* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 4 maja 2011

Agnieszka Tyszka: Miłość niejedną ma minę

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Mądrość życiowa

Agnieszka Tyszka bardzo lubi powieści obyczajowe dla nastolatek osnuwać wokół silnych emocji, na dalszy plan spychając fabułę. Ważniejsza jest dla niej gra uczuć i próba narracyjnego zrozumienia nieszczęśliwej bohaterki, zestawianie lekko onirycznych obrazów z trudnymi do uchwycenia relacjami międzyludzkimi. I pod tym względem jej najnowsza książka „Miłość niejedną ma minę” nie zaskakuje.

A rozpoczyna się historia w momencie dla głównej bohaterki, Julianny, przełomowym: właśnie sfinalizował się rozwód jej rodziców. I mama, i tata mają już nowych partnerów, co kompletnie zaskakuje nastolatkę, podobnie zresztą, jak wiadomość, że wybranka ojca spodziewa się dziecka. Julianna nie umie poradzić sobie z nową sytuacją i wybiera ucieczkę do siostry babci, Marietty, czterdzieści minut kolejką od Warszawy. Tu wreszcie ma szansę znaleźć namiastkę ciepłego rodzinnego domu, tu też może zrealizować dawne marzenie o posiadaniu psa – i z dystansu spojrzeć na ostatnie wydarzenia.

W zasadzie codzienność bohaterki Agnieszka Tyszka przedstawia raczej skąpo: klasa dziewczyny ograniczona jest do jej najbliższej przyjaciółki, Balbiny (Balbina ma skłóconych rodziców i ekscentryczną babcię, która w wieku osiemdziesięciu lat wychodzi za mąż) oraz do zlanego w bezkształtną masę Klubu Księżniczek. Życie Julianny koncentruje się wokół zachwytów nad atmosferą w domu Marietty i – wokół stresu związanego z decyzjami rodziców. Autorka zamyka bohaterkę w kręgu niełatwych myśli i rozważań nieobcych wielu nastolatkom – a kolejne wydarzenia przedziela fragmentami zadania domowego, które wymyśliła polonistka: wykorzystując różne formy stylistyczne uczniowie mają opisać siebie i świat. W wykonaniu Julianny to luźne refleksje, czasem wzbogacone ciekawostkami z życia zwierząt – te zapiski powinny spodobać się co wrażliwszym odbiorczyniom, mają bowiem aforystyczny kształt i ten stopień uogólnienia, który umożliwia identyfikowanie się z autorką przemyśleń. Agnieszka Tyszka lubi tego typu przerywniki i często z nich korzysta, by nie przeładowywać powieści akcją, a lepiej skupić się na wrażeniach młodych bohaterek.

Dzięki pobytowi u Marietty Julianna przyjrzy się doświadczeniom rodziców z innej perspektywy. Zobaczy ludzi bezradnych, którzy mimo odtrącenia szukają do niej klucza i próbują wyciągnąć rękę na zgodę. Surowe oceny bezlitosnej nastolatki łagodzić będzie przepełniona dobrocią Marietta, bezstronna obserwatorka bogatsza o mądrość życiową. Ale Agnieszka Tyszka wplata do powieści także motyw powtarzającego się snu, istotnego dla młodej dziewczyny i niepozbawionego pierwiastka nadprzyrodzonego: we śnie tym przeszłość i tajemnica, o której Julianna i jej matka nie miały pojęcia, ma się połączyć z przyszłością i doprowadzić do zgody. Tyszka wykorzystała tu chwyt być może zbyt oczywisty (chociaż dla większości nastoletnich odbiorczyń zapewne po prostu wzruszający) i wprowadziła do książki nieco ingerencji Sił Wyższych – ale bez trudu można jej to wybaczyć, w krótkiej opowiastce nie było miejsca na głębokie psychologiczne analizy.

Tytuł powieści niejedną czytelniczkę zmyli: tym razem nie będzie tu prostego zakochania, a miłość odniesie się do relacji rodzinnych oraz do szczęścia starszych pokoleń. Tyszka nie wyeksploatowała oczywistego motywu, nie rzuciła swojej bohaterki – chociaż parę razy miała ochotę – w ramiona przystojnego kolegi z kolejki. Ale mówi w tej publikacji parę ważnych rzeczy o istocie międzyludzkich kontaktów, więc warto poczytać.


wtorek, 3 maja 2011

Donna Leon: Dziewczyna z jego snów

Noir sur Blanc, Warszawa 2011.

Komisarz z sercem

Kryminały Donny Leon charakteryzują się ścisłą, nabitą narracją, w której mieszają się dwie sfery: temat sensacyjny, który stanowi podstawę śledztwa oraz prywatne zdarzenia z codzienności komisarza Brunettiego, sympatycznego śledczego, szczęśliwego męża wybitnie sarkastycznej kobiety. W ramach pierwszego zagadnienia pojawiają się zwykle próby opisywania bieżących problemów społeczno-obyczajowych Wenecji (a zdarza się, że poruszane przez Donnę Leon motywy wykraczają poza granice miasta i państwa i odnoszą się do ogólnoludzkich trosk współczesnego świata. W ramach drugiego drobne sprzeczki i nieporozumienia wprowadzają kilka rys do portretu komisarza – tak, by był Brunetti odbierany jako zwyczajny człowiek, nie superśledczy, oddalony od przyziemnych spraw.

Tym razem początkowo komisarz Brunetti angażuje się w tajemniczą opowieść znajomego duchownego, dotyczącą sekty. Niewierzący Brunetti musi podjąć tematy filozoficzno-religijne, by pomóc – zagadnienie wiary zaprząta jego umysł (i staje się bodźcem do ciekawej dyskusji z matką żony) do momentu, w którym komisarz i towarzyszący mu inspektor Vianello nie wyłowią z kanału zwłok jedenastoletniej dziewczynki. Zdziwienie komisarza budzi fakt, że nikt nie zgłaszał zaginięcia dziecka, jak i wyniki badań ciała. Okazuje się, że dziewczynka narodowości romskiej mogła zostać wykorzystana seksualnie przez wysoko postawioną personę, a z pewnością trudniła się też kradzieżami. Tyle że na przeszkodzie w śledztwie staną krewni dziecka, tworzący zamkniętą społeczność i niechętnie odnoszący się do przedstawiciela stróżów prawa. Komisarz Brunetti będzie musiał uciekać się do oryginalnych metod, by poradzić sobie z wyzwaniem.

Donna Leon celowo wybiera na kanwę spraw kryminalnych tematy, które mogą budzić kontrowersje. Wydaje się, że w ten sposób chce doprowadzać do dyskusji społecznych, a przynajmniej prowokować do refleksji. Stawia więc niełatwe pytania o kondycję Włochów, celowo wynaturzając pewne problemy w ramach literatury rozrywkowej. Tu poza zagadką do rozwiązania istotne staje się także nakreślenie społecznego przekroju, wyliczenie miejsc do odkrycia, wywleczenie na światło dzienne spraw wstydliwych i nierozwiązywalnych. Kryminały o komisarzu Brunettim, poza tym, że stanowią źródło relaksu i zabawy, są jeszcze rodzajem zwierciadła, w którym przeglądać się może Italia. Autorka jest mistrzynią obserwacji, co w „Dziewczynie z jego snów” udowadnia podczas prezentowania zachowań dzieci i dorosłych z odrębnego kręgu kulturowego. W przekonujący sposób potrafi odmalować ich sylwetki i sprawia, że cała książka zyskuje na plastyczności.

Komisarz Brunetti nie zasila szeregu superbohaterów czy przynajmniej superdetektywów, bez pomocy innych niewiele udałoby mu się zdziałać. Ale jego atutem – czy czynnikiem odróżniającym go od papierowych kolegów po fachu – będzie jego zaangażowanie emocjonalne w prowadzone sprawy. Komisarz chce wyjaśniać tajemnice nie dla własnej sławy – a żeby przed losem ofiar uchronić innych. Głębokie współczucie staje się u niego katalizatorem do działań. To mechanizmy, którymi Donna Leon może przyciągać czytelników.


poniedziałek, 2 maja 2011

Pija Lindenbaum: Filip i mama, która zapomniała

Zakamarki, Poznań 2010.

Mama smok

Co robić, kiedy nagle, bez uprzedzenia, mama zamieni się w smoka? Kilkuletni Filip nie ma żadnych wątpliwości: trzeba wybrać się po lekarstwo na smoki. Rezolutny chłopiec wreszcie ma szansę wykazać się pomysłowością i odpowiedzialnością – do tej pory był raczej zahukanym, nieszczęśliwym dzieckiem i co rano ukrywał się przed szalejącą z nerwów rodzicielką pod kapturem przypominającym głowę smoka. Teraz mama potrzebuje pomocy i tylko Filip może ją uratować. Przecież jego mama zaczęła wylizywać talerze, bo zapomniała, jak włączyć zmywarkę, z apetytem zjada robaki z trawników i zionie ogniem. Do tej pory wcale nie było lepiej: zestresowana i wiecznie spóźniona kobieta próbowała zrobić wszystko naraz i ciągle krzyczała na syna. Ale Filip w chwili kryzysu nie traci głowy, niebanalnymi pomysłami zapobiega katastrofie i dobrze radzi sobie z mamą, która sama zaczęła potrzebować opieki.

Pija Lindenbaum, autorka tej przeniesionej w baśniową rzeczywistość przygody, niejednokrotnie udowadniała, że potrafi spojrzeć na świat oczami maluchów i nie boi się odważnych oraz zdecydowanych rozwiązań. Jej historyjka jest cudownie absurdalna, a przy tym logiczna i spójna, nie ma w niej niepotrzebnych sensacji czy momentów grozy. Filip z niecodzienną sytuacją radzi sobie bez trudu, a jego babcia – do której chłopiec zagląda w drodze powrotnej od lekarza – traktuje zjawisko bez zdziwienia, za to ze świadomością, że potrzebny jest odpoczynek. Nie znika więź, łącząca mamę i dziecko: Filip nie lęka się smoka, skoro to dalej jego mama, mama, chociaż czasem zachowuje się dziwnie, dba, by dziecku nie stała się krzywda.

W obrazkowej książeczce Zakamarków ilustracje są równie ważne jak tekst. Pija Lindenbaum ozdobiła karty tomu obrazkami, od których trudno oderwać wzrok – są jednocześnie bajkowe i dalekie od konwencjonalnych, Filip i jego mama mają konkretne rysy twarzy. Zachwiania proporcji przypominają o bajkowej historii, ale i o stylu rysowania Lindenbaum, która zawsze tak konstruuje swoje postacie. Warstwa graficzna przynosi zabawne dopowiedzenia do tekstu: kiedy mama zamiast lodów wybiera większy przysmak, to rysunek podpowiada, że rozsmakowała się w mrówkach; kiedy Filip je obiad u babci, mama jako smok śpi smacznie na podłodze, przykryta dywanikiem. Tropienie tego typu gier autorki będzie dla dzieci dodatkową zabawą.

Pod warstwą dowcipnej opowiastki Pija Lindenbaum skrywa ważne przesłania. Zamiana w smoka to nauczka dla mamy, która do tej pory zachowywała się jak nie do końca dorosła osoba – krzywdziła tym swoje dziecko. Filip dowiaduje się, że w sytuacji wymagającej odwagi i stanowczości może sobie poradzić, nie jest więc tak słaby, by zamykać się w swoim świecie i przykrywać czapką w kształcie głowy smoka. Kilkulatek przekonuje się, że może być silny i pomóc mamie. Do tych przesłań dochodzi natomiast mnóstwo śmiechu i dowcipnych scenek, które maskują powagę sytuacji.

Pija Lindenbaum jest autorką, która potrafi przekonać do siebie małych odbiorców dzięki temu, że rezygnuje ze stereotypowego myślenia. To dlatego w jej świecie mama może się na cały dzień przemienić w smoka i nikogo to nie zdziwi.


niedziela, 1 maja 2011

Praca zbiorowa: Kochaj mnie mocniej… Czeskie Opowieści.

Michal Viewegh, Jiří Kratochvil, Daniela Fischerová, Petr Šabach, Vĕra Nosková, Eva Hauserová, Jaroslav Rudiš, Alice Nellis, Boris Dočekal: Kochaj mnie mocniej… Czeskie Opowieści.

Good Books, Wrocław 2011.

Miłość niejedno ma imię

Czeskie poczucie humoru łączy w sobie elementy rubaszności i absurdu, chętniej przełamuje konwenanse i często opiera się na zaskakującym przyspieszeniu nieprzewidywalnej puenty. Mariaż niskiego dowcipu z myśleniem abstrakcyjnym przynosi wrażenie swojskości przy jednoczesnej, ledwo uchwytnej, bo bardzo subtelnej, egzotyce. Jednym z tematów, w których czeskie poczucie humoru widoczne jest najlepiej, okazuje się być miłość. Wyobraźnia autorów zdaje się nie mieć granic, czego dowodem może się stać choćby mały tomik „Kochaj mnie mocniej” – antologia opowiadań poświęconych wielu aspektom jednego zagadnienia. To pewne, że w „Kochaj mnie mocniej” trudno będzie znaleźć konwencjonalne i zbanalizowane motywy czy łatwe do przewidzenia rozwiązania: autorzy starają się tak prezentować relacje między bohaterami, żeby czytelnicy wciąż musieli weryfikować swoje przypuszczenia i opinie – a także – żeby zaskoczenie stanowiło zawsze dodatek do puenty utworu. Ta strategia przekłada się na lekturę – opowieści z tomu „Kochaj mnie mocniej” powinno się smakować powoli i cieszyć się kolejnymi oryginalnymi historiami.

Na kartach tej świetnie wydanej książki spotykają się postacie, które nie chcą tworzyć stereotypowych związków. Mężczyzna starszy od swojej partnerki o dwadzieścia lat musi nagle odnaleźć się w środowisku rówieśników ukochanej: próbuje opracować najwłaściwszy sposób zachowania się wobec wybranki, by nie zostać posądzonym o stetryczałość. Dawny romans ucznia z nauczycielką służy ubarwieniu teraźniejszości, mimo że brzmi jak scenariusz kiczowatej produkcji, co podkreśla jeszcze quasi-dramatyczna forma opowiadania. Pewien aktor o biseksualnej orientacji, frywolnie traktujący międzyludzkie związki, nie może przez całe życie wyrzucić z pamięci jednego przypadkowego pocałunku. Starsza – i piękna – koleżanka ze szkoły – wykorzystuje jednego z bohaterów, by móc wymknąć się na randkę z nieakceptowanym przez rodziców chłopakiem, a żona biznesmena wda się w namiętną przygodę z bioenergoterapeutą. Konsekwencje kiedyś popełnionych błędów powrócą w nieoczekiwanych okolicznościach. Nawet kolej lokalna może stać się areną miłosnych dramatów. Najbardziej chyba zapada jednak w pamięć opowiadanie Alice Nellis, pozbawione typowego dowcipu, za to pełne trafnych obserwacji obyczajowych i skonstruowane na bazie znajomości psychologii płci. Autorka prezentuje narastający w małżeństwie konflikt, wyprowadzony z błahostki – z punktu widzenia obu stron. Zaskakuje przenikliwymi spostrzeżeniami i podrzuca czytelnikom ważny temat do przemyśleń. W pozostałych utworach króluje niepodzielnie zabawa, rozrywka i dowcip – znajomość prostych mechanizmów, które rządzą ludzkimi zachowaniami, zostaje przekuta na lekko absurdalne scenki, fabuła podporządkowana komizmowi i efektownym klauzulom sprawia, że opowiadania z tomiku jawią się odbiorcom jako oryginalne i pomysłowe.

Dziewięciu autorów i troje tłumaczy zapewnia językową i formalną różnorodność opowiadań, a także odkrywcze perspektywy poznawcze. W „Kochaj mnie mocniej” miłość stanowi nadrzędny temat i czynnik łączący wszystkie historie – ale za każdym razem ów motyw jest realizowany inaczej, oceniany i oglądany z wielu stron. Każdy z twórców zwraca uwagę na inne aspekty miłości – i koncentruje się na innych momentach rozwoju, trwania bądź schyłku uczucia, dzięki czemu tomik nie może nikogo znudzić. Małe formy są dobrym sposobem na rozpoczęcie przygody z literaturą czeską – naprawdę wartą zainteresowania. W serii „Czeskie Opowieści”, w Polsce publikowanej za sprawą wydawnictwa Goodbooks, ukazały się jeszcze dwa tomiki – „O kobietach” oraz „Zdrowych i wesołych”, prezentujące teksty współczesnych czeskich autorów.

sobota, 30 kwietnia 2011

Monika Feth: Malarz młodych dziewcząt

WNK, Warszawa 2011.

Zakazane uczucie

Chociaż „Malarz młodych dziewcząt” określany jest przez wydawcę jako thriller psychologiczny, niemal do samego końca czyta się go jak powieść dla nastolatek – tylko kilka motywów cięższych sugeruje, że to rzecz nie dla młodszych odbiorców. Monika Feth jednak lekko i płynnie prowadzi akcję, a w udanej narracji nie przeszkadza jej nawet konieczność komplikowania przeszłości jednej z bohaterek.

Już na początku zazębiają się tu dwa motywy. Jeden to historia Ilki, która mieszka z ciotką i w jej domu czuje się bezpieczna. Drugi – wizja dwóch młodych dziewczyn, Merle i Jette, które straciły współlokatorkę (została zamordowana, a w jej mordercy zakochała się Jette). Do Merle i Jette wprowadza się Mike, chłopak Ilki. Kiedy Ilka nagle znika bez śladu, natychmiast ruszają dwa śledztwa. Jedno – oficjalne, policyjne. Drugie – prowadzone przez przyjaciół dziewczyny, którzy nie tracą zimnej krwi w żadnej sytuacji. Czytelnicy wiedzą dobrze, co się stało, a z czasem dowiadują się też – dlaczego. Bohaterowie muszą dopiero łączyć fakty i bardzo skąpą wiedzę o przeszłości Ilki, by poznać prawdę. Jedyne pytanie, które spaja obie grupy, to to, czy Ilka przeżyje.

Monika Feth stworzyła książkę, bazującą na niepopularnym wątku. Ładnie poradziła sobie z dawkowaniem napięcia i odsłanianiem kolejnych mrocznych sekretów; za każdym razem, gdy odbiorcy dowiedzą się czegoś nowego, będą się zastanawiać, dlaczego to przeoczyli. Autorka nigdy nie odkrywa od razu całej prawdy, pozostawia sobie niuanse na później – by móc wywoływać w czytelnikach kolejne wstrząsy. Do tego jest precyzyjna i bezbłędna – a przy tym doskonale panuje nad wykreowanymi postaciami. Pokazuje kilka różnych przestrzeni, silnie ze sobą powiązanych. Dom ciotki Ilki szybko schodzi na dalszy plan, ale ważną rolę odgrywają inne miejsca (i powiązani z nimi ludzie) – mieszkanie studenckie, gabinet psychoanalityka, dom mamy Jette czy mieszkanie malarza młodych dziewcząt.

Zmienności przestrzeni towarzyszy dobra zmienność punktów obserwacyjnych. Monika Feth prowadzi narrację, skupiając się wokół różnych postaci: raz w centrum uwagi jest Ilka, raz mama Jette – autorka kryminałów, raz policjant prowadzący śledztwo, raz Mike, raz prześladowca dziewczyny, a raz sama Jette (i tu pojawia się pierwszoosobowa narracja mniej ważnej postaci, ładny chwyt literacki). Dzięki temu czytelnicy mogą śledzić akcję i zyskiwać jej wielostronny ogląd, zdobywają też wiadomości, których nie mogą mieć postacie. Taka strategia jest mocno ryzykowna w powieści czerpiącej z literatury detektywistycznej, ale Monica Feth nie wpada w żadne pułapki, nigdy też nie zdradza odbiorcom więcej niż to konieczne. W efekcie książkę cały czas czyta się z dreszczem emocji – chociaż jego przyczyny co pewien czas się zmieniają.

Mimo że autorka zdecydowała się na thriller psychologiczny, łagodzi tę formę i trudno się oprzeć wrażeniu, że trochę cenzuruje powieść. Owszem, pojawia się tu kilka mocnych scen, ale jednocześnie wydaje się podczas lektury, że bohaterowie, szczególnie ci młodzi, osłaniani są parasolem ochronnym przed rozmaitymi niebezpieczeństwami, żeby mogli siły poświęcić na walkę z tym najważniejszym. To tak jakby Monika Feth pierwotnie chciała napisać kryminał dla młodzieży i przełamała w nim tematy tabu silne jeszcze w literaturze czwartej. Nie zmienia to faktu, że „Malarza młodych dziewcząt” czyta się naprawdę dobrze – dzięki pomysłowej fabule i sposobom przedstawiania wydarzeń, a także dzięki nieprzewidywalności postaci, która dodaje smaczku ich posunięciom.

piątek, 29 kwietnia 2011

Aldona Urbankiewicz: Z Miśkiem w Norwegii. Jak łatwo i tanio podróżować z dzieckiem po świecie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Podróż z dzieckiem

Nie każdy, kto podróżuje, nadaje się też do pisania książek podróżniczych. Brak lekkiego pióra zamienia doświadczenie z wyprawy w relację podobną tej, która towarzyszy oglądaniu zdjęć z wakacji w gronie niespecjalnie zainteresowanych znajomych: pasja opowiadającego nie przekłada się na zaangażowanie odbiorców. Aldona Urbankiewicz zastawiła na siebie jedną poważną pułapkę, w którą natychmiast wpadła. Uznała, że zwykły opis wyprawy do Norwegii z małym dzieckiem to czynnik wystarczający do przyciągnięcia czytelników. Pomysł był, realizacja się nie do końca udała. Ale od początku.

Rodzice z czternastomiesięcznym dzieckiem, synem – Mikołajem – decydują się wyjechać na kilkanaście dni do kraju, który oczarował ich dwa lata wcześniej. Przyczepa kempingowa posłuży im za dom, a wydatki zostaną ograniczone do minimum. Na tym kończy się pomysł na opowieść – czytelnicy nie znają celów podróży, nie mają na początku żadnej wizji tego, co może się zdarzyć, atrakcyjność wyprawy ma podnieść fakt, że logistycznie wszystko musi być podporządkowane potrzebom malucha – tyle że to właśnie Aldona Urbankiewicz najczęściej z opowieści usuwa. Rodzice przemierzają Norwegię, podziwiają widoki, a co jakiś czas jedno zyskuje odrobinę swobody, kiedy drugie przejmuje opiekę nad Mikołajem. Do samego końca najbardziej atrakcyjne momenty to albo choroba morska autorki na promie, albo płochliwe owce, zaglądające do samochodu. Zabrakło „dramaturgii” i odrobiny uporządkowania wspomnień.

Urbankiewicz tworzy w konwencji dziennikopamiętnika, utrwala wrażenia na bieżąco i tak już zostawia, zamiast poddać je jakiejkolwiek literackiej obróbce. Chaos poznawczy przekłada się na chaos pisarski – najlepiej wychodzi autorce… opisywanie zasad dobrze znanych gier. Jeśli faktycznie kocha Norwegię tak, jak to deklaruje, zachwyt uniemożliwia jej spokojne opisywanie tego, co nowe. Czytelników mogłoby interesować to, czego we własnym kraju nie spotykają, podobieństwa i różnice natury oraz kultury – ale to występuje tu w szczątkowej formie.

No i Mikołaj. Miał być pretekstem do snucia opowieści, staje się chwilami jej główną przeszkodą. Przede wszystkim kiedy Urbankiewicz zamienia się w mamusię, wpada w nieznośną manierę. Zachwyca się zwykłymi zachowaniami dziecka, które to dziecko uważa za najmądrzejsze i najsprytniejsze na świecie (oczywiście Mikołaj nie jest cudem, zachowuje się normalnie). Interpretuje każde jego zachowanie tak, jakby było to celowe i przemyślane działanie małego podróżnika. Tymczasem Mikołaj nic nadzwyczajnego nie robi. Najciekawsze, że Aldona Urbankiewicz, idealizując swoje dziecko, cenzuruje jednocześnie historię. Zamiast skupić się na radościach oraz problemach podróżowania z takim maluchem, przedstawia tylko te radości, które każda młoda mama ma bez wychodzenia z domu, a problemy w większości pomija milczeniem. W ten sposób na zadane w podtytule pytanie (lub komentarz) „jak łatwo i tanio podróżować z dzieckiem po świecie” czytelnicy dowiedzą się jedynie, że należy zabrać ze sobą zestaw makaronów i sosów – i że z dzieckiem podróżować można. Trochę mało.

Jest tu mnóstwo zdjęć, trochę wiadomości porozrzucanych po narracji. Jest uwielbienie autorki do zdrabniania dwóch wyrazów – „obiadku” i „autka”. Mnie zabrakło w tej książce życia, czegoś poza jeżdżeniem z miejsca na miejsce i oglądaniem fiordów. Może anegdot, które zawsze ubarwiają osobiste wspomnienia, może stopniowania napięcia, może jasnej wizji książki.
Zapewne części odbiorców to, co dla mnie stanowi wady publikacji, będzie się jawiło jako zalety – w końcu Urbankiewicz udowadnia, że warto mieć marzenia i dążyć do tego, by się spełniały… ale to materiał na bloga, nie książkę.


czwartek, 28 kwietnia 2011

Eberhard Schuy: Fotografia produktowa. Od przedmiotu do martwej natury

Galaktyka, Łódź 2011

Rzecz w zdjęciu

W kolejnych publikacjach poświęconych fotografii cenne są nie powtarzane do znudzenia ogólne porady na temat zachowań światła czy ustawień sprzętowych, a indywidualne wskazówki, tajniki warsztatu fachowców. W tym kontekście książka „Fotografia produktowa” będzie niemałym zaskoczeniem dla tych wszystkich, którzy spodziewają się pełnego podpowiedzi przewodnika po świecie fotografowania przedmiotów.

Eberhard Schuy rozpoczyna od kilku prostych ćwiczeń: pokazuje na przykładzie bloczka kartek, jak zachowuje się przedmiot na różnych rodzajach podłoża. Przedstawia kilka pytań, które mają ułatwić twórcom wstępną refleksję nad zdjęciem-zleceniem i w efekcie pozwolić na bezbłędne zaplanowanie kadru. A potem przechodzi do omawiania wybranych swoich prac – ze szczególnym uwzględnieniem aranżacji planu oraz oświetlenia. Wielkoformatowe zdjęcia faktycznie mogą się podobać, więc wyjaśnienia dotyczące ich powstawania zainteresują czytelników. Ale jeszcze bardziej zaintrygować ich może przedziwne zjawisko, przy którym otwierające książkę ćwiczenia wydadzą się niepotrzebne. Eberhard Schuy bowiem nie ma ochoty dążyć do takich ustawień sprzętów, by uzyskać ciekawe odbicia: jeśli potrzebuje płaszczyzny odbijającej przedmioty, sięga po prostu po ich dwa komplety, po czym jeden przykleja nad drugim. Tak robi ze szklanymi naczyniami (szkło to przecież jeden z trudniejszych do fotografowania tematów), a także z korkami do butelek. Z czasem lektura może się zamienić w śledzenie drobiazgów, które wykluczają satysfakcję ze zdjęcia: w butelkach i szklankach „właściwych” do pewnego poziomu znajduje się płyn – w odwróconych tego płynu, rzecz oczywista, nie ma. Wyraźnych ciemnych plam z powierzchni korka brakuje w jego rzekomym odbiciu. Nie zawsze nawet kształty są idealne – jak wtedy, gdy Schuy skleja ze sobą dwa jabłka. Nie mówiąc już o zraszaniu szkła kroplami wody: tu symetrii autor nie ma szansy uzyskać.

Za to ciekawym motywem z „Fotografii produktowej” jest wykorzystywanie filtru wazelinowego, który ładnie rozprowadza światło. Ale i tu Schuy sam sobie zaprzecza: w jednym miejscu książki pisze, że to rozwiązanie stosuje kilka razy w roku (choć opiera na nim większość aranżacji), w innym wyjaśnia – od początku – że lubi tę technikę i sięga po nią bardzo często. Ponieważ autor koncentruje się w opisach na realizacji pomysłu na konkretne ujęcie, zdradza sekrety przygotowywania kolejnych zdjęć: a to ziarenka kawy, perfekcyjnie przyklejone do szkła, a to zwiększanie objętości cieczy kropla po kropli, cierpliwie, przez długi czas. Nie obchodzą go sprawy sprzętu i wszelkie techniczne dane: Schuy wychodzi ze słusznego przecież założenia, że to uzależnione jest od warunków, w jakich robi się zdjęcie i od upodobań każdego fotografa. Ogniskuje uwagę na samych przedmiotach, podkreślaniu ich kształtu czy przeznaczenia. Prawdopodobnie wiele pomysłów zrealizowałby szybciej przy odpowiednim oświetleniu czy zaufaniu do sprzętu – nie musiałby wówczas wypełniać filiżanki kawy piaskiem, a kropel z zaparowanego naczynia łączyć patyczkiem – ale najwyraźniej Schuy lubi taki właśnie system pracy. Zamiast tracić czas na dobranie kąta nachylenia aparatu, traci czas na przygotowanie przedmiotu. Efekty można oceniać w książce, którą ogląda się z przyjemnością, choć i nie bez zdziwienia.

Za to na dołączonej do tomu płycie znajdują się filmy instruktażowe, którymi cieszyć się można bez zastrzeżeń: na czterech produkcjach autor pokazuje między innymi jak przygotować ośnieżoną ozdobę i zdjęcie do bożonarodzeniowej kartki, jak sfotografować szkło z rozjaśnionymi krawędziami, jak uwiecznić dwa kieliszki z winem czy dzbanek i szklankę. Krok po kroku objaśnia zadania fotografa i przybliża tajniki robienia zdjęć już bez uciekania się do sztuczek z przyklejaniem drugiego kompletu naczyń.