Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 1 lutego 2014

Richelle Mead: Magia indygo

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Dla siebie

Przez dwa tomy Kronik krwi Richelle Mead przedstawiała Sydney jako dziewczynę, która dobro innych i służbowe obowiązki przedkłada nad własne potrzeby. Sydney rezygnowała z marzeń i walczyła ze swoimi uczuciami, robiła to, czego oczekiwali od niej inni. W „Magii indygo” dochodzi do pewnego przełomu w tej kwestii – bohaterka nareszcie ma czas, żeby zająć się sobą. A wszystko za sprawą czarodziejskich praktyk pod okiem panny Terwiliger. Sydney wbrew sobie uczy się magii i jest coraz lepsza w rzucaniu zaklęć. Tym razem niebezpieczeństwo nie grozi chronionym przez nią wampirom, ale… roztrzepanej nauczycielce i nastolatkom, które również uczą się czarów. Sydney, ratując nieznajome dziewczyny i irytującą, ale zadziwiająco bliską mentorkę, ratuje również siebie. Po pierwsze – mogłaby podzielić los zaatakowanych czarownic. Po drugie – zaczyna zauważać siebie. Mead nie obiecuje zwycięstwa, ale na początku tomu nakreśla przełom w zachowaniu tej postaci. To dobry moment na charakterologiczną zmianę – pozwala uniknąć rutyny i monotonii w samej opowieści.

Także czytelnicy mogą teraz bardziej skupić się na Sydney. Do tej pory Kroniki krwi były miejscami próbą osłodzenia końca Akademii wampirów – stąd obserwowanie dawnych bohaterów z nowej perspektywy. Teraz Sydney nieco oddala się od tego towarzystwa – a także od całego konsekwentnie przez autorkę budowanego konfliktu między dampirami i strzygami. Tu walka toczy się w środowisku alchemików i czarownic i po raz pierwszy nie pojawia się żadna groźna strzyga. Obecność jednoznacznie złych istot osłabiłaby wewnętrzne przełomy bohaterki, ale też byłaby zbyt dużym uproszczeniem. Richelle Mead pisarsko (i wyobraźniowo) się rozwija, widać to w „Magii indygo” dobrze.

Przez dwa tomy autorka dawała też czytelniczkom trochę odpocząć od miłosnych perypetii na pierwszym planie, doskonale wiedząc, że po Akademii wampirów trochę oddechu po ckliwych i idealizowanych obrazkach wszystkim się przyda. Racjonalna do bólu Sydney potrafiła tłumić w zarodku wszelkie poważne emocjonalne wahania i unikała romantyzmu. W „Magii indygo” zaczyna odkrywać jego urok – nie zastanawia się nad metodami flirtu, nie ma problemu ze sztuką uwodzenia i wreszcie nie zastanawia się nad przyszłością – to powinno się odbiorczyniom bardzo spodobać, bo nie tylko uczłowiecza postać, ale dodaje dreszczyku samej narracji.

A narracja, jak zawsze u Mead, jest niezawodna. Nawet jeśli komuś przejadły się romanse z wampirami w tle i motywy pierwszych miłości nastolatków, usatysfakcjonowany będzie samym sposobem prowadzenia historii. Mead proponuje relację żywą i barwną, a przy tym trochę staroświecką, mniej kolokwialną a bardziej literacką. Swobodnie kształtuje opowieść, chociaż przesyca ją szczegółami z wymyślanego przez siebie świata. Jest dokładna, uważna w prezentowaniu przemyśleń i zachowań – a mimo to nie przytłacza, zachowuje rozrywkową lekkość tekstu. Po kilku tomach można wychwytywać konstrukcyjne schematy stosowane przez autorkę – ale tę powtarzalność dobra narracja bez problemu rekompensuje: Kroniki krwi po prostu dobrze się czyta. To nie seria pop (choć do tego nurtu nawiązuje między innymi rzeczywistością paranormal) – ale ciekawa propozycja dla nastolatek rozmiłowanych w romansowych wątkach. Richelle Mead wie, jak operować w tekście uczuciami, żeby wpływać na czytelniczki. Z tej wiedzy korzysta przy tworzeniu nastroju historii i przy prezentowaniu niebanalnej fabuły. Mead nie musi się martwić o publiczność – kto raz wpadł w świat dampirów i morojów, nie będzie chciał go opuszczać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com