Harperkids, Warszawa 2021.
Zwierzyniec
W podserii o Basi dla starszego rodzeństwa dziewczynki - albo dla fanów, którzy już trochę podrośli i potrzebują ambitniejszych lektur (bo przecież Zofia Stanecka od lat proponuje historyjki o przygodach tej kilkulatki) pojawia się tomik "Marcel". Wszystko zaczyna się od papuga Eugeniusza (później ów papug nauczy się mówić "kupa", ku uciesze małych odbiorców). Marcel należy do tych dzieciaków, które przyprowadzają do domu bezdomne zwierzęta wymagające opieki - i nikt mu tego nie zabrania. Rodzice po prostu przygarniają kolejnego czworonoga, zapewniają mu miłość i opiekę (także finansową, chociaż o tym Zofia Stanecka nie przypomina). Są tu trzy koty, dwa psy, papuga (nimfa) i to nie koniec zwierzyńca. Wielodzietny dom, w którym schronienie znajdzie każdy, staje się też pretekstem do omawiania tego, co bardziej smutne lub skomplikowane. Wprawdzie domownicy kochają zwierzęta i nie zaprotestują, kiedy pojawi się następna istota do kochania, wprawdzie wiedzą, że trzeba dać ogłoszenie, że został znaleziony pies lub kot - tak, by ewentualny właściciel nie musiał się martwić, wprawdzie weterynarz traktuje ich jak dobrych znajomych - ale to tylko jedna strona medalu. Druga strona to oswajanie dzieci ze śmiercią i cierpieniem. Wiadomo, że zwierzęta żyją krócej niż ludzie, czasami nie udaje im się pokonać chorób, czasami wymagają opieki i uwagi, której przez to rodzice nie poświęcą dzieciom. Największy problem, jaki pojawia się w tej książce, to otrucie psa. Mama Marcela - zapłakana - przyprowadza do domu suczkę na granicy śmierci. To dla bohaterów możliwość zastanowienia się nad działaniami ludzkimi: Marcel nie potrafi zrozumieć, dlaczego niektórzy są okrutni i chcą otruć zwierzę. Pies przyniesiony przez mamę jest w bardzo złym stanie: nie pokazuje tu autorka kolejnego zabawnego i sympatycznego szczeniaka, a zwierzę bardzo cierpiące i starsze. Z takim psem nie ma mowy o zabawach i wybrykach - dzieci, które marzą o własnym czworonogu zwykle nie przyjmują do wiadomości, że zwierzę może chorować tak, by nie nadawało się do psot. Marcel bardzo przeżywa sytuację. Ale on nie rozumie, jak można źle traktować mrówki i dżdżownice, należy do przyjaciół wszystkich zwierząt. Swoją postawą może dać do myślenia odbiorcom i przekonać ich, że należy dbać o zwierzęta, nie tylko te w domach.
Jest tu gwarnie i kolorowo, nie tylko w narracji, ale i w warstwie graficznej. Marianna Oklejak proponuje wesołe obrazki z mnóstwem zwierzaków. A ponieważ Marcel ma sporo rodzeństwa, jest co obserwować: każda ilustracja to osobna opowieść, zestaw przygód i komentarzy do samej historii. Zofia Stanecka potrafi zaintrygować najmłodszych. Wie, jak poprowadzić historię, żeby powiedzieć dzieciom to, co najważniejsze dla nich - i żeby przekonać do lektury. Tutaj stawia na troskę o zwierzęta, czyli na temat zawsze w literaturze czwartej istotny. "Marcel" to pokazanie jednego ze sposobów na życie - nie każdy z odbiorców może się pochwalić równie tolerancyjnymi rodzicami, którzy są w stanie zaopiekować się każdym czworonożnym (lub skrzydlatym) przybłędą i wciągnąć go do rodziny. Jednak o takich marzeniach można sobie też poczytać.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 6 kwietnia 2021
poniedziałek, 5 kwietnia 2021
Chanel Miller: Nazywam się Chanel Miller. Moja historia
Marginesy, Warszawa 2021.
Trauma
Ogromna książka, w której autorka bez przerwy powtarza podstawową prawdę: że wkładanie czegokolwiek do pochwy nieprzytomnej kobiety to gwałt, bez względu na okoliczności. Dziwi się Chanel Miller, że tak oczywiste rzeczy trzeba komukolwiek tłumaczyć, ale przechodzi przez gehennę i przekonuje się, że wiele osób to dziwi. A przecież wszystko zaczyna się tak, jakby miało szybko stać się przeszłością. Oto młoda kobieta, która w domu wypija whisky, wybiera się na imprezę w studenckim bractwie. Tam też nie wylewa za kołnierz i w pewnym momencie urywa jej się film. Odzyskuje przytomność w szpitalu, w którym poddana zostaje rozmaitym, niezbyt przyjemnym badaniom. Wprawdzie wszyscy z zespołu medycznego odnoszą się do niej ze współczuciem i wielką delikatnością, ale Chanel Miller nie wie, skąd bierze się ich opiekuńczość. Dopiero po pewnym czasie dociera do niej prawda: została znaleziona bez bielizny, nieprzytomna, przy śmietniku. Zwrócili na nią uwagę przypadkowi ludzie, którzy zaalarmowali służby. Na razie Chanel Miller jeszcze nie dopuszcza do siebie wagi wydarzenia, wydaje jej się nawet, że wszystko może ukryć przed rodzicami: nie chce ich martwić bez sensu. Badania wykazały, że napastnik włożył jej do pochwy palce, kiedy autorka tomu była nieprzytomna - niczego więcej nie zrobił. A jednak stopniowo, kiedy cała sprawa dociera do Chanel Miller, wpływa na jej poczucie bezpieczeństwa. Po pewnym czasie kobieta zaczyna przeżywać coś, czego nie doświadczyła i co zna wyłącznie z opowieści wciąż powtarzanych na potrzeby sprawy sądowej. Chanel Miller jest portretowana jako ofiara - anonimowa i bardzo łatwo obrzucana oskarżeniami (dlaczego się upiła, dlaczego nie zadbała o swoje bezpieczeństwo). Tymczasem napastnik - sprawca jej cierpienia - przez opinię publiczną zostaje usprawiedliwiony. Przecież to dobry chłopiec, odnoszący sukcesy w sporcie, lubiany przez kolegów: nie może być tak, żeby jeden błąd zniszczył mu życie. Chanel Miller dziwi się, że można stosować tak różne kryteria do oceny tego samego wydarzenia. Ma dość udowadniania, że za gwałt odpowiada napastnik, nie zgwałcona kobieta. Tom "Nazywam się" to jej opowieść i jednocześnie autoanaliza, zestaw przemyśleń, którymi chce podzielić się ze światem i przez które nawołuje do opamiętania. Może tu zawrzeć te komentarze, które nie przebiłyby się do prasy. Dopiero w rozbijaniu na części pierwsze całego wydarzenia mogą one wybrzmieć z pełną mocą. Autorka potrafi zajmująco pisać: niezależnie od tematu i jego społecznego wydźwięku przedstawia fragment dobrej prozy autobiograficznej. Jest w stanie nakreślić - poza samym feralnym wieczorem - także swoje relacje z ukochanym, z siostrą i rodzicami. Odpowiednio dobiera słowa, wprowadza gęstą prozę, która będzie robiła wrażenie. Dzięki temu, że znakomicie czyta się tę książkę, może uda się Chanel Miller dotrzeć do wrażliwych odbiorczyń i zaangażować ich w walkę na temat praw kobiet. Tu chodzi przecież o to, by nie powtarzały się podobne sytuacje - żeby nie istniało społeczne wytłumaczenie dla obrzydliwych czynów. I nawet jeśli Chanel Miller niektóre sprawy powtarza wiele razy, to tylko dlatego, że chce wywołać konkretny efekt. Dzieli się własną emocjonalnością, czasami można się zastanawiać, czy służy jej takie rozpamiętywanie przeszłości - ale potrzebuje tego i nie zmęczy tym czytelników.
Trauma
Ogromna książka, w której autorka bez przerwy powtarza podstawową prawdę: że wkładanie czegokolwiek do pochwy nieprzytomnej kobiety to gwałt, bez względu na okoliczności. Dziwi się Chanel Miller, że tak oczywiste rzeczy trzeba komukolwiek tłumaczyć, ale przechodzi przez gehennę i przekonuje się, że wiele osób to dziwi. A przecież wszystko zaczyna się tak, jakby miało szybko stać się przeszłością. Oto młoda kobieta, która w domu wypija whisky, wybiera się na imprezę w studenckim bractwie. Tam też nie wylewa za kołnierz i w pewnym momencie urywa jej się film. Odzyskuje przytomność w szpitalu, w którym poddana zostaje rozmaitym, niezbyt przyjemnym badaniom. Wprawdzie wszyscy z zespołu medycznego odnoszą się do niej ze współczuciem i wielką delikatnością, ale Chanel Miller nie wie, skąd bierze się ich opiekuńczość. Dopiero po pewnym czasie dociera do niej prawda: została znaleziona bez bielizny, nieprzytomna, przy śmietniku. Zwrócili na nią uwagę przypadkowi ludzie, którzy zaalarmowali służby. Na razie Chanel Miller jeszcze nie dopuszcza do siebie wagi wydarzenia, wydaje jej się nawet, że wszystko może ukryć przed rodzicami: nie chce ich martwić bez sensu. Badania wykazały, że napastnik włożył jej do pochwy palce, kiedy autorka tomu była nieprzytomna - niczego więcej nie zrobił. A jednak stopniowo, kiedy cała sprawa dociera do Chanel Miller, wpływa na jej poczucie bezpieczeństwa. Po pewnym czasie kobieta zaczyna przeżywać coś, czego nie doświadczyła i co zna wyłącznie z opowieści wciąż powtarzanych na potrzeby sprawy sądowej. Chanel Miller jest portretowana jako ofiara - anonimowa i bardzo łatwo obrzucana oskarżeniami (dlaczego się upiła, dlaczego nie zadbała o swoje bezpieczeństwo). Tymczasem napastnik - sprawca jej cierpienia - przez opinię publiczną zostaje usprawiedliwiony. Przecież to dobry chłopiec, odnoszący sukcesy w sporcie, lubiany przez kolegów: nie może być tak, żeby jeden błąd zniszczył mu życie. Chanel Miller dziwi się, że można stosować tak różne kryteria do oceny tego samego wydarzenia. Ma dość udowadniania, że za gwałt odpowiada napastnik, nie zgwałcona kobieta. Tom "Nazywam się" to jej opowieść i jednocześnie autoanaliza, zestaw przemyśleń, którymi chce podzielić się ze światem i przez które nawołuje do opamiętania. Może tu zawrzeć te komentarze, które nie przebiłyby się do prasy. Dopiero w rozbijaniu na części pierwsze całego wydarzenia mogą one wybrzmieć z pełną mocą. Autorka potrafi zajmująco pisać: niezależnie od tematu i jego społecznego wydźwięku przedstawia fragment dobrej prozy autobiograficznej. Jest w stanie nakreślić - poza samym feralnym wieczorem - także swoje relacje z ukochanym, z siostrą i rodzicami. Odpowiednio dobiera słowa, wprowadza gęstą prozę, która będzie robiła wrażenie. Dzięki temu, że znakomicie czyta się tę książkę, może uda się Chanel Miller dotrzeć do wrażliwych odbiorczyń i zaangażować ich w walkę na temat praw kobiet. Tu chodzi przecież o to, by nie powtarzały się podobne sytuacje - żeby nie istniało społeczne wytłumaczenie dla obrzydliwych czynów. I nawet jeśli Chanel Miller niektóre sprawy powtarza wiele razy, to tylko dlatego, że chce wywołać konkretny efekt. Dzieli się własną emocjonalnością, czasami można się zastanawiać, czy służy jej takie rozpamiętywanie przeszłości - ale potrzebuje tego i nie zmęczy tym czytelników.
Zofia Stanecka: Basia i rower
Harperkids, Warszawa 2021.
Niepokój
Taka zapowiedź mogłaby bardzo ucieszyć wszystkich, którzy lubią aktywny wypoczynek. I w zasadzie cieszy. Jest tylko jedna mała zadra. Basia dowiaduje się, że tata zaplanował wycieczkę rowerową dla całej rodziny - ale nie jest pewna, czy sobie poradzi. Co ciekawe, tym razem kilkulatka nie zamierza przyznawać się do strachu. Basia szuka pocieszenia u Miśka Zdziśka, swojej ulubionej maskotki - doskonałego powiernika wszelkich dziecięcych zmartwień i tajemnic. Jeszcze w nocy postanawia skonsultować się z mamą - dowiaduje się, jak wyglądały lekcje jazdy na rowerze - i że pewnego dnia po prostu pojechała przed siebie, bez dodatkowych kółek, kijków czy taty trzymającego za bagażnik. To dodaje jej otuchy. Następnego dnia wszyscy świetnie się bawią i nawet drobne wypadki nie psują nikomu humoru. Mogą się zdarzyć, niekoniecznie z winy Basi - ale nie ma się co nimi przejmować. "Basia i rower" to zatem z jednej strony obietnica lubianej przez dzieci rozrywki, z drugiej - zachęta do aktywnego wypoczynku, gdyby ktoś miał opory przed takim spędzaniem czasu. Zofia Stanecka porusza dodatkowo też inne tematy: między innymi Basia rozmawia z mamą o tym, jak wyglądało, kiedy była jeszcze w brzuchu. Rowerowa wyprawa musi zapewnić miłe wspomnienia, ale jest też okazją do spędzenia nocy poza domem. Być może autorka przygotowuje najmłodszych na jedną z atrakcji mniej przez nich kojarzonych, tak, by rozwiać ewentualne wątpliwości co do przebiegu akcji. "Basia i rower" to tomik niby nie odnoszący się do najbardziej typowych zachowań i czynności dotyczących przedszkolaków, a jednak - wartościowy. Zachęca do rezygnacji z komputerów, przypomina, jak miło jest zwyczajnie jechać przed siebie i oglądać piękne widoki. Bo przecież podczas jazdy na rowerze nie trzeba się skupiać wyłącznie na tej czynności, pozostaje sporo czasu na rozglądanie się.
Basia jak zwykle testuje nowe rozrywki po to, żeby odbiorcy nie bali się ich, gdy rodzice zaproponują takie atrakcje. Poza tym sama lektura może przynieść zainteresowanie jazdą na rowerze - część maluchów lubi brać przykład z Basi i sięga po to, co i ona. Zofia Stanecka nie tworzy przecież ideału: Basia to dziecko zwyczajne, czasem mocno irytujące, a na pewno nie doskonałe - dzięki temu odbiorcy mogą się z nią utożsamiać i traktować jako przewodniczkę. Basia na pewno ich nie oszuka. Przygoda tej dziewczynki sprawia, że odbiorcy mogą dowiedzieć się czegoś o własnych uczuciach - i przekonają się, że rozmowa z dorosłymi przynosi przeważnie ukojenie. Jeśli ma się jakieś wątpliwości, warto podzielić się nimi z mamą lub tatą - oni nie wyśmieją, a pomogą w zrozumieniu wszystkiego. Zofia Stanecka trafia do czytelników także dzięki wskazywaniu charakterystycznych dla konkretnych momentów uczuć dzieci - nie musi używać abstrakcyjnych dla maluchów pojęć, wystarczy, że odnotuje reakcje fizyczne organizmu - żeby odbiorcy mogli w razie czego porównywać swoje doświadczenia w podobnych sytuacjach i wiedzieli, jak postąpić.
Niepokój
Taka zapowiedź mogłaby bardzo ucieszyć wszystkich, którzy lubią aktywny wypoczynek. I w zasadzie cieszy. Jest tylko jedna mała zadra. Basia dowiaduje się, że tata zaplanował wycieczkę rowerową dla całej rodziny - ale nie jest pewna, czy sobie poradzi. Co ciekawe, tym razem kilkulatka nie zamierza przyznawać się do strachu. Basia szuka pocieszenia u Miśka Zdziśka, swojej ulubionej maskotki - doskonałego powiernika wszelkich dziecięcych zmartwień i tajemnic. Jeszcze w nocy postanawia skonsultować się z mamą - dowiaduje się, jak wyglądały lekcje jazdy na rowerze - i że pewnego dnia po prostu pojechała przed siebie, bez dodatkowych kółek, kijków czy taty trzymającego za bagażnik. To dodaje jej otuchy. Następnego dnia wszyscy świetnie się bawią i nawet drobne wypadki nie psują nikomu humoru. Mogą się zdarzyć, niekoniecznie z winy Basi - ale nie ma się co nimi przejmować. "Basia i rower" to zatem z jednej strony obietnica lubianej przez dzieci rozrywki, z drugiej - zachęta do aktywnego wypoczynku, gdyby ktoś miał opory przed takim spędzaniem czasu. Zofia Stanecka porusza dodatkowo też inne tematy: między innymi Basia rozmawia z mamą o tym, jak wyglądało, kiedy była jeszcze w brzuchu. Rowerowa wyprawa musi zapewnić miłe wspomnienia, ale jest też okazją do spędzenia nocy poza domem. Być może autorka przygotowuje najmłodszych na jedną z atrakcji mniej przez nich kojarzonych, tak, by rozwiać ewentualne wątpliwości co do przebiegu akcji. "Basia i rower" to tomik niby nie odnoszący się do najbardziej typowych zachowań i czynności dotyczących przedszkolaków, a jednak - wartościowy. Zachęca do rezygnacji z komputerów, przypomina, jak miło jest zwyczajnie jechać przed siebie i oglądać piękne widoki. Bo przecież podczas jazdy na rowerze nie trzeba się skupiać wyłącznie na tej czynności, pozostaje sporo czasu na rozglądanie się.
Basia jak zwykle testuje nowe rozrywki po to, żeby odbiorcy nie bali się ich, gdy rodzice zaproponują takie atrakcje. Poza tym sama lektura może przynieść zainteresowanie jazdą na rowerze - część maluchów lubi brać przykład z Basi i sięga po to, co i ona. Zofia Stanecka nie tworzy przecież ideału: Basia to dziecko zwyczajne, czasem mocno irytujące, a na pewno nie doskonałe - dzięki temu odbiorcy mogą się z nią utożsamiać i traktować jako przewodniczkę. Basia na pewno ich nie oszuka. Przygoda tej dziewczynki sprawia, że odbiorcy mogą dowiedzieć się czegoś o własnych uczuciach - i przekonają się, że rozmowa z dorosłymi przynosi przeważnie ukojenie. Jeśli ma się jakieś wątpliwości, warto podzielić się nimi z mamą lub tatą - oni nie wyśmieją, a pomogą w zrozumieniu wszystkiego. Zofia Stanecka trafia do czytelników także dzięki wskazywaniu charakterystycznych dla konkretnych momentów uczuć dzieci - nie musi używać abstrakcyjnych dla maluchów pojęć, wystarczy, że odnotuje reakcje fizyczne organizmu - żeby odbiorcy mogli w razie czego porównywać swoje doświadczenia w podobnych sytuacjach i wiedzieli, jak postąpić.
niedziela, 4 kwietnia 2021
Wojciech Chmielewski: Jezioro Dargin
Czytelnik, Warszawa 2021.
Spojrzenie w głąb
Jezioro Dargin to miejsce, nad które przybywa bohater tomu Wojciecha Chmielewskiego. Przybywa nie bez powodu: musi dojść do siebie i zdecydować, co dalej. Stracił pracę w radiu, ale za sobą ma znacznie ważniejsze straty - równie stresujące, ale wiążące się z ogromnymi zmianami w życiu. Jezioro kusi. Można tu zostać na stałe, można też skorzystać z samotności i zdecydować, jak zachowywać się dalej. Nie nasuwa jednoznacznych rozwiązań, za to otwiera pole do refleksji. Bohater, który bierze je sobie za tło do własnych rozważań, znajduje się w połowie życia, jest skłonny do podsumowań i musi zrobić rachunek (niekoniecznie sumienia), żeby móc iść dalej. Przerwa od życia - przebywanie nad jeziorem bez planu, celu i nawet jakiejkolwiek iskry do działania - bardzo się tu przydaje. Autor unika oczywistych skojarzeń. Wiadomo, że bohater znajduje się na rozdrożu: od tego, jak teraz postąpi, zależeć będzie druga część jego egzystencji, która może - ale nie musi - zapewnić coś lepszego. I dlatego mężczyzna powinien uważnie się sobie przyjrzeć, przedstawić autoportrety słowne - w różnych ujęciach. To da mu wskazówki - grunt, żeby odnaleźć fakty i drogowskazy. Tego właśnie bohater będzie potrzebował, kiedy w dalszą drogę wyruszy sam.
"Jezioro Dargin" dalekie jest jednak od niekończących się autoanaliz. To zestaw anegdotycznych drobnych wspomnień. Szuka Wojciech Chmielewski sposobu na wyrażenie bólu po stracie, na ocenianie samego siebie, na podsumowania konieczne i przygnębiające jednocześnie. Pozwala poznawać bohatera stopniowo, każde wyjście nad jezioro staje się okazją do spotkania samego siebie, więc i - do prezentowania własnych trosk, traum i problemów. Bohater skupia się na tym, co stracił - i co przeżył. Buduje definicję dla siebie, unikając przy tym banałów. Wojciech Chmielewski chce, żeby retrospekcje nakierowały go na właściwe tory myślenia, ucieka od standardowego sposobu prezentowania postaci. Pragnie, by czytelnicy sami mogli docierać do sedna, wyłapywać niuanse i zasady, którymi kierował się bohater w przeszłości. I tak samo - żeby samodzielnie byli w stanie powiedzieć, co stracił przez kolejne rozstania. Nie ma tu sentymentów ani komentarzy wywołujących wzruszenia, Chmielewski rezygnuje z oczywistości. Także w formie. Narracja w tym tomie jest specyficzna: zwraca uwagę swoją literackością, która kompletnie nie pasuje do tematów. Jeśli autor wybiera anegdoty dotyczące zwykłych postaci, przeciętnych lub prostych, a prezentuje ich dylematy językiem z książek - wpadającym w poetycki - pojawia się u czytelników poczucie dyskomfortu. I to może stać się zjawiskiem, które prowadzi do chęci zrozumienia całej relacji. "Jezioro Dargin" jest literackim popisem, ale Wojciech Chmielewski gdzieś podskórnie odwołuje się do ludzkich tęsknot i strachów - przekonuje w warstwie uczuć. Zestawianie ich przy okazji żałoby jest zabiegiem ryzykownym, ale skutecznym.
Spojrzenie w głąb
Jezioro Dargin to miejsce, nad które przybywa bohater tomu Wojciecha Chmielewskiego. Przybywa nie bez powodu: musi dojść do siebie i zdecydować, co dalej. Stracił pracę w radiu, ale za sobą ma znacznie ważniejsze straty - równie stresujące, ale wiążące się z ogromnymi zmianami w życiu. Jezioro kusi. Można tu zostać na stałe, można też skorzystać z samotności i zdecydować, jak zachowywać się dalej. Nie nasuwa jednoznacznych rozwiązań, za to otwiera pole do refleksji. Bohater, który bierze je sobie za tło do własnych rozważań, znajduje się w połowie życia, jest skłonny do podsumowań i musi zrobić rachunek (niekoniecznie sumienia), żeby móc iść dalej. Przerwa od życia - przebywanie nad jeziorem bez planu, celu i nawet jakiejkolwiek iskry do działania - bardzo się tu przydaje. Autor unika oczywistych skojarzeń. Wiadomo, że bohater znajduje się na rozdrożu: od tego, jak teraz postąpi, zależeć będzie druga część jego egzystencji, która może - ale nie musi - zapewnić coś lepszego. I dlatego mężczyzna powinien uważnie się sobie przyjrzeć, przedstawić autoportrety słowne - w różnych ujęciach. To da mu wskazówki - grunt, żeby odnaleźć fakty i drogowskazy. Tego właśnie bohater będzie potrzebował, kiedy w dalszą drogę wyruszy sam.
"Jezioro Dargin" dalekie jest jednak od niekończących się autoanaliz. To zestaw anegdotycznych drobnych wspomnień. Szuka Wojciech Chmielewski sposobu na wyrażenie bólu po stracie, na ocenianie samego siebie, na podsumowania konieczne i przygnębiające jednocześnie. Pozwala poznawać bohatera stopniowo, każde wyjście nad jezioro staje się okazją do spotkania samego siebie, więc i - do prezentowania własnych trosk, traum i problemów. Bohater skupia się na tym, co stracił - i co przeżył. Buduje definicję dla siebie, unikając przy tym banałów. Wojciech Chmielewski chce, żeby retrospekcje nakierowały go na właściwe tory myślenia, ucieka od standardowego sposobu prezentowania postaci. Pragnie, by czytelnicy sami mogli docierać do sedna, wyłapywać niuanse i zasady, którymi kierował się bohater w przeszłości. I tak samo - żeby samodzielnie byli w stanie powiedzieć, co stracił przez kolejne rozstania. Nie ma tu sentymentów ani komentarzy wywołujących wzruszenia, Chmielewski rezygnuje z oczywistości. Także w formie. Narracja w tym tomie jest specyficzna: zwraca uwagę swoją literackością, która kompletnie nie pasuje do tematów. Jeśli autor wybiera anegdoty dotyczące zwykłych postaci, przeciętnych lub prostych, a prezentuje ich dylematy językiem z książek - wpadającym w poetycki - pojawia się u czytelników poczucie dyskomfortu. I to może stać się zjawiskiem, które prowadzi do chęci zrozumienia całej relacji. "Jezioro Dargin" jest literackim popisem, ale Wojciech Chmielewski gdzieś podskórnie odwołuje się do ludzkich tęsknot i strachów - przekonuje w warstwie uczuć. Zestawianie ich przy okazji żałoby jest zabiegiem ryzykownym, ale skutecznym.
Grzegorz Kasdepke: Jeszcze większa księga detektywa Pozytywki
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Sześć tomów zagadek
Kolejna monumentalna zbiorcza pozycja w Naszej Księgarni to zestaw zagadek detektywistycznych, które stworzył dla najmłodszych Grzegorz Kasdepke, najpierw na fali zainteresowania rynku kryminałami dla najmłodszych, a później już - jako konsekwencję wymyślenia ciekawego bohatera i formy, która się przyjęła. Nawet gdyby Grzegorz Kasdepke miał dość tej postaci, musiałby sprostać oczekiwaniom dzieci, które czekają na przygody detektywa Pozytywki i ćwiczą na tych tomikach logiczne myślenie. "Jeszcze większa księga detektywa Pozytywki" to powrót do lubianego bohatera - możliwość skompletowania brakujących opowieści albo uzupełnienia biblioteczki o poważnie wyglądającą - także ze względu na gabaryty - pozycję.
Ten bohater rozwiązuje sprawy dość proste, jego klientami przeważnie są najmłodsi mieszkańcy kamienicy, w której mieści się biuro detektywistyczne Pozytywki, jednak nie stanowi to w ogóle problemu. Detektyw cieszy się, że może się wykazać, a czasami też utrzeć nosa nieuczciwemu rywalowi, Martwiakowi, do tego - ma całkiem sporo pracy i może jeszcze wychowywać sobie następców. Wszystko to bardzo się liczy, bo dynamizuje kolejne tomiki. Dzieci chcą śledzić te opowieści, bo zawsze na końcu czeka na nie zagadka do rozwiązania. A właściwie - wyjaśnienie. Mali odbiorcy muszą bowiem przejmować zadanie Pozytywki. Detektyw udziela odpowiedzi bohaterom, którzy potrzebują jednoznacznej oceny. Czytelnicy mają znaleźć uzasadnienie dla tej odpowiedzi, powiedzieć, dlaczego detektyw nie ma wątpliwości co do rozwiązania zagadki. W ten sposób ćwiczą spostrzegawczość i logiczne myślenie - bo przekonują się, gdzie szukać wskazówek. Zamiast zgadywać, kto ze wskazanych bohaterów popełnił drobne przestępstwo (jak w najsłynniejszej i napędzającej rynek serii Biuro detektywistyczne Lassego i Mai), zamiast bawić się w śledczych z kryminału, mogą sprawdzać swoją wiedzę z codziennego życia i przenosić własne doświadczenia na rzeczywistość bajkowych postaci. Detektyw Pozytywka wprost zachęca do tego, żeby obserwować otoczenie i sprawdzać przydatność komentarzy. Kto ma problem z podążaniem za tokiem myślenia tego bohatera, będzie mógł skorzystać z podpowiedzi zamieszczonych na końcu książki. Skumulowanie historii o detektywie to wspaniały prezent dla dzieci, które lubią angażować się w lekturę i prowadzić dialog z bohaterem. Tu zyskują szansę wykazania się i wręcz pracy nad fabułą.
Piotr Rychel ilustruje przygody detektywa Pozytywki i robi to z wielkim wyczuciem komizmu, od którego Kasdepke przecież nie stroni. Stawia w ilustracjach na karykatury postaci, obrazki są kolorowe, komiksowe i dynamiczne, wciągają i zapraszają do czytania. Najmłodszym spodoba się zwłaszcza bogaty repertuar min bohaterów - tu dzieje się bardzo dużo, a Rychel zmienia też kąty spojrzenia na bajkowe plany. Przekonuje, że warto zagłębić się w lekturę, żeby poznać losy postaci lub sprawdzić, dlaczego targają nimi tak silne emocje. Detektyw Pozytywka to bohater, do którego nie trzeba już dzisiaj nikogo przekonywać. Sam z siebie robi ogromne wrażenie na odbiorcach, nie jest pouczający w nachalny sposób. Chociaż przydaje się w procesie edukacji, nie zamęcza nadmiernym moralizowaniem. W zasadzie najsłabiej wypada tu opowiadanie dodane na cześć wydawnictwa, ale tak to z panegirykami bywa.
Sześć tomów zagadek
Kolejna monumentalna zbiorcza pozycja w Naszej Księgarni to zestaw zagadek detektywistycznych, które stworzył dla najmłodszych Grzegorz Kasdepke, najpierw na fali zainteresowania rynku kryminałami dla najmłodszych, a później już - jako konsekwencję wymyślenia ciekawego bohatera i formy, która się przyjęła. Nawet gdyby Grzegorz Kasdepke miał dość tej postaci, musiałby sprostać oczekiwaniom dzieci, które czekają na przygody detektywa Pozytywki i ćwiczą na tych tomikach logiczne myślenie. "Jeszcze większa księga detektywa Pozytywki" to powrót do lubianego bohatera - możliwość skompletowania brakujących opowieści albo uzupełnienia biblioteczki o poważnie wyglądającą - także ze względu na gabaryty - pozycję.
Ten bohater rozwiązuje sprawy dość proste, jego klientami przeważnie są najmłodsi mieszkańcy kamienicy, w której mieści się biuro detektywistyczne Pozytywki, jednak nie stanowi to w ogóle problemu. Detektyw cieszy się, że może się wykazać, a czasami też utrzeć nosa nieuczciwemu rywalowi, Martwiakowi, do tego - ma całkiem sporo pracy i może jeszcze wychowywać sobie następców. Wszystko to bardzo się liczy, bo dynamizuje kolejne tomiki. Dzieci chcą śledzić te opowieści, bo zawsze na końcu czeka na nie zagadka do rozwiązania. A właściwie - wyjaśnienie. Mali odbiorcy muszą bowiem przejmować zadanie Pozytywki. Detektyw udziela odpowiedzi bohaterom, którzy potrzebują jednoznacznej oceny. Czytelnicy mają znaleźć uzasadnienie dla tej odpowiedzi, powiedzieć, dlaczego detektyw nie ma wątpliwości co do rozwiązania zagadki. W ten sposób ćwiczą spostrzegawczość i logiczne myślenie - bo przekonują się, gdzie szukać wskazówek. Zamiast zgadywać, kto ze wskazanych bohaterów popełnił drobne przestępstwo (jak w najsłynniejszej i napędzającej rynek serii Biuro detektywistyczne Lassego i Mai), zamiast bawić się w śledczych z kryminału, mogą sprawdzać swoją wiedzę z codziennego życia i przenosić własne doświadczenia na rzeczywistość bajkowych postaci. Detektyw Pozytywka wprost zachęca do tego, żeby obserwować otoczenie i sprawdzać przydatność komentarzy. Kto ma problem z podążaniem za tokiem myślenia tego bohatera, będzie mógł skorzystać z podpowiedzi zamieszczonych na końcu książki. Skumulowanie historii o detektywie to wspaniały prezent dla dzieci, które lubią angażować się w lekturę i prowadzić dialog z bohaterem. Tu zyskują szansę wykazania się i wręcz pracy nad fabułą.
Piotr Rychel ilustruje przygody detektywa Pozytywki i robi to z wielkim wyczuciem komizmu, od którego Kasdepke przecież nie stroni. Stawia w ilustracjach na karykatury postaci, obrazki są kolorowe, komiksowe i dynamiczne, wciągają i zapraszają do czytania. Najmłodszym spodoba się zwłaszcza bogaty repertuar min bohaterów - tu dzieje się bardzo dużo, a Rychel zmienia też kąty spojrzenia na bajkowe plany. Przekonuje, że warto zagłębić się w lekturę, żeby poznać losy postaci lub sprawdzić, dlaczego targają nimi tak silne emocje. Detektyw Pozytywka to bohater, do którego nie trzeba już dzisiaj nikogo przekonywać. Sam z siebie robi ogromne wrażenie na odbiorcach, nie jest pouczający w nachalny sposób. Chociaż przydaje się w procesie edukacji, nie zamęcza nadmiernym moralizowaniem. W zasadzie najsłabiej wypada tu opowiadanie dodane na cześć wydawnictwa, ale tak to z panegirykami bywa.
sobota, 3 kwietnia 2021
Magdalena Niedźwiedzka: Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Wyzwolenie
Magdalena Niedźwiedzka nieustannie inspiracji szuka w przeszłości i w biografiach wielkich. Tym razem stanęło na George Sand, przez długi czas - Aurorze. "Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand" to zestaw obrazków, migawek, które zostały porozrzucane na osi czasu. Autorka zajmuje się tym razem przede wszystkim kształtowaniem się osobowości. Nie ma potrzeby zanurzania się w sedno relacji damsko-męskich lub damsko-damskich: te wkraczają do powieści, bo pozwalają także podkreślać konflikty George Sand z partnerami. Książka "Gdy kobiety milczały" pełna jest zatem wyzwań obyczajowych - ale nie skandali. Magdalena Niedźwiedzka ucieka bowiem od prostych ocen. Zależy jej na pokazaniu istoty bohaterki z dala od rozgłosu i od przyczyn zainteresowania: George Sand ma być inspiracją ze względu na osobowość, a nie na decyzje życiowe. W pierwszej części książki nakreśla Niedźwiedzka zupełnie bez sentymentów skomplikowane relacje między bohaterką tomu, jej matką i babką: w tym zestawie nie ma miejsca na kojące czy krzepiące obrazy, liczy się przeciąganie dziecka na swoją stronę przy jednoczesnym braku zainteresowania rzeczywistymi potrzebami małej dziewczynki. Aurora musi nauczyć się odkrywać siebie i szukać swojej tożsamości z dala od domu rodzinnego. Zresztą z takim zadaniem też może sobie poradzić: jednak zrozumiałe dla czytelników staną się jej późniejsze decyzje. Także w tej części pojawia się motyw klasztoru i samooznania przez taki pryzmat. Później autorka rejestruje kolejne związki - za każdym razem stara się pokazać, jak bohaterka tomu uczyła się definiowania siebie wobec konwenansów i oczekiwań partnerów. Nie ma tu miejsca na powtarzanie detali z biografii - życiorys to tylko punkt wyjścia do opowieści, w której fakty są mniej ważne niż uczucia i emocje George Sand.
Ci, którzy spodziewają się skandalu, mogą od razu zrezygnować z lektury. Magdalena Niedźwiedzka wcale nie szuka bowiem tematów powiązanych z bulwersowaniem opinii publicznej. Jeśli coś kontrowersyjnego się pojawia, autorka przełącza uwagę na inny aspekt codzienności bohaterki. Wie, jak podkreślać dylematy samej postaci, w nie ucieka - zamiast skupiać się na tym, co powszechnie znane i co trafia do opracowań. George Sand ma tu być pokazana jako człowiek, kobieta chcąca dążyć do wyrażania siebie, niezależnie od zdania innych. Magdalena Niedźwiedzka wybiera charakterystyczne (z własnej perspektywy) scenki, które pomogą w wytłumaczeniu, jak wyglądała droga dochodzenia do siebie bohaterki tomu. Takie ujęcie całkowicie oddala skojarzenia z biografiami i to będzie w tym wypadku duża zaleta. Unikanie stereotypów to coś, co w tej książce się sprawdza. Jednak George Sand przez takie podejście momentami w ogóle znika z horyzontu, żeby naświetlić lepiej tło. Magdalena Niedźwiedzka zajmuje się aspektami psychologicznymi znacznie bardziej niż detalami z życiorysu. Wybiera George Sand - która zapewni uwagę czytelników - ale nie realizuje żadnych oczekiwań publiczności literackiej. I właśnie dzięki temu pozwala na skupienie się na postaci.
Wyzwolenie
Magdalena Niedźwiedzka nieustannie inspiracji szuka w przeszłości i w biografiach wielkich. Tym razem stanęło na George Sand, przez długi czas - Aurorze. "Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand" to zestaw obrazków, migawek, które zostały porozrzucane na osi czasu. Autorka zajmuje się tym razem przede wszystkim kształtowaniem się osobowości. Nie ma potrzeby zanurzania się w sedno relacji damsko-męskich lub damsko-damskich: te wkraczają do powieści, bo pozwalają także podkreślać konflikty George Sand z partnerami. Książka "Gdy kobiety milczały" pełna jest zatem wyzwań obyczajowych - ale nie skandali. Magdalena Niedźwiedzka ucieka bowiem od prostych ocen. Zależy jej na pokazaniu istoty bohaterki z dala od rozgłosu i od przyczyn zainteresowania: George Sand ma być inspiracją ze względu na osobowość, a nie na decyzje życiowe. W pierwszej części książki nakreśla Niedźwiedzka zupełnie bez sentymentów skomplikowane relacje między bohaterką tomu, jej matką i babką: w tym zestawie nie ma miejsca na kojące czy krzepiące obrazy, liczy się przeciąganie dziecka na swoją stronę przy jednoczesnym braku zainteresowania rzeczywistymi potrzebami małej dziewczynki. Aurora musi nauczyć się odkrywać siebie i szukać swojej tożsamości z dala od domu rodzinnego. Zresztą z takim zadaniem też może sobie poradzić: jednak zrozumiałe dla czytelników staną się jej późniejsze decyzje. Także w tej części pojawia się motyw klasztoru i samooznania przez taki pryzmat. Później autorka rejestruje kolejne związki - za każdym razem stara się pokazać, jak bohaterka tomu uczyła się definiowania siebie wobec konwenansów i oczekiwań partnerów. Nie ma tu miejsca na powtarzanie detali z biografii - życiorys to tylko punkt wyjścia do opowieści, w której fakty są mniej ważne niż uczucia i emocje George Sand.
Ci, którzy spodziewają się skandalu, mogą od razu zrezygnować z lektury. Magdalena Niedźwiedzka wcale nie szuka bowiem tematów powiązanych z bulwersowaniem opinii publicznej. Jeśli coś kontrowersyjnego się pojawia, autorka przełącza uwagę na inny aspekt codzienności bohaterki. Wie, jak podkreślać dylematy samej postaci, w nie ucieka - zamiast skupiać się na tym, co powszechnie znane i co trafia do opracowań. George Sand ma tu być pokazana jako człowiek, kobieta chcąca dążyć do wyrażania siebie, niezależnie od zdania innych. Magdalena Niedźwiedzka wybiera charakterystyczne (z własnej perspektywy) scenki, które pomogą w wytłumaczeniu, jak wyglądała droga dochodzenia do siebie bohaterki tomu. Takie ujęcie całkowicie oddala skojarzenia z biografiami i to będzie w tym wypadku duża zaleta. Unikanie stereotypów to coś, co w tej książce się sprawdza. Jednak George Sand przez takie podejście momentami w ogóle znika z horyzontu, żeby naświetlić lepiej tło. Magdalena Niedźwiedzka zajmuje się aspektami psychologicznymi znacznie bardziej niż detalami z życiorysu. Wybiera George Sand - która zapewni uwagę czytelników - ale nie realizuje żadnych oczekiwań publiczności literackiej. I właśnie dzięki temu pozwala na skupienie się na postaci.
Anna Salamon, Alicja Krzanik: Cyferkowa książka
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Liczenie wełniane
Naturalną konsekwencją literkowego picture booka przygotowanego przez Annę Salamon jest "Cyferkowa" - kartonowa książka pozwalająca poznawać cyfry (i drobną historyjkę, do której rymowane zwrotki napisała Alicja Krzanik). Tym, co może najbardziej urzec nie tylko dzieci, jest zestaw bajecznie kolorowych cyfr - ale też cały świat wydziergany na szydełku. Wydziergane są tu sylwetki bohaterów, przedmioty codziennego użytku, ale nawet portrety rodzinne zawieszone na ścianach. Rytm, który wybrała autorka, pozwala poznawać kolejne cyfry i utrwalać sobie wiedzę na ich temat dzięki liczeniu przedmiotów, które pojawiają się na regale (także szydełkowym). Jedna strona wykorzystana została na prezentację cyfry - i zachętę kierowaną do dzieci, by poćwiczyły kształt. Czasami trzeba się też zastanowić nad przedmiotami albo tematami z najbliższego otoczenia - pozwalającymi się policzyć. W ten subtelny sposób autorka zaprasza dzieci do ćwiczenia matematyki w podstawowym zakresie - nie psując im rozrywki. Taka zabawa pomoże im w nauce pisania (ale też w zapamiętaniu wyglądu cyfry), umożliwi też doskonalenie umiejętności. Obok cyfry (dzianinowej, naciągniętej na styropianową formę) znajduje się regał, na którym z czasem będzie przybywać zabawek. Co dwie rozkładówki z prezentacją cyfr pojawia się z kolei obrazek z życia rodziny małego Franka. Tutaj znajdują się dodatkowe polecenia dla dzieci: trzeba policzyć elementy obrazków, wskazywać różne rzeczy i odpowiadać na pytania. Żeby mali odbiorcy lepiej zrozumieli, czego dotyczą obrazki, Alicja Krzanik wprowadza tu czterowersy (zwykle udane, ale świąteczny, mikroskopowy i plastyczny zamieniają się niestety w rymowane koszmarki, jeśli oceniać je pod kątem warsztatowym). To także metoda na oderwanie maluchów od liczenia - chodzi o to, żeby nie znudziły im się ciągłe polecenia i zadania, i żeby mogły wejść w świat książeczki nieco bardziej, przekonać się, że bohaterowie nie są przypadkowi i nawet - że istnieje tu szczątkowa fabuła, którą warto prześledzić.
"Cyferkowa" to przede wszystkim książka imponująca pod względem wykonania ilustracji. Oczywiście po "Literkowej" zaskoczeń już nie ma, Anna Salamon udowodniła, co potrafi - jednak takie podejście do lekcji matematyki bardzo cieszy. Może uświadomić dzieciom, jak różne są sposoby ilustrowania książek i opowiadania historii, dorosłym pokazuje, jak połączyć edukację i rozrywkę. Anna Salamon nawiązuje trochę do propozycji Ewy Pawlak i jej materiałowych wycinanek - robi coś nietypowego, sprawiając, że jej książka wzbudzi jeszcze większe zainteresowanie na rynku. Nasycone kolory przyciągają spojrzenia - z taką książką nudzić się nie można, nawet jeśli dotyczy zadań matematycznych. Autorka sięga po motyw, który wydaje się naiwny sam w sobie - ale za sprawą realizacji wypada zupełnie inaczej. Ta propozycja znajdzie sobie miejsce na rynku, spodoba się różnym grupom odbiorców, a przy okazji pokaże też talent autorki. "Cyferkowa" zachęca do pracy - budzi ciekawość i daje się odkrywać w uroczych detalach. Anna Salamon może towarzyszyć najmłodszym w przygotowaniach do pisania, czytania i liczenia.
Liczenie wełniane
Naturalną konsekwencją literkowego picture booka przygotowanego przez Annę Salamon jest "Cyferkowa" - kartonowa książka pozwalająca poznawać cyfry (i drobną historyjkę, do której rymowane zwrotki napisała Alicja Krzanik). Tym, co może najbardziej urzec nie tylko dzieci, jest zestaw bajecznie kolorowych cyfr - ale też cały świat wydziergany na szydełku. Wydziergane są tu sylwetki bohaterów, przedmioty codziennego użytku, ale nawet portrety rodzinne zawieszone na ścianach. Rytm, który wybrała autorka, pozwala poznawać kolejne cyfry i utrwalać sobie wiedzę na ich temat dzięki liczeniu przedmiotów, które pojawiają się na regale (także szydełkowym). Jedna strona wykorzystana została na prezentację cyfry - i zachętę kierowaną do dzieci, by poćwiczyły kształt. Czasami trzeba się też zastanowić nad przedmiotami albo tematami z najbliższego otoczenia - pozwalającymi się policzyć. W ten subtelny sposób autorka zaprasza dzieci do ćwiczenia matematyki w podstawowym zakresie - nie psując im rozrywki. Taka zabawa pomoże im w nauce pisania (ale też w zapamiętaniu wyglądu cyfry), umożliwi też doskonalenie umiejętności. Obok cyfry (dzianinowej, naciągniętej na styropianową formę) znajduje się regał, na którym z czasem będzie przybywać zabawek. Co dwie rozkładówki z prezentacją cyfr pojawia się z kolei obrazek z życia rodziny małego Franka. Tutaj znajdują się dodatkowe polecenia dla dzieci: trzeba policzyć elementy obrazków, wskazywać różne rzeczy i odpowiadać na pytania. Żeby mali odbiorcy lepiej zrozumieli, czego dotyczą obrazki, Alicja Krzanik wprowadza tu czterowersy (zwykle udane, ale świąteczny, mikroskopowy i plastyczny zamieniają się niestety w rymowane koszmarki, jeśli oceniać je pod kątem warsztatowym). To także metoda na oderwanie maluchów od liczenia - chodzi o to, żeby nie znudziły im się ciągłe polecenia i zadania, i żeby mogły wejść w świat książeczki nieco bardziej, przekonać się, że bohaterowie nie są przypadkowi i nawet - że istnieje tu szczątkowa fabuła, którą warto prześledzić.
"Cyferkowa" to przede wszystkim książka imponująca pod względem wykonania ilustracji. Oczywiście po "Literkowej" zaskoczeń już nie ma, Anna Salamon udowodniła, co potrafi - jednak takie podejście do lekcji matematyki bardzo cieszy. Może uświadomić dzieciom, jak różne są sposoby ilustrowania książek i opowiadania historii, dorosłym pokazuje, jak połączyć edukację i rozrywkę. Anna Salamon nawiązuje trochę do propozycji Ewy Pawlak i jej materiałowych wycinanek - robi coś nietypowego, sprawiając, że jej książka wzbudzi jeszcze większe zainteresowanie na rynku. Nasycone kolory przyciągają spojrzenia - z taką książką nudzić się nie można, nawet jeśli dotyczy zadań matematycznych. Autorka sięga po motyw, który wydaje się naiwny sam w sobie - ale za sprawą realizacji wypada zupełnie inaczej. Ta propozycja znajdzie sobie miejsce na rynku, spodoba się różnym grupom odbiorców, a przy okazji pokaże też talent autorki. "Cyferkowa" zachęca do pracy - budzi ciekawość i daje się odkrywać w uroczych detalach. Anna Salamon może towarzyszyć najmłodszym w przygotowaniach do pisania, czytania i liczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






