Czarne, Wołowiec 2025.
Cieczka
Relanium i hydroksyzyna. Tylko to trzyma pana Borsuka w ryzach, tylko to pozwala mu z godnością przyjmować kolejne pomysły świata. A świat bywa mocno kreatywny w szykowanych niespodziankach, o czym najdobitniej przekonuje się Ziutek, piesek, z którym pan Borsuk codziennie wychodzi na długie spacery. Spacery są okazją do niekończących się monologów na temat kondycji człowieka w ogóle – a Tomasza w szczególności. Tomasz to przyjaciel pana Borsuka i jako taki podlega specyficznej krytyce – nie jest w stanie bowiem opanować swoich żądzy, zupełnie jak Ziutek, kiedy poczuje suczkę w rui. Ziutkowi jest absolutnie wszystko jedno, kim będzie jego wybranka, byle tylko mógł dać upust swoim instynktom. Tomasz dla młodej śpiewaczki radykalnie zmienia swoje życie – Zosi podporządkowuje kolejne wybory, zupełnie nie przejmując się faktem, że w niedalekiej przyszłości Zosia wciąż będzie piękną i ponętną kobietą, a sam Tomasz – starcem wymagającym opieki. Pan Borsuk jest dumny z okiełznania swojego popędu seksualnego: udaje mu się całkowicie odrzucić chuć jako siłę napędową egzystencji i to samo zaleca swojemu czworonożnemu podopiecznemu – bo tylko ten będzie jeszcze słuchał. Czy się zastosuje – to już zupełnie inna kwestia.
Wyprawy z psem to okazja do kolejnych wiwisekcji. Zwierzenia zgorzkniałego i samotnego mężczyzny, który niczego już od życia nie oczekuje, bywają zabawne, ale też w swojej satyrze bezlitosne – bo Varga mówi głośno to, czego wszyscy się boją. Pokazuje, że w życiu nie zawsze jest różowo i wspaniale, że można snuć najbardziej śmiałe plany, ale w ostatecznym rozrachunku człowiek zostanie sam ze swoimi najskrytszymi lękami, niezrozumiany nawet przez najbliższych. Z jednej strony pan Borsuk opowiada tu historię Tomasza i jego rodzinne perypetie, z drugiej – zwierza się z własnych dylematów małżeńskich: jego żona, Elwira, nauczyła się niszczyć go emocjonalnie i psychicznie, żeby pozbawić radości życia. Udało jej się to całkiem dobrze, chociaż być może jako artystka nie upatrywała w tym większego celu.
Krzysztof Varga niby ucieka w sarkazm, niby zasłania się niewyżytym seksualnie kundelkiem, żeby ton lamentu zamienić w pióro satyryka – ale to, co ma do powiedzenia w niekończących się monologach pana Borsuka będzie irytowało i drażniło odbiorców właśnie ze względu na trafność spostrzeżeń. Tu nie ma miejsca ani na tanie pokrzepienie, ani nawet na kompromisy, nikt nie znajdzie obietnic, że wszystko się jakoś ułoży. Owszem, może się ułożyć za sprawą leków – ale i tak nie do końca. I to najlepszy dowcip, jaki Varga robi swoim czytelnikom. Odbiera im nadzieję, radość codzienności w imię prawdy. „Śmiejący się pies” to nie jest książka wygodna czy bezpieczna – jest zbyt blisko zwyczajności, żeby ją zignorować i jednocześnie bazuje na sprawach, o których przeważnie nie ma co opowiadać. Varga jak zwykle prozę prowadzi mistrzowsko – zamienia się w pana Borsuka, nie pozostawia żadnych wątpliwości co do portretu psychologicznego swojego bohatera. Zabiera odbiorców na spacery z psem po to, żeby zmusić ich do pomyślenia nad sobą i nad przemijaniem. A to nie może być przyjemne. Chyba że akurat ktoś chce się pośmiać z uświadamianego nagle dramatu.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 4 maja 2025
sobota, 3 maja 2025
Guadalupe Nettel: Jedyna córka
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Cykl życia
Guadalupe Nettel tworzy prozę gęstą i psychologiczną, chociaż nie planuje wprowadzania do niej gotowych rozwiązań i podpowiedzi dla czytelniczek. Wartościowe jest już to, że przedstawia – a przynajmniej stara się przedstawić – różne podejścia do tematu macierzyństwa. W XXI wieku przełomowe ma być spostrzeżenie, że nie każda kobieta pragnie być matką. A i tak to właśnie bycie matką dominuje w tej historii. „Jedyna córka” to potrójna historia. Laura łączy wątki i udowadnia, że pójście pod prąd nie jest zbyt medialne. To Laura jest tą kobietą, która nie zamierza rodzić dzieci – decyduje się nawet na operację, która zagwarantuje jej brak potomstwa. Laura ma swoje racje, ale nawet nie otrzymuje okazji, żeby je przedstawić, zupełnie jakby nikogo nie obchodziła postawa kobiety bezdzietnej w świecie, w którym rzekomo każda kobieta w pewnym wieku pragnie mieć dzieci. Doris być może na taką postawę by się zdecydowała, gdyby wiedziała, co ją czeka. A czeka ją zmaganie się z trudnościami wychowawczymi. Po stracie męża Doris obserwuje coraz gorsze zachowania u swojego syna. Chłopak ma ataki agresji, podczas których wyzywa matkę lub stosuje przemoc, chce się uwolnić z własnego umysłu, ale problemy rozwiązuje wyłącznie krzykiem. To wyzwala analogiczną reakcję u bezradnej matki. Doris jest sąsiadką Laury, więc narratorka może zbierać informacje na temat „trudnego” dziecka niejako mimochodem, bez wysiłku. Macierzyństwo w wypadku Doris to zestaw kryzysów, upokorzeń i smutków, które nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że kiedyś będzie lepiej. Jest jeszcze Alina. Przyjaciółka Laury w dawnych czasach podzielała jej stanowisko na temat dzieci – jednak w pewnym momencie przeszła na drugą stronę – rozpaczliwie pragnie mieć dziecko za wszelką cenę. Kiedy już zachodzi w upragnioną ciążę, dowiaduje się, że jej dziecko urodzi się bez mózgu i nie przeżyje. Ale lekarze nie są w stanie przewidzieć wszystkiego.
I tak Laura relacjonuje dwa cudze życia – bo o swoim niestety zapomina – zastanawiając się nad tym, ile można poświęcić dla drugiego człowieka. Powieść o tym, że nie każdy chce mieć dzieci, zamienia się w powieść o tym, co się dzieje, kiedy każdy chce mieć dzieci za wszelką cenę – czym podsyca tylko stereotypy. Ale Guadalupe Nettel bardzo starannie prowadzi tu narrację. Ma dużo obserwacji i wie, jak je przekazywać w zgrabnej psychologicznej prozie. Nie będzie nikogo pouczać ani odbierać nadziei – rozbudza ciekawość co do rozwiązań życiowych problemów, ale sama tych rozwiązań nie zamierza wprowadzać. Chce, żeby odbiorcy skupili się na oglądaniu powieściowego tu i teraz, bez świadomości przyszłości. Tylko tak może bez narzucania własnej perspektywy zmusić odbiorców do refleksji nad kulturowymi i społecznymi powinnościami. „Jedyna córka” to historia złożona i pozbawiona łatwych wskazówek życiowych. To lektura do trudnych przemyśleń, wyzwalająca i jednocześnie gorzka. Ale niezależnie od ocen treści – to książka świetnie napisana.
Cykl życia
Guadalupe Nettel tworzy prozę gęstą i psychologiczną, chociaż nie planuje wprowadzania do niej gotowych rozwiązań i podpowiedzi dla czytelniczek. Wartościowe jest już to, że przedstawia – a przynajmniej stara się przedstawić – różne podejścia do tematu macierzyństwa. W XXI wieku przełomowe ma być spostrzeżenie, że nie każda kobieta pragnie być matką. A i tak to właśnie bycie matką dominuje w tej historii. „Jedyna córka” to potrójna historia. Laura łączy wątki i udowadnia, że pójście pod prąd nie jest zbyt medialne. To Laura jest tą kobietą, która nie zamierza rodzić dzieci – decyduje się nawet na operację, która zagwarantuje jej brak potomstwa. Laura ma swoje racje, ale nawet nie otrzymuje okazji, żeby je przedstawić, zupełnie jakby nikogo nie obchodziła postawa kobiety bezdzietnej w świecie, w którym rzekomo każda kobieta w pewnym wieku pragnie mieć dzieci. Doris być może na taką postawę by się zdecydowała, gdyby wiedziała, co ją czeka. A czeka ją zmaganie się z trudnościami wychowawczymi. Po stracie męża Doris obserwuje coraz gorsze zachowania u swojego syna. Chłopak ma ataki agresji, podczas których wyzywa matkę lub stosuje przemoc, chce się uwolnić z własnego umysłu, ale problemy rozwiązuje wyłącznie krzykiem. To wyzwala analogiczną reakcję u bezradnej matki. Doris jest sąsiadką Laury, więc narratorka może zbierać informacje na temat „trudnego” dziecka niejako mimochodem, bez wysiłku. Macierzyństwo w wypadku Doris to zestaw kryzysów, upokorzeń i smutków, które nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że kiedyś będzie lepiej. Jest jeszcze Alina. Przyjaciółka Laury w dawnych czasach podzielała jej stanowisko na temat dzieci – jednak w pewnym momencie przeszła na drugą stronę – rozpaczliwie pragnie mieć dziecko za wszelką cenę. Kiedy już zachodzi w upragnioną ciążę, dowiaduje się, że jej dziecko urodzi się bez mózgu i nie przeżyje. Ale lekarze nie są w stanie przewidzieć wszystkiego.
I tak Laura relacjonuje dwa cudze życia – bo o swoim niestety zapomina – zastanawiając się nad tym, ile można poświęcić dla drugiego człowieka. Powieść o tym, że nie każdy chce mieć dzieci, zamienia się w powieść o tym, co się dzieje, kiedy każdy chce mieć dzieci za wszelką cenę – czym podsyca tylko stereotypy. Ale Guadalupe Nettel bardzo starannie prowadzi tu narrację. Ma dużo obserwacji i wie, jak je przekazywać w zgrabnej psychologicznej prozie. Nie będzie nikogo pouczać ani odbierać nadziei – rozbudza ciekawość co do rozwiązań życiowych problemów, ale sama tych rozwiązań nie zamierza wprowadzać. Chce, żeby odbiorcy skupili się na oglądaniu powieściowego tu i teraz, bez świadomości przyszłości. Tylko tak może bez narzucania własnej perspektywy zmusić odbiorców do refleksji nad kulturowymi i społecznymi powinnościami. „Jedyna córka” to historia złożona i pozbawiona łatwych wskazówek życiowych. To lektura do trudnych przemyśleń, wyzwalająca i jednocześnie gorzka. Ale niezależnie od ocen treści – to książka świetnie napisana.
piątek, 2 maja 2025
Gabby Dawnay: Cuda w morzu
Harperkids, Warszawa 2025.
Pod taflą
Można sobie wybrać, jakiego bohatera poznawać, można też Opowieści 5 minut przed snem czytać po kolei i odkrywać, jakie stworzenia mieszkają w wodnych głębinach. A będzie tu niebywale kolorowo i ciekawie: pojawi się konik morski, ośmiornica, meduza, węgorz, humbak, żarłacz biały czy błazenek a nawet żółw morski. Istot wiele, każda oryginalna i jedyna w swoim rodzaju. Każdemu z tych bohaterów poświęcona została rymowana historyjka i zestaw ciekawostek: jeśli mały odbiorca zainteresuje się bardziej konkretnym gatunkiem, może od razu dowiedzieć się o nim czegoś – albo znaleźć wyjaśnienia niektórych zagadnień z tomiku.
Błazenek to ryba, która chowa się w ukwiałach przed drapieżnikami: nie parzy jej ta roślina, więc błazenek może podjąć z nią współpracę i w zamian za ochronę wabić drapieżniki, które zamienią się w pokarm dla ukwiału. Żarłacz biały ma bardzo ciekawie rozwiązany system zębów – jest ich imponująca liczba, a kiedy jakiś się zużyje, inne przesuwają się w szczęce: to rozwiązanie, które może zadziwić odbiorców. Humbaki są znane z pieśni niosących się na wiele kilometrów – można więc zastanawiać się nad sposobem zawierania znajomości przez te olbrzymy. Meduzy nigdy nie umierają, węgorze odbywają wędrówki instynktownie. Ośmiornice zmieniają kształty – ponieważ nie mają układu kostnego, mogą wślizgiwać się w różne szczeliny albo przybierać rozmaite formy. Pingwiny dzielą się obowiązkami przy wysiadywaniu jaj i ogrzewaniu piskląt, koniki morskie odbywają niezwykły taniec godowy, a żółw morski płacze – chociaż naprawdę po prostu pozbywa się nadmiaru soli z organizmu. I tak o każdym bohaterze można tu przeczytać opowiastkę. Rymowanki przekładali Mikołaj Golachowski i Joanna Nikodemska – i fakt istnienia mowy wiązanej w oryginale wypada mocno na ich niekorzyść. Rymy gramatyczne i brak dbałości o rytm to podstawowe (i często spotykane) wady w tych bajkach. Fakt, że najmłodszym nie powinno to przesadnie przeszkadzać, ale warto było bardziej się postarać i zrezygnować choćby z zestawiania czasowników w pozycjach rymowych – forma psuje efekt nabudowany przez ciekawe treści.
„Cuda w morzu” to duży picture book, ilustracje pełnią tu ważną funkcję. Przede wszystkim wspomagają wyobraźnię odbiorców, którzy przecież niekoniecznie mogą wiedzieć, o jakich stworzeniach mowa. Edukacyjny charakter tomiku sprawia, że dzieci dowiedzą się czegoś o bogatym świecie fauny, być może znajdą tu trop nowych fascynacji. Na pewno dostaną lekturę przed snem – krótkie historie, które mogą uspokoić i przygotować do sennych marzeń. „Cuda w morzu” to przecież także książka, którą warto wykorzystywać jako usypiankę dla najmłodszych. Spodoba się dzieciom temat – i możliwość obserwowania morskich stworzeń w ich codzienności. To też zachęta do poznawania natury i do dbałości o przyrodę.
Pod taflą
Można sobie wybrać, jakiego bohatera poznawać, można też Opowieści 5 minut przed snem czytać po kolei i odkrywać, jakie stworzenia mieszkają w wodnych głębinach. A będzie tu niebywale kolorowo i ciekawie: pojawi się konik morski, ośmiornica, meduza, węgorz, humbak, żarłacz biały czy błazenek a nawet żółw morski. Istot wiele, każda oryginalna i jedyna w swoim rodzaju. Każdemu z tych bohaterów poświęcona została rymowana historyjka i zestaw ciekawostek: jeśli mały odbiorca zainteresuje się bardziej konkretnym gatunkiem, może od razu dowiedzieć się o nim czegoś – albo znaleźć wyjaśnienia niektórych zagadnień z tomiku.
Błazenek to ryba, która chowa się w ukwiałach przed drapieżnikami: nie parzy jej ta roślina, więc błazenek może podjąć z nią współpracę i w zamian za ochronę wabić drapieżniki, które zamienią się w pokarm dla ukwiału. Żarłacz biały ma bardzo ciekawie rozwiązany system zębów – jest ich imponująca liczba, a kiedy jakiś się zużyje, inne przesuwają się w szczęce: to rozwiązanie, które może zadziwić odbiorców. Humbaki są znane z pieśni niosących się na wiele kilometrów – można więc zastanawiać się nad sposobem zawierania znajomości przez te olbrzymy. Meduzy nigdy nie umierają, węgorze odbywają wędrówki instynktownie. Ośmiornice zmieniają kształty – ponieważ nie mają układu kostnego, mogą wślizgiwać się w różne szczeliny albo przybierać rozmaite formy. Pingwiny dzielą się obowiązkami przy wysiadywaniu jaj i ogrzewaniu piskląt, koniki morskie odbywają niezwykły taniec godowy, a żółw morski płacze – chociaż naprawdę po prostu pozbywa się nadmiaru soli z organizmu. I tak o każdym bohaterze można tu przeczytać opowiastkę. Rymowanki przekładali Mikołaj Golachowski i Joanna Nikodemska – i fakt istnienia mowy wiązanej w oryginale wypada mocno na ich niekorzyść. Rymy gramatyczne i brak dbałości o rytm to podstawowe (i często spotykane) wady w tych bajkach. Fakt, że najmłodszym nie powinno to przesadnie przeszkadzać, ale warto było bardziej się postarać i zrezygnować choćby z zestawiania czasowników w pozycjach rymowych – forma psuje efekt nabudowany przez ciekawe treści.
„Cuda w morzu” to duży picture book, ilustracje pełnią tu ważną funkcję. Przede wszystkim wspomagają wyobraźnię odbiorców, którzy przecież niekoniecznie mogą wiedzieć, o jakich stworzeniach mowa. Edukacyjny charakter tomiku sprawia, że dzieci dowiedzą się czegoś o bogatym świecie fauny, być może znajdą tu trop nowych fascynacji. Na pewno dostaną lekturę przed snem – krótkie historie, które mogą uspokoić i przygotować do sennych marzeń. „Cuda w morzu” to przecież także książka, którą warto wykorzystywać jako usypiankę dla najmłodszych. Spodoba się dzieciom temat – i możliwość obserwowania morskich stworzeń w ich codzienności. To też zachęta do poznawania natury i do dbałości o przyrodę.
czwartek, 1 maja 2025
Włoski skarbiec. Najlepsze komiksy: Giorgio Cavazzano
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Prezent
Bardzo dobrym pomysłem dla kolekcjonerów jest zestawianie legendarnych komiksów (lub pokazowych dla wybranego twórcy) w połączeniu z krótkim komentarzem oraz możliwością zajrzenia do szkicownika i sprawdzenia, jak ewoluowały poszczególne kadry, zanim znalazły się w ostatecznej wersji utworu. „Włoski skarbiec. Najlepsze komiksy” to okazja do zaprezentowania twórcy, który wpływa na dzieciństwo fanów Disneya. Giorgio Cavazzano to autor prezentowany w piątej części cyklu. Ucieszy się każdy, kto uwielbiał w dzieciństwie przygody Kaczora Donalda, Myszki Miki i całego szeregu dalszoplanowych postaci z orbity Sknerusa McKwacza (kto pamięta Diodaka? Fani oczywiście zdają sobie sprawę z tego, kim jest Dziobas. Cała reszta może zapoznawać się z tymi bohaterami). Całości dopełnia jeszcze przygoda Czarnego Piotrusia, przestępcy, którego nikt nie traktuje specjalnie poważnie. I tak można z powrotem zanurzyć się w świecie disneyowskich historii – i przy okazji prześledzić, jak Cavazzano realizuje własne pomysły ze znanymi postaciami. Sześć komiksów (w tym jeden jednostronicowy) z pierwszej dekady XXI wieku to nie lada gratka nie tylko dla najmłodszych – w wydaniu kolekcjonerskim mieści się sporo wyjaśnień i ciekawostek, między innymi na temat genezy samochodu, którym porusza się Kaczor Donald.
Liczy się tu – i to za każdym razem – dynamiczna fabuła i zestaw oryginalnych rozwiązań. Intrygi prowadzone są pewnie, a do tego z przestrzeganiem zasad panujących w świecie Donalda. Ta książka jest prezentacją działalności Cavazzano pod szyldem Disneya – i fakt, że trudno byłoby wskazać jednoznacznie osobowościowe cechy rysownika przemycane w komiksach, najlepiej pokazuje, jak dobrze realizował się ten artysta w koncernie. Tym ciekawiej wypadają podpowiedzi i wskazówki dotyczące pracy nad poszczególnymi komiksami (a czasem też kadrami), nad mimiką postaci czy nad sposobami ekspresji. Jest tu całkiem dużo wiadomości, które nie są wprawdzie potrzebne podczas rozrywkowej lektury, ale pozwalają zastanowić się nad warsztatem i techniką, a także nad wyborami, przed jakimi stają rysownicy koncernu. Jest w przygodach postaci Disneya coś, co sprawia, że właściwie się nie starzeją – bez względu na konteksty i nawiązania, bez względu na zestaw przeżyć i fabuły, czyta się je tak samo dobrze przez całe dekady. Dla tych, którzy z Disneya nie wyrośli, przygotowany jest „Włoski skarbiec” – to okazja do przyjrzenia się tym, którzy na co dzień pozostają w cieniu ale pozwalają cieszyć się doświadczeniami nieśmiertelnych postaci. Giorgio Cavazzano pokazuje, jak ważna jest odpowiednio przedstawiana akcja, pozwala prześledzić kadry pod kątem uchwyconego ruchu i dynamiki akcji, ale przede wszystkim daje szansę na zabawę pod pretekstem sprawdzania warsztatu. I to będzie dla odbiorców najważniejszym czynnikiem decydującym o lekturze. Każdy, kto chciałby przypomnieć sobie czar postaci Disneya, może do tej książki spokojnie sięgać – i podziwiać sposoby budowania historii w kolorowych kadrach.
Prezent
Bardzo dobrym pomysłem dla kolekcjonerów jest zestawianie legendarnych komiksów (lub pokazowych dla wybranego twórcy) w połączeniu z krótkim komentarzem oraz możliwością zajrzenia do szkicownika i sprawdzenia, jak ewoluowały poszczególne kadry, zanim znalazły się w ostatecznej wersji utworu. „Włoski skarbiec. Najlepsze komiksy” to okazja do zaprezentowania twórcy, który wpływa na dzieciństwo fanów Disneya. Giorgio Cavazzano to autor prezentowany w piątej części cyklu. Ucieszy się każdy, kto uwielbiał w dzieciństwie przygody Kaczora Donalda, Myszki Miki i całego szeregu dalszoplanowych postaci z orbity Sknerusa McKwacza (kto pamięta Diodaka? Fani oczywiście zdają sobie sprawę z tego, kim jest Dziobas. Cała reszta może zapoznawać się z tymi bohaterami). Całości dopełnia jeszcze przygoda Czarnego Piotrusia, przestępcy, którego nikt nie traktuje specjalnie poważnie. I tak można z powrotem zanurzyć się w świecie disneyowskich historii – i przy okazji prześledzić, jak Cavazzano realizuje własne pomysły ze znanymi postaciami. Sześć komiksów (w tym jeden jednostronicowy) z pierwszej dekady XXI wieku to nie lada gratka nie tylko dla najmłodszych – w wydaniu kolekcjonerskim mieści się sporo wyjaśnień i ciekawostek, między innymi na temat genezy samochodu, którym porusza się Kaczor Donald.
Liczy się tu – i to za każdym razem – dynamiczna fabuła i zestaw oryginalnych rozwiązań. Intrygi prowadzone są pewnie, a do tego z przestrzeganiem zasad panujących w świecie Donalda. Ta książka jest prezentacją działalności Cavazzano pod szyldem Disneya – i fakt, że trudno byłoby wskazać jednoznacznie osobowościowe cechy rysownika przemycane w komiksach, najlepiej pokazuje, jak dobrze realizował się ten artysta w koncernie. Tym ciekawiej wypadają podpowiedzi i wskazówki dotyczące pracy nad poszczególnymi komiksami (a czasem też kadrami), nad mimiką postaci czy nad sposobami ekspresji. Jest tu całkiem dużo wiadomości, które nie są wprawdzie potrzebne podczas rozrywkowej lektury, ale pozwalają zastanowić się nad warsztatem i techniką, a także nad wyborami, przed jakimi stają rysownicy koncernu. Jest w przygodach postaci Disneya coś, co sprawia, że właściwie się nie starzeją – bez względu na konteksty i nawiązania, bez względu na zestaw przeżyć i fabuły, czyta się je tak samo dobrze przez całe dekady. Dla tych, którzy z Disneya nie wyrośli, przygotowany jest „Włoski skarbiec” – to okazja do przyjrzenia się tym, którzy na co dzień pozostają w cieniu ale pozwalają cieszyć się doświadczeniami nieśmiertelnych postaci. Giorgio Cavazzano pokazuje, jak ważna jest odpowiednio przedstawiana akcja, pozwala prześledzić kadry pod kątem uchwyconego ruchu i dynamiki akcji, ale przede wszystkim daje szansę na zabawę pod pretekstem sprawdzania warsztatu. I to będzie dla odbiorców najważniejszym czynnikiem decydującym o lekturze. Każdy, kto chciałby przypomnieć sobie czar postaci Disneya, może do tej książki spokojnie sięgać – i podziwiać sposoby budowania historii w kolorowych kadrach.
środa, 30 kwietnia 2025
Bajka z ogonkiem. Kot Tofik
Harperkids, Warszawa 2025.
Poszukiwania
To jedna z tych książeczek, w których fabuła – chociaż istnieje – nie ma większego znaczenia. Bajka z ogonkiem służy bowiem do zabawy i do tego, żeby zanimować – i przywołać – zwierzę, w zamian za prawdziwego pupila. Tym razem na rynek wkracza historia kota Tofika, czyli kartonowa publikacja z pomarańczowym ogonkiem – i specjalną brokatową ozdobą na obróżce bohatera na tytułowej stronie. Kot Tofik szuka drogi do domu, chce wrócić przed nocą i ułożyć się do snu – a w odnalezieniu odpowiedniego miejsca pomagają mu przyjaciele z lasu i okolic. Każda rozkładówka to cztery rymowane wersy z kolejnym spotkaniem kota – tak, żeby cały czas w tomiku coś się działo i żeby odbiorcom lektura nie znudziła się przed oczywistą puentą.
Jeden element rozrywki to lektura. Bajka rymowana, niekoniecznie idealnie, ale rymy gramatyczne w publikacjach licencyjnych to zjawisko dość częste, zresztą niewielu odbiorców naprawdę się tym przejmuje. Liczy się po prostu zestaw współbrzmień w zrytmizowanej historyjce, nie ma co doszukiwać się głębszych przesłań i znaczeń – zwłaszcza że w całym cyklu fabułki budowane są na tym samym schemacie. Można na takiej książce ćwiczyć samodzielne czytanie albo po prostu dać się ukoić rytmowi. Druga część rozrywki to oczywiście grafika: tu w wersji komputerowej i celowo infantylizowanej, zwierzęcy bohaterowie mają słodkie miny, wyglądają przyjaźnie i budzą zainteresowanie dzieci – wszystko po to, żeby przyciągnąć ich uwagę i zachęcić do przeglądania tomiku. Kilkulatki mogą to robić samodzielnie, bo kartki są grube (tekturowe) i pozbawione ostrych brzegów – nietypowy kształt książeczki sprawia, że odbiera się ją jako zabawkę. Trzeci element rozrywkowy tutaj to – rzecz jasna – ogonek, akcent, który w ogóle wyjaśnia chęć sięgnięcia po tomik przez maluchy. Ogonek to rodzaj przytulanki, „futrzana” zabawka, która spodoba się najmłodszym i która zachęca do prześledzenia wieczornej przygody kota Tofika, a do tego zapewnia interaktywność. Jest jeszcze kolejna niespodzianka dla małych odbiorców: to zabawa w wyszukiwanie elementów na rozkładówkach. Każda z nich ma na marginesie wyzwanie „czy znajdziesz” i zestaw trzech obrazkowych elementów, które trzeba wskazać na sąsiadujących ze sobą stronach. To ćwiczenie spostrzegawczości i dodatkowy rodzaj narracji dla najmłodszych, sposób na kolejną zabawę z książeczką. Zachęca się w ten sposób kilkulatki do uważnego oglądania stron i do trenowania refleksu oraz uważności.
Przy tych wszystkich metodach na przyciągnięcie uwagi dzieci książka z ogonkiem jawi się nie tylko jako bajka do usypiania pociech, ale też jako tomik do wykonywania prostych zadań, które pozwolą śledzić postępy malucha. Zaledwie kilka tekturowych stron – zapewnia kilkulatkom całkiem sporo radości.
Poszukiwania
To jedna z tych książeczek, w których fabuła – chociaż istnieje – nie ma większego znaczenia. Bajka z ogonkiem służy bowiem do zabawy i do tego, żeby zanimować – i przywołać – zwierzę, w zamian za prawdziwego pupila. Tym razem na rynek wkracza historia kota Tofika, czyli kartonowa publikacja z pomarańczowym ogonkiem – i specjalną brokatową ozdobą na obróżce bohatera na tytułowej stronie. Kot Tofik szuka drogi do domu, chce wrócić przed nocą i ułożyć się do snu – a w odnalezieniu odpowiedniego miejsca pomagają mu przyjaciele z lasu i okolic. Każda rozkładówka to cztery rymowane wersy z kolejnym spotkaniem kota – tak, żeby cały czas w tomiku coś się działo i żeby odbiorcom lektura nie znudziła się przed oczywistą puentą.
Jeden element rozrywki to lektura. Bajka rymowana, niekoniecznie idealnie, ale rymy gramatyczne w publikacjach licencyjnych to zjawisko dość częste, zresztą niewielu odbiorców naprawdę się tym przejmuje. Liczy się po prostu zestaw współbrzmień w zrytmizowanej historyjce, nie ma co doszukiwać się głębszych przesłań i znaczeń – zwłaszcza że w całym cyklu fabułki budowane są na tym samym schemacie. Można na takiej książce ćwiczyć samodzielne czytanie albo po prostu dać się ukoić rytmowi. Druga część rozrywki to oczywiście grafika: tu w wersji komputerowej i celowo infantylizowanej, zwierzęcy bohaterowie mają słodkie miny, wyglądają przyjaźnie i budzą zainteresowanie dzieci – wszystko po to, żeby przyciągnąć ich uwagę i zachęcić do przeglądania tomiku. Kilkulatki mogą to robić samodzielnie, bo kartki są grube (tekturowe) i pozbawione ostrych brzegów – nietypowy kształt książeczki sprawia, że odbiera się ją jako zabawkę. Trzeci element rozrywkowy tutaj to – rzecz jasna – ogonek, akcent, który w ogóle wyjaśnia chęć sięgnięcia po tomik przez maluchy. Ogonek to rodzaj przytulanki, „futrzana” zabawka, która spodoba się najmłodszym i która zachęca do prześledzenia wieczornej przygody kota Tofika, a do tego zapewnia interaktywność. Jest jeszcze kolejna niespodzianka dla małych odbiorców: to zabawa w wyszukiwanie elementów na rozkładówkach. Każda z nich ma na marginesie wyzwanie „czy znajdziesz” i zestaw trzech obrazkowych elementów, które trzeba wskazać na sąsiadujących ze sobą stronach. To ćwiczenie spostrzegawczości i dodatkowy rodzaj narracji dla najmłodszych, sposób na kolejną zabawę z książeczką. Zachęca się w ten sposób kilkulatki do uważnego oglądania stron i do trenowania refleksu oraz uważności.
Przy tych wszystkich metodach na przyciągnięcie uwagi dzieci książka z ogonkiem jawi się nie tylko jako bajka do usypiania pociech, ale też jako tomik do wykonywania prostych zadań, które pozwolą śledzić postępy malucha. Zaledwie kilka tekturowych stron – zapewnia kilkulatkom całkiem sporo radości.
wtorek, 29 kwietnia 2025
Capucine Lewalle: Mama kocha cię tak mocno!
Agora, Warszawa 2025.
Rodzaje mam
Capucine Lewalle bawi się motywem bliskim każdemu dziecku: temat mam zagospodarowuje książeczkę „Mama kocha cię tak mocno!”, jedną z trzech charakterystycznych w serii. Według rymowanej opowieści mamy są różne, każda zajmuje się czymś innym, ale też istnieje ktoś taki, jak „moja” mama – ta wyjątkowa, najlepsza na świecie, ta, która też ma mnóstwo na głowie i czasami czymś się przejmuje, a czasami musi oderwać się od zabawy, żeby zrobić coś w pracy. Ale najważniejsze, że mama kocha najbardziej na świecie, zawsze wie, kiedy przytulić, pocałować albo połaskotać, żeby było przyjemnie. Mama ukrywa swoje smutki, nawet jeśli o nich wiadomo – nie chce nikogo martwić. Mama jest dzielna i wyjątkowa. A jeszcze bardziej wyjątkowa jest więź między mamą i jej dzieckiem. Są tu bardzo przyjemne dla oka ilustracje – naiwne i rysunkowe, a jednocześnie pełne uroku i naturalne, w stylu, który może się podobać młodszym i starszym czytelnikom. I w prostej historii pojawiają się tematy, które wszystkim dzieciom są doskonale znane – to będzie znakomita lektura na wieczór dla pociech i ich mam. Jednak Magdalena i Jarosław Mikołajewscy może niepotrzebnie (wiadomo, że przekład rządzi się swoimi prawami, ale jednak) zdecydowali się na rymowankę. Jest to para, która niekoniecznie daje sobie radę z wynajdowaniem oryginalnych i ciekawych współbrzmień, znacznie częściej posługuje się rymami gramatycznymi, tymi, które nie przynoszą chluby ani nie są zbyt przyjemne w odbiorze (mimo identyczności końcówek fleksyjnych). W tym wypadku jednak problem tkwi gdzie indziej, nie w szukaniu rymów. Ta para tłumaczy nie przejmuje się sylabotonikiem w najmniejszym stopniu – tymczasem kiedy tworzy się dla dzieci, rytmiczność tekstu wydaje się dość istotna, zwłaszcza jeśli lektura jest przeznaczona do głośnego wspólnego czytania przed snem. Autorzy przekładu swobodnie podchodzą do tematu rozkładu akcentów i liczby sylab w wersach: jest tak, jak im się uda (a już kiedy z niewiadomych przyczyn wprowadzają inwersję, żeby dopasować układ sylab do jakiegoś sobie tylko znanego wzorca rytmicznego, budzą zaskoczenie). To sprawia, że dużo gorzej czyta się tekst – przede wszystkim kiedy po dwóch wersach w miarę podobnych pojawia się trzeci całkowicie przełamujący dotychczasowy rytm.
Można by przyjąć, że ekwilibrystyka akcentowa to kwestia uznania: być może nikt nie chciał sylabotonika ani dobrych rymów. Ale przydałoby się przynajmniej ujednolicić zwroty do odbiorców, bo i one na przestrzeni całego wierszyka są różne. Pierwszy wers – za sprawą rymu – to wezwanie do wielu odbiorców. Ale już ostatni wers na pierwszej rozkładówce zaprzecza temu, co działo się linijkę wyżej: „swoją mamę znajdziecie, / która kocha cię najbardziej na świecie” to już rażący brak zdecydowania w kwestii odbiorcy. „Mama kocha cię tak mocno!” to książka z olbrzymim potencjałem, nadająca się do lektury samodzielnej i do wspólnych wyznań – jednak przygotowanie tłumaczenia budzi sporo wątpliwości.
Rodzaje mam
Capucine Lewalle bawi się motywem bliskim każdemu dziecku: temat mam zagospodarowuje książeczkę „Mama kocha cię tak mocno!”, jedną z trzech charakterystycznych w serii. Według rymowanej opowieści mamy są różne, każda zajmuje się czymś innym, ale też istnieje ktoś taki, jak „moja” mama – ta wyjątkowa, najlepsza na świecie, ta, która też ma mnóstwo na głowie i czasami czymś się przejmuje, a czasami musi oderwać się od zabawy, żeby zrobić coś w pracy. Ale najważniejsze, że mama kocha najbardziej na świecie, zawsze wie, kiedy przytulić, pocałować albo połaskotać, żeby było przyjemnie. Mama ukrywa swoje smutki, nawet jeśli o nich wiadomo – nie chce nikogo martwić. Mama jest dzielna i wyjątkowa. A jeszcze bardziej wyjątkowa jest więź między mamą i jej dzieckiem. Są tu bardzo przyjemne dla oka ilustracje – naiwne i rysunkowe, a jednocześnie pełne uroku i naturalne, w stylu, który może się podobać młodszym i starszym czytelnikom. I w prostej historii pojawiają się tematy, które wszystkim dzieciom są doskonale znane – to będzie znakomita lektura na wieczór dla pociech i ich mam. Jednak Magdalena i Jarosław Mikołajewscy może niepotrzebnie (wiadomo, że przekład rządzi się swoimi prawami, ale jednak) zdecydowali się na rymowankę. Jest to para, która niekoniecznie daje sobie radę z wynajdowaniem oryginalnych i ciekawych współbrzmień, znacznie częściej posługuje się rymami gramatycznymi, tymi, które nie przynoszą chluby ani nie są zbyt przyjemne w odbiorze (mimo identyczności końcówek fleksyjnych). W tym wypadku jednak problem tkwi gdzie indziej, nie w szukaniu rymów. Ta para tłumaczy nie przejmuje się sylabotonikiem w najmniejszym stopniu – tymczasem kiedy tworzy się dla dzieci, rytmiczność tekstu wydaje się dość istotna, zwłaszcza jeśli lektura jest przeznaczona do głośnego wspólnego czytania przed snem. Autorzy przekładu swobodnie podchodzą do tematu rozkładu akcentów i liczby sylab w wersach: jest tak, jak im się uda (a już kiedy z niewiadomych przyczyn wprowadzają inwersję, żeby dopasować układ sylab do jakiegoś sobie tylko znanego wzorca rytmicznego, budzą zaskoczenie). To sprawia, że dużo gorzej czyta się tekst – przede wszystkim kiedy po dwóch wersach w miarę podobnych pojawia się trzeci całkowicie przełamujący dotychczasowy rytm.
Można by przyjąć, że ekwilibrystyka akcentowa to kwestia uznania: być może nikt nie chciał sylabotonika ani dobrych rymów. Ale przydałoby się przynajmniej ujednolicić zwroty do odbiorców, bo i one na przestrzeni całego wierszyka są różne. Pierwszy wers – za sprawą rymu – to wezwanie do wielu odbiorców. Ale już ostatni wers na pierwszej rozkładówce zaprzecza temu, co działo się linijkę wyżej: „swoją mamę znajdziecie, / która kocha cię najbardziej na świecie” to już rażący brak zdecydowania w kwestii odbiorcy. „Mama kocha cię tak mocno!” to książka z olbrzymim potencjałem, nadająca się do lektury samodzielnej i do wspólnych wyznań – jednak przygotowanie tłumaczenia budzi sporo wątpliwości.
poniedziałek, 28 kwietnia 2025
Amy Sparkes: Dom na skraju magii
Kropka, Warszawa 2025.
Kieszonkowy dramat
W zwyczajnym świecie nie ma miejsca dla wyrzutków społecznych. Takich jak Dziewiątka. Dziewiątka to dziewczyna, która wychowuje się na ulicy – przygarnął ją do swojej ekipy Szmal, czarny charakter i gangster, który udostępnia sierotom kawałek piwnicy w ramach schronienia. Ale za dach nad głową, nawet tak podły, żąda zapłaty: liczy na to, że jego podopieczni będą przynosić mu prezenty. I Dziewiątka nie zamierza protestować: nie ma dokąd iść, a skoro tak – musi wypełniać żądania swojego opiekuna. Sytuacja zmienia się, kiedy Dziewiątka próbuje ukraść torebkę nieznajomej damy: przedmiot, który wypada z tej torebki, ma magiczne właściwości. To wielokondygnacyjny dom – maleńki, rodzaj breloka czy ozdoby – jednak można do niego wejść. Dziewiątce się to udaje. W środku spotyka całą galerię dziwaków, postaci uwięzionych przez magię i klątwę. Nikt nie przestąpi drzwi, dopóki ta klątwa nie zostanie zdjęta – a czas na pokonanie magii powoli się kończy. Dziewiątka jest jedyną osobą, która może przekraczać granicę między światami i przynajmniej spróbować ocalić nowych przyjaciół. Nawet jeśli ci wybitnie działają na nerwy. Dziewiątka nie tęskni jednak za ciepłem i zrozumieniem – radzi sobie świetnie w warunkach, które zwykłych odbiorców by przeraziły. Im trudniej, tym bardziej uruchamia się w niej zmysł przetrwania, a to sprawia, że bohaterka nie boi się wyzwań.
W orbicie Dziewiątki pojawiają się bohaterowie wyraziści i interesujący z perspektywy czytelników – komiczni w swoich dziwactwach, chociaż idealnie dopasowani do świata przedstawionego. Amy Sparkes nie zamierza się przejmować prawdopodobieństwem, chyba że charakterologicznym – wybiera zestaw komplikacji, które trzeba pokonać, żeby poradzić sobie z czarami i dość przygnębiającą rzeczywistością. Tu w ogóle nie ma miejsca na bezinteresowną pomoc, dlatego też kiedy Dziewiątka znajdzie grono przyjaciół (albo potencjalnych przyjaciół), może chcieć z nimi zostać i cieszyć się normalnością w nowym wymiarze.
Jest tu sporo dynamicznej akcji i wyzwań – co prawda ze świata magicznego, ale bazujących na współpracy i na zrozumieniu dla dziwactw innych – więc Amy Sparkes trafi do młodych czytelników za sprawą mocnych przeżyć i niespodzianek. „Dom na skraju magii” to powieść, która wyzwala silne emocje, jest szybka, pozbawiona parasoli ochronnych dla postaci – zdarzyć się tu może wszystko – i wymaga zaangażowania czytelników. Przekroczenie progu zaczarowanego domu oznacza wejście do baśniowego świata, w którym nie każdy może się odnaleźć – ale który każdy zrozumie. Jest to historia wzorowana na klasycznych powieściach awanturniczych i jako taka sprawdzi się wśród czytelników, którzy cenią sobie akcję fantasy wypełnioną brawurowymi wyczynami bohaterów. Jednocześnie jest to zapowiedź cyklu – pierwsza część opowieści, która rozłoży się na kolejne książki.
Kieszonkowy dramat
W zwyczajnym świecie nie ma miejsca dla wyrzutków społecznych. Takich jak Dziewiątka. Dziewiątka to dziewczyna, która wychowuje się na ulicy – przygarnął ją do swojej ekipy Szmal, czarny charakter i gangster, który udostępnia sierotom kawałek piwnicy w ramach schronienia. Ale za dach nad głową, nawet tak podły, żąda zapłaty: liczy na to, że jego podopieczni będą przynosić mu prezenty. I Dziewiątka nie zamierza protestować: nie ma dokąd iść, a skoro tak – musi wypełniać żądania swojego opiekuna. Sytuacja zmienia się, kiedy Dziewiątka próbuje ukraść torebkę nieznajomej damy: przedmiot, który wypada z tej torebki, ma magiczne właściwości. To wielokondygnacyjny dom – maleńki, rodzaj breloka czy ozdoby – jednak można do niego wejść. Dziewiątce się to udaje. W środku spotyka całą galerię dziwaków, postaci uwięzionych przez magię i klątwę. Nikt nie przestąpi drzwi, dopóki ta klątwa nie zostanie zdjęta – a czas na pokonanie magii powoli się kończy. Dziewiątka jest jedyną osobą, która może przekraczać granicę między światami i przynajmniej spróbować ocalić nowych przyjaciół. Nawet jeśli ci wybitnie działają na nerwy. Dziewiątka nie tęskni jednak za ciepłem i zrozumieniem – radzi sobie świetnie w warunkach, które zwykłych odbiorców by przeraziły. Im trudniej, tym bardziej uruchamia się w niej zmysł przetrwania, a to sprawia, że bohaterka nie boi się wyzwań.
W orbicie Dziewiątki pojawiają się bohaterowie wyraziści i interesujący z perspektywy czytelników – komiczni w swoich dziwactwach, chociaż idealnie dopasowani do świata przedstawionego. Amy Sparkes nie zamierza się przejmować prawdopodobieństwem, chyba że charakterologicznym – wybiera zestaw komplikacji, które trzeba pokonać, żeby poradzić sobie z czarami i dość przygnębiającą rzeczywistością. Tu w ogóle nie ma miejsca na bezinteresowną pomoc, dlatego też kiedy Dziewiątka znajdzie grono przyjaciół (albo potencjalnych przyjaciół), może chcieć z nimi zostać i cieszyć się normalnością w nowym wymiarze.
Jest tu sporo dynamicznej akcji i wyzwań – co prawda ze świata magicznego, ale bazujących na współpracy i na zrozumieniu dla dziwactw innych – więc Amy Sparkes trafi do młodych czytelników za sprawą mocnych przeżyć i niespodzianek. „Dom na skraju magii” to powieść, która wyzwala silne emocje, jest szybka, pozbawiona parasoli ochronnych dla postaci – zdarzyć się tu może wszystko – i wymaga zaangażowania czytelników. Przekroczenie progu zaczarowanego domu oznacza wejście do baśniowego świata, w którym nie każdy może się odnaleźć – ale który każdy zrozumie. Jest to historia wzorowana na klasycznych powieściach awanturniczych i jako taka sprawdzi się wśród czytelników, którzy cenią sobie akcję fantasy wypełnioną brawurowymi wyczynami bohaterów. Jednocześnie jest to zapowiedź cyklu – pierwsza część opowieści, która rozłoży się na kolejne książki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






