* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 5 czerwca 2016

Beata Ostrowicka: Elementarz matematyczny

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Zabawy z liczeniem

Swoim „Elementarzem” w serii Poczytam ci, mamo Beata Ostrowicka wyrobiła sobie silną pozycję na rynku literatury dla dzieci. Teraz przychodzi czas na tomik drugi – „Elementarz matematyczny” – który przyniesie równie dobre skutki w oswajaniu najmłodszych z podstawami matematyki. Autorka sięga po bohaterów z „Elementarza”, Antka, Adę czy Lenkę (i jej kota Itka) – oni będą oprowadzać czytelników po świecie matematyki. Ale jeśli w „Elementarzu” nauka zaczynała się od poznawania liter i prostych zdań, tu cyfry, kształty i miary zakodowane zostały w prostych opowiadaniach – czytankach. Poziom trudności jest więc nieco inny (chociaż autorka odnosi się do podstawy programowe j z klas 1–3). Dzieci mogą samodzielnie zapoznawać się z historyjkami, co ułatwiać im będzie duży druk, ciekawie budowana akcja i sympatyczni bohaterowie – albo słuchać opowiadań czytanych przez rodziców. Na pewno jednak, jeśli samodzielnie sięgną po tę lekturę, nie będą zawiedzione.

Beata Ostrowicka nie zamierza straszyć matematyką. Rozpuszcza matematyczne zagadnienia w prostych scenkach z życia. Czasami dzieci uczą się w nich liczyć, innym razem po prostu śni im się tabliczka mnożenia. Autorka uczy przez zabawę: sprzątanie pokoju jest jak tworzenie zbiorów i podzbiorów (a do takich zadań zaprząc można również niezbyt lubianych kolegów). Gra w wyszukiwanie figur geometrycznych umili nudną podróż, a nauka odczytywania temperatury przyda się, gdy trzeba przekonać mamę do wyjścia bez czapki i szalika. Bohaterowie znajdują swój sposób na nauczenie się kolejności miesięcy, a nawet na ułamki. Używają miarki, odczytują godziny, sprawdzają rozmiary i dowiadują się, jakie produkty kupować na sztuki, jakie na kilogramy czy litry. Matematyka pojawia się zatem w każdym aspekcie życia – i staje się bardzo przydatna także dla maluchów. W żadnym razie za to nie jest groźna czy trudna, po „Elementarzu matematycznym” będzie się kojarzyć z zabawą.

Beata Ostrowicka bez przerwy zmienia tematy historyjek, nie powtarza się i daje odbiorcom szansę zajrzenia do codzienności postaci: a że jest to codzienność naturalna i realistyczna, aż chce się zaprzyjaźnić z bohaterami i jak najdłużej pozostawać w ich świecie. Da się to uzyskać przez przenoszenie ich matematycznych rozrywek do własnej, pozaliterackiej rzeczywistości. Ostrowicka podsuwa ciekawe pomysły, jak polubić matematykę i zainteresować się nią. Bardziej chce intrygować niż wbijać do głów określone zasady (chociaż sztuczka z mnożeniem przez 9 na palcach przyda się każdemu). Do ćwiczeń i wysilania umysłu zachęca raczej Katarzyna Kołodziej – obrazki skrywają różne zagadki. Czasami kurczakom myli się tam liczenie, innym razem postacie nazywają kierunki, określają długości czy po prostu przypominają quasi-definicje. Z samodzielnego czytania tomiku płynie zatem zwielokrotniona korzyść. Nie tylko najmłodsi ćwiczą sztukę czytania i zapewniają sobie rozrywkę (bo miniaturki Ostrowickiej wypadają naprawdę ciekawie!), nie tylko przyswajają sobie podstawowe matematyczne terminy, ale jeszcze mogą urozmaicić zabawy i przegonić nudę za sprawą pomysłów bohaterów. Jeśli dodać do tego wesołe (jak zwykle) ilustracje i przemycane na nich wiadomości do zapamiętania, szybko okaże się, że dzieci nie będą miały problemu z królową nauk – i lepiej poradzą sobie ze szkolnymi zadaniami. Beata Ostrowicka tworzy serię, którą koniecznie trzeba podsuwać najmłodszym.

sobota, 4 czerwca 2016

Małgorzata Cieślak: Gry i zabawy dla dzieci

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Rozwój

Małgorzata Cieślak zabawy z dziećmi zebrała w jednym rzeczowym poradniku, który doczekał się właśnie wersji wznowionej i uzupełnionej, a przyda się wszystkim tym rodzicom, którzy chcą zorganizować pociechom czas bez drogich zabawek i w klasycznym stylu. Tom „Gry i zabawy dla dzieci” podzielony został na kilka części. Cieślak najpierw omawia zajęcia, które można wprowadzać… od pierwszego miesiąca życia – i stopniowo pokazuje zabawy dla coraz starszych dzieci. Raz wybiera temat organizacji czasu na przyjęciach dziecięcych (a to znakomita alternatywa dla animatorów i przyjęć w klubach). To znów podejmuje się stworzenia rozwojowych scenariuszy. Co ważne, zawsze wystarczą do zabaw przedmioty, które ma się w domu (piłki, bloki rysunkowe), artykuły recyklingowe (plastikowe butelki lub kartony) czy rzeczy zebrane na spacerze lub w ogródku (kasztany czy jarzębina).

Autorka nie zamierza nudzić długimi narracjami. Każdą zabawę przedstawia zwięźle, precyzyjnie określając jej zasady. Najpierw wymienia potrzebne przedmioty (ewentualnie, przy scenariuszach, minimalną liczbę uczestników), później – sposób przygotowania lub czynności. Nie zakłada przy tym znajomości zabaw wśród rodziców czy dziadków, pokazuje między innymi, jak grać w uproszczone „klasy” (także w wersji domowej, z liniami wyklejonymi taśmą na dywanie lub wykładzinie). Uprzedza, gdy trzeba obserwować malucha, żeby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy, ale zachowuje przy tym zdrowy rozsądek, nie przesadza z ostrzeżeniami w sytuacjach oczywistych. Zabawy dzieli na rozwojowe, edukacyjne czy ruchowe. Niektóre pozwalają się wyszaleć, inne budzą ciekawość małego badacza, można zatem dostosowywać je do temperamentu dziecka i do aktualnych potrzeb. Autorka gromadzi w tomie bardzo dużo różnorodnych propozycji gier – a wiele z nich można jeszcze modyfikować zgodnie z możliwościami. Liczy się to, że Małgorzata Cieślak przypomina, jak łatwo zaktywizować wyobraźnię dziecka, podsunąć mu rozrywki, o których by nie pomyślało w czasach wypełnionych grami komputerowymi i bajkami na dvd.

Co wielu rodzicom pomoże w podejmowaniu decyzji – Cieślak często odwołuje się do własnych domowych obserwacji. Owszem, bierze pod uwagę opinie uczonych (jak postrzega świat niemowlę) i dostosowuje pomysły do najnowszych odkryć – ale też podpowiada rozrywki w oparciu o własne spostrzeżenia. Mówi, że dana zabawa na długo zajmowała jej młodsze dziecko, przywołuje pomysły starszej córki, które sprawdziły się w codziennych zajęciach. Te osobiste wstawki, nawet jeśli mało pasują do wizji zwięzłego i starannie uporządkowanego poradnika, działają lepiej niż najlepsza reklama – widać bowiem, że autorka nie teoretyzuje, zna realia zabawy z dziećmi i sprawia jej to przyjemność. Z jej wskazówek można zatem spokojnie korzystać, by zapewnić maluchom szczęśliwe dzieciństwo, do którego będą chętnie wracać we wspomnieniach.

Ta książka ważna jest dla młodych rodziców i dla tych, którzy nie potrafią sami wymyślać kreatywnych rozrywek (lub boją się, że nie trafią w potrzeby najmłodszych). Łączy zabawę z rozwojem psychoruchowym – a przecież wcale nie potrzeba wielkich umiejętności, żeby zapewnić ciekawemu świata dziecku szereg niezwykłych odkryć. „Gry i zabawy dla dzieci” to publikacja, która znaleźć się powinna w każdym domu, w którym są dzieci – a także w przedszkolach czy świetlicach. Małgorzata Cieślak zamienia dzieciństwo w nieustającą zabawę.

Jackie French: Mój tata smok

Wilga, Warszawa 2016.

Do przemyślenia

Zwariowane rodziny przydają się Jackie French do kamuflowania społecznych problemów – ale i do przyciągania małych odbiorców ceniących sobie absurd i bajkowość. W tomiku „Mój tata smok” autorka zagląda w czasy króla Artura. To w szkole dla rycerzy mały Horacy ma się kształcić, żeby przynieść chlubę swoim rodzicom – mamie, która niezbyt wprawnie posługuje się czarami i tacie lubiącemu przemieniać się czasem w smoka. Wszystko toczyłoby się normalnie, gdyby nie arcytrudne zadanie, jakie w szkole dostaje Horacy i jego przyjaciele. Chłopcy mają między innymi uratować damę z opresji i zabić smoka – w przeciwnym razie między zostaną wyrzuceni ze szkoły. Zadanie wydaje się ponad siły, ale właśnie wtedy dzieci odkrywają moc płynącą ze wspólnego działania. Są przyjaciółmi i nie pozwolą, aby którykolwiek został bez pomocy. A Kiedy już mają pomysły na rozwiązania – z pomocą przychodzi im rodzina Horacego: rodzice, siostra, która wymyśla dziwne wynalazki wyprzedzające swój czas oraz… smoki. Sir Stryczek, surowy nauczyciel, takiego obrotu spraw na pewno nie przewidział.

„Mój tata smok” to szybka powieść dla dzieci. Jackie French stawia bohaterów przed wyzwaniami ponad siły tylko po to, by przypomnieć im o sprycie i o obejściu kłopotów. Dzięki temu może też rozśmieszać. Horacy bez przerwy sprzecza się z gadającą kołatką, poznaje również pewną trudną prawdę o swoich najbliższych. Bajkowe rozwiązania to tylko część historii – Jackie French dostarcza także materiału do przemyśleń nawet najmłodszym. Bo czy to sprawiedliwe, żeby siostra, która skonstruowała rower, zegarek czy telefon, nie mogła chodzić do szkoły? „Mój tata smok” zadaje czasem warte uwagi pytania.

Autorka bardzo często wykorzystuje w tomiku humor, i to ten uwielbiany przez najmłodszych, rubaszny czy „obrzydliwy”: wystarczy przyjrzeć się składnikom zaklęć przygotowywanych przez mamę, a to dopiero wstęp do popisów nie dla dorosłych. To jeden z rodzajów komizmu, nie jedyny. Dowcipem raz po raz popisują się liczne w tomiku smoki, dla humoru stworzona jest kołatka, mnóstwo tu ironii do odczytywania przez co uważniejszych odbiorców. W zasadzie tylko Horacy i kilku chłopców z jego klasy są tu zmartwieni, cała reszta żartuje bez przerwy. A jest z czego – tu nawet to, co dla bohaterów groźne, śmieszy. W końcu sir Stryczek, żeby pozbyć się konkurenta i zrealizować swój perfidny plan, posługuje się bardzo nietypowym czasem. Magii jest tu dużo, ale i tak najbardziej przydaje się spryt. To dzięki umiejętności wychodzenia cało z sideł zastawianych przez dorosłych bohaterowie mogą poczuć się pewniej, nabrać odwagi i wiary we własne siły. Na drugim planie za to rozwija się ładnie nakreślony wątek „miłosny”: siostra Horacego i jeden z jego kolegów co pewien czas zdradzają się z przychylnymi opiniami na swój temat – to urocze i nienachalne, w sam raz do rozrywkowej książeczki. Jackie French chce rozbawiać, do lektury przekonywać szybką i pełną brawurowych zwrotów akcją, prostą narracją, humorem i niezapomnianymi kreacjami bohaterów. Wzoruje się trochę na Koszmarnym Karolku, ale jej bohaterowie wcale nie muszą zachowywać się niegrzecznie, by przyciągnąć uwagę. To, że postępują wbrew regułom narzucanym przez dorosłych, wynika raczej z bezwzględności tych reguł, nie chodzi tu o bunt dla zabawy, ale o uwolnienie się spod wpływu niebezpiecznych zwierzchników, tych, którzy swoimi działaniami doprowadzić mogą do zniszczenia innych. Przy okazji sir Stryczek świetnie sprawdza się jako czarny charakter, nadaje barw całej opowieści, która bez tego może wcale nie angażowałaby tak mocno.

Cały cykl Zwariowane rodzinki to umiejętne wykorzystanie stylistyki pop i klasycznych tematów społecznych w nowej odsłonie. Jackie French tworzy szaloną narrację, w ekspresowym tempie zaprzyjaźnia czytelników i bohaterów. I nikomu nie przeszkadza, że to wytwory fantazji – dzieją się tu ważne rzeczy, więc postaci, nawet najbardziej absurdalnych, nie da się ignorować. Jackie French rozumie swoich odbiorców i chce dostarczać im ciekawych bajek.

piątek, 3 czerwca 2016

Hanna Cygler: Przekład dowolny

Rebis, Poznań 2016.

Możliwości

„Przekład dowolny” to powieść, która po raz pierwszy ukazała się na rynku w 2004 roku – a odnosi się bezpośrednio do przemiany ustrojowej i lat 90. Bohaterowie uczą się (na własnych błędach) przedsiębiorczości i działania na swój rachunek, operują kwotami sprzed denominacji i zachłystują się nową sytuacją gospodarczą. Jedni robią kariery, drudzy – szemrane biznesy. Wszyscy próbują ułożyć sobie życie w oderwaniu od dotychczasowej szarości.

Izie los płata nieprzyjemne figle. Kobieta ucieka od toksycznego męża ze Szwecji do Polski. Tu spotyka dawnych znajomych, zaczyna pracę jako tłumaczka i szuka swojego miejsca. Jest dobrym fachowcem, ale nie zapomina o życiu prywatnym. Chociaż nie przepada za dziećmi, marzy o miłości. Jej tęsknoty trochę odbijają się na pracy: Iza przyjaźni się z Maćkiem, szefem, na którego mówi Boss. Od czasu do czasu odkrywa do niego głębsze uczucie, ale zarówno w życiu Maćka jak i Izy pojawiają się różni partnerzy – z szansami na bardzo udane relacje. Autorka nie poprzestaje na nakreślaniu spraw uczuciowych, chociaż bardzo je komplikuje. Chętnie przygląda się również kwestiom rodzinnym, czasem kształtującym bohaterów. Iza nie ma kontaktu z ojcem, trudno jej też dogadać się z siostrą i szwagrem. Maciek ma za sobą tragedię i szereg konfliktów z jednym z braci. W pierwszej fazie zauroczeń czy flirtów taka wiedza żadnej ze stron nie jest potrzebna, ale długo nie można jej ignorować.

„Przekład dowolny” pokazuje różne oblicza miłości i międzyludzkich relacji. Autorka nie szczędzi postaciom traum, ale tylko ryzyko może im dać szansę na szczęście. Wydaje się w tej powieści, że taki stan jest w ogóle nie do osiągnięcia. Hanna Cygler bardzo chętnie zmusza do weryfikowania już oswojonych scenariuszy i poczynionych planów. Niby sięga po romans (zgrabnie wtopiony w obyczajówkę), ale unika oczywistości. Owszem, czasami wiadomo czytelnikom coś, z czego postacie nie zdają sobie sprawy – ale Cygler raczej woli ukrywać motywacje i kierunku tęsknot. Mnoży spotkania, których konsekwencje mogą być poważne – i ciągle zmienia pomysły bohaterów na przyszłość. Nie pozwala domyślać się nadchodzących rozwiązań, za to ubarwia życie uczuciowe Izy aż do granic możliwości.

Obok wyraźnie sporej pracy nad fabułą autorka dba o styl. „Przekład dowolny” to literacki popis, chociaż odbiorczynie najbardziej skupiać się będą na akcji i emocjach. Cygler waży słowa, nie polega na dialogach, rozwija warstwę opisową tak, by czytelniczki bez przeszkód mogły wkroczyć w świat Izy. Dzięki przemyślanej i starannej narracji ten świat staje się pełny. Autorka zapewnia dostęp i do wydarzeń, i do przemyśleń, co prowadzi też do bardziej prawdopodobnych wniosków.

Takie spiętrzenie konfliktów, sercowych problemów, nieporozumień towarzyskich i konsekwencji dawnych decyzji wydawałoby się przesadzone, gdyby nie fakt, że Hanna Cygler potrafi rozkładać akcenty w fabule. Dba o to, by nie było w niej pustych miejsc, przestojów w akcji i wytchnień dla postaci. Nawet jeśli temat przemiany ustrojowej nie jest już dzisiaj nowinką i sygnałem dnia, nie archaizuje powieści. Teraz sprawdza się, bo nadaje historii koloryt lokalny, stanowi miłą egzotykę, a i uzupełnienie przygód Izy. Hanna Cygler pokazuje, jak powinno się pisać gęste obyczajówki: to bardzo miły odpoczynek od dzisiejszych prostych historyjek. „Przekład dowolny” to studium miłości, ale pozbawione typowych dla dzisiejszych obyczajówek pułapek. Autorka nie boi się trudnych tematów, realizuje je też z pomysłem – tu nawet przeciwniczki powieści obyczajowych będą zadowolone z przebiegu historii. Tę lekturę czyta się dla satysfakcji i poznania ciekawych kreacji bohaterów. Nic dziwnego, że wraca na rynek wydawniczy – z pewnością i dzisiaj znajdzie wiele zwolenniczek. Chociaż rozrywkowa, nie jest upraszczana – i to jej wielki atut.

czwartek, 2 czerwca 2016

Roman Dziewoński: Irena Kwiatkowska i znani sprawcy

Szelest, Warszawa 2016.

Fenomen

Ta książka jeszcze na początku boomu na biografie kochanych przez publiczność aktorów, bo w 2003 roku, zawojowała rynek wydawniczy. Od tamtej pory miała dwa wydania. Trzecie (poprawione) ukazuje się trzynaście lat po premierze, za sprawą wydawnictwa Szelest – i w innej wersji niż ta, do której fani się przyzwyczaili. „Nowa” wersja książki jest przede wszystkim bardziej oszczędna pod względem grafiki, ma mniejszą interlinię i mniej powietrza na marginesach, słowem – bardziej przypomina klasyczne lektury niż modne później wytwory rynku pop. A treść pozostaje, wzbogacona o specyficzne pożegnanie autora. Pozostaje też próba zdefiniowania Ireny Kwiatkowskiej przez zawodowe wspomnienia jej samej oraz kolegów po fachu i tekściarzy, „znanych sprawców”, którzy pozwolili aktorce zabłysnąć, którzy czerpali z jej inteligencji i doświadczenia i którzy – tak jak Roman Dziewoński – próbowali uchwycić fenomen tej postaci.

Roman Dziewoński tom przygotowywał, prowadząc rozmowy z Ireną Kwiatkowską – oraz poszukiwania w archiwach. Do spotkań jest znakomicie przygotowany, wie, że tworzy biografię, a nie szybki i płytki zestaw wynurzeń. Jest też świadomy, z jakimi rolami Irena Kwiatkowska bywa najczęściej utożsamiana: nie pomija ich, ale też specjalnie nie eksponuje, włącza je w cały zestaw notatek i odkryć po latach. Co ważne, role w kabaretach traktuje z taką samą uwagą jak teatralne czy telewizyjne, buduje więc w miarę pełny sceniczny wizerunek Kwiatkowskiej. Do jej życia prywatnego odwołuje się bardzo rzadko, zresztą nawet gdy udaje mu się podejrzeć samotną próbę aktorki, odnosi się wrażenie przekroczenia pewnej granicy. Roman Dziewoński nie chce zamieniać się w natręta, dlatego skupia się na tym, co dostępne, odgrzebuje stare recenzje i dyskutuje o Irenie Kwiatkowskiej z tymi, którzy ją znali. Takie rozeznanie jest potrzebne, bo sama aktorka niespecjalnie chętnie analizuje codzienność czy role. Owszem, wygłasza wiele ciekawych dla fanów komentarzy, ale nie ma ochoty tworzyć w ten sposób pełnego życiorysu. Dodaje raczej małe uzupełnienia do wywodu budowanego skrzętnie z rozmaitych wycinków, cytatów, wspomnień (w tym – osobistych doświadczeń autora!). Roman Dziewoński próbuje dla czytelników i przyszłych pokoleń aktorów wypracować zestaw zasad dotyczących warsztatu. Przez cały czas szuka, co stanowiło o scenicznym fenomenie Ireny Kwiatkowskiej. Sprawdza, jak pracowała na tekstach i jak zwracała uwagę na detale, nawet – jak rozmawiała z autorami piszącymi dla niej. U młodszych aktorów próżno by dziś szukać podobnej drobiazgowości – ale poza doskonałym przygotowaniem akcentów, puent czy rekwizytów wszyscy rozmówcy Dziewońskiego bez przerwy podkreślają kwestię scenicznej intuicji. To wyczucie można uznać za efekt ciężkiej pracy lub za wrodzony talent, ale na nie nie ma w tomie przepisu – przynajmniej nie na skalę do powszechnego stosowania.

„Irena Kwiatkowska i znani sprawcy” w tym wydaniu okazuje się książką jeszcze bardziej wartą uwagi. Nadmierne zabawy graficzne nie rozpraszają, czytelnicy pozostają sam na sam z bohaterką tomu i jej rolami – i całym gronem życzliwych „znanych sprawców” – świadków zjawiska i przyjaciół. Mimo familiarności ta książka pozostaje w podstawowym planie próbą rozpracowania talentu Ireny Kwiatkowskiej – poza tym, że oczywiście przypomina jej znaczenie na scenach. Nawet fakt kolejnego wydania może w tym wypadku stanowić rekomendację książki. „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy” to szansa na powrót do niezapomnianych kreacji i ról, o których wszyscy kiedyś mówili – i które w części można podziwiać dzięki rejestracjom telewizyjnym czy radiowym. Ta książka tak samo jak bohaterka łączy pokolenia.

środa, 1 czerwca 2016

Emma Adbåge: Liczymy na spacerze. Matematyka na każdą pogodę

Zakamarki, Poznań 2016.

Zabawy kamykami

Żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, Emma Adbåge zabiera maluchy na spacer, a właściwie na wiele spacerów w każdą porę roku i do różnych miejsc (ale zawsze do łatwo dostępnych i z dala od cywilizacji). Te wyprawy służą szukaniu dziecięcych skarbów, między innymi szyszek, kamyków czy listków: tego, czym w nieskończoność potrafią się bawić najmłodsi, niezmanierowani jeszcze reklamami i konsumpcjonizmem. Skarby takie są autorce potrzebne do wprowadzania matematyczno-spacerowych zabaw, z których składa się tomik.

„Liczymy na spacerze” rozpoczyna się od prezentacji cyfr. Autorka pokazuje, jakie jest przełożenie cyfry – znaku i nazwy – na realne i możliwe do zaobserwowania w najbliższym otoczeniu wartości. Przykłady są pomysłowe: dwa to dwie buzie potrzebne do całusa – albo oryginalne (6 i 8 to nogi znalezionych w pobliżu owadów). Wkradła się do zestawy cyfr podstępnie i liczba 10 (jako liczba palców w rękawiczkach) – ale można jej to wybaczyć. Autorka sprytnie uzupełnia wiedzę dzieci między innymi o nazwy dni tygodnia. Kiedy już „bohaterowie” matematyczni zostaną przedstawieni, przychodzi czas na spacery. Dawniej Zakamarki opublikowały „Matematykę ze sznurka i guzika”, zestaw domowych sposobów na nudę z matematyką w roli głównej. Teraz, żeby się bawić, trzeba wyjść z domu (najlepiej w towarzystwie, bo parę zabaw zakłada obecność drugiej osoby lub kilku osób). Opisy zabaw są krótkie, fabuły jako takiej nie ma. Jednoakapitowe tłumaczenia i mało skomplikowane zasady składają się na tę książkę. Autorka często podrzuca maluchom ćwiczenia rozwojowe, uatrakcyjniając je przedmiotami ze spaceru, a nie abstrakcyjnymi hasłami. Pozwala zabić nudę, a czasami po prostu przypomina o zadaniach, które mogą sprawiać przyjemność niezależnie od wieku – lub przeciwnie, są dostosowane tylko do poznawanych zabaw maluchów. Można tu liczyć podskoki, układać wzory z kamyków, grać w butelkowe kręgle, lepić śnieżki na czas, mierzyć dżdżownice, grać patykami w bierki… Pomysły na ubarwianie zwykłych zajęć nie wymagają ani zwiększonego wysiłku, ani nakładów finansowych – więc dzieci mogą z nich korzystać same. Czasami będą mogły dać upust artystycznym zdolnościom – bo trzeba pomalować i opisać kamienie – innym razem narysowane na ziemi linie wyznaczą im plac gry. W pewnym sensie to powrót do znanych kiedyś zabaw maluchów – ale wzbogacanych o matematyczne ćwiczenia. Autorka nie przywołuje tego, co robi się w szkole – stawia na zabawy, nie na zadania. Dlatego korzystanie z jej książki może być tak atrakcyjne dla najmłodszych. Po całej serii podpowiedzi przywołane są jeszcze działania matematyczne – w prosty sposób, z uwzględnieniem sensowności (czyli: dlaczego w ogóle po nie sięgać i komplikować sobie życie). Tak dzieci zostaną przygotowane do informacji podawanych w szkole i przekonają się do matematyki jako przedmiotu przyjemnego, powiązanego ze spacerami i rozrywką. Jeśli będą potrzebować urozmaicenia zabaw z rówieśnikami, mogą testować te z książki (równie dobrze tomik przydać się może przedszkolankom czy nauczycielom pierwszych klas, do podpowiadania dzieciom oryginalnych ćwiczeń). „Liczymy na spacerze” to tomik bogato ilustrowany – a rysunki wprost zachęcają do powielania zabaw na świeżym powietrzu. Ta książka ważna staje się również dlatego, że dzisiejsze dzieci wolą spędzać czas przed komputerami i nawet nie doceniają uroków spaceru. Autorka daje im dobry powód do wyjścia z domu, zachęca do korzystania z wyobraźni i skarbów lasu, może też urozmaicać rozrywki. Przede wszystkim jednak udowadnia, że matematyka nie jest straszna – to najważniejsza lekcja, jaką maluchy wyniosą z lektury – i jednocześnie informacja, która zaprocentuje w niedalekiej przyszłości.

Rachel Renée Russell: Dzienniki Nikki. Będę w tv

Akapit Press, Łódź 2016.

Sława

Nikki, czyli dziewczęca odpowiedź na powieści komiksowe, przeżywa właśnie niezwykły sen o sławie. Ta bohaterka potrafiła w ekscytująco nastolatkowy sposób pokazywać swoją codzienność – szkolne sprawy, zabawy z siostrą czy potyczki z nielubianą koleżanką. Ale teraz ma do przekazania niewiarygodne informacje: staje się gwiazdą mediów. Najpierw zostaje wyłowiona przez gospodarza programu typu reality show poświęconego młodym talentom i zyskuje szansę nagrania ze swoim zespołem piosenki w profesjonalnym studiu. Ale to nie wszystko: trafi też do programu, a ekipa telewizyjna będzie śledzić każdy jej ruch w domu i w szkole, by zmontować z tego kilkuodcinkowy program. Z jednej strony to wspaniale: zwyczajna dziewczyna zyska szansę na popularność, o jakiej nawet nie śniła. Z drugiej to fatalnie, bo wszyscy mogą się dowiedzieć o pracy taty Nikki. A w dodatku dziewczynie właśnie zaczyna się układać z Brandonem i bohaterka jednak potrzebowałaby odrobiny prywatności, żeby nacieszyć się zauroczeniem.

„Dzienniki Nikki. Będę w tv” to kolejny tom popserii dla młodszych nastolatek, utrzymany w konwencji dziennika z obrazkami. Autorka przedstawia tu wady i zalety popularności. Nikki nie chce zmieniać się pod wpływem sukcesu, wciąż dba o przyjaciółki i – jak każda nastolatka – zauważa niezbyt chlubne przyzwyczajenia swoich rodziców, wciąż ma problemy z wredną MacKenzie. Teraz jeszcze dochodzą obowiązki związane z lekcjami śpiewu i nagraniami – w efekcie to, co było najważniejsze, czyli relacja z Brandonem, schodzi na najdalszy z możliwych planów. Dobrze, że chłopak jest cierpliwy i wyrozumiały – i że nie traktuje Nikki jak przypadkowego podboju. Russell dostarczy swoim czytelniczkom sporo materiału do refleksji nad związkami.

A przecież wszystko utrzymane jest w rozrywkowej konwencji. Nie tylko tajniki show-biznesu się tu liczą, ale i obyczajowość. Obecność telewizyjnych kamer nie w każdej sytuacji jest pożądana, o czym Nikki stale się przekonuje. Widzi też nastolatka, że aby spełnić marzenia, trzeba czasem sporo poświęcić. Bez moralizowania, przez proste wyciąganie oczywistych wniosków czytelniczki poznają zakulisowe sekrety młodzieżowych karier. Wszystko to utrzymane jest w nurcie pop, a bohaterka stara się z każdego tematu wyłuskać jak najwięcej emocji, ale uczuciowa strona opowieści nie przyćmi gorzkich prawd – przez co ten tomik staje się jeszcze bardziej atrakcyjny.

Nikki zachowuje się jak typowa nastolatka. W warstwie narracji widać to nie tylko w zakresie poruszanych tematów i w realizacji, ale też w akcentach zdaniowych, zaznaczanych graficznie. Ta postać nie ukrywa ekscytacji, potrafi też wciągnąć odbiorczynie w swoje przygody. Wrażeń czytelniczkom nie zabraknie, a sporo ich płynie nie tylko z dobrze dobranej fabuły, ale też z kreacji postaci, uzewnętrznianej między innymi w języku. Nikki mimo niespodziewanych wyróżnień pozostaje sobą.

Proste historyjki uzupełniane są dużymi ilustracjami w stylu mangi przefiltrowanej przez satyrę. Tu Nikki wykazuje się sporym poczuciem humoru w portretowaniu nieprzyjemnych czasem sytuacji. Co ciekawe, wszystkie bohaterki wyglądają na tych rysunkach olśniewająco (i przez to mało się od siebie różnią): to styl cukierkowy, bardzo skontrastowany z powieściami komiksowymi dla chłopców. Russell wysyła jasny sygnał co do kręgu odbiorczyń – i zapewnia im niemal stereotypową publikację. Trafi do swojej publiczności bez przeszkód, bo seria o Nikki jest porządnie przygotowana – z uwzględnieniem języka i zainteresowań czytelniczek. „Będę w tv” to dostosowanie się do trendów w poppowieściach, a i do oczekiwań odbiorczyń – ale bez zaniżania poziomu. Historyjka jest prosta, ale i tak przyciągnie – zwłaszcza fanki cyklu (chociaż może też zachęcić nowe czytelniczki).