* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Konrad T. Lewandowski: Saga o Kotołaku. Różanooka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Pragnienie

Walka o władzę jest brutalna i bezwzględna, szczególnie w świecie Ksina – który zresztą w czwartym tomie Sagi o Kotołaku znika z pola widzenia – i nie wiadomo, czy w ogóle da się go odnaleźć. W „Różanookiej” na pierwszy plan wychodzi Mino, jeden z prostych wojowników. I Mino od początku cierpi, rozpacz zalewa hektolitrami alkoholu i czeka na jakiś znak, dzięki któremu dowiedziałby się, co robić dalej. Najłatwiej byłoby popełnić samobójstwo – ale skoro się nie udało, Mino musi opracować plan działania. Wszystko przez to, że jego ukochana, Rida, została skazana na śmierć przez powieszenie, a Mino nie zdołał jej ocalić. Szybko wychodzi na jaw, że Rida przemieniła się w strzygę i zemści się na swoich prześladowcach. Żeby nawiązać z nią kontakt, Mino udaje się aż do tysiącznicy – traf chce, że to Różanooka, piękna kobieta o czerwonych oczach. W rzeczywistości Różanooka, tak jak i Mino, może w każdej chwili dostąpić Przemiany, a to stawia bohaterów na równi ze sobą. Od tej pory będą podążać razem – i mierzyć się z zupełnie niespodziewanym uczuciem. „Różanooka” odrobinę zmienia zwykłe proporcje u Konrada T. Lewandowskiego – autor z dość niespodziewanym sentymentem odnosi się do pożądania między bohaterami. To, co zwykle stanowiło jeden ze sposobów spędzania czasu w brudnym i stylizowanym na średniowiecze świecie Ksina, teraz staje się niemal sakralizowane. Temat zakochania przeplata cały wątek podróży i zapewnia przeciwwagę dla nieustannych, bardzo brutalnych walk. Tyle tylko, że wciąż istnieje pamięć o Ridzie, która po przekroczeniu swojej granicy przestała przejmować się dawnym kochankiem. Mino musi przeboleć stratę, żeby w ogóle zwrócić uwagę na Różanooką – i na jej uczucia. Wobec obopólnego zauroczenia nawet temat groźnych Przemian słabnie – prawdziwą siłę daje miłość.

Ale „Różanooka” nie jest powieścią romansową. Lewandowski znów wypełnia strony scenami brutalnych walk – i to na poziomie międzygatunkowym. Trzeba pamiętać, że żelazem można zabić tylko raz, że strzygi należy tępić za sam fakt bycia strzygami i że żaden z wrogów nie zna litości. Normalne są tu śmiertelne ciosy, odrąbywanie głów i niebezpieczne rany – nawet jeśli ktoś posiada nadnaturalne umiejętności w zakresie regeneracji, potrzebuje kilku dni spokoju i wypoczynku, żeby wrócić do siebie. Chyba że ma jeszcze inne motywacje, jak Mino. W „Różanookiej” autor popisuje się batalistyczną wyobraźnią, opisy prezentuje bardzo plastycznie, tak samo jak dokładnie pilnuje hierarchii w wykreowanym świecie. Na początku dla wprowadzenia czytelników w klimat korzysta z elementów quasi-średniowiecznej obyczajowości, pokazuje migawki ze zwyczajności, nigdy sielskiej, ale przynajmniej zrozumiałej. Kiedy po raz pierwszy zasygnalizuje istnienie czarów i stworów ożywianych po śmierci, odrzuca ludzkie towarzystwo (i organizację codzienności), by całkowicie zanurzyć się w krainie mroku. Tutaj wszystko odbywa się na innych prawach – przejrzystych i surowych, wręcz bezlitosnych. Przejście tej granicy nie oznacza rezygnacji z ludzkich (to jest zrozumiałych dla odbiorców) uczuć. Tyle tylko, że tu wszystko jest bardziej intensywne i jednoznaczne. Jeśli walka – to na śmierć i życie, jeśli podstęp – to bez litości dla przeciwnika. „Różanooka” nie oznacza przełamania tej tendencji, podkreśla ją właśnie za sprawą emocjonalnej odskoczni do relacji Mina i Irian, Lewandowski w fantastyce najbardziej ceni zło kontrolowane przez krwawe bitwy czy potyczki. Nie przymyka oczu, gdy mowa o „wojennych” zbrodniach, starciami wypełnia czas. Teraz jednak pozwala także odkryć bohaterom ich prawdziwe cele i marzenia. To koloryzuje opowieść i wyznacza jej dodatkowy sposób odbioru. „Różanooka” rozpędza się coraz bardziej – i stopniowo oczyszcza z dodatkowych wyjaśnień, pozostaje w całej surowości (i turpistyczności?) jako powieść-wyzwanie. Lewandowski stworzył świat, który nie podlega upływowi czasu.

niedziela, 12 czerwca 2016

Sue Atkinson: Jak wydobyć się z depresji

PWN, Warszawa 2016 (wydanie szóste).

Wskazówki

Coraz więcej mówi się dzisiaj o depresji, nie tylko w kategoriach choroby, ale i życiowej postawy. Sue Atkinson o depresji pisze nie z perspektywy specjalisty, przez wzgląd na własne doświadczenia i wielokrotne próby opanowania przytłaczającego smutku. Autorka po raz szósty wydanego tomu „Jak wydobyć się z depresji” swoje przemyślenia porządkuje, by pomóc przynajmniej części odbiorców – tym czytelnikom, którzy w ogóle zechcą podjąć wysiłek analizowania rozdziałów. Zdaje sobie sprawę z konieczności zwracania się o pomoc do specjalistów i nie kwestionuje tego – ale usiłuje też wypracować bariery ochronne, strategię postępowania, która uchroni przed częścią destrukcyjnych zachowań.

Dla Sue Atkinson pokonywanie objawów depresji jest jak wspinaczka górska – z tej metafory autorka korzysta przy budowaniu konstrukcji książki. Wygodnie jej odwoływać się do przekonujących gestów i wiele mówiących postaw. Zresztą samo wpadanie w depresję językowo kojarzy się z osuwaniem się w przepaść, metafora staje się zatem jak najbardziej uzasadniona. W samych rozdziałach natomiast Atkinson trochę oddala się od standardowych poradników. Chociaż wskazówki i uwagi porządkuje w czytelnych wyliczeniach, równie często sięga do własnych doświadczeń oraz do krzepiących cytatów z lektur rozmaitego rodzaju. Przez to próbuje dodać otuchy odbiorcom. Udowadnia swoim przykładem, że uda się zmienić nastawienie i przypomina, dlaczego warto to robić. Zamienia się w terapeutę-przyjaciela, dyskretnie pociesza i motywuje do działania. Robi tak przez całą książkę, staje się więc jasne, dlaczego zachęca do „wybiórczego” z niej korzystania – poza oczywistym faktem, że osoby w depresji nie zechcą podjąć takiego wysiłku, jest jeszcze pewna jednostajność porad.

Atutem autorki są jej własne zmagania z depresją. Atkinson bardzo zyskuje na wiarygodności zarówno wtedy, gdy proponuje, żeby nie planować więcej niż najbliższe dziesięć minut, jak i wtedy, gdy krytykuje „życzliwych”, nakazujących wzięcie się w garść lub służących dobrymi radami w oderwaniu od znajomości choroby. Daje czytelnikom prawo do złego nastroju i uciekania od świata, a przy tym pokazuje, jak łagodzić objawy depresji. Wylicza różne sposoby przetestowane przez siebie – takie, które na pewno nie zaszkodzą (odpowiednia dieta, wysiłek fizyczny, słuchanie muzyki), uczy cierpliwości i stosowania list. Kiedy kieruje do lektury lub terapeutów, podpowiada, jak z nimi rozmawiać, żeby zostać dobrze zrozumianym, nie bagatelizuje żadnych reakcji – bo doskonale wie, co ją samą doprowadzało do pogorszenia samopoczucia. Strategia przyjęta przez Atkinson jest bardzo wygodna (i przekonująca). Autorka często rezygnuje z pozycji wszechwiedzącej, zamiast udzielać odbiorcom rad, wylicza, co jej pomagało. Lista zadań jest gotowa, a czytelnicy nie mają wrażenia, że zmusza się ich do czegoś – i to wbrew ich woli. Dlatego „Jak wydobyć się z depresji” cieszyć się może tak wielkim powodzeniem.

Ta książka, jak zresztą wszystkie poradniki o podobnej tematyce, wymaga od czytelników samodyscypliny i chęci do pracy nad sobą. Nie ma zatem gwarancji, że pomoże wszystkim, którzy po nią sięgną. Chorym pokaże jednak, że nie są z problemem sami i mogą próbować ulżyć sobie w cierpieniu, a ich bliskim uświadomi przynajmniej część fałszywych tropów i niepożądanych postaw. Sue Atkinson nie zamierza się wymądrzać na temat depresji, nie podchodzi do tematu z punktu widzenia badacza ani terapeuty, co sprawia automatycznie, że posługuje się prostym, zrozumiałym dla wszystkich językiem. Jej wyznania oraz notatki staną się pomocne nawet bardziej dla tych, którzy wiedzą o swojej skłonności do wpadania w minorowe nastroje. Nie pozostawia ważnych pytań bez odpowiedzi i nie bagatelizuje problemu – zyska zatem zasłużone uznanie czytelników.

Dariusz Tuzimek: Lewandowski. Wygrane marzenia

Egmont, Warszawa 2016.

Idol

Yvette Żółtowska-Darska zainicjowała na polskim rynku znakomitą serię biografii najsławniejszych piłkarzy. Teraz Dariusz Tuzimek za namową Egmontu uzupełnia cykl o autoryzowaną biografię Roberta Lewandowskiego, pokazując najmłodszym, że i Polska ma swoich bohaterów w piłce nożnej. Czas na tę publikację jest idealny, skoro trwają (a w dniu premiery po prostu: zbliżały się) mistrzostwa Europy, w których zagra reprezentacja Polski. Ale bez względu na wynik, o sukcesach Roberta Lewandowskiego odbiorcy będą chcieli czytać. Tom „Lewandowski. Wygrane marzenia” to przekrojowa opowieść o życiu i dokonaniach piłkarza – wzbogacona o edukacyjne wstawki dla kilkulatków.

Dariusz Tuzimek radzi sobie z zadaniem, chociaż trudno dorównać twórczyni cyklu w komponowaniu ciekawych historii. Czyta się go dobrze – mimo że zbyt bierze sobie do serca konieczność wychowywania odbiorców: kolejne postawy Roberta Lewandowskiego traktuje jak idealne przykłady postępowania i wysnuwa z nich moralizatorskie wnioski. Po zaprezentowaniu reakcji godnej naśladowania wprowadza drobny akapit z pouczającym komentarzem: że warto tak robić i – dlaczego. Nie odnosi się wówczas do sytuacji sportowych, a ogólnie, do życia. Robert Lewandowski staje się więc mistrzem i idolem nie tylko na boisku. Oczywiście Tuzimek wykorzystuje też porażki do tłumaczenia dzieciom, że nie zawsze wszystko musi iść po ich myśli, że trzeba nauczyć się przegrywać i że nie wolno działać impulsywnie lub poddawać się bez walki. Przytacza sceny, gdy młody piłkarz musi radzić sobie z agresywnymi postawami bardziej doświadczonych kolegów, żeby podpowiedzieć najmłodszym, jak mogą radzić sobie z różnymi wyzwaniami. Doskonale zna niezbyt chlubne i typowe dla maluchów zachowania – przy okazji snucia opowieści o Robercie Lewandowskim stara się je wyplenić. Jednocześnie nie obiecuje, że każdemu, kto lubi grać w piłkę, uda się zrobić oszałamiającą karierę. Choć jest czasem męcząco dydaktyczny, jest i szczery – zachęca do wysiłku i samodoskonalenia, uprzedzając, że nie zawsze przynosi to wymarzone skutki.

Samą historię Roberta Lewandowskiego prowadzi z wprawą. Mniej skupia się na prezentowaniu całego życia piłkarza aż do końca 2015 roku, wybiera raczej co ciekawsze momenty – przełomowe punkty kariery, ważne lekcje i silne przeżycia na boisku. Pozwala zainteresować się sportowcem, zdobyć o nim nieco więcej informacji (i od razu przełożyć je na własne życie – w wersji zaangażowanych w sport maluchów). Poza krótkimi i reportażowymi rozdziałami znalazły się w tej książce oczywiście i dodatki – całe zestawy zdjęć z rozbudowanymi podpisami. Z nich można czerpać wiedzę na temat kolejnych miejsc i klubów, w których grał Robert Lewandowski, poznać relacje bohatera z trenerami czy zawodnikami, a nawet przyjrzeć się (w bardzo ograniczonym zakresie) życiu prywatnemu piłkarza. W ten sposób Tuzimek realizuje edukacyjne założenia serii. Ten rodzaj poszatkowanej narracji przypomina też wiadomości z kolekcjonerskich kart i pokazuje, że również książki można traktować jako rozrywkę czy szansę na rozwijanie hobby. Często w opiniach krytyków i niektórych rodziców biografie piłkarzy nie są „prawdziwą literaturą”, wartą tego, by podsuwać ją dzieciom. Jednak cykl Egmontu zasługuje na uznanie: pokazuje, jak tworzyć biografie cenne nie tylko ze względu na stopień dostarczanej zabawy.

Chociaż kariery sportowców trwają dość krótko, niektóre wyczyny przechodzą do historii – i w tej książce znalazło się kilka imponujących osiągnięć. Dariusz Tuzimek czuje dumę, pisząc tę relację. Chce, żeby młode pokolenie obrało sobie Roberta Lewandowskiego za idola – i naśladowało go w dążeniach do celu. Nie ma obaw, ta publikacja łatwo nie znudzi, stanowić może za to dodatek przy zbliżającym się święcie kibiców. Robert Lewandowski i na takie wyróżnienie w literaturze zasługuje.

Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Bajki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Świat fantazji

Kolejną imponującą serię dla dzieci (i stęsknionych za klasyką literatury dziecięcej dorosłych) proponuje Nasza Księgarnia. Tym razem to monumentalny cykl zebranych utworów Jana Brzechwy. Pierwszy tom – „Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Bajki” – zawiera dłuższe utwory rymowane, które dawniej zastępowały maluchom dobranocki. Skomplikowane czasem pod względem fabularnym historie z postaciami o rozbudowanych charakterach to prawdziwy pokaz bajkopisarskiej potęgi. W dodatku dzisiaj Jan Brzechwa kojarzony jest bardziej z utworami krótkimi, wierszykami w stylu Juliana Tuwima, natomiast kilka postaci z długich historii trafiło do języka potocznego i funkcjonuje w oderwaniu od tekstów. Najwyższy czas przypomnieć sobie bajkowe pierwowzory z dzisiejszych powiedzeń czy symboli.

Tom w dużym formacie i twardej okładce doskonale chroniącej zawartość, ponad 340 stron, gruby papier, szyto-klejony grzbiet – to zapewnia jakość, na którą Brzechwa zasługuje. W środku – 26 bajek, zwykle stanowiących zamknięte całości (wyjątkiem są trzy opowieści o panu Soczewce). A wśród bohaterów wielu znajomych. Lis Witalis i Pchła Szachrajka, korsarz Palemon, panieneczka z pudełeczka, trzy krasnoludki czy muzyczny nauczyciel pan Doremi z córkami. Zagląda Brzechwa na dwór króla Jelonka i do stalowego Jeża – wymieniać można by jeszcze długo. Można dzięki tomowi uzupełnić biblioteczkę o cały zestaw pamiętanych z dawnych lat bajek i zabrać dzieci w niezwykłą podróż po bardzo ukonkretnionym świecie z wyobraźni. Jan Brzechwa bowiem korzysta z braku objętościowych ograniczeń i bardzo precyzyjnie nakreśla miejsca akcji, charaktery i sytuacje. Wszystko to oczywiście w bajkowym rytmie (z rzadka pojawiają się teksty prozą) – najwygodniejszym w mowie wiązanej ośmio- lub dziewięciozgłoskowcu. Brzechwa bardzo swobodnie prowadzi opowieść, nie wpada w pułapki inwersji czy niezrozumiałości, rozwija słownictwo dzieci i przedstawia im historyjki bardzo plastycznie. Dzisiaj część treści przynosić będzie niespodzianki w postaci archaicznych sformułowań (który maluch wie, czym zajmuje się korsarz?) – ale to nie utrudnia lektury, a zapewnia jej koloryt lokalny i przeniesienie odbiorcy od razu do nowej krainy. W tym jest Jan Brzechwa mistrzem niekwestionowanym. Wiele razy uda mu się oderwać dzieci od ich codzienności i wprowadzić do bajki, w której już czekają postacie o zgrabnie nakreślonych zachowaniach. Tu nie można się nudzić – akcja jest brawurowa, czasem edukacyjna, często bardzo zabawna. Jan Brzechwa dba o swoich małych czytelników, ale sam też z wielką chęcią wprowadza się do odmalowywanej rzeczywistości. Dostrzega to, co nie zawsze zobaczą dorośli – i prowadzi małych odbiorców przez ciekawe dla nich rejony. Pojedyncze bajki są rozbudowywane i bardzo sycące – nie da się ich szybko pochłonąć – tym więcej zatem zostanie maluchom z głębokiej lektury.

Stroną graficzną tomu zajęła się Jola Richter-Magnuszewska. Stawia ona tym razem na ilustracyjną ascezę – wybiera pojedyncze motywy z bajki, małe elementy tworzące wzór tła lub w ogóle po prostu kolorowe strony. Bywa też, że bawi się sposobami rysowania, próbuje różnych technik i sposobów wywoływania śmiechu. Nie zarzuca małych odbiorców nadmiarem rysunków, ale te, które proponuje, robią spore wrażenie. Tu i tak przy śledzeniu akcji mało kto będzie chciał dodatkowo analizować obrazki. Brzechwa zwyczajnie nie pozostawia na to czasu. Seria świetnie się zaczyna i zyska wielu zwolenników nie tylko wśród dzieci.

sobota, 11 czerwca 2016

Alicja Żarowska-Mazur: Cyfrowy świat seniora. Bezpiecznie w internecie

PWN, Warszawa 2016.

Obrona

Młodsze pokolenia mają łatwiej: kiedy świat zachłysnął się internetem i możliwościami komputerów czy smartfonów i tabletów, od początku były wprowadzane w technologie – i dziś nie boją się urządzeń, które poznają w domu i w szkole, na lekcjach i dla rozrywki. Inaczej jest ze starszymi ludźmi, którzy na lekcje informatyki w szkołach nie mieli szans i po błyskawicznej ekspansji internetu pozostali w tyle za nowinkami. Z pomocą przychodzi im seria Cyfrowy świat seniora, w przystępny sposób tłumacząca wszystko to, co młodzi odbiorcy wiedzą.

„Bezpiecznie w internecie” to publikacja, która ma przełamać nieufność starszych osób (lub, przeciwnie, oduczyć naiwności i zdawania się na los). Alicja Żarowska-Mazur przygląda się zagrożeniom i pułapkom komputerowym i sprawia, że odbiorcy (nie tylko z grupy docelowej określonej w tytule serii!) zwrócą uwagę na bezpieczeństwo w sieci. Autorka najpierw przedstawia temat hackingu i crackingu, by następnie pokazywać, jak nie wpaść w pułapki zastawiane na użytkowników internetu. Przywołuje reklamowe „loteryjne” maile i sposoby wyłudzania danych; uczy, jak blokować niechciane strony czy bronić się przed wirusami. Opowiada o różnicach między trojanem i wormem, a także o tym, jak system Windows (bo to na nim się skupia) może się chronić przed atakami. Tłumaczy, jak konfigurować system (w przypadku urządzeń mobilnych – Android), wyczula na fałszywe strony banków, zapamiętywanie historii i haseł w przeglądarkach. Opisuje nawet zasady bezpieczeństwa na portalach społecznościowych i możliwość szyfrowania wiadomości w mailach. Dostarcza więc więcej niż standardowe biblioteczne szkolenia dla seniorów – zainteresowanym tematem podsuwa sporo ciekawostek. Wiadomo, że tom w końcu się zestarzeje – autorka odnosi się do najpopularniejszych systemów, wychodząc z założenia, że starsi ludzie nie podejmą decyzji o przejściu na inne niż dostępne w sklepach, przynajmniej nie na początku elektronicznej przygody. Stara się opisywać najnowsze wersje, stawia więc na najświeższe informacje – co oznacza, że część poradnika w końcu się zdezaktualizuje. Jednak „na teraz” (i dla odbiorców, którzy nie mają zamiaru gonić za komputerowymi nowinkami) to lektura bardzo przydatna.

Jest też dobrze przygotowana od strony poradnikowej. Żarowska-Mazur najpierw w prostych słowach objaśnia temat (zadziwia kolokwialne „kapnie” na początku tomu, na szczęście autorka nie posługuje się dalej slangiem z innej grupy wiekowej), później przechodzi do przykładów i analizowania krok po kroku zadań. Tu posiłkuje się czytelnymi (i licznymi) zrzutami ekranu, żeby wykluczyć jakiekolwiek wątpliwości. Prowadzi użytkownika za rękę – i chociaż młodym ludziom skomputeryzowanym od urodzenia wydawać się to może niepotrzebne i przesadzone, seniorom na pewno przyda się takie wsparcie. Mało tego, z poradnika skorzystać też mogą osoby, które zwyczajnie nie czują się pewnie w temacie komputerów czy tabletów, a bez tych urządzeń nie wyobrażają sobie już życia. „Bezpiecznie w internecie” poza wskazówkami postępowania pokazuje także, dlaczego w ogóle zajmować się uszczelnianiem zapór czy instalowaniem antywirusów – autorka przekonująco wskazuje możliwe zagrożenia i nieprzyjemności z nich wynikające. Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą rzeczywistość bez obecności komputerów i internetu – warto zatem poświęcić też chwilę na przyswojenie sobie podstawowych zasad bezpieczeństwa w sieci. Alicja Żarowska-Mazur podsuwa cenny poradnik w tym zakresie.

Laura Wall: Kolory z Gąską

Galaktyka, Łódź 2016.

Barwy

W części książeczek o Zosi i Gąsce istnieje szczątkowa fabuła – pozwalająca przejść z bohaterami wyliczankową drogę przez szereg koniecznych czynności. Jednak w typowo „poznawczych” tomikach dla najmłodszych dzieci Laura Wall rezygnuje ze standardowej opowieści. Tak jest z książeczką „Kolory z Gąską”: tu każda strona przynosi jeden kolor – powiązany z konkretnym przedmiotem oraz z tłem. Autorka podkreśla słowami, na co zwrócić uwagę: pisze na przykład „żółty dziób” lub „zielony samochód”. Na rysunku Zosia i Gąska zajmują się sensowną przy takim podpisie czynnością. Wiele elementów nawiązuje do zabawy: nawet „fioletowy dom” to domek, którym Zosia i Gąska się bawią. Laura Wall przygotowuje też do innych rozrywek – Zosia i Gąska czytają książki (każda – innego koloru). To subtelna wskazówka dla najmłodszych, obietnica coraz ciekawszych sposobów spędzania czasu.

We wszystkich tomikach o Zosi i Gąsce kolory odgrywają bardzo ważną rolę – budują nastrój, pomagają zapamiętać kolejne czynności (lub składniki wyliczanki), pomagają najmłodszym w kojarzeniu obrazka z treścią. Tutaj stają się sednem książeczki. Autorka wybiera raczej oryginalny sposób na podkreślenie barwy – przez tło w nieco tylko innym odcieniu od przedmioty. Wygasza tym samym trochę efekt, ale też może silniej oddziaływać na odbiorcę (zielony jest nie tylko samochodzik, ale już cała strona, żeby nazwa jeszcze lepiej się dzieciom utrwaliła). Niby nic się tu nie dzieje, a jednak każda strona może stać się zalążkiem bajki, spuentowanej przez propozycję Zosi (i podsumowanej, jak zawsze, przez Gąskę). To tomik, który można razem z dziećmi oglądać i uzupełniać własne narracje: Laura Wall przygotowuje tylko „kolorowe” podpisy.

A że rysunki są, jak w całej serii, bardzo przyjemne, wspólna lektura będzie przepełniona radością. Nie chodzi przecież o to, by po jednorazowym przejrzeniu książeczki maluchy potrafiły prawidłowo nazywać kolory. Wystarczy, że zaangażują się w „przygody” Zosi i Gąski i będą chciały do książeczki wracać – jako do źródła przyjemnych bajkowych skojarzeń. Bo chociaż Zosia i Gąska robią zwykłe rzeczy, Laura Wall przekonuje do nich humorem (zakodowanym w ilustracjach) oraz paletą barw. Nie ma tu sytuacji budzących przykre skojarzenia, panuje dobra atmosfera. Zosia jest dziewczynką, rówieśniczką odbiorców i przewodniczką po tomikach. Gąska to sygnał bajkowości – prawdziwa przyjaciółka pochodząca ze świata fantazji. Przy takich oprowadzaczkach wszystko staje się prostsze: maluchy nie tylko polubią Zosię i Gąskę, ale też łatwo przyswoją prezentowane przez nie wiadomości. Seria z Gąską jest dobrym pomysłem na pierwszy kontakt najmłodszych z książeczkami. Również rodziców Laura Wall powinna do siebie przekonać. Prostota nie jest w niej banalizowana, obrazki należą do dopracowanych (a nie – męcząco i komputerowo wygładzanych). Mimo statyczności sytuacji przez cały czas coś się na kolejnych stronach dzieje: dzieci zostaną więc zaproszone do historyjki – i będą mogły wymyślać fabułę na podstawie wiele mówiących ilustracji.

Kartonowa książeczka w twardej okładce jest przyjazna maluchom i nie daje się łatwo zniszczyć. Pierwszą lekturę można zatem także traktować jak zabawkę – ćwiczyć na niej przewracanie kartek lub bawić się miękką (piankową) a jednak twardą okładką. Odpowiednio dobrane kolory nie rażą, rysunki nie zostały przepełnione zbędnymi szczegółami. Laura Wall odrzuca przesadne komplikacje, za to przez cały czas ma na uwadze dobro najmłodszych i ich zdolności poznawcze. Podsuwa rodzicom wygodną pozycję edukacyjną i daje szansę na oswojenie pociech z książkami. „Kolory z Gąską” to lekcja i przyjemność w jednym.

piątek, 10 czerwca 2016

Lotta Olsson: Sam w domu

Zakamarki, Poznań 2016.

Tęsknota

Lotta Olsson jest autorką, która czuje potęgę absurdu i umie wplatać do bajek filozoficzne refleksje – przy jednoczesnym wrażeniu, że prowadzi życiową historyjkę. Przygląda się przyjaźni przedstawicieli mało znanych gatunków zwierząt – a tym razem jedną przygodę przekuwa na książeczkę obrazkową z ilustracjami Marii Nilsson Thore. Dzięki temu także najmłodsi mogą wkroczyć w cudowny świat wyobraźni i już przygotowywać się do późniejszych, pięknych i ponadczasowych opowieści. Do mrówkojada i orzesznicy można poczuć sympatię. To para przyjaciół przydzielających sobie rodzinne role na przekór wyglądowi. Malutka orzesznica zachowuje się jak matka i opiekunka – jest przezorna i pomocna, mądra i spokojna. Mrówkojad to duże (dosłownie) dziecko. Potrzebuje opieki, chce, żeby ktoś za niego podejmował decyzje i kierował jego życiem, inaczej czuje się bezradny. Taki układ działa i satysfakcjonuje obie strony. Ale przychodzi czas, w którym orzesznica chce zrealizować swoje małe marzenie, w którym akurat dla mrówkojada nie ma miejsca. Bohaterka chce – z innym znajomym, starym kretem – pójść na wykład o zdrowych słodyczach. Zostawia mrówkojada samego w swoim mieszkaniu. Dla tej niesamodzielnej postaci to jak koniec świata. Dlatego w tomiku „Sam w domu” mrówkojad przede wszystkim próbuje się rozpłakać.

„Sam w domu” to bardzo ciekawa propozycja. Autorka trafia w sedno ze studium tęsknoty mrówkojada za orzesznicą: nie dzieje się tu nic, co wywołać by mogło aż tak wielką rozpacz, chodzi raczej o postawę mrówkojada, który chciałby, żeby wszystko układało się po jego myśli. Nic nie uzasadnia jego zachowań – a cierpienie okazuje się wyłącznie na pokaz. Mrówkojad wobec orzesznicy wypada podobnie jak maluchy, które nie chcą, by mama wyszła z domu bez nich – Lotta Olsson uświadamia więc odbiorcom, że ich protesty na nic się nie zdadzą. Można za to pogodzić się z losem i przygotować niespodziankę na powrót ukochanej osoby – z tego będzie większy pożytek (a i czas szybciej zleci).

Do przesłania dzieci muszą dojść same, bo autorka nie zamierza prawić im morałów. Przedstawia scenkę, która jawi się humorystycznie (mimo wyrażonego przez mrówkojada żalu). Niewiele się tu dzieje, ale z olbrzymim ładunkiem emocjonalnym. Do tego stale obecny jest dyskretny humor – Olsson uzyskuje go również dzięki wyolbrzymieniu sytuacji. Lektura nie będzie zatem prostym śledzeniem postaw mrówkojada – przebieg fabuły to zaledwie część wartości tomiku „Sam w domu”. Dzieci będą wydobywać z tej historyjki rozmaite sensy w ramach dobrej rozrywki. Lotta Olsson nie tworzy banalnej opowiastki z jedną płaszczyzną znaczeniową – chociaż to książeczka obrazkowa, znajduje miejsce na sygnalizowanie życiowych aspektów relacji mrówkojada i orzesznicy obok tematów absurdalnych.

W efekcie tomik z uznaniem prześledzą również sami rodzice. To jedna z publikacji, które zapadają w pamięć ze względu na precyzyjne nakreślanie emocji i oryginalny przebieg samej historii. Mrówkojad i orzesznica sami w sobie stanowią odejście od typowych bohaterów literatury dziecięcej. Dzięki temu Maria Nilsson Thore może pobawić się w warstwie graficznej. Najpierw karykaturalizuje mrówkojada (który przez to nie przypomina ani słodkiej maskotki, ani bohatera bajki dla dzieci – raczej wytwór satyry), potem zmienia od czasu do czasu perspektywę. U mrówkojada zamiast min pojawia się wymowne spojrzenie (także element satyryczny!) – wiadomo zatem od razu, że dzieci tego bohatera polubią. Ilustracje są duże, ale nie przesadnie naiwne, budzą uśmiech. Świat mrówkojada i orzesznicy – mimo przejściowych problemów – zaprasza do odwiedzin. „Sam w domu” jest książką obrazkową wysokiej klasy – prezentuje to wszystko, co odbiorcy spoza docelowej grupy uwielbiają w picture bookach. Najwięcej jednak zależy od klimatu, który Lotta Olsson tworzy dzięki wnikliwym obserwacjom.