Dreams, Rzeszów 2017.
Wrogowie jeży
Są tylko jeże i ich odwieczni wrogowie, turnie. Jeże co parę lat muszą szukać nowego miejsca dla siebie – w przeciwnym razie zginęłyby. Godzą się z taką sytuacją i gry nadejdzie pora, wyprowadzają się ze swoich mieszkań. Nikt się nie sprzeciwia, tak widocznie musi być. A przynajmniej musiało, do tej pory. Jeże odnalazły dla siebie naprawdę wygodne miejsce i od kilku lat zdążyły się już do niego przyzwyczaić. Niestety w okolicy znów pojawiają się groźne turnie. Turnie wiedzą, jak pokonać jeże – mimo ich kolców. Są bezwzględne i okrutne, zawsze też zdobywają to, po co przyszły. Jednak tym razem jeże zwołują radę starszych i zastanawiają się nad tym, co zrobić. Biorą pod uwagę zdanie najbardziej doświadczonych członków grupy i… nie odrzucają nawet pozornie straceńczych planów. Popełniają przy tym jeden błąd: nie wtajemniczają w plany swoich dzieci, najmłodszych w grupie. Dlatego też Krążek, młody urwis, postanawia wcielić w życie własny, brawurowy plan. W końcu spodziewa się po dorosłych tego, co zwykle – ucieczki. Krążek zbiera grupkę podobnych sobie zapaleńców i przeprawia się na drugą stronę rzeki, nie mówiąc nic rodzicom. To znaczy – młode jeże rozsądnie zostawiają wiadomość zaprzysiężonemu odpowiednio dzieciakowi – ale i tak prawda dociera do dorosłych później, tak, żeby nie mieli już możliwości zatrzymać pociech. Nie ma jednak czasu na misję ratunkową, nawet jeśli tego życzyliby sobie zrozpaczeni rodzice: w okolicy przybywa turni i rad starszych musi wcielić w życie własny ryzykowny plan. Dwie akcje toczą się swoim trybem, skazane tylko na siebie dzieci uczą się odwagi i współpracy, dorośli przekonują się za to, jak ciężko realizować wojenną misję, gdy w grę wchodzi strach o bliskich. A turnie? Do końca nie wiadomo, czym naprawdę są – istnieją wyłącznie jako wrogowie jeży. Krzysztof Niedźwiedzki bardzo długo czeka z konfrontacją i w efekcie coraz trudniej mu utrzymywać odbiorców w strachu (z bohaterami idzie dużo łatwiej). Turnie w końcu nadejdą. Ale zanim ofensywa się zacznie, postacie nauczą się pokonywać własne słabości. I kto wie, czy nie jest to najważniejsze przesłanie powieści.
Jeże tęsknią za Elorą: to kraina z ich legend, miejsce wiecznej szczęśliwości, miejsce, do którego warto wyruszać wciąż na nowo, świat idealny i nieistniejący. Elora towarzyszy jeżom jako spodziewana nagroda za wysiłki i odwieczny cel. Krzysztof Niedźwiedzki odrabia zadanie z tworzenia fabuł – w zasadzie od strony konstrukcyjnej nie można „Elorze” niczego zarzucić – a przygotowana została tak, by łatwo przerodziła się w serię. Niedźwiedzki stawia na klasykę w konstruowaniu historii, nie chce odrywać się od sprawdzonych rozwiązań i motywów, które zapewniają wartką akcję. Jedyną nowością, urozmaiceniem treści, jest przeniesienie wydarzeń do świata jeży. Ale to jeże antropomorfizowane, w ich społeczności wszystko działa tak, jak u ludzi – bez większych modyfikacji.
Za to w warstwie opisów Krzysztof Niedźwiedzki wypada zdecydowanie słabiej. Pisze dla najmłodszych – tych przekonają konspiracyjne spotkania jeży i motyw tajemnicy oraz zbliżająca się konfrontacja z turniami. Jednak z drugiej strony „Elora. Wielka Wyprawa” to całkiem spora powieść – nawet mimo dużego druku i interlinii – dla dzisiejszych kilkulatków to dużo tekstu do przetrawienia. Autor dba o to, żeby odbiorcy kibicowali jeżom, ale w trakcie historii znajduje do tego coraz mniej powodów. Płaci tu za jednokierunkowość wysiłków i prostą fabułę.
„Elora. Wielka Wyprawa” to książka upraszczana w każdym wątku i każdym elemencie konstrukcji. Krzysztof Niedźwiedzki próbuje swoich sił w gatunku dzisiaj nieco zapomnianym. Trwa moda na powieści komiksowe i skracanie tekstów do granic możliwości, a Niedźwiedzki chce klasycznej narracji dużego formatu. To eksperyment i nie wszystkie maluchy się na niego zgodzą. Krzysztof Niedźwiedzki pisze po swojemu, nie oglądając się na trendy w literaturze czwartej.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreams. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 czerwca 2017
sobota, 3 czerwca 2017
Marta H. Milewska: Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma
Dreams, Rzeszów 2017.
Mecze
Marta H. Milewska chce napisać książkę dla chłopaków, więc sięga po temat, który sprawdzi się na pewno – to jest po motyw piłki nożnej. „Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma” to przypomnienie o wybitnym trenerze, o tradycjach, o pięknie gry zespołowej… i w zasadzie autorka nie miałaby dobrego pomysłu na fabułę, gdyby nie wprowadziła postaci Amelki, wnuczki trenera. Amelka to mała dziewczynka, która uwielbia grać w nogę i nie słyszy. Tyle że autorka przerabia jej chorobę na pewną naddaną umiejętność, moc, której inne dzieci nie mają. Amelka potrafi bowiem czytać z ruchu warg, a to bardzo przydatne w różnych sytuacjach. I teraz tak: dzięki tej bohaterce scenariusz rodem z filmu familijnego nabiera barw. Bo wszystko zaczyna się od Mietka – chłopak, który zamiast grać w piłkę, woli być sędzią, znajduje sposób na pogodzenie dwóch walczących ze sobą grupek, chłopaków z dwóch bloków. Gdy pojawia się ogłoszenie turnieju piłki nożnej, Mietek proponuje stworzenie drużyny. Sam zamierza zająć się trenowaniem. Nie wie jeszcze, że wśród sąsiadów ma prawdziwą legendę. Kazimierz Nizinny, dzisiaj starszy pan, był kiedyś trenerem kadry narodowej. Gdyby tylko udało się namówić go na współpracę… w końcu zespół potrzebuje dorosłego trenera. Pan Kazimierz bywa złośliwy lub nieprzyjemny, nie zamierza rozczulać się nad grającymi w piłkę dziećmi. Bezlitośnie wytyka im błędy i opracowuje treningi. Ma też pewien sekret. Autorka posiłkuje się standardowym obrazkiem: jest tu konkurs, w którym startuje całkiem przypadkowa drużyna – bez szans, jeśli przyjrzeć się niemal zawodowym grupom, od dawna razem trenującym rywalom. Jest coraz większa presja – ale i coraz większe samopoznanie. Mietek odkrywa, na czym polega praca nad sobą i uczy się funkcjonowania w grupie. To najbardziej podstawowa oś fabularna tomiku. Osłabia ją autorka nawiązaniami do sportowego świata. I Kazimierz Nizinny, i pseudonimy chłopaków z drużyny Mietka (Mesio czy Ronek) jednoznacznie wskazują na gwiazdy futbolu – każdy mały kibic bez problemu to rozszyfruje, dla części będzie to okazja do porównywania międzypokoleniowych osiągnięć. Realia tematyczne mają być wabikiem, pokazaniem, że dla autorki piłka nożna nie jest czymś obcym. Później Milewska dokłada jeszcze jeden motyw – Amelkę. Nie dość, że ta dziewczynka jest fajna, bo lubi grać w piłkę (a nie gadać o modzie), a nawet trudno jej znaleźć równych sobie partnerów w grze, to jeszcze ma dobre pomysły przy budowaniu drużyny. Amelka jako dziewczyna teoretycznie nie miałaby szans na uznanie, ale odzywają się w niej geny po dziadku – konkuruje z chłopakami. Milewska pokazuje więc, że po pierwsze – z dziewczyną można się bawić, a po drugie – nie zawsze kalectwo oznacza, że ktoś jest słaby. Amelka może więcej niż jej koledzy, nie potrzebuje współczucia.
Tomik Marta H. Milewska pisze bardzo prosto, zresztą sama historia jest dość krótka. Wiadomo mniej więcej, co się wydarzy, tajemnica jest jedna, fabuła – znana dzięki produkcjom filmowym z nurtu pop – autorka nie rozwleka opowieści, co bardzo cieszy. Tomik zdobią też szkice autorki, nieskomplikowane ilustracje. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Milewska miała odrobinę więcej wiary w małych odbiorców i (lub?) w swoje umiejętności szyfrowania i odrzuciła raczej naiwne zabawy onomastyczne. I Nizinny, i Ronek (i koledzy Ronka) tak naprawdę psują efekt, okazują się bardzo infantylne i niedobre w całości – jakby Milewska nie miała na tyle wyobraźni, by zaproponować coś bardziej twórczego. Poza tym „Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma” to książka bardzo poprawna, momentami nawet śmieszna, gdy autorce fabuła komplikuje się w punktach mało znaczących, za to wymuszających absurdalne rozwiązania. Nie wpisze się tą pozycją autorka do kanonu lektur, ale też nie zamęczy małych fanów futbolu – tomik nadaje się i dla tych dzieci, które sport przedkładają nad czytanie.
Mecze
Marta H. Milewska chce napisać książkę dla chłopaków, więc sięga po temat, który sprawdzi się na pewno – to jest po motyw piłki nożnej. „Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma” to przypomnienie o wybitnym trenerze, o tradycjach, o pięknie gry zespołowej… i w zasadzie autorka nie miałaby dobrego pomysłu na fabułę, gdyby nie wprowadziła postaci Amelki, wnuczki trenera. Amelka to mała dziewczynka, która uwielbia grać w nogę i nie słyszy. Tyle że autorka przerabia jej chorobę na pewną naddaną umiejętność, moc, której inne dzieci nie mają. Amelka potrafi bowiem czytać z ruchu warg, a to bardzo przydatne w różnych sytuacjach. I teraz tak: dzięki tej bohaterce scenariusz rodem z filmu familijnego nabiera barw. Bo wszystko zaczyna się od Mietka – chłopak, który zamiast grać w piłkę, woli być sędzią, znajduje sposób na pogodzenie dwóch walczących ze sobą grupek, chłopaków z dwóch bloków. Gdy pojawia się ogłoszenie turnieju piłki nożnej, Mietek proponuje stworzenie drużyny. Sam zamierza zająć się trenowaniem. Nie wie jeszcze, że wśród sąsiadów ma prawdziwą legendę. Kazimierz Nizinny, dzisiaj starszy pan, był kiedyś trenerem kadry narodowej. Gdyby tylko udało się namówić go na współpracę… w końcu zespół potrzebuje dorosłego trenera. Pan Kazimierz bywa złośliwy lub nieprzyjemny, nie zamierza rozczulać się nad grającymi w piłkę dziećmi. Bezlitośnie wytyka im błędy i opracowuje treningi. Ma też pewien sekret. Autorka posiłkuje się standardowym obrazkiem: jest tu konkurs, w którym startuje całkiem przypadkowa drużyna – bez szans, jeśli przyjrzeć się niemal zawodowym grupom, od dawna razem trenującym rywalom. Jest coraz większa presja – ale i coraz większe samopoznanie. Mietek odkrywa, na czym polega praca nad sobą i uczy się funkcjonowania w grupie. To najbardziej podstawowa oś fabularna tomiku. Osłabia ją autorka nawiązaniami do sportowego świata. I Kazimierz Nizinny, i pseudonimy chłopaków z drużyny Mietka (Mesio czy Ronek) jednoznacznie wskazują na gwiazdy futbolu – każdy mały kibic bez problemu to rozszyfruje, dla części będzie to okazja do porównywania międzypokoleniowych osiągnięć. Realia tematyczne mają być wabikiem, pokazaniem, że dla autorki piłka nożna nie jest czymś obcym. Później Milewska dokłada jeszcze jeden motyw – Amelkę. Nie dość, że ta dziewczynka jest fajna, bo lubi grać w piłkę (a nie gadać o modzie), a nawet trudno jej znaleźć równych sobie partnerów w grze, to jeszcze ma dobre pomysły przy budowaniu drużyny. Amelka jako dziewczyna teoretycznie nie miałaby szans na uznanie, ale odzywają się w niej geny po dziadku – konkuruje z chłopakami. Milewska pokazuje więc, że po pierwsze – z dziewczyną można się bawić, a po drugie – nie zawsze kalectwo oznacza, że ktoś jest słaby. Amelka może więcej niż jej koledzy, nie potrzebuje współczucia.
Tomik Marta H. Milewska pisze bardzo prosto, zresztą sama historia jest dość krótka. Wiadomo mniej więcej, co się wydarzy, tajemnica jest jedna, fabuła – znana dzięki produkcjom filmowym z nurtu pop – autorka nie rozwleka opowieści, co bardzo cieszy. Tomik zdobią też szkice autorki, nieskomplikowane ilustracje. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Milewska miała odrobinę więcej wiary w małych odbiorców i (lub?) w swoje umiejętności szyfrowania i odrzuciła raczej naiwne zabawy onomastyczne. I Nizinny, i Ronek (i koledzy Ronka) tak naprawdę psują efekt, okazują się bardzo infantylne i niedobre w całości – jakby Milewska nie miała na tyle wyobraźni, by zaproponować coś bardziej twórczego. Poza tym „Mietek, drużyna i piwnica, której nie ma” to książka bardzo poprawna, momentami nawet śmieszna, gdy autorce fabuła komplikuje się w punktach mało znaczących, za to wymuszających absurdalne rozwiązania. Nie wpisze się tą pozycją autorka do kanonu lektur, ale też nie zamęczy małych fanów futbolu – tomik nadaje się i dla tych dzieci, które sport przedkładają nad czytanie.
czwartek, 30 marca 2017
Réka Király: Mała duża historia o jutrze
Dreams, Rzeszów 2016.
Definicja
Dla dzieci określenia czasu są z reguły abstrakcyjne, a już rozpoznawanie, czym jest wczoraj, czym dzisiaj, a czym jutro – wymaga dostrzegania większych wycinków czasu i wyciągania wniosków z obserwacji. Réka Király też nie zamierza podawać definicji tych pojęć, wiedząc, że skończyłoby się to porażką i nie przekonało maluchów. Stawia zatem na bardzo prostą historyjkę, dzięki której wszyscy zrozumieją bez tłumaczenia kiedy jest jutro i jak zamienia się w dzisiaj, a potem we wczoraj. „Mała duża historia o jutrze” to bajka, w której zmiany czasu pełnią dość ważną funkcję – mimo że bohaterów absorbują bardziej wydarzenia rozgrywające się w lesie. Bakowe postacie to jeż, myszka, zając i sowa. Każde z nich ma swoje zajęcia, żadne nie chce wdawać się w zawiłe wyjaśnienia co do charakterystyki dni. Nie mogą powiedzieć jednoznacznie, czym jest dzisiaj, za to są w stanie określić dzisiaj przez zestaw wykonywanych czynności – a jutro – przez zbiór planów. To cenna podpowiedź dla małych odbiorców i tłumaczenie bez tłumaczenia, wszystko staje się oczywiste samo z siebie. Każde zwierzę po kolei mówi, co robiło wczoraj i dzisiaj. Dochodzą do wniosku, że noc musi skrywać niespodzianki – i zamierzają czuwać, żeby nie przegapić nadejścia jutra. Jutro ma się bowiem odbyć przyjęcie urodzinowe ptaka.
To bajka przełożona z języka fińskiego, przynosi tematy i bohaterów cenionych przez najmłodszych. Przygody zwierząt, nocny „potwór” (ujawnienie jego tożsamości kończy się śmiechem), wreszcie urodziny z prezentami w najbliższej przyszłości – to wszystko wabiki na maluchy. Ma jednak tomik poważną słabą stronę, to jest – formę po przełożeniu. Tłumaczka zdecydowała się na rymowankę, ni to wierszyk, ni to prozę rytmizowaną – ale ze współbrzmieniami w ogóle sobie nie radzi. W efekcie proponuje mocno wyeksploatowane rymy lub rymy gramatyczne, jednoznacznie pokazując brak wyczucia (ile można słuchać rymu jutrze – futrze? Nie mówiąc o tym, że gramatyczne rymy czasownikowe to koszmarki, które chciałoby się raz na zawsze wykreślić z literatury dla najmłodszych). Jakby tego było mało, przymus rymowania pociąga za sobą u niewprawnej literacko tłumaczki bolesne dla czytelników inwersje („nie zna znaczenia ważnego tak słowa”). Pojawiają się przedziwne sformułowania (dlaczego kłębki trawy a nie kępki? Dlaczego „nikt z trójki jednak to nie jest tchórz”?). Bajki dla dzieci powinny kształtować umiejętność posługiwania się językiem, a nie wprowadzać w błąd. I nawet dynamika wydarzeń nie wynagrodzi chropowatości stylu – tę historyjkę trzeba by gruntownie pod względem literackim przerobić. „Mała duża historia o jutrze” w założeniu jest ciekawa, ale w realizacji – bardzo słaba. Zabrakło tu krytycznego spojrzenia na rymotwórcze umiejętności tłumaczki – nie wszystkie bajki dla dzieci muszą bć rymowane i nie wszyscy posługujący się językiem rymować potrafią.
Ilustracje są w tym tomiku ciekawe – każde zwierzę (pozbawione konturów) składa się z plam barwnych – prostych kształtów uzupełnianych detalami (oczka, wąsy, łapki, kolce lub deseń z kresek na pióra). Tak proste sylwetki maluchy mogą też samodzielnie rysować, malować albo wycinać, tworząc kontynuację przygód bohaterów. Postacie pojawiają się w tłach tworzonych na tej samej zasadzie – co sprawia wrażenie przeładowania i wymusza uważne przyglądanie się rozkładówkom. Za to nie ma w grafice szaleństw z kolorami – ilustracje są stonowane i spokojne.
„Mała duża historia o jutrze” jest książeczką, która o wiele lepiej wypadłaby w wersji bez rymów, ale na ten mankament dzieci nie będą zwracać uwagi. To picture book oderwany od trendów obecnych w literaturze czwartej, propozycja dla kilkulatków zainteresowanych już upływem czasu.
Definicja
Dla dzieci określenia czasu są z reguły abstrakcyjne, a już rozpoznawanie, czym jest wczoraj, czym dzisiaj, a czym jutro – wymaga dostrzegania większych wycinków czasu i wyciągania wniosków z obserwacji. Réka Király też nie zamierza podawać definicji tych pojęć, wiedząc, że skończyłoby się to porażką i nie przekonało maluchów. Stawia zatem na bardzo prostą historyjkę, dzięki której wszyscy zrozumieją bez tłumaczenia kiedy jest jutro i jak zamienia się w dzisiaj, a potem we wczoraj. „Mała duża historia o jutrze” to bajka, w której zmiany czasu pełnią dość ważną funkcję – mimo że bohaterów absorbują bardziej wydarzenia rozgrywające się w lesie. Bakowe postacie to jeż, myszka, zając i sowa. Każde z nich ma swoje zajęcia, żadne nie chce wdawać się w zawiłe wyjaśnienia co do charakterystyki dni. Nie mogą powiedzieć jednoznacznie, czym jest dzisiaj, za to są w stanie określić dzisiaj przez zestaw wykonywanych czynności – a jutro – przez zbiór planów. To cenna podpowiedź dla małych odbiorców i tłumaczenie bez tłumaczenia, wszystko staje się oczywiste samo z siebie. Każde zwierzę po kolei mówi, co robiło wczoraj i dzisiaj. Dochodzą do wniosku, że noc musi skrywać niespodzianki – i zamierzają czuwać, żeby nie przegapić nadejścia jutra. Jutro ma się bowiem odbyć przyjęcie urodzinowe ptaka.
To bajka przełożona z języka fińskiego, przynosi tematy i bohaterów cenionych przez najmłodszych. Przygody zwierząt, nocny „potwór” (ujawnienie jego tożsamości kończy się śmiechem), wreszcie urodziny z prezentami w najbliższej przyszłości – to wszystko wabiki na maluchy. Ma jednak tomik poważną słabą stronę, to jest – formę po przełożeniu. Tłumaczka zdecydowała się na rymowankę, ni to wierszyk, ni to prozę rytmizowaną – ale ze współbrzmieniami w ogóle sobie nie radzi. W efekcie proponuje mocno wyeksploatowane rymy lub rymy gramatyczne, jednoznacznie pokazując brak wyczucia (ile można słuchać rymu jutrze – futrze? Nie mówiąc o tym, że gramatyczne rymy czasownikowe to koszmarki, które chciałoby się raz na zawsze wykreślić z literatury dla najmłodszych). Jakby tego było mało, przymus rymowania pociąga za sobą u niewprawnej literacko tłumaczki bolesne dla czytelników inwersje („nie zna znaczenia ważnego tak słowa”). Pojawiają się przedziwne sformułowania (dlaczego kłębki trawy a nie kępki? Dlaczego „nikt z trójki jednak to nie jest tchórz”?). Bajki dla dzieci powinny kształtować umiejętność posługiwania się językiem, a nie wprowadzać w błąd. I nawet dynamika wydarzeń nie wynagrodzi chropowatości stylu – tę historyjkę trzeba by gruntownie pod względem literackim przerobić. „Mała duża historia o jutrze” w założeniu jest ciekawa, ale w realizacji – bardzo słaba. Zabrakło tu krytycznego spojrzenia na rymotwórcze umiejętności tłumaczki – nie wszystkie bajki dla dzieci muszą bć rymowane i nie wszyscy posługujący się językiem rymować potrafią.
Ilustracje są w tym tomiku ciekawe – każde zwierzę (pozbawione konturów) składa się z plam barwnych – prostych kształtów uzupełnianych detalami (oczka, wąsy, łapki, kolce lub deseń z kresek na pióra). Tak proste sylwetki maluchy mogą też samodzielnie rysować, malować albo wycinać, tworząc kontynuację przygód bohaterów. Postacie pojawiają się w tłach tworzonych na tej samej zasadzie – co sprawia wrażenie przeładowania i wymusza uważne przyglądanie się rozkładówkom. Za to nie ma w grafice szaleństw z kolorami – ilustracje są stonowane i spokojne.
„Mała duża historia o jutrze” jest książeczką, która o wiele lepiej wypadłaby w wersji bez rymów, ale na ten mankament dzieci nie będą zwracać uwagi. To picture book oderwany od trendów obecnych w literaturze czwartej, propozycja dla kilkulatków zainteresowanych już upływem czasu.
sobota, 4 marca 2017
Asia Olejarczyk: O dziewczynkach i chłopcach dla chłopców i dziewczynek
Dreams, Rzeszów 2016.
Tożsamość
„O dziewczynkach i chłopcach dla chłopców i dziewczynek” to krótka książeczka obrazkowa, w której Asia Olejarczyk próbuje zmierzyć się z wyzwaniem dotyczącym płciowości, tolerancji czy „trudnych” pytań maluchów. Autorka dzieli tomik na przejrzyste rozdziały, w których kolejno pokazuje sens bycia chłopcem lub dziewczynką, mężczyzną lub kobietą. Nie posługuje się przy tym stereotypami – od początku zaznacza, że można mieć dowolną fryzurę i dowolnie się ubierać, bo ani fryzura, ani strój nie świadczą o płci. Oducza myślenia schematami – tak samo jak ludzie różnią się wyglądem, kolorem skóry i włosów, wzrostem czy wagą, różnić się mogą zainteresowaniami, bez względu na płeć. Nie ma typowo kobiecych ani typowo męskich zajęć, każdy może robić to, co mu najbardziej odpowiada – a dotyczy to i dorosłych, i dzieci. W przypadku dorosłych oznacza to wybór odpowiedniego zawodu, u dzieci – ulubionej zabawki. Żadna z tych decyzji nie definiuje płci. Olejarczyk oddala zatem stereotypowe ograniczenia i pomaga maluchom zrozumieć, że nie można osądzać innych.
Kiedy już stereotypowe różnice zostają zatarte i dzieci przekonają się, że każdy może wybrać to, na co ma ochotę, przychodzi czas na rozdział poświęcony czułości. To czułość kierowana do najmłodszych przez rodziców, ale też – czułość wśród dorosłych. Autorka przypomina odbiorcom, że mają prawo odmawiać pieszczot – a nawet powinny, gdy zabiera się za nie nieznajomy – to ważny motyw w procesie wychowawczym. Olejarczyk nie zagłębia się w ten temat (jak w żaden) – po prostu sygnalizuje, że mali bohaterowie tomiku nie życzą sobie czułości od ludzi, którzy nie należą do bliskiej rodziny. W ten sposób odbiorcy się nie wystraszą, ale zapamiętają cenną lekcję i będą wcielać ją w życie. Rozdział o czułości wprowadza do tematu nagości i intymności. Olejarczyk mówi, czym różnią się ciała chłopców i dziewczynek (ze szczegółów anatomicznych – chłopcy mają członek, a dziewczynki… gładkie łono), ale przypomina, że nie wolno prezentować swojego ciała wszystkim, także gdy jest się dorosłym. Po takiej opowieści już łatwo jest wytłumaczyć, skąd się biorą dzieci.
„O dziewczynkach i chłopcach” to picture book, obrazki odgrywają tu ważną rolę i wprowadzają dodatkowe wyjaśnienia. Autorka zwykle wątpliwości rozwiewa jednym prostym zdaniem, którego dopełnienie znajduje się na rysunku. Tak maluchy przekonują się, o jakich sytuacjach mowa (w dorosłym świecie ludzie, by nie prezentować nagości, korzystają z przebieralni, odpowiednich strojów czy zamkniętych pomieszczeń), zyskują też czasami zadania do wykonania – znalezienie dziecka z kolorowymi włosami uświadomi, że wszyscy są kolorowi, albo – że nikt nie jest. Ilustracje są tutaj słodko-naiwne, co bardzo pasuje do dziecięcego świata (i wpisuje się jednocześnie w konwencję publikacji religijnych). Rodzice, sięgając po tę książkę, mogą być pewni, że zyskają wsparcie w wychowywaniu pociechy i w tłumaczeniu jej ważnych społecznych kwestii. Olejarczyk pisze tak, żeby przekonać maluchy do tego, że myślenie szablonami nie ma sensu i w ogóle się nie sprawdza – bo zarówno pani z krótkimi włosami, jak i pan w szkockiej spódniczce nie mieszczą się w stereotypowych ramkach. „O dziewczynkach i chłopcach” to publikacja krótka i prosta, ale dość ważna – Olejarczyk całkiem dobrze pokazuje, że płeć nie ma znaczenia przy codziennych wyborach zajęć, upodobań, zabawek czy zainteresowań. Mówi dzieciom to, o czym czasami zapominają kierujący się modami rodzice.
Tożsamość
„O dziewczynkach i chłopcach dla chłopców i dziewczynek” to krótka książeczka obrazkowa, w której Asia Olejarczyk próbuje zmierzyć się z wyzwaniem dotyczącym płciowości, tolerancji czy „trudnych” pytań maluchów. Autorka dzieli tomik na przejrzyste rozdziały, w których kolejno pokazuje sens bycia chłopcem lub dziewczynką, mężczyzną lub kobietą. Nie posługuje się przy tym stereotypami – od początku zaznacza, że można mieć dowolną fryzurę i dowolnie się ubierać, bo ani fryzura, ani strój nie świadczą o płci. Oducza myślenia schematami – tak samo jak ludzie różnią się wyglądem, kolorem skóry i włosów, wzrostem czy wagą, różnić się mogą zainteresowaniami, bez względu na płeć. Nie ma typowo kobiecych ani typowo męskich zajęć, każdy może robić to, co mu najbardziej odpowiada – a dotyczy to i dorosłych, i dzieci. W przypadku dorosłych oznacza to wybór odpowiedniego zawodu, u dzieci – ulubionej zabawki. Żadna z tych decyzji nie definiuje płci. Olejarczyk oddala zatem stereotypowe ograniczenia i pomaga maluchom zrozumieć, że nie można osądzać innych.
Kiedy już stereotypowe różnice zostają zatarte i dzieci przekonają się, że każdy może wybrać to, na co ma ochotę, przychodzi czas na rozdział poświęcony czułości. To czułość kierowana do najmłodszych przez rodziców, ale też – czułość wśród dorosłych. Autorka przypomina odbiorcom, że mają prawo odmawiać pieszczot – a nawet powinny, gdy zabiera się za nie nieznajomy – to ważny motyw w procesie wychowawczym. Olejarczyk nie zagłębia się w ten temat (jak w żaden) – po prostu sygnalizuje, że mali bohaterowie tomiku nie życzą sobie czułości od ludzi, którzy nie należą do bliskiej rodziny. W ten sposób odbiorcy się nie wystraszą, ale zapamiętają cenną lekcję i będą wcielać ją w życie. Rozdział o czułości wprowadza do tematu nagości i intymności. Olejarczyk mówi, czym różnią się ciała chłopców i dziewczynek (ze szczegółów anatomicznych – chłopcy mają członek, a dziewczynki… gładkie łono), ale przypomina, że nie wolno prezentować swojego ciała wszystkim, także gdy jest się dorosłym. Po takiej opowieści już łatwo jest wytłumaczyć, skąd się biorą dzieci.
„O dziewczynkach i chłopcach” to picture book, obrazki odgrywają tu ważną rolę i wprowadzają dodatkowe wyjaśnienia. Autorka zwykle wątpliwości rozwiewa jednym prostym zdaniem, którego dopełnienie znajduje się na rysunku. Tak maluchy przekonują się, o jakich sytuacjach mowa (w dorosłym świecie ludzie, by nie prezentować nagości, korzystają z przebieralni, odpowiednich strojów czy zamkniętych pomieszczeń), zyskują też czasami zadania do wykonania – znalezienie dziecka z kolorowymi włosami uświadomi, że wszyscy są kolorowi, albo – że nikt nie jest. Ilustracje są tutaj słodko-naiwne, co bardzo pasuje do dziecięcego świata (i wpisuje się jednocześnie w konwencję publikacji religijnych). Rodzice, sięgając po tę książkę, mogą być pewni, że zyskają wsparcie w wychowywaniu pociechy i w tłumaczeniu jej ważnych społecznych kwestii. Olejarczyk pisze tak, żeby przekonać maluchy do tego, że myślenie szablonami nie ma sensu i w ogóle się nie sprawdza – bo zarówno pani z krótkimi włosami, jak i pan w szkockiej spódniczce nie mieszczą się w stereotypowych ramkach. „O dziewczynkach i chłopcach” to publikacja krótka i prosta, ale dość ważna – Olejarczyk całkiem dobrze pokazuje, że płeć nie ma znaczenia przy codziennych wyborach zajęć, upodobań, zabawek czy zainteresowań. Mówi dzieciom to, o czym czasami zapominają kierujący się modami rodzice.
niedziela, 19 lutego 2017
Billy Graham: Dobra Nowina. Historie biblijne
Dreams, Rzeszów 2016.
Kazania
Rozmaite biblie w wersji dla dzieci, wyciągi z Pisma Świętego pozwalające zapoznać się z podstawami chrześcijaństwa już kilkulatkom są w swojej wymowie ponadczasowe. Nadają się przecież nie tylko na lekcję duchowości – ale i na prezenty z okazji świąt – są cenione przez tych krewnych, którzy chcą zadbać o wychowanie dziecka w duchu chrześcijaństwa oraz przez tych, którym nie w smak konsumpcyjny wyścig. Można zżymać się na podobne wydawnictwa – ale warto też pamiętać o znaczeniu chrześcijaństwa jako kodu kulturowego: bez znajomości fragmentów Biblii dzieci nie nauczą się w porę rozpoznawania intertekstów w sztuce czy literaturze, nie nabędą sprawności, którą mają starsze pokolenia. W Heaven (odnodze wydawnictwa Dreams) ukazała się publikacja kierowana do najmłodszych, imponująca w rozmachu realizacyjnym, a i dość obszerna. „Dobra Nowina. Historie bibliojne” to książka, która już z założenia ma być prezentem (na przykład z okazji Pierwszej Komunii dziecka). Ma miejsce na wpisanie adresata, ofiarodawcy oraz okoliczności wręczenia. Nic dziwnego, tego typu publikacji raczej nie kupuje się na rozrywkową lekturę czy do ćwiczenia czytania.
Wyboru tekstów dokonał Billy Graham, jest on też autorem ich opracowania, czyli mikrokazań, jednoakapitowych komentarzy do przeczytanych właśnie treści (a pochodzą one z prawdziwych kazań). Proponuje przejrzystą konstrukcję tomu: dzieli książkę na dwie części, w miarę równe. To odpowiedniki Starego i Nowego Testamentu. Potem wybiera konkrety motyw, dbając o zachowanie chronologii (ale w pierwszej części – nie o ciągłość postaci, co zrozumiałe). Przeprowadza małych odbiorców między innymi przez stworzenie świata czy motyw Arki Noego, przedstawia historię Samsona, Dawida i Goliata… oraz mnóstwo drobnych relacji, które nie mają charakteru przypowieści, a nawet nie funkcjonują w świadomości dzieci ani dorosłych, bo nie przebiły się do wyobraźni artystów. Graham podaje źródło cytatu – jeśli biblijna opowieść jest skondensowana, a do tego zrozumiała i przystosowana do percepcji dzieci – stara się zachować ją w naturalnym brzmieniu (cytat zaznaczony jest kursywą). Jeśli konieczne są skróty bądź streszczenia, Billy Graham wprowadza drobne kilkuzdaniowe własne wstawki, które pozwalają dzieciom zorientować się w wydarzeniach – a nie zniechęcają trudnym językiem lub archaicznym stylem. Potem pojawia się „komentarz” Grahama – bardzo krótkie i ogólnikowe odwołanie do rzeczywistości dziecka, jego odczuć i potrzeb w zestawieniu z biblijnymi bohaterami i ich zachowaniami. Tu autor bardzo chętnie zadaje pytania, zamieniając się niemal w księdza na rekolekcjach lub katechetę – chce, by najmłodsi analizowali swoje postawy i poznawali uczucia, a także żeby dokonywali ocen samych siebie, co ma im pomóc stać się lepszymi ludźmi. Billy Graham traktuje swoją pracę jak misję, zależy mu przede wszystkim na krzewieniu wiary – wciąż przypomina, że Bóg kocha i wybacza, ale też – że należy się modlić czy żyć, przestrzegając przykazań. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że faktycznie tylko najmłodsi mogą przeżywać lekturę w taki sposób, jak zaplanował to sobie Graham. Szuka on połączenia tomu z historiami biblijnymi – z kościelnymi kazaniami odwołującymi się do sumień. Ale „Dobra Nowina” zwraca uwagę w pierwszej kolejności opracowaniem graficznym: Scott Wakefield tworzy tu wielkoformatowe ilustracje, które mają intrygować dzieci swoją „prawdziwością” (to styl charakterystyczny dla publikacji o tematyce religijnej, obrazki naiwne, ale z grami światłocienia i imitacją „realistycznych” scenek; naiwność objawia się zwłaszcza na młodych, ładnych twarzach postaci).
Kazania
Rozmaite biblie w wersji dla dzieci, wyciągi z Pisma Świętego pozwalające zapoznać się z podstawami chrześcijaństwa już kilkulatkom są w swojej wymowie ponadczasowe. Nadają się przecież nie tylko na lekcję duchowości – ale i na prezenty z okazji świąt – są cenione przez tych krewnych, którzy chcą zadbać o wychowanie dziecka w duchu chrześcijaństwa oraz przez tych, którym nie w smak konsumpcyjny wyścig. Można zżymać się na podobne wydawnictwa – ale warto też pamiętać o znaczeniu chrześcijaństwa jako kodu kulturowego: bez znajomości fragmentów Biblii dzieci nie nauczą się w porę rozpoznawania intertekstów w sztuce czy literaturze, nie nabędą sprawności, którą mają starsze pokolenia. W Heaven (odnodze wydawnictwa Dreams) ukazała się publikacja kierowana do najmłodszych, imponująca w rozmachu realizacyjnym, a i dość obszerna. „Dobra Nowina. Historie bibliojne” to książka, która już z założenia ma być prezentem (na przykład z okazji Pierwszej Komunii dziecka). Ma miejsce na wpisanie adresata, ofiarodawcy oraz okoliczności wręczenia. Nic dziwnego, tego typu publikacji raczej nie kupuje się na rozrywkową lekturę czy do ćwiczenia czytania.
Wyboru tekstów dokonał Billy Graham, jest on też autorem ich opracowania, czyli mikrokazań, jednoakapitowych komentarzy do przeczytanych właśnie treści (a pochodzą one z prawdziwych kazań). Proponuje przejrzystą konstrukcję tomu: dzieli książkę na dwie części, w miarę równe. To odpowiedniki Starego i Nowego Testamentu. Potem wybiera konkrety motyw, dbając o zachowanie chronologii (ale w pierwszej części – nie o ciągłość postaci, co zrozumiałe). Przeprowadza małych odbiorców między innymi przez stworzenie świata czy motyw Arki Noego, przedstawia historię Samsona, Dawida i Goliata… oraz mnóstwo drobnych relacji, które nie mają charakteru przypowieści, a nawet nie funkcjonują w świadomości dzieci ani dorosłych, bo nie przebiły się do wyobraźni artystów. Graham podaje źródło cytatu – jeśli biblijna opowieść jest skondensowana, a do tego zrozumiała i przystosowana do percepcji dzieci – stara się zachować ją w naturalnym brzmieniu (cytat zaznaczony jest kursywą). Jeśli konieczne są skróty bądź streszczenia, Billy Graham wprowadza drobne kilkuzdaniowe własne wstawki, które pozwalają dzieciom zorientować się w wydarzeniach – a nie zniechęcają trudnym językiem lub archaicznym stylem. Potem pojawia się „komentarz” Grahama – bardzo krótkie i ogólnikowe odwołanie do rzeczywistości dziecka, jego odczuć i potrzeb w zestawieniu z biblijnymi bohaterami i ich zachowaniami. Tu autor bardzo chętnie zadaje pytania, zamieniając się niemal w księdza na rekolekcjach lub katechetę – chce, by najmłodsi analizowali swoje postawy i poznawali uczucia, a także żeby dokonywali ocen samych siebie, co ma im pomóc stać się lepszymi ludźmi. Billy Graham traktuje swoją pracę jak misję, zależy mu przede wszystkim na krzewieniu wiary – wciąż przypomina, że Bóg kocha i wybacza, ale też – że należy się modlić czy żyć, przestrzegając przykazań. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że faktycznie tylko najmłodsi mogą przeżywać lekturę w taki sposób, jak zaplanował to sobie Graham. Szuka on połączenia tomu z historiami biblijnymi – z kościelnymi kazaniami odwołującymi się do sumień. Ale „Dobra Nowina” zwraca uwagę w pierwszej kolejności opracowaniem graficznym: Scott Wakefield tworzy tu wielkoformatowe ilustracje, które mają intrygować dzieci swoją „prawdziwością” (to styl charakterystyczny dla publikacji o tematyce religijnej, obrazki naiwne, ale z grami światłocienia i imitacją „realistycznych” scenek; naiwność objawia się zwłaszcza na młodych, ładnych twarzach postaci).
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Agata Widzowska: Galopem do gwiazd
Dreams, Rzeszów 2016.
Rozstanie
Nikt już po dwóch tomikach nie ma wątpliwości, że Szogun, „koń na receptę” z Dąbrówki, to zwierzę wyjątkowe. W literackim pożegnaniu z tym miejscem jeszcze raz będzie mógł udowodnić swoją niezwykłość, nie pozostawia też wątpliwości co do ostatecznego rozstania. Agata Widzowska wybiera baśniowe sceny i elementy magii, pozwalając zwierzęciu na trwałe zapisać się w pamięci tych, którzy się nim opiekowali. Nie tylko nastolatkom, które w Dąbrówce spędzają kolejne już wakacje, ale również ekipie filmowej i mieszkańcom miejscowości, biorących udział w festynie na zakończenie wakacji.
Tym razem Agata Widzowska zrezygnowała z szyfrowanych wiadomości wysyłanych ludziom przez zwierzęta w sposób bezpośredni (to znaczy króliki nie układają napisów, nikt też nie wykonuje malowideł na ścianach). Tym razem informacje są subtelniejsze (i od razu ciekawsze przez odejście od kreskówkowej bajkowości). Konie muszą się bardziej wysilić, jeśli chcą komunikować się z mało pojętnymi ludźmi. A do przekazania mają poważne wieści, nie wolno ich ignorować. Widzowska robi, co może, żeby uciec od infantylności w ramach porozumienia ludzi i zwierząt, do tego stopnia, że sprawy międzyludzkie praktycznie odrzuca. Teraz uwaga wszystkich skupia się na koniach. Żeby jeszcze ubarwić lokalne atrakcje, autorka wprowadza motyw „wielkiego świata”. Do Dąbrówki przyjeżdża ekipa filmowa, by nakręcić dokument o Szogunie i innych koniach. Obecnością kamer nie peszy bohaterek tomiku, wszyscy czują się bardzo naturalnie i ma się nawet wrażenie, że to dla nich codzienność. Filmowcy działają dosyć przypadkowo, brakuje im spójnej koncepcji zdjęć – ale i tak o ich kształcie zadecyduje Szogun. Widzowska starannie planuje przypadki, tak, że już w ramach fabuły przypadkami nie są.
Jeśli wcześniej wśród małych letników z Dąbrówki działo się wiele w sferze uczuciowej, teraz autorka nie chce im otwierać żadnych nowych przygód czy relacji. Bohaterki dowiedziały się między innymi, że serce nie sługa, przekonały się też o terapeutycznym działaniu koni na dzieci z wrodzonymi chorobami. Teraz do zestawu schorzeń dochodzi autyzm: dość krótko i ogólnikowo charakteryzowany, ale też autorka nie czuje już potrzeby drobiazgowego analizowania różnych przypadłości. Jagoda przecież już wie, że nie wszystko układa się po myśli dzieci i ich rodziców, a szczęście miewa różne kształty i bywa nieoczywiste dla postronnych. Mniej tu również informacji o pielęgnacji koni czy o porządkowaniu boksów – ten tomik jest czystą kontynuacją przygód Szoguna, a nie samodzielną historią.
Z jednej strony Agata Widzowska daje do zrozumienia odbiorcom, że traktuje ich poważniej – odrzuca naiwne pomysły, skupia się na tajemniczości i realizuje jeden z najtrudniejszych tematów. Z drugiej strony jednak znów zasypuje historię słabiutkimi rymowankami, które rzekomo podobają się koniom. Idea czytania zwierzętom (i to, że każde ma ulubioną lekturę), jest ładna i pasuje do wakacyjnej fabuły. Ale już fakt, że po wielu wierszykach, które nadają się tylko do tomików dla kilkulatków, a i to od biedy, narratorka pyta o to, czy się podobały – ze wskazaniem na entuzjastyczną ocenę („fajny, prawda?”) to nienajlepsze rozwiązanie. Widzowska rymuje bardzo niestarannie, nie szuka ucieczki od współbrzmień częstochowskich, nie jest w tych rymach naturalna – i powinna zrezygnować z mowy wiązanej albo doszlifować warsztat – żeby nie brzmieć po prostu grafomańsko. „Galopem do gwiazd” to ostatnia część przygód Szoguna. Agata Widzowska żegna się z Dąbrówką, ale może mieć satysfakcję z tego, że czegoś swoich odbiorców nauczyła, dostarczając im przy okazji baśniowej rozrywki. Proponuje powieść dla dzieci i wpisuje swoje książki w modę na końskie historie. Nie oferuje przez to nic oryginalnego, ale zapewnia najmłodszym zabawę.
Rozstanie
Nikt już po dwóch tomikach nie ma wątpliwości, że Szogun, „koń na receptę” z Dąbrówki, to zwierzę wyjątkowe. W literackim pożegnaniu z tym miejscem jeszcze raz będzie mógł udowodnić swoją niezwykłość, nie pozostawia też wątpliwości co do ostatecznego rozstania. Agata Widzowska wybiera baśniowe sceny i elementy magii, pozwalając zwierzęciu na trwałe zapisać się w pamięci tych, którzy się nim opiekowali. Nie tylko nastolatkom, które w Dąbrówce spędzają kolejne już wakacje, ale również ekipie filmowej i mieszkańcom miejscowości, biorących udział w festynie na zakończenie wakacji.
Tym razem Agata Widzowska zrezygnowała z szyfrowanych wiadomości wysyłanych ludziom przez zwierzęta w sposób bezpośredni (to znaczy króliki nie układają napisów, nikt też nie wykonuje malowideł na ścianach). Tym razem informacje są subtelniejsze (i od razu ciekawsze przez odejście od kreskówkowej bajkowości). Konie muszą się bardziej wysilić, jeśli chcą komunikować się z mało pojętnymi ludźmi. A do przekazania mają poważne wieści, nie wolno ich ignorować. Widzowska robi, co może, żeby uciec od infantylności w ramach porozumienia ludzi i zwierząt, do tego stopnia, że sprawy międzyludzkie praktycznie odrzuca. Teraz uwaga wszystkich skupia się na koniach. Żeby jeszcze ubarwić lokalne atrakcje, autorka wprowadza motyw „wielkiego świata”. Do Dąbrówki przyjeżdża ekipa filmowa, by nakręcić dokument o Szogunie i innych koniach. Obecnością kamer nie peszy bohaterek tomiku, wszyscy czują się bardzo naturalnie i ma się nawet wrażenie, że to dla nich codzienność. Filmowcy działają dosyć przypadkowo, brakuje im spójnej koncepcji zdjęć – ale i tak o ich kształcie zadecyduje Szogun. Widzowska starannie planuje przypadki, tak, że już w ramach fabuły przypadkami nie są.
Jeśli wcześniej wśród małych letników z Dąbrówki działo się wiele w sferze uczuciowej, teraz autorka nie chce im otwierać żadnych nowych przygód czy relacji. Bohaterki dowiedziały się między innymi, że serce nie sługa, przekonały się też o terapeutycznym działaniu koni na dzieci z wrodzonymi chorobami. Teraz do zestawu schorzeń dochodzi autyzm: dość krótko i ogólnikowo charakteryzowany, ale też autorka nie czuje już potrzeby drobiazgowego analizowania różnych przypadłości. Jagoda przecież już wie, że nie wszystko układa się po myśli dzieci i ich rodziców, a szczęście miewa różne kształty i bywa nieoczywiste dla postronnych. Mniej tu również informacji o pielęgnacji koni czy o porządkowaniu boksów – ten tomik jest czystą kontynuacją przygód Szoguna, a nie samodzielną historią.
Z jednej strony Agata Widzowska daje do zrozumienia odbiorcom, że traktuje ich poważniej – odrzuca naiwne pomysły, skupia się na tajemniczości i realizuje jeden z najtrudniejszych tematów. Z drugiej strony jednak znów zasypuje historię słabiutkimi rymowankami, które rzekomo podobają się koniom. Idea czytania zwierzętom (i to, że każde ma ulubioną lekturę), jest ładna i pasuje do wakacyjnej fabuły. Ale już fakt, że po wielu wierszykach, które nadają się tylko do tomików dla kilkulatków, a i to od biedy, narratorka pyta o to, czy się podobały – ze wskazaniem na entuzjastyczną ocenę („fajny, prawda?”) to nienajlepsze rozwiązanie. Widzowska rymuje bardzo niestarannie, nie szuka ucieczki od współbrzmień częstochowskich, nie jest w tych rymach naturalna – i powinna zrezygnować z mowy wiązanej albo doszlifować warsztat – żeby nie brzmieć po prostu grafomańsko. „Galopem do gwiazd” to ostatnia część przygód Szoguna. Agata Widzowska żegna się z Dąbrówką, ale może mieć satysfakcję z tego, że czegoś swoich odbiorców nauczyła, dostarczając im przy okazji baśniowej rozrywki. Proponuje powieść dla dzieci i wpisuje swoje książki w modę na końskie historie. Nie oferuje przez to nic oryginalnego, ale zapewnia najmłodszym zabawę.
piątek, 24 czerwca 2016
Agata Widzowska: Grzywą malowane
Dreams, Rzeszów 2016 (wydanie II).
Bajkowa stadnina
Dzisiaj na rynku literatury pop funkcjonują dwie znane nastolatkom „końskie” serie. Nele Neuhaus prowadzi opowieści kryminalno-edukacyjne (o Elenie i Charlotte), a Agnieszka Tyszka – bajkowe. Pierwsza autorka skupia się bardziej na szczegółowych danych dotyczących pielęgnacji koni czy na zawodach hippicznych, druga nawiązuje do uczuć zwierząt i przemyca także społeczne problemy dzieci. Agata Widzowska bierze trochę z każdego stylu. Dość dokładnie opowiada o dbaniu o konie – Gaja, która przybywa do Dąbrówki, dowiaduje się między innymi, na czym polega struganie kopyt, dostaje też zadania do wykonania w stajni. Ale autorka ubarwia końską akcję, wprowadzając też szereg elementów magicznych: nikt nie rozumie, skąd biorą się króliki, najwyraźniej słuchające rozkazów pięknej białej klaczy. Do tego Widzowska dodaje i wątek kryminalny: jeśli jakiemuś koniowi może dziać się krzywda u aktualnego właściciela, trzeba uratować zwierzę. Gaja, tak jak Elena, ma dar rozumienia koni: w zetknięciu z nimi doznaje olśnień i dowiaduje się, co dotąd przeżywały. To wystarczy, żeby stworzyć powieść wielowątkową i pełną znaczeń. A przecież autorka chce jeszcze zapewnić pomoc koniom – już w ramach akcji podsuwa odbiorcom kilka sensownych pomysłów na działania. Warto je podjąć, by uratować piękne zwierzęta. Ważne, że to zadania nawet dla dzieci, nie istnieją więc żadne ograniczania, żeby pomóc.
Ale „Grzywą malowane” nie ma być tendencyjną historyjką o ratowaniu koni. Gaja, która przyjeżdża na wakacje do Dąbrówki, musi rozszyfrować tajemniczy skrót SPK, litery pozostawione w jej śnie przez króliki. A że magia funkcjonuje tu na takich samych prawach co realizm – nikt nie dziwi się rozmaitym zbiegom okoliczności czy wyzwaniom spoza normalnych zajęć. Tym bardziej tajemnicze okazują się kolejne sceny, kiedy wyobraźnia – z dala od pragmatycznych dorosłych – może pracować. Nie tylko króliki zachowują się podejrzanie. W Starym Młynie pojawiają się malowidła z zaszyfrowaną wiadomością, a bibliotekarka jest na granicy załamania psychicznego i chce rzucić pracę, którą bardzo lubi. Nikt nie wie, co się właściwie dzieje – a do zestawu zagadek dojdzie jeszcze tajemnica Czarnego Maxa, który szuka pewnej klaczy w niewiadomych celach. Agata Widzowska bardzo dba o to, żeby w tomiku działo się wiele – unika tendencyjności i oczywistych rozwiązań, poza tym, co mali czytelnicy powinni wiedzieć, wprowadza jeszcze szereg tematów rozrywkowych, bajkowych lub przygodowych. Najlepiej tej autorce wychodzi humor sytuacyjny płynący bezpośrednio z rozwijanej akcji. Żarty wprowadzane mimochodem są lepsze – i celniejsze – niż dowcipy spowalniające opis. Autorka przede wszystkim stara się zarazić czytelników miłością do zwierząt. Każde zasługuje przecież i na szacunek, i na podziw. Konwencja bajki pozwala tu pododawać nowe pomysły na udowodnienie inteligencji zwierząt – wyobraźnia przydaje się zatem i do konstruowania ważnych przesłań – niekoniecznie realistycznych, za to cennych w ogólnym wnioskowaniu.
„Grzywą malowane” to książka, która pod pretekstem dostarczania rozrywki ma czytelnikom zapewnić szereg morałów na temat zwierząt, troski o nie i doceniania ich charakterów czy pomysłów. Agata Widzowska nie wie do końca, w jakim gatunku czuje się najpewniej, nie może się zdecydować, czy woli obyczajówkę czy magię z dziecięcych bajek. Młodszym nastolatkom powinno się jednak spodobać takie przedstawienie codzienności w Dąbrówce. W tym bardzo pomaga spiętrzanie kolejnych wątków i mieszanie ich ze sobą – oraz dokładanie do historii elementów, które da się powtórzyć w zwyczajnym życiu. Agata Widzowksa może inspirować w temacie pomagania zwierzętom – daje odbiorcom siłę i szereg wskazówek. Tak „Grzywą malowane” realizuje funkcję wychowawczą. Wszelkie inne – nawet te infantylne – decyzje pisarskie i rozwiązania tracą na znaczeniu w obliczu szansy na niesienie pomocy koniom. Warto jeszcze w tym miejscu zaznaczyć, że Ksenia Berezowska tworzy imponujące szkice o tematyce końskiej – realistyczne i piękne jednocześnie.
Bajkowa stadnina
Dzisiaj na rynku literatury pop funkcjonują dwie znane nastolatkom „końskie” serie. Nele Neuhaus prowadzi opowieści kryminalno-edukacyjne (o Elenie i Charlotte), a Agnieszka Tyszka – bajkowe. Pierwsza autorka skupia się bardziej na szczegółowych danych dotyczących pielęgnacji koni czy na zawodach hippicznych, druga nawiązuje do uczuć zwierząt i przemyca także społeczne problemy dzieci. Agata Widzowska bierze trochę z każdego stylu. Dość dokładnie opowiada o dbaniu o konie – Gaja, która przybywa do Dąbrówki, dowiaduje się między innymi, na czym polega struganie kopyt, dostaje też zadania do wykonania w stajni. Ale autorka ubarwia końską akcję, wprowadzając też szereg elementów magicznych: nikt nie rozumie, skąd biorą się króliki, najwyraźniej słuchające rozkazów pięknej białej klaczy. Do tego Widzowska dodaje i wątek kryminalny: jeśli jakiemuś koniowi może dziać się krzywda u aktualnego właściciela, trzeba uratować zwierzę. Gaja, tak jak Elena, ma dar rozumienia koni: w zetknięciu z nimi doznaje olśnień i dowiaduje się, co dotąd przeżywały. To wystarczy, żeby stworzyć powieść wielowątkową i pełną znaczeń. A przecież autorka chce jeszcze zapewnić pomoc koniom – już w ramach akcji podsuwa odbiorcom kilka sensownych pomysłów na działania. Warto je podjąć, by uratować piękne zwierzęta. Ważne, że to zadania nawet dla dzieci, nie istnieją więc żadne ograniczania, żeby pomóc.
Ale „Grzywą malowane” nie ma być tendencyjną historyjką o ratowaniu koni. Gaja, która przyjeżdża na wakacje do Dąbrówki, musi rozszyfrować tajemniczy skrót SPK, litery pozostawione w jej śnie przez króliki. A że magia funkcjonuje tu na takich samych prawach co realizm – nikt nie dziwi się rozmaitym zbiegom okoliczności czy wyzwaniom spoza normalnych zajęć. Tym bardziej tajemnicze okazują się kolejne sceny, kiedy wyobraźnia – z dala od pragmatycznych dorosłych – może pracować. Nie tylko króliki zachowują się podejrzanie. W Starym Młynie pojawiają się malowidła z zaszyfrowaną wiadomością, a bibliotekarka jest na granicy załamania psychicznego i chce rzucić pracę, którą bardzo lubi. Nikt nie wie, co się właściwie dzieje – a do zestawu zagadek dojdzie jeszcze tajemnica Czarnego Maxa, który szuka pewnej klaczy w niewiadomych celach. Agata Widzowska bardzo dba o to, żeby w tomiku działo się wiele – unika tendencyjności i oczywistych rozwiązań, poza tym, co mali czytelnicy powinni wiedzieć, wprowadza jeszcze szereg tematów rozrywkowych, bajkowych lub przygodowych. Najlepiej tej autorce wychodzi humor sytuacyjny płynący bezpośrednio z rozwijanej akcji. Żarty wprowadzane mimochodem są lepsze – i celniejsze – niż dowcipy spowalniające opis. Autorka przede wszystkim stara się zarazić czytelników miłością do zwierząt. Każde zasługuje przecież i na szacunek, i na podziw. Konwencja bajki pozwala tu pododawać nowe pomysły na udowodnienie inteligencji zwierząt – wyobraźnia przydaje się zatem i do konstruowania ważnych przesłań – niekoniecznie realistycznych, za to cennych w ogólnym wnioskowaniu.
„Grzywą malowane” to książka, która pod pretekstem dostarczania rozrywki ma czytelnikom zapewnić szereg morałów na temat zwierząt, troski o nie i doceniania ich charakterów czy pomysłów. Agata Widzowska nie wie do końca, w jakim gatunku czuje się najpewniej, nie może się zdecydować, czy woli obyczajówkę czy magię z dziecięcych bajek. Młodszym nastolatkom powinno się jednak spodobać takie przedstawienie codzienności w Dąbrówce. W tym bardzo pomaga spiętrzanie kolejnych wątków i mieszanie ich ze sobą – oraz dokładanie do historii elementów, które da się powtórzyć w zwyczajnym życiu. Agata Widzowksa może inspirować w temacie pomagania zwierzętom – daje odbiorcom siłę i szereg wskazówek. Tak „Grzywą malowane” realizuje funkcję wychowawczą. Wszelkie inne – nawet te infantylne – decyzje pisarskie i rozwiązania tracą na znaczeniu w obliczu szansy na niesienie pomocy koniom. Warto jeszcze w tym miejscu zaznaczyć, że Ksenia Berezowska tworzy imponujące szkice o tematyce końskiej – realistyczne i piękne jednocześnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






