetny jest “Nomen omen: i każdy, kto do tej publikacji dotrze, będzie chciał już zawsze sprawdzać, co Marta Kisiel ma do zaoferowania.
niedziela, 10 czerwca 2018
Jay Kristoff: Tancerze burzy. Wojna lotosowa I
Uroboros (Foksal), Warszawa 2018.
Przyjaźń w upadku
Oczywiste jest, że lotos prowadzi do zniszczenia. Negatywnie wpływa na środowisko, ludzi otępia i rujnuje im zdrowie. Ale też silnie uzależnia, a do tego jest podstawą gospodarki – nie da się więc z niego zrezygnować. Jeśli coś ma tak potężne działanie, prędzej czy później doprowadzi do dramatów. W "Tancerzach burzy" lotos już powoduje wojny. Apokalipsa się zbliża. Nikt już nie zna błękitnego nieba ani świeżego powietrza, ludzie umierają na czarnopłuco. Jay Kristoff bardzo szczegółowo prezentuje rzeczywistość zmierzającą ku zagładzie. Katastrofa trwa - rozłożona w czasie i okrutna – to efekt destrukcyjnych działań człowieka, jego krótkowzroczności i chciwości. Kristoff stara się motyw zniszczenia ująć perspektywicznie i możliwie jak najszerzej: ilustruje zmiany zachodzące w przyrodzie i w krajobrazach, w przestrzeni miejskiej, w mentalności ludzi i w hierarchii społecznej. Zwracanie uwagi na detale to zresztą wyróżnik w tej powieści, coś, co od pierwszych stron staje się pomysłem na narrację. I w tym świecie postapokaliptycznym (mimo że wciąż jeszcze przed apokalipsą, w ramach niezakończonego procesu) jest autor przekonujący - właśnie dzięki dokładnemu analizowaniu szczegółów i umiejętnemu ich przekazywaniu.
W tym niegościnnym świecie pojawia się Yukiko, młoda kobieta, która zajmuje się ojcem, a kształci na łowczynię. Yukiko to bohaterka skrojona na miarę dzisiejszych narracji – samodzielna, odważna, zdecydowana na wszystko. Wierna swoim ideałom (a i też posiadająca dokładnie opracowany kodeks moralny). Yukiko zna swoje miejsce i nie burzy się przeciwko niemu, przynajmniej dopóki coś się nie wydarzy. Yukiko jest opoką dla bliskich. To dziewczyna-rycerz. Idealny materiał na przyszłą buntowniczkę. A ponieważ w tej rzeczywistości - na wyspach Shima pod wodzą szoguna -posłuszeństwo jest w cenie, rozpocznie się wielka przygoda. "Tancerze burzy. Wojna lotosowa I" to opowieść o wędrówce Yukiko do dojrzałości. Diewczyna na rozkaz szoguna ma schwytać gryfa – stworzenie mityczne i właściwie nieistniejące na wolności. Tygrys gromu to zwierzę ekstremalnie groźne, ale też piękne i fascynujące. Yukiko natomiast posiada dar przenikania do umysłów zwierząt, gdy minie pierwsze niebezpieczeństwo - może spróbować dogadać się z gryfem, któremu nadaje imię Buruu. Od tej pory niezwykła para będzie nierozłączna. A to dopiero początek wyprawy, która zamieni się w szereg wyzwań, nie tylko batalistycznych. Dużo miejsca autor poświęca na analizowanie przyjaźni, przywiązania czy miłości. Tu trzeba podejmować błyskawiczne decyzje, a każda decyzja wiąże się z poważnymi i nieodwracalnymi konsekwencjami. Tu łatwo stracić życie - wystarczy narazić się władzy, a o to nietrudno, zwłaszcza gdy szogun zdradza objawy szaleństwa. I tak Yukiko musi lawirować między swoimi powinnościami i obowiązkami, wyborami płynącymi z moralnych postaw, a także - relacjami z ludźmi i zwierzętami. Trzeba doceniać sojuszników, ale te kierować się intuicją. Plany mieszają się zatem z improwizacjami. Czasem pozwala sobie autor na odrobinę humoru, zwłaszcza w przekładaniu świata ludzi na rozumienie gryfów - bardziej skupia się natomiast na budzeniu grozy i na rejestrowaniu dynamicznej akcji. Bez przerwy coś się tu dzieje, a każde wydarzenie nasycone jest ekspresją. Tej dynamice zupełnie niespodziewanie towarzyszą bardzo drobiazgowe opisy. Jay Kristoff dba o precyzję w konstruowaniu tej rzeczywistości. Chociaż buduje świat niemal od zera, wydaje się być przekonujący, świadomy znaczeń pojedynczych gestów i ich konsekwencji dla całej przestrzeni. Relacje między bohaterami są wielowymiarowe i mimo że przynoszą charakterystyczne dla młodzieżowych powieści motywy (kwestia przyjaźni, związków między rodzicem i dzieckiem, zauroczeń czy zdrady), tworzone są w dorosły sposób. "Tancerze burzy" to tom, który zachwyca dopracowaniem, narracyjną i konstrukcyjną starannością.
Przyjaźń w upadku
Oczywiste jest, że lotos prowadzi do zniszczenia. Negatywnie wpływa na środowisko, ludzi otępia i rujnuje im zdrowie. Ale też silnie uzależnia, a do tego jest podstawą gospodarki – nie da się więc z niego zrezygnować. Jeśli coś ma tak potężne działanie, prędzej czy później doprowadzi do dramatów. W "Tancerzach burzy" lotos już powoduje wojny. Apokalipsa się zbliża. Nikt już nie zna błękitnego nieba ani świeżego powietrza, ludzie umierają na czarnopłuco. Jay Kristoff bardzo szczegółowo prezentuje rzeczywistość zmierzającą ku zagładzie. Katastrofa trwa - rozłożona w czasie i okrutna – to efekt destrukcyjnych działań człowieka, jego krótkowzroczności i chciwości. Kristoff stara się motyw zniszczenia ująć perspektywicznie i możliwie jak najszerzej: ilustruje zmiany zachodzące w przyrodzie i w krajobrazach, w przestrzeni miejskiej, w mentalności ludzi i w hierarchii społecznej. Zwracanie uwagi na detale to zresztą wyróżnik w tej powieści, coś, co od pierwszych stron staje się pomysłem na narrację. I w tym świecie postapokaliptycznym (mimo że wciąż jeszcze przed apokalipsą, w ramach niezakończonego procesu) jest autor przekonujący - właśnie dzięki dokładnemu analizowaniu szczegółów i umiejętnemu ich przekazywaniu.
W tym niegościnnym świecie pojawia się Yukiko, młoda kobieta, która zajmuje się ojcem, a kształci na łowczynię. Yukiko to bohaterka skrojona na miarę dzisiejszych narracji – samodzielna, odważna, zdecydowana na wszystko. Wierna swoim ideałom (a i też posiadająca dokładnie opracowany kodeks moralny). Yukiko zna swoje miejsce i nie burzy się przeciwko niemu, przynajmniej dopóki coś się nie wydarzy. Yukiko jest opoką dla bliskich. To dziewczyna-rycerz. Idealny materiał na przyszłą buntowniczkę. A ponieważ w tej rzeczywistości - na wyspach Shima pod wodzą szoguna -posłuszeństwo jest w cenie, rozpocznie się wielka przygoda. "Tancerze burzy. Wojna lotosowa I" to opowieść o wędrówce Yukiko do dojrzałości. Diewczyna na rozkaz szoguna ma schwytać gryfa – stworzenie mityczne i właściwie nieistniejące na wolności. Tygrys gromu to zwierzę ekstremalnie groźne, ale też piękne i fascynujące. Yukiko natomiast posiada dar przenikania do umysłów zwierząt, gdy minie pierwsze niebezpieczeństwo - może spróbować dogadać się z gryfem, któremu nadaje imię Buruu. Od tej pory niezwykła para będzie nierozłączna. A to dopiero początek wyprawy, która zamieni się w szereg wyzwań, nie tylko batalistycznych. Dużo miejsca autor poświęca na analizowanie przyjaźni, przywiązania czy miłości. Tu trzeba podejmować błyskawiczne decyzje, a każda decyzja wiąże się z poważnymi i nieodwracalnymi konsekwencjami. Tu łatwo stracić życie - wystarczy narazić się władzy, a o to nietrudno, zwłaszcza gdy szogun zdradza objawy szaleństwa. I tak Yukiko musi lawirować między swoimi powinnościami i obowiązkami, wyborami płynącymi z moralnych postaw, a także - relacjami z ludźmi i zwierzętami. Trzeba doceniać sojuszników, ale te kierować się intuicją. Plany mieszają się zatem z improwizacjami. Czasem pozwala sobie autor na odrobinę humoru, zwłaszcza w przekładaniu świata ludzi na rozumienie gryfów - bardziej skupia się natomiast na budzeniu grozy i na rejestrowaniu dynamicznej akcji. Bez przerwy coś się tu dzieje, a każde wydarzenie nasycone jest ekspresją. Tej dynamice zupełnie niespodziewanie towarzyszą bardzo drobiazgowe opisy. Jay Kristoff dba o precyzję w konstruowaniu tej rzeczywistości. Chociaż buduje świat niemal od zera, wydaje się być przekonujący, świadomy znaczeń pojedynczych gestów i ich konsekwencji dla całej przestrzeni. Relacje między bohaterami są wielowymiarowe i mimo że przynoszą charakterystyczne dla młodzieżowych powieści motywy (kwestia przyjaźni, związków między rodzicem i dzieckiem, zauroczeń czy zdrady), tworzone są w dorosły sposób. "Tancerze burzy" to tom, który zachwyca dopracowaniem, narracyjną i konstrukcyjną starannością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






