* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 2 czerwca 2019

Brandon Mull: Smocza Straż. Gniew Króla Smoków

Wilga, Warszawa 2019.

Bez fantazji

Królestwo smoków to coś, co Brandon Mull tym razem obiera sobie za tło kontynuacji cyklu Baśniobór. Ale przy skupianiu się na cechach baśniowych istot ten autor – co kompletnie niezrozumiałe – porzuca kreowanie świata przedstawionego. Coś, co było siłą Baśnioboru, tu praktycznie nie istnieje: ograniczeniu ulega cała warstwa opisowa, wszystko to, co tworzy koloryt lokalny. Niby dzięki temu autor trafi do młodszych czytelników – niechętnie nastawionych do opisów – ale opowieść fantastyczna rządzi się przecież swoimi prawami, tu sama kreacja przestrzeni odgrywa ważną rolę, to składnik, którego pominąć po prostu nie wolno. Niby Brandon Mull odnosi się do świata już wymyślonego, a jednak w Smoczej Straży nie ma uroku w narracji, nie ma tej magii, która przyciągała całe rzesze odbiorców. Autor odpuszcza sobie warstwę opisową, zamiast rozłożystej narracji proponuje niekończące się dialogi. Bohaterowie rozmawiają tu bez przerwy, żeby wymieniać się informacjami – na tej podstawie trzeba sobie dopiero odtwarzać obraz ich rzeczywistości, czyli wykonywać pracę autora. Przez takie podejście artystyczne od razu zmienia się klimat książki – zupełnie jakby Brandon Mull zwyczajnie odcinał kupony od wypracowanej wcześniej popularności. O ile w Baśnioborze zachwycał, o tyle w kontynuacji cyklu może co najwyżej wzbudzić lekką ciekawość akcji, prowadzonej jak gra komputerowa. Bohaterowie mają do zrealizowania konkretną misję, wyruszają w podróż, zanim to jednak nastąpi – zdobędą cały zestaw magicznych przedmiotów, artefaktów, które przydadzą się w dalszych wyzwaniach. I już ekwipunek Setha oraz Kendry będzie częściowo sugerować rodzaj późniejszych perypetii. Wiadomo, że każdy rodzaj magicznej broni albo wspomagacza ma swoje ograniczenia – o nich należy pamiętać. Seth i Kendra to postacie czytelnikom doskonale znane. Tym razem Brandon Mull eksponuje lęk Setha przed smokami. Kendra nie ma takiego problemu: opanowuje strach, nawet całkiem nieźle dogaduje się ze smokami. Seth stara się pracować nad sobą, prosi przyjaciela, żeby przybrał groźną dla niego postać i próbuje nie uciec – ale bezskutecznie. Nie są to najlepsze prognozy dla kogoś, kto niedługo trafi do siedliska smoków. A przecież trafić musi, jeśli chce pomóc. Brandon Mull przy okazji zatem próbuje czytelników przekonać do tego, że z każdym problemem można walczyć.

Drugi tom cyklu Smocza Straż to także zestaw walk oraz potyczek – tu dosyć szybko pojawiają się starcia na śmierć i życie, wyzwania zdecydowanie ponad siły dzieci. Jednak sceny batalistyczne bez podbudowy narracyjnej nie mogą już robić tak dużego wrażenia jak w przypadku scen z Baśnioboru. Jest ta książka bardziej przerywnikiem w oczekiwaniu na jakąś bardziej rozbudowaną relację. Niewiele tu smaku prawdziwej fantastyki – może rozczarowanie byłoby mniejsze, gdyby nie to, że Brandon Mull wcześniejszymi swoimi powieściami zaostrzył apetyty dzieci. Teraz pisze coś, co mieści się w standardach rozrywkowej literatury pop – ale nie może wzbudzać zachwytu, raczej zniknie w zalewie podobnych, szablonowo produkowanych książek. Gdzieś zatracił tu autor radość zabawy z proponowanej nierzeczywistości.

sobota, 1 czerwca 2019

Agnieszka Szacka: Kuracja dla serca

W.A.B., Warszawa 2019.

Prawo do zabawy

Bohaterka, która ma już dorosłe dzieci, Renata, dla podreperowania zdrowia udaje się do sanatorium. W sumie nie wiadomo, gdzie się uchowała, skoro zaskakuje ją informacja o tym, że to miejsce schadzek i łóżkowych podbojów: nie jest to przecież wiedza z ostatniej dekady, ale być może autorce potrzebna była postać niewinna i nielicząca na flirt. Zwłaszcza że wszystkie pozostałe kuracjuszki, o czym szybko na miejscu Renata się przekonuje, przybyły tu przygotowane na agresywny podryw. Większość upatruje sobie na ofiarę wycofanego i ponurego przystojnego lekarza, byłego kardiochirurga, w sanatorium też w roli pacjenta. Renata na umizgi i lekcje uwodzenia jest odporna. Przynajmniej na razie. Wydaje jej się, że skoro jest po pięćdziesiątce, nie powinna już szukać miłości, a poza tym – nie chciałaby się do nikogo przywiązywać z obawy przed zranieniem. Stopniowo jednak dociera do niej to, co powiedziała jej córka: powinna zmienić przyzwyczajenia, otworzyć się na nowe znajomości i zobaczyć, co się stanie. Każdy przecież popełnia błędy (zresztą owa córka przeżywa właśnie rozstanie z ukochanym, szefem, z którym romansowała – co kosztuje ją też utratę pracy), nie warto jednak rezygnować z pięknych wspomnień.

W sanatorium Renata trafia do pokoju z przebojową Jolką i chociaż początkowo chce wypełniać zalecenia lekarzy, chodzić na zabiegi, jeść, co podadzą i realizować plan zdrowienia, w końcu wpada w wir życia towarzyskiego. Zaczyna stroić się w pożyczone sukienki i szpilki, chadzać na dyskoteki i wymykać się do restauracji na pożywne (ale pyszne, w odróżnieniu od sanatoryjnych) śniadania. Powoli też klaruje się sytuacja z Pawłem, lekarzem, który ma za nic podrywające go kuracjuszki, a na Renatę zwraca uwagę zapewne na prawach kontrastu. Zaczyna się sanatoryjny romans, jakich wiele.

Fabułą Agnieszka Szacka nie ma szansy nikogo zaskoczyć, od początku wiadomo, jak potoczy się sytuacja, co zrobi Renata i jak się to dla niej skończy – prawa gatunku są nieubłagalne i pod tym względem nie ma co liczyć na odejście od schematów. W narracji natomiast autorka wybiera prostotę i wplatane tu i ówdzie porady dla odbiorczyń. Dzisiejsza pięćdziesiątka (na karku) jest jak trzydziestka, powinny o tym czytelniczki pamiętać i nie dać sobie wmówić, że mają z czegokolwiek rezygnować. Uroki życia są dla nich, podobnie jak romanse i flirty – wszystko jedno, czy chwilowe, pod wpływem impulsu i bez możliwości kontynuacji w prawdziwym życiu, czy też trwałe, prowadzące do głębokiej relacji. Renata dopiero w sanatorium i od wyzwolonych koleżanek uczy się, jak się bawić, poznaje na nowo uroki seksu (bo autorka od mocnych scen łóżkowych nie stroni). Grunt to niczego nie żałować, nauczyć się zabawy i beztroski, która u młodych kobiet może sporo zniszczyć, za to u tych dojrzałych – nie ma już złych konsekwencji. Renata nie musi od razu zamieniać się w drapieżną harpię, która poluje na każdego pana, jaki pojawi się w sanatorium, ale przekonuje się, że trochę luzu się przyda. I po to Szacka pisze tę prostą historię. W samej opowieści często wplata cytaty z evergreenów, piosenki, w których odbiorczynie znajdą ślady własnych miłych wspomnień. Za to nie do zniesienia jest maniera powtarzania znaczeń: jeśli coś się już powie, to dodanie synonimu po przecinku tylko osłabia wypowiedź, powinna sobie autorka to mocno przemyśleć (w jej ujęciu zapewne brzmiałoby to „przemyśleć, przestudiować”). Czytelniczki nie są głupie, a jeśli coś nie dotrze do nich za pierwszym razem, to cała masa synonimów tego nie zmieni. Prosta to powieść, ale kierowana do odbiorczyń zbliżonych wiekiem do bohaterki – więc trafi w odpowiednią grupę fanek literatury kobiecej.

Mysi Domek. Sam i Julia: Urodziny

Media Rodzina, Poznań 2019.

Świętowanie

Krótka historyjka z zagadką na końcu – to coś, co maluchy uwielbiają. A jeśli jeszcze dodatkowo owa historyjka dotyczy tematu nieobojętnego kilkulatkom – motywu urodzin jednej z bohaterek, myszki, która kończy roczek – zabawa zapowiada się niezła. Sam i Julia zostali zaproszeni na urodziny małej kuzynki, wszyscy zajmują się przygotowaniami. Myszki dekorują pokój girlandami z papieru, pieką pyszne ciasto i pakują prezenty. W dniu urodzin przybywają do Zosi w czapeczkach urodzinowych na głowach. Dla Zosi ten dzień zapowiada się wspaniale: najpierw dostaje wielkiego całusa, później bierze udział w rozpakowywaniu prezentów i jedzeniu smacznego ciasta. Trudno wyobrazić sobie lepszą historię. Po raz kolejny mali bohaterowie mogą zajrzeć do Mysiego Domku w wersji kartonowej książeczki o niewielkim formacie. „Urodziny” to tomik dla najmłodszych dzieci, z uproszczoną akcją i tematyką dostosowaną do oczekiwań maluchów – ale ma w sobie to, co starsi odbiorcy (a także dorośli, co jest rzadkością w picture bookach!) bardzo cenią w podstawowym cyklu Mysi Domek: dbałość o detale.

Akcja dzieje się w specjalnie przygotowanym kartonowym domku dla mysich – zrobionych z włóczki czy filcu bohaterów. Cały domek rozrasta się o kolejne pomieszczenia, nie jest tylko jednym mieszkaniem, ale też zestawem sklepów czy przestrzeni, w których można się bawić. Dopracowany w detalach domek urzeka wykończeniami: można tu rozpoznać pochodzenie kolejnych przedmiotów i zmiany ich przeznaczenia (klocki dla myszy to zwykłe kwadratowe koraliki, foremka na ciasto jest z kapsla. Maciupeńkie uchwyty do szafek, kubeczki w kuchni czy książki zachwycają precyzją wykonania. Mało tego: w niektórych pomieszczeniach na ścianach są nie zawsze równo położone kafelki – niewielu odbiorców miałoby cierpliwość, żeby tak przygotowywać domki dla lalek. Tymczasem odkrywanie takich drobiazgów na kolejnych stronach jest jedną z większych przyjemności oglądania książki (nie tylko „Urodzin”, ale każdej publikacji z serii Mysi Domek). W tak przygotowane tło wchodzą myszy – i skupiają na sobie uwagę dzieci, są to bowiem „prawdziwi” bohaterowie (fakt, że nie ma się tu do czynienia ze standardowymi ilustracjami, a ze zdjęciami, przekonuje najmłodszych do takiego poglądu). Myszki sfotografowane w ruchu, w akcji – są ciekawsze niż kreskówka. Dopiero kiedy dzieci usatysfakcjonuje obserwowanie ich działań, mogą przejść do tego, na czym dorośli skupiają się od początku: do kreowania ich świata. Zwłaszcza różnorodność w asortymencie sklepów wydaje się tu zachwycająca: na stoiskach z materiałami jest mnóstwo ścinków i nitek, kolorów i „towarów”, tutaj zabawa tak naprawdę się zaczyna. Twórcy Mysiego Domku dbają o to, by nigdy nie było nudno – ale też żeby wszystko wypadało przekonująco. Sam i Julia pomagają w pieczeniu szarlotki, na stoliku znajdą się zatem jabłka z wydrążonymi szypułkami, niektóre częściowo obrane, a niektóre – pokrojone. Dla odbiorców będzie to możliwość wkroczenia w świat postaci, ze wszystkimi detalami. Publikacja, którą można długo oglądać, za każdym razem odkrywając nowe szczegół i nowe powody do radości. Sam i Julia może nie doświadczają wymyślnych przygód, prowadzą zwyczajne życie – ale sposób pokazywania codzienności w ich wypadku wiąże się z zachwycającymi zdjęciami i śledzeniem obrazków niemal w nieskończoność.

piątek, 31 maja 2019

Harda Horda. Antologia opowiadań

SQN, Kraków 2019.

Fantazja pań

Wcale nie jest to próbka możliwości każdej z autorek, ani też chęć udowodnienia, że fantastyka jest kobietą i że panie w tym gatunku mają sporo do powiedzenia. Nie jest to też pojedynek na małe formy, ani poszukiwanie możliwości, które zapewnia literatura fantasy. Ba, nie jest to nawet reklama działań poszczególnych pisarek, bo tak naprawdę to one – każda z osobna – będą zachętą do sprawdzenia, czym jest Harda Horda, w drugą stronę jeszcze to nie działa. Chociaż po tej publikacji może zacząć. Na tom „Harda Horda” składa się dwanaście opowiadań dwunastu autorek, które zrzeszyły się w internecie, zaistniały jako grupa towarzyska, umożliwiająca wymianę doświadczeń i wskazówek, pomoc twórczą i inspirację, motywację do działania. Łączy je jedno: tworzą literaturę fantastyczną. Dzieli mnóstwo, od poetyki po sfery zainteresowań i podejście do gatunku. Jedne wolą stawiać na zabobony, czary i dawne wierzenia, inne sięgają po futurystyczne scenki i wzbogacają wyposażenie swoich postaci o wymyślne rekwizyty. Jedne zadowalają się bohaterami zaczerpniętymi z ludowych przesądów, inne próbują odrobinę zmodyfikować realia, tak, żeby nieprawdopodobne stało się wyjątkowo bliskie. Jedne lubią bawić, inne – przerażać. Nie dadzą się wrzucić do jednego worka, „Harda Horda” to dowód na ich kreatywność i samodzielność.

Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska – to skład Hardej Hordy. Zestaw nazwisk, które czytelnikom fantastyki powiedzą wiele, książka ma więc szansę zaistnieć na rynku i spowodować swoistą wymianę odbiorców. Autorki nie pozwolą się nudzić, każda z nich zabiera czytelników na moment do stworzonego przez siebie świata. Po to, żeby otwarcie drwić ze strachu przed śmiercią, żeby wywoływać kataklizmy i apokalipsy, albo żeby uruchomić fantazję i przypomnieć, że w literaturze można wszystko. Dwanaście tekstów to dwanaście różnych sposobów opowiadania o nierzeczywistości. Pojawią się tu stylizacje powiązane z miejscem akcji (nawiązania do stereotypowego ujęcia literatury z różnych krajów), zabawy z melodyjnością języka albo z zapożyczeniami z różnych gatunków. Autorki nie traktują zbioru opowiadań jako okazji do autoprezentacji, szukają za to zabawy – dla siebie i dla czytelników.

Jest ta publikacja dobrze przygotowanym przeglądem historii komediowych i tragicznych, zakorzenionych w tradycji albo nowatorskich – ale nigdy nie pozostawiających czytelników obojętnymi. Owszem, trzeba lubić literaturę fantasy i furtki, jakie otwiera przed autorami – żeby w pełni docenić zasób intertekstualiów i genezy pomysłów. Ale Harda Horda pokazuje coś jeszcze: że w dalszym ciągu na rynku jest miejsce na towarzyskie grupy literackie, że można robić coś dla wspólnej satysfakcji. W zasadzie jedyne, co można by w tym tomie zmienić – to zrezygnować z pojedynczych akapitów wyciąganych na osobne strony w charakterze ilustracji. Takich ozdobników ani zajawek odbiorcy tej książki potrzebować nie będą w żadnym momencie, już same nazwiska będą gwarancją skupienia uwagi. Wycieczka w świat wyobraźni w tym wypadku dostarczy odpowiednią dawkę emocji i wyzwoli ciekawość.

czwartek, 30 maja 2019

Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska: Inna kobieta

W.A.B., Warszawa 2019.

Zdrada

Jedna historia z dwóch perspektyw. Jeden mężczyzna i relacja stara jak świat: żona i kochanka – koleżanka z pracy. Banał eksploatowany do granic możliwości, ale tutaj nie jako podstawa fabuły, a uzasadnienie formy. Ada Szulc do Borysa czuje szalone pożądanie. Zaczyna wierzyć, że po mężu-alkoholiku, nawet z małym dzieckiem ma jeszcze szansę na wielką i filmową miłość. Rzuca się na Borysa (albo Borys na nią) przy każdej możliwej okazji. Wprawdzie taka relacja w firmie to zawsze ryzyko (że potem poza ukochanym straci się jeszcze pracę) – ale Ada nie chce wybrzydzać. Boi się, że następna szansa na szczęście nie pojawi się tak łatwo. Z kolei Joanna prowadzi gabinet psychoterapeutyczny. Wysłuchuje problemów par, podsuwa sposoby na wyjście z kryzysu (albo pogodzenie się z losem i rozpoczęcie nowego życia). Staje się wyrocznią i wydaje się, że zna rozwiązania na każde życiowe wyzwanie. Przekonana jest, że jej ukochany mąż, Piotr, to ideał. Nie przypuszcza nawet, że kochający i rozsądny ojciec dwójki dzieci mógłby mieć kogoś na boku i zrujnować idealnie funkcjonującą rodzinę. Problem w tym, że cudowny mąż Joanny i ognisty kochanek Ady to jedna i ta sama osoba.

Karolina Głogowska i Katarzyna Troszczyńska proponują czytelniczkom analizę jednej sytuacji z dwóch ujęć. Ale robią to tak, żeby nie było zbyt łatwo opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Niby z moralnego punktu widzenia wszystko jest jasne: żonatego mężczyzny nie wolno podrywać, Ada powinna być tą, która rozbija szczęśliwy związek. Jednak autorki nie odmalowują jej jako bezwzględnej kusicielki: również Ada jest tu ofiarą, odbiorczynie dostrzegają jej cierpienia i dylematy. Joanna – ofiara oczywista – nie pozostaje bez winy, bo w końcu sytuacja w jej małżeństwie daleka jest od znakomitej, Joanna skupia się na pozorach. Gdyby nie przypadek, nie dostrzegłaby nawet alarmujących sygnałów.

Ta sama historia wygląda inaczej, kiedy przedstawia się ją od strony domowej – a inaczej od strony romansu. Kobiety ogniskują na sobie uwagę, mężczyzna pozostaje – jedynie – katalizatorem akcji. Nie dzieje się tu wiele (pod kątem wydarzeń), liczy się sfera uczuć. Autorki próbują pokazać czytelniczkom, że romanse nie mogą dobrze się skończyć, to rodzaj przestrogi – stąd imitowanie zwykłego życia i akcentowanie najbardziej powtarzalnych sytuacji. Ada i Joanna mają swoje racje, niewiele to jednak zmienia. Co się musi zdarzyć – to się zdarzy, kluczowe będzie borykanie się z konsekwencjami – często bolesnymi. Nie ma ani pięknych małżeństw bez wad, ani bajkowych romansów. Za chwile szczęścia trzeba zapłacić, czasami nawet słono. Głogowska i Troszczyńska o temacie do bólu wyeksploatowanym mimo wszystko piszą lekko, czyta się tę książkę jak standardową obyczajówkę, bez względu na wartościowe i pouczające przesłania. Analiza związków w tym wypadku staje się bazą czytadła, lektura dla pań zamienia się w opis rzeczywistości – a raczej sedna tej rzeczywistości, bez pobocznych trosk i problemów: to konsekwencja romansu, zdrady i małżeństwa przygotowana z wprawą. „Inna kobieta” to nie tylko obyczajowa narracja, ale i przegląd postaw społecznych.

środa, 29 maja 2019

Gill Paul: Zaginiona córka

Mando, Kraków 2019.

Ślady uczucia

Gill Paul nie zgadza się na brutalną historię. W setną rocznicę zamordowania Romanowów powraca do tragedii. W powieści „Zaginiona córka” przywraca do istnienia Marię – która w chwili zbrodni miała siedemnaście lat – i sugeruje, że innym kobietom z carskiej rodziny, przynajmniej niektórym, też mogło się udać ocalić życie. Spora w tym rola przypadku, ale i witalności. Młoda i ponętna Maria, zawsze miła dla strażników, niemal flirtująca beztrosko i radośnie z każdym mężczyzną, przeżywa zamach. Uratowana przez Piotra będzie od tej pory wiodła zupełnie zwyczajne życie – kochanej i kochającej żony, a później też i matki. Nie wolno jej niczym zdradzić pochodzenia (gdyby klejnoty Romanowów wpadły w niepowołane ręce, kobieta znalazłaby się w poważnym niebezpieczeństwie!). Czytelnicy dostaną przegląd całej dorosłej egzystencji Marii – rozkwit pięknej miłości, pierwsze ciąże, a później też serie zmartwień związanych z przemianami politycznymi – drobne dramaty, na które wielka historia nie zwraca w ogóle uwagi ożywają w tej opowieści. Gill Paul cofa się w przeszłość i odnotowuje obyczajowość, codzienność Marii, która znalazła szczęście w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Po drugiej stronie relacji plasuje się Val. Val w latach 70. XX wieku przekonuje się, że prawo w żaden sposób nie chroni kobiet – ofiar przemocy domowej. Kbieta uciekła w małżeństwo przed ojcem-despotą, ale na partnera wybrała sobie damskiego boksera. Małżonek w obliczu obcych zamienia się w czarującego i troskliwego mężczyznę – w zaciszu domowym potrafi podbić oko Val czy bez powodu złamać jej rękę. Ten problem stanowi jedną siłę napędową działań Val: trzeba pokazać czytelniczkom, że takich sytuacji nie można puszczać płazem. Nieważne, czy siłę będą czerpać z nadziei na spotkanie matki, czy z uczuć macierzyńskich, czy też z przyjaźni – muszą walczyć o siebie i opracować dobry plan. Niewiele brakuje, by temat ucieczki przed domowym tyranem przysłonił samą intrygę, w zasadzie dosyć konwencjonalną. Val dowiaduje się od schorowanego ojca, że nie chciał kogoś zabić. Kobieta prowadzi śledztwo – żeby rozliczyć się z przeszłością i poznać szarpiącą nerwy tajemnicę. I to jest motyw, który splata oba wątki. Val i Maria to dwie silne kobiety, które w różnych czasach muszą stawić czoła prawdziwym wyzwaniom ponad siły.

Autorka rozbudowuje motyw Marii w wielki życiorys, niemal sagę, która obejmuje jeszcze egzystencję męża i dzieci – stopniowo zagęszcza akcję, przechodzi od sielanki mimo wszystko do intryg i niebezpieczeństw. W przypadku Val rejestruje tylko mały wycinek jej rzeczywistości – traktuje go bardziej jak rodzaj manifestu, temat społeczny podniesiony do rangi opowieści. „Zaginiona córka” to książka bardzo rozbudowana, przede wszystkim za sprawą historycznego romansu. Gill Paul dba o detale dotyczące obyczajowości i przeszłości, ma tu pole do popisu. Z kolei w opowieści o Val skupia się bardziej na stronie sensacyjnej – i też bardzo dobrze sobie radzi. I tak „Zaginiona córka” staje się relacją całkiem atrakcyjną dla dzisiejszych czytelniczek, chociaż oddaloną czasowo, to jednak dość aktualną w warstwie relacji międzyludzkich.

wtorek, 28 maja 2019

Bartłomiej Grubich: Biegacz

Vesper, Czerwonak 2019.

Krew i rytm

Nie trzeba wiele, żeby zostać mordercą, do tego nie trzeba się specjalnie przygotowywać – taka kwestia pada w pewnym momencie w „Biegaczu”. Niepokojące sygnały jednak zaczną się przewijać z czasem, na początku Bartłomiej Grubich udaje, że będzie tworzyć w konwencji Bildungsroman oraz autobiografii sportowców. Tematy, które go nakręcają – to wspomnienia z dzieciństwa, ale też maratony. Jest tu bohater łaknąć kolejnych sportowych wyzwań: od chwili, gdy poczuł potęgę wolności – udało mu się uciec przed szkolnym prześladowcą – kocha bieganie i uczucie, które się w nim wtedy wyzwala. Realizuje się w maratonach, coraz bardziej testuje swoje ciało. Nie zauważa upływu czasu, kiedy przemierza kilometry. Szuka w takiej aktywności pierwszego poczucia szczęścia. Fragmenty dotyczące biegania są tu bardzo przekonujące – jakby przeniesione z publikacji sportowych, ze zrozumieniem emocji targających bohaterem-biegaczem. Ale „Biegacz” nie należy do sportowych, na przekór tytułowi wpisującemu się w rynkowe mody. Dość szybko nad relacjami z maratonów zaczynają przeważać retrospekcje. Bohater powraca myślami do wcale nie tak sielskiego dzieciństwa. Odtwarza problemy w kontaktach międzyludzkich, szereg przegranych w starciach z klasowymi cwaniaczkami. Biegacz nie ma wspomnień zwycięzcy, bo nawet jeżeli uda mu się odnieść sukces w którymkolwiek momencie – to czuje też gorycz z racji ceny, jaką płaci za spełnienie „marzenia”. W historiach o dojrzewaniu jawi się ta postać jako naiwna, bez większych fajerwerków i odkryć. Bartłomiej Grubich, który w przypadku maratonu odwzorowuje standardowe uczucia biegających, w przypadku wspomnień z dzieciństwa także unika ekstrawagancji. Kiedy powraca myślami narrator do dosyć już odległej przeszłości, przywołuje wydarzenia jednostkowe – ale o uniwersalnej wymowie. Nie powiela informacji, nie kopiuje ich ze standardowych obyczajówek, ale też nie podejmuje ryzyka w kreacji bohatera. W przeszłości zamieści też motywację do biegania – przedstawi pierwszą ucieczkę i emocje, które mają potem stać się nieosiągalną nagrodą za ekstremalny wysiłek. Ale biegacz adrenalinę czerpać może nie tylko z wyścigów. Karmi się strachem, zwłaszcza strachem kobiet. Ma nad każdą z nich potężną przewagę. A to dopiero początek.

Jest zatem „Biegacz” powieścią jakby sklejoną z trzech różnych typów narracji, a w tym kontekście fabuła odgrywa mniejszą rolę niż odwzorowywane emocje. Grubich próbuje połączyć tą książką czytelników z trzech różnych kręgów. Może mu się to udać jako jednorazowy eksperyment, ale w dalszej perspektywie już niekoniecznie, trzeba będzie czegoś więcej niż od-twórczości, żeby przekonać wymagających odbiorców. Autor bardzo dba tu o jakość narracji, stara się dopasować opowieść to do maratończyka, to do psychopaty (w tym wszystkim narracja wspomnieniowa wypada najbardziej neutralnie, ale też może budzić najmniej skrajnych emocji). Dla autora istotne staje się lawirowanie między portretami, odwzorowywanie postaw – a niekoniecznie już wydarzeń, dopiero gdy wchodzi w warstwę thrillera zaczyna się rozkręcać. Widać, że pracował mocno nad warsztatem, proponuje powieść dojrzałą – a przy tym również konstrukcyjnie przemyślaną. Teraz jednak czas na coś z dala od schematów.