* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 4 sierpnia 2016

Joanna Olech: Porwanie

Egmont, Warszawa 2016.

Śledzenie po szkole

Emil Wykopek prowadzi szkołę detektywów, a uczyć się w niej mogą tylko najlepsi – dlatego w klasie jest pięcioro uczniów, za to najzdolniejszych. Odbyli już roczny kurs dla zaawansowanych, a profesor Wykopek uczy ich teraz trudnej sztuki kamuflażu, między innymi przebierania się za skrzynkę pocztową. Młodzi detektywi mają też różne pozadetektywistyczne uzdolnienia – wzajemnie całkiem dobrze się uzupełniają i to im się już wkrótce przyda. Oto bowiem profesor Wykopek – autorytet i nauczyciel – znika, prawdopodobnie zostaje uprowadzony. Dzieci nie mogą tego tak zostawić i zgodnie ruszają na pomoc. Z czasem pojawiają się wprawdzie wśród nich różnice w poglądach i pomysłach na kontynuację działań śledczych, ale na bezczynność nikt sobie nie pozwala. Praca detektywów rusza na dobre i obejmuje różne zabiegi – od szukania odcisków palców i drobnych śladów pozostawionych przez przestępców po wyprawę do miasta i rozmowy z ludźmi, którzy Emila Wykopka mogli widzieć. Cała tajemnica wyjaśni się dopiero po przejściu drogi profesora – dzieci poczują się dumne z samodzielnego wykonania poważnego zadania. „Porwanie” to bowiem humorystyczna i szybka powieść detektywistyczna Joanny Olech dla najmłodszych fanów kryminalistyki.

Dzieci – uczniowie szkoły detektywistycznej – różnią się od siebie i fizycznością, i zainteresowaniami. Joanna Olech sugeruje odbiorcom, że każdy może zostać detektywem i że nie ma jednej prawidłowej metody działania, do celu da się dojść różnymi drogami, w zależności od upodobań, umiejętności i talentów. Zachęca też pośrednio do rozwijania pasji: detektyw może być też świetnym informatykiem lub najszybciej jeździć na hulajnodze – nigdy nie wiadomo, co akurat przyda się w śledztwie. Do tego autorka dodaje sporo poczucia humoru – porywacze noszą damskie kapcie, a szkolny chomik znajduje pewien ważny trop. W sprawę angażuje się sporo ludzi z miasteczka, a szkolni detektywi mogą przetestować swoje umiejętności w praktyce. Prawdziwa przygoda dopiero się zaczyna. Inaczej niż w klasowych ćwiczeniach, tu nie wiadomo, co właściwie się stało i jak zabrać się do działania. Joanna Olech w „Porwaniu” nawiązuje do lubianych przez dzieci cykli kryminalnych (nieprzypadkowo szkole patronują między innymi Lasse i Maja) – ale wybiera też rozrywkę edukacyjną, gromadzi najbardziej charakterystyczne motywy pracy detektywa i wzbogaca je śmiechem. Już sama lekcja kamuflażu to popis humorystyczny – a z akcją dzieci będą odkrywać coraz to nowe żarty i dowcipy. Chociaż zapowiada się dość dramatycznie – porwanie profesora to poważna sprawa – bohaterowie nie poddadzą się ponurym nastrojom, za to wpadną w wir pysznej zabawy – w końcu chcieli zostać detektywami i mają szansę to marzenie zrealizować.

„Porwaniem” Joanna Olech zapoczątkuje swój cykl o szkole detektywów Emila Wykopka – ten tom jest okazją do przyjrzenia się bohaterom i nastrojowi panującemu w zwięzłej narracji. Autorka stawia na błyskawiczne tempo wydarzeń, pozwala dzieciom katalizować fabułę. Nie komplikuje zbytnio wyzwania, bo chce trafić do jak najmłodszych czytelników. W „Porwaniu” znajduje miejsce na przedstawienie postaci i scharakteryzowanie rodzaju działalności, może też zacząć budować tą książką grono zwolenników dziecięcych śledztw. Jest ta publikacja prosta, ale dla najmłodszych ciekawa i emocjonująca, zwłaszcza że lokalizacja szkoły przywodzi na myśl sztab z „Siódmego wtajemniczenia” Niziurskiego. Dzieciom przypadnie też do gustu przeklinająca papuga. Joanna Olech sama ilustruje swoją powieść, okrasza ją ilustracjami w szaro-zielonej tonacji, wyrazistymi szkicami pasującymi do „poważnego” tematu. Wpasowuje się w rynek dowcipnych kryminalnych bajek i zapowiada większą przygodę z atrakcyjnymi bohaterami.

środa, 3 sierpnia 2016

Henryk Sawka: Dobra zmiana grubą kreską

Muza SA, Warszawa 2016.

Spostrzeżenia satyryka

"Dobra zmiana grubą kreską": tytuł tomiku Henryka Sawki nie pozostawia wątpliwości: to ilustrowane komentarze satyryka do aktualnej rzeczywistości politycznej w Polsce, ale i do polityki w bardziej ogólnym sensie. Tomik jest albumem, w którym przeważnie jednokadrowe rysunki zajmują całą stronę, szybkie szkice tworzone na bieżąco jako publicystyczne reakcje nabierają nowej wartości. Do odszyfrowania części znaczeń przydaje się znajomość konkretnych sytuacji i doniesień medialnych, przy innych obrazkach widać głębokie zrozumienie dla samych mechanizmów polityczno-społecznych.

Henryk Sawka rysuje w bardzo charakterystyczny sposób, jego rysunki są bardzo zamaszyste, momentami przypominają bazgroły, które jednak układają się w sensowne kształty. Nie brakuje karykatur: z rysów twarzy wielu postaci daje się bez trudu odczytać nawiązania do konkretnych polityków, czasami Sawka wspomaga się jeszcze imieniem jako adresem personalnym. Programowo rezygnuje z tła, a brak szczegółów kojarzy się z dystansem, jakiego warto nabrać dla śmiechu.

Jak zawsze w satyrze politycznej, zdarzają się tu prace bardziej i mniej udane pod kątem dowcipu, a wiąże się to z motywem agitacyjnych puent. Puenty są zawsze i w większości przypadków łączą się z żartami. Bywa i tak, że pojedyncze reakcje wietrzeją i nie wytrzymują już próby publikacji książkowej (lub po prostu nie trafiają do części odbiorców). Satyra polityczna starzeje się najszybciej i tam, gdzie Sawka szukał inspiracji w jednostkowym przypadku, okazuje się najbardziej efemeryczna. Na szczęście Henryk Sawka to twórca świadomy warsztatu, ograniczeń, ale i możliwości, jakie daje satyra zaangażowana. Ta książka pełna jest również celnych spostrzeżeń o wymowie ogólnej. Tu być może żart nie cechuje się tak wielką intensywnością jak w błyskotliwej i natychmiastowej odpowiedzi na konkretne wydarzenie, ale trwa i istnieje znacznie dłużej. Sawka posługuje się symbolami, stara się, aby jego rysunki niosły dodatkowe treści, poza słownymi. Dostarcza rozrywki również odbiorcom ceniącym sobie szarady, językowe skojarzenia i popisy: włącza je do krótkich komentarzy, wypowiedzi postaci lub prostych podpisów.

Śmieje się Sawka z polityków, z programów rozrywkowych, z religii i mód. Sięga od czasu do czasu po kwestie obyczajowe, zwykle takie, które ujawniają ludzkie słabości, bo to temat zawsze aktualny. W konfesjonale, w aptece, w sypialni, na ulicy, w gabinecie u lekarza i w gabinetach polityków – wszędzie kryją się źródła żartów. Sawka w ten sposób odnosi się do rzeczywistości, oswaja to, co męczy w poważnych serwisach informacyjnych i dostrzega absurdy codziennych wydarzeń. Jego rysunki satyryczne są jak szybkie i nerwowe szkice, z plątaniny kresek wyłania się sens, dopełniany słowami. Takiego Sawkę odbiorcy od lat cenią, nie potrzebują do tego jeszcze skandalizujących w założeniu tematów. Ta publikacja to prezentacja możliwości, jakie daje rysunek satyryczny na tematy aktualne skrzyżowany z umiejętnością dostrzegania puent. Do Sawki kilka uwag dodaje Michał Ogórek – ale jego teksty są raczej zalążkami możliwych felietonów niż rzeczywistymi próbkami umiejętności – Ogórek zajmuje się bardziej wskazywaniem motywów o potencjale komicznym niż rzeczywistym rozbawianiem odbiorców. To książka, która poza śmiechem ma jeszcze dostarczać spojrzenia na polską codzienność – i która tworzona jest na gorąco, jako odpowiedź na wydarzenia w kraju. Zresztą Henryka Sawki reklamować przecież nie trzeba.

Ingo Siegner: Mały Koko Smoko w kosmosie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Kosmita

W szkole, wśród dinozaurów i w kosmosie. Mały Koko Smoko przemierza szlaki od zawsze obecne w literaturze czwartej i zalicza kolejne punkty historyjek – Ingo Siegner podpiera się znanymi schematami, żeby ułatwić sobie tworzenie bajek. Za każdym razem Kokos i jego wierni przyjaciele – jeżozwierz Matylda i smok żarłok Oskar – spotykają kogoś, kto staje się przewodnikiem po obcej rzeczywistości i mogą przeżyć wielką przygodę. Te małe i jednowątkowe historyjki są proste i przepełnione humorem, Kokos zwykle przekonuje się o życzliwości innych, sam też pozostaje sympatyczny i przyjazny. To pozwala mu dobrze poznać obce zwyczaje. A jest co poznawać, chociaż Siegner tworzy zawsze własne światy, czyli – nie narzuca fabułom jeszcze tonów edukacyjnych (mimo że wychowawcze tak).

Tym razem statek kosmiczny rozbija się w pobliżu trójki przyjaciół i przerywa podziwianie rozgwieżdżonego nieba. Przedziwny z wyglądu kosmita Bobbi pochodzi z Topolowej Planety i chciałby na nią wrócić, ale to wymaga obliczeń i umiejętności, które na szczęście posiada Matylda. Wymaga też czteroosobowej załogi do samego uruchomienia statku, więc bohaterowie mogą odbyć fascynującą i konieczną podróż. Kosmiczny pojazd napędzany jest śliwkami, a w galaktyce czai się Zielone Pomelo – wytwór robotyki, który wymknął się spod kontroli i teraz najchętniej wchłonąłby wszystko, co znajdzie się na jego drodze. Bobbi potrafi wytłumaczyć podstawy swojej rzeczywistości, ale dość często potrzebuje pomocy Kokosa, Matyldy i Oskara. Tylko wspólne działania pomogą uniknąć pułapki i zagrożenia. Te ostatnie wprawdzie nie wydają się zbyt poważne, ale może dlatego, że młodzi bohaterowie trzymają się razem i dodają sobie otuchy. Tu nawet wzajemne żarty będą bardzo dobroduszne. Autor próbuje pokazać, jak przydaje się wspólne rozwiązywanie problemów, uczy zawierania przyjaźni, ale też działania w zespole: czasami trzeba się rozdzielić i przyjąć jedną z ról, żeby zapracować na sukces całej drużyny.

Ingo Siegner nadaje historii pozory prawdziwości, próbuje uprawdopodobnić swój świat przez… bajkowe przypisy. Tłumaczy, czym są podawane przez niego (wymyślone) miary i wynalazki. Z rzadka odwołuje się do faktów, zatapia je w opowieści. Zresztą dla maluchów przypisy mieć będą taką samą wartość poznawczą jak język kosmitów: nadają tylko koloryt lokalny, ale nie wywołują głodu wiedzy. Przydają się w samej fabule, ale ich strata nie byłaby dotkliwa dla odbiorców.

Jak zwykle autor bawi się też graficzną formą tomiku. Tym razem skupia się na przedstawianiu dziwności kosmitów, na ukazywaniu nietypowych krajobrazów czy wnętrz statku kosmicznego. Rozśmiesza minami bohaterów – prezentującymi cały wachlarz emocji i przeżyć, ale komicznymi w charakterze – i detalami spoza narracji (zawsze znajdzie się jakieś małe zwierzątko, które wyrazem pyszczka jasno określi swój stosunek do intruzów). W ogóle nie tylko w warstwie graficznej dla Siegnera śmiech jest bardzo ważny. Sporo w całym tomiku scenek i sytuacji pozbawionych znaczenia dla akcji, ale sugerujących śmiech dzieciom – autor próbuje swoich sił w ironicznych komentarzach i w dowcipie sytuacyjnym, ale przede wszystkim w zaskoczeniach. To dlatego z upodobaniem przeskakuje od świata do świata, od przeszłości do futurologii. Za każdym razem otrzymuje nowy zestaw schematów i stereotypów, na których może budować akcję bez większego wysiłku. Koko Smoko jako życzliwy dzieciak – wspierany przez przyjaciół – wszędzie odnajdzie się bez problemu. To rozwiązanie dobre przy tworzeniu serii małych historyjek dla dzieci. Odbiorcy tego cyklu nie potrzebują bardziej skomplikowanych fabuł czy wyzwań czytelniczych. Koko Smoko systematycznie zdobywa sobie nowych fanów wśród najmłodszych.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Deborah Moggach: Hotel Złamanych Serc

Rebis, Poznań 2016.

Spotkania

Po „Hotelu Marigold” Deborah Moggach ponownie zabiera czytelników do zapomnianego pensjonatu, który staje się receptą na problemy jego mieszkańców. Teraz w rolę zarządzającego mocno już podupadłym miejscem wciela się Buffy, były aktor i bawidamek. Buffy ma za sobą burzliwą przeszłość, liczne romanse i żony, a przed sobą żadnych perspektyw. Ot, czasem ktoś rozpozna w nim aktora, ale nie są to zbyt inspirujące spotkania. Buffy chciałby zaoferować ludziom coś nowego: wciela w życie kolejne skazane na klęskę pomysły. Ale w pensjonacie przybysze najbardziej doceniają przytulność i miłą atmosferę. Gospodarz dla każdego ma czas, nie przestrzega godzin przyjmowania gości w pokojach, nie dolicza też do rachunków wspólnie wypijanego wina. Łamie wszystkie zasady hotelowe, za to zyskuje grono przyjaciół i stopniowo poznaje ciekawych ludzi.

Deborah Moggach bardzo dobrze czuje się wśród rozmaitych wykolejeńców i ludzi, którzy już się poddali lub ponieśli klęskę. Może wtedy dyskretnie i bez obietnic poprawiać ich los, dając szansę na szczęście w dowolnym momencie życia. Mała społeczność bardzo wyostrza wielkie tematy. Moggach pokazuje, że każdy może zawalczyć o marzenia. Nie widzi skandali, które wstrząsają zaściankami – jeśli kobieta zakocha się w kobiecie, to przecież powód do radości, a nie do krytyki. W prosty sposób uświadamia autorka proste prawdy. Podobnie jak wtedy, gdy pisarz zacznie znajdować pomysły na powieść, lub gdy odludek znajdzie bratnią duszę i zamiast ucieczki do domu wda się w wielogodzinną rozmowę: to wszystko równie cieszy. Autorka sprowadza tu przeróżne postacie, a każdej przygląda się osobno i poświęca wiele czasu na jak najlepsze zrozumienie charakteru czy oczekiwań. Stopniowo bohaterowie stają się bliscy sobie nawzajem, ale też czytelnikom. „Hotel Złamanych Serc” to dość przewrotny tytuł w kontekście tego, co tu się wydarzy.

Autorka bardzo lubi fabularne szatkowanie historii. Wprowadza pojedyncze scenki z codzienności różnych bohaterów, równoległe i w końcu prowadzące wszystkich do jednego punktu. Nie mówi wszystkiego naraz, za to powoli odsłania kolejne sekrety. Do Buffy’ego z czasem docierają byłe żony oraz córki, ale nawet ten człowiek może jeszcze ułożyć sobie życie, chociaż miał już zamiar tylko skupiać isę na innych. Moggach szuka w ten sposób potencjału wielkich historii w detalach. Wydawałoby się, że ta autorka stawia na zwyczajność i sekrety z domowego zacisza, niekoniecznie to, czym chciałoby się dzielić z całym światem. A jednak kuszą ją również kwestie literackie – co pewien czas w ramach relacji znaleźć można proste obyczajowe stwierdzenie o aforystycznym wydźwięku. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy bohaterowie dzielą się dojrzałymi przez lata przemyśleniami na bazie swoich przeżyć. Zresztą Moggach w ogóle bardzo mocno podkreśla prawo do szczęścia w każdym wieku. Nie pomija osób starszych (w „Hotelu Złamanych Serc” doprowadza także do ich miłosnych spełnień i nie są to obrazki rodem z tanich powieści erotycznych a naprawdę piękne sceny). Rezygnuje z uprzedzeń i z rozmaitych ograniczeń, sugeruje czytelnikom, że to oni odpowiedzialni są za własną wolność (lub własne więzienie). Pokazuje, jak niewielkie czasem zmiany są potrzebne, żeby osiągnąć cel. Przez rozproszenie na wiele postaci i wiele życiowych sytuacji ucieka od niepotrzebnego patosu. „Hotel Złamanych Serc” to historia dająca nadzieję. Autorka odrzuca jednowątkowe lub przewidywalne fabuły, nie chce wcale upraszczać dążenia do szczęścia. To jeden z powodów, dla których jest ceniona przez czytelników. „Hotel Złamanych Serc” rozkręca się z początku powoli, ale kiedy już trafi w odpowiedni rytm, zamieni się w wartką historię z wieloma bohaterami. Jest tu dużo ciekawiej niż w „Hotelu Marigold”, a Moggach znajduje własny sposób na prezentowanie życiowych dylematów i wyzwań. To powieść dla wszystkich szukających oryginalności.

Agnieszka Łubkowska: Elementarz dla dzieci z dysleksją

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Czytanki

Nic nie stoi na przeszkodzie, by „Elementarz dla dzieci z dysleksją” traktować jako elementarz dla wszystkich nastolatków. Agnieszka Łubkowska wprowadza drobne ćwiczenia relaksacyjne, które mają wspomóc koncentrację, ale tomik prowadzi zupełnie zwyczajnie. Kolejne litery alfabetu (łącznie z „polskimi” literami – czyli ć czy ę) otwierają minirozdziały. Litery przedstawiane są na całą stronę i w wersji drukowanej – obok siebie wielka i mała. Dalej pojawia się zestaw malutkich obrazków z podpisami. Ale uwaga: tylko część nazw zawiera daną literę i to w różnych miejscach. Przy „ć” znajdziemy więc ćmę, liść, sześć, ale i… choinkę. To ćwiczenie dla dziecka: powinno wskazać obrazki, które da się opisać słowem z literą „ć”. Istnieje tu też krótka porada dla rodzica – jak wprowadzać nieznane pojęcia i jak zwracać uwagę na konkretne litery. Zadanie bywa utrudnione choćby przez ubezdźwięcznienia, ale nad tym autorka się nie rozwodzi. Po prezentacji liter alfabetu nadchodzi czas na krótką czytankę edukacyjną. Łubkowska sięga po kilkuzdaniowe historyjki informacyjne. Dzieci dowiedzą się, czym jest igloo, kosmos czy pioruny, poznają tygrysy i zwyczaje wiewiórek. Krótkie historyjki są tak napisane, by wzbudzać ciekawość dzieci i od razu ją zaspokajać. Przypominają szkolne czytanki – nie są przygotowywane dla rozrywki (a przynajmniej – nie tylko). Do tego warto zaznaczyć, że autorka wcale nie dąży do literowych nadmiarów, stawia na zwyczajność tekstów i w pewnym sensie utrudnia dzieciom zadanie – mali odbiorcy mają wskazywać patyczkiem poznawaną właśnie literę. Nie jest to takie proste w gąszczu innych liter. Zwłaszcza że tylko pierwsze przykłady zaznaczane są wytłuszczenie. Te czytanki mogą prezentować maluchom dorośli – ale i same dzieci będą na nich ćwiczyć sztukę czytania. Pod tym kątem to tomik dla maluchów już umiejących czytać – nie odstraszą ich wieloznaki ani objętość tekstu. Kiedy Agnieszka Łubkowska przechodzi do dwuznaków i głosek obejmujących więcej liter, rezygnuje z czytanek, poprzestaje na samych wyrazowych zabawach.

Nie ma tu urozmaicania zadań, jest rzetelne przygotowanie najmłodszych do samodzielnych lektur. Ilustracje Joanny Kłos stanowią raz element zabaw i ćwiczeń (trzeba rozpoznać, co jest na rysunku, żeby zastanowić się nad wyrazem, który to określi), raz – ozdobnik przy czytankach. Kłos nie ucieka od drobnych żartów, pozwala postaciom robić miny, sugeruje bajkowość ich świata mimo odgórnie narzuconego realizmu. Całość sprawia przyjemne wrażenie: tomik jest estetyczny, ładnie wydany i do tego unika chaosu, tak częstego w publikacjach spod znaku pop.

„Elementarz dla dzieci z dysleksją” jest książką użytkową, ma służyć ćwiczeniu umiejętności czytania. Zapewnia też maluchom zabawy i zagadki (jeśli rodzice potraktują tomik w odpowiedni sposób). Zawiera cały zbiór ciekawostek z wielu dziedzin – pokazuje życie w różnych miejscach, co może zachęcić najmłodszych do pogłębiania wiedzy. Zwykłe czytanki nie są tutaj naiwne, a dostosowane do percepcji kilkulatków – zwłaszcza pod względem tematycznym, chociaż i wielkiego skomplikowania językowego tutaj nie ma. Nie trzeba zatem przejmować się tytułem (mimo że dysleksję stwierdza się u coraz większej liczby dzieci) – tylko potraktować tomik jak rzeczywistą pomoc w ćwiczeniu czytania dla wszystkich. Ta książka przyda się rodzicom sześcio- czy siedmiolatków jako ciekawa alternatywa szkolnych podręczników – młodsze dzieci też mogą polubić literowe wyzwania i zaangażować się w szukanie określonych znaków.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Joe De Sena, Jeff O'Connell: Spartan Up! Bądź jak Spartanin

SQN, Kraków 2016.

Ćwiczenie

"Spartan Up" nie nadaje się dla tych, którzy siedzą wygodnie w fotelach. Co to jest burpee? Kanapowych czytelników to ta właśnie kwestia będzie mogła dręczyć przy lekturze przez pierwszych sto stron (ponad), aż w końcu Joe De Sena przedstawi szczegóły tego ulubionego swojego ćwiczenia. Chyba że ktoś akurat od dawna przygląda się sportowym wyczynom Spartan i brał udział w ich specyficznych wyścigach – wyzwaniach. Jego tom to opowieść o tym, dlaczego warto ruszyć się sprzed komputera i telewizora, zacząć szlifować formę oraz charakter i znaleźć nową życiową filozofię. Do niedawna ekstremalne wyczyny zapewniały ultramaratony czy ironmany, potem powstała moda na crossfit. W przypadku wyścigów Spartan chodzi jednak o coś innego – i sens całej zabawy Joe De Sena wykłada w swojej książce.

Spartan Race to ciągłe niespodzianki, zmiany zasad i niewygody dla uczestników. Dystanse nie są zbyt długie: chodzi o to, by sprawdzić się mogli wszyscy chętni, niekoniecznie fani sportów ekstremalnych. Jednak tego, co czeka na trasie, nie da się wyćwiczyć podczas wizyt na siłowni i powtarzania „sztucznych” ćwiczeń. Spartanie muszą być przygotowani na każdą okoliczność, a najważniejsze dla organizatorów wyścigu jest ciągłe wytrącanie uczestników z ich strefy komfortu. To początek zmiany spojrzenia na codzienne problemy. Spartanie uczą się, jak czerpać szczęście ze zwykłych spraw i jak z dystansem podchodzić do wyzwań. Po trudnych doświadczeniach w wyścigu są w stanie bardziej bagatelizować drobne niedogodności podczas swoich normalnych obowiązków, Joe De Sena wielokrotnie to podkreśla. Zyskuje w ten sposób podbudowę dla spartańskich zasad.

W tomie Joe De Sena sporo miejsca poświęca rozwijaniu charakteru, pracy nad sobą również w filozoficznym wymiarze. Podsuwa warte uwagi przypowiastki, złote myśli czy godne rozważenia scenki. Pokazuje, jak przekonania Spartan przekładają się potem na ich życiowe wybory. Dostarcza zatem nie tylko wymagającej rozrywki czy metody na spędzanie wolnego czasu: daje podstawy do szerzej zakrojonych zmian. Wie, że ma sporo do zaoferowania odbiorcom i potrafi to nieźle sprzedać. Oczywiście w tomie „Spartan Up” bardzo dużo jest historii o ludziach, którzy pokonują własne ograniczenia, biorą udział w wyścigu mimo chorób czy wieku: to po to, żeby zachęcić jak najwięcej niezdecydowanych do sprawdzenia się w takim sporcie. To również stały element historii sportowych, więc nie będą też rozczarowani zwykli czytelnicy, którym zależy po prostu na konwencji opowieści o sporcie. Joe De Sena pokazuje, jak zaprogramować się na szczęście, zgubić zbędne kilogramy, rozwiązać liczne problemy i zyskać nową perspektywę.

Co ciekawe, chociaż książka przygotowana jest jako przewodnik dla tych, którzy mogliby dołączyć do klubu Spartan, ma też swoją wewnętrzną dynamikę, Joe De Sena rozkłada (przy pomocy Jeffa O’Connella) napięcia i dawkuje rozmaite historyjki poszukującym ich czytelnikom. Dzisiejsi Spartanie nie mogą narzekać na brak przygód ani na nudę. Tom „Spartan Up” pokazuje najlepiej, dlaczego w ogóle myśleć o zmianach. Autor nie obiecuje cudów bez ciężkiej pracy, ale potrafi uzasadnić sens całego wysiłku. Dostarcza odbiorcom adrenaliny i nowych celów. Zestawia obecne życie z warunkami sprzed wieków. I sugeruje, że znalazł sposób na zachowanie szczęścia oraz młodości jak najdłużej. To jeden z wielu powodów, dla których po tom sięgnąć trzeba. A na rynku literatury sportowej ten tom wyróżnia się już samym tematem – połączeniem sportu i survivalu, przygody niemal dziecięcej w zabawie, za to o mocno rozbudowanej podbudowie psychologiczno-motywacyjnej.

Ouzo Design: Karty Kontrastowe. Świat maluszka

Wilga, Warszawa 2016.

Dla najmłodszych

Bohaterem zestawu „Karty kontrastowe. Świat maluszka” jest dzidziuś, co zapewnia sporą uniwersalność. To dzidziuś na kolejnych grafikach wykonuje proste i znane odbiorcom czynności (czasami nieco na wyrost, bo dzidziuś korzysta już z nocnika czy bawi się klockami – a zbiorek przeznaczony jest dla dzieci od szóstego miesiąca życia). Nie trzeba żadnych fabuł, wystarczą najprostsze komentarze i estetyczna grafika.

„Świat maluszka” to zestaw luźnych, niepołączonych ze sobą, sztywnych kart o niewielkim formacie i zaokrąglonych rogach. W górnej części każdej karty znajduje się dość duży otwór, co sprawia, że rysunku można używać jako zawieszki (nie tylko na klamkę) – i w przyszłości oznaczać nim miejsca ważne dla pociechy. Karty są zadrukowane dwustronnie, co zwiększa możliwości zabawy i nauki – bo można je wykorzystywać na różne sposoby. Twórcy (pod szyldem Ouzo Design) częściowo dostosowują się do wyników badań, według których niemowlęta rozróżniają tylko czerń i biel. Częściowo, bo wbrew nazwie serii karty kontrastowe nie są tak do końca kontrastowe. Ale po kolei: awers każdej karty jest biały, rewers – czarny i ten kontrast nie wiąże się z równoznacznym tematycznym przeciwieństwem. Na białym tle pojawiają się czarne serduszka – ramki rzeczywistego obrazka, na czarnym oczywiście białe – ale twórcy nieco ograniczają :drastyczność” skoku od bieli do czerni przez wąską kolorową obwódkę serduszka. Ten kolor zostanie potem powtórzony wewnątrz grafiki, w ubranku dziecka na ilustracji Do tego dochodzi na wszystkich grafikach pomarańczowy, na policzkach bohaterów. Nie są to więc typowe karty kontrastowe stosujące wyłącznie dwa kolory, ale autorzy mocno podkreślają estetyczne walory, rezygnując z kiczowatego przesytu barwami. W samych rysunkach dzieci są przedstawiane jak najprościej (jak w starych dobrych dwuwymiarowych kreskówkach), bez zbędnych szczegółów czy bardziej skomplikowanych gestów.

„Świat maluszka” obejmuje dwa zestawy kart. Na pierwszym pokazane są części twarzy – oczy, nos czy ząbek. Bohaterowie wskazują je palcami, a wątpliwości rozwiewa za każdym razem podpis. Obrazki mogą zatem pełnić funkcję edukacyjną w najbardziej podstawowym zakresie. Drugi zbiorek odnosi się do czynności – tutaj bohaterem jest jeden (pozbawiony płci) dzidziuś. O ile włosy czy okulary prezentują różne dzieci, o tyle dzidziuś za każdym razem różni się tylko kolorem stroju (i, rzecz jasna, zachowaniami). To, co dzidziuś robi, może trochę zachęcić najmłodszych do samodzielności, a na pewno do wypróbowania podejmowanych przez sympatyczną postać działań. Dzidziuś daje wszystkim maluchom dobry przykład, jest jak bohater jeszcze przed pierwszymi czytankami – najbliższy, bo bardzo podobny do każdego malucha. A najważniejsze, że może wciąż towarzyszyć odbiorcom i funkcjonować jak specyficzna maskotka (na przykład do nałożenia na szczebelki w łóżeczku). Z pewnością rodzicom nie zabraknie wyobraźni do wykorzystywania tej serii kart. Cykl „Świat maluszka” pokazuje najmłodszym bliskie otoczenie i możliwości, jakie dają codzienne wyzwania. To prosta droga do objaśniania zwykłych zadań. Dzidziuś staje się wzorem dla małych odbiorców – i to jeszcze zanim nauczą się oni na przykład samodzielnie chodzić. W „Kartach kontrastowych” istotna jest przecież także więź między rodzicami i ich pociechami – a tę budować można przy okazji wspólnego oglądania kart. Nie potrzeba wielkich narracji, wystarczy bliskość i zabawa.