* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 6 sierpnia 2024

Michele Assarasakorn: Akcja Psiaki. Mindy uczy się dzielić

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Nowi ludzie

Chociaż seria komiksów Akcja PSIAKI ma przyciągać odbiorców z kręgu psiarzy (i tych, którzy szukają sposobu na zabawy ze zwierzętami, chociaż własnego zwierzęcia w domu trzymać nie mogą z różnych powodów), Michele Assarasakorn dba o to, żeby dostarczać dzieciom zestaw życiowych prawd i psychologicznych dylematów. W tomie "Mindy uczy się dzielić" skupia się na niechęci młodych ludzi do zmian, które nieuchronnie pojawiają się z nadejściem kogoś nowego. Mindy ma podwójny problem: z jednej strony do klasy dołącza nowa dziewczyna. Hazel jeździ na wózku i kocha psy. Jest bardzo miła, uprzejma i serdeczna, pozytywne nastawienie udziela się innym i przyjaciółki Mindy bardzo chętnie wciągnęłyby ją do Psiaków. Hazel nadaje się idealnie. Nie dogaduje się tylko z Mindy - bo też i Mindy nie ma ochoty na nową znajomość i dystansuje się od koleżanki. Przeraża ją myśl, że ktokolwiek miałby dołączyć do zgranej ekipy Psiaków (i nie bierze pod uwagę faktu, że już za chwilę zlecenia dla dziewczyn przerosną możliwości). To jeden kłopot. Drugi Mindy ma w domu. Do tej pory bohaterka mieszkała tylko z mamą, amatorką gier komputerowych. Jednak pewnego dnia spotyka podczas spaceru cudownego kota. Zachwyca się zwierzakiem i nie dostrzega jego właściciela. Tymczasem Michael wydaje się miłym facetem. Natychmiast zaczyna iskrzyć między nim i mamą Mindy - co nie podoba się dziewczynie. Nagle w domu pojawia się ktoś, kto burzy istniejący porządek i zyskuje z miejsca pozycję, jakiej nigdy nikt nie miał. Mindy widzi same wady takiego rozwiązania - nie dostrzega natomiast zalet. Nie widzi, że jej mama jest szczęśliwa, że tak gospodaruje czasem, żeby nie pozbawiać córki dotychczasowych wspólnych przyjemności. Chociaż chciałaby, żeby wszystko wróciło do stanu sprzed zmian, to niemożliwe - dziewczyna musi wsłuchać się we własne emocje i zrozumieć, co się dzieje. To pierwszy krok do unormowania sytuacji. Emocjonalne rozedrganie bohaterki autorka przedstawia z dużą wprawą, tak, że odbiorcy odnajdą się w obawach i zachowaniach Mindy. To bardzo potrzebna opowieść: nie chodzi tu wyłącznie o dogadywanie się w gronie rówieśników, o sztukę chodzenia na kompromisy czy o miłość do zwierząt - liczy się autoanaliza i stawianie czoła życiowym wyzwaniom. Oczywiście Michele Assarasakorn ozdabia swoją opowieść humorem - mnóstwo tu żartów w różnym stylu, zrozumiałych dla różnych grup odbiorców, scenki są wyraziste i przekonujące, a przy tym prawdziwe. Można się mimochodem dowiedzieć czegoś na temat kuchni koreańskiej - tego typu poboczne wątki urozmaicają fabułę i nadają jej atrakcyjności. Dzieje się tu dużo - wyprowadzanie psów schodzi na dalszy plan, ale nie znika z horyzontu, tak, żeby fani serii dostali swoją porcję przygód z czworonogami. Tym razem jednak autorka zwraca uwagę na relacje w grupie (bez względu na jej rodzaj). Wyciąga na światło dzienne głębokie lęki i sprawia, że odbiorcy mogą się zastanowić nad swoimi postawami i nad tym, ile tracą, kiedy zamykają się we własnych uprzedzeniach. Jest to książka cenna i powinna trafić do czytelników jak najszybciej.

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Nicola Edwards: Dzieci świata takie jak Ty

Harperkids, Warszawa 2024.

Cały świat

Różnie autorzy walczą z brakiem tolerancji i przyzwyczajają odbiorców do wielokulturowego świata. Każdy ma swoje pomysły na dotarcie do najmłodszego pokolenia i na oswajanie z różnorodnością w zakresie kolorów skóry, języków, zwyczajów itp. "Dzieci świata takie jak Ty" to książka przygotowana właśnie zgodnie z tym przesłaniem - Nicola Edwards proponuje zapoznawanie się z podstawowymi zwrotami w różnych językach. Tworzy tematyczne wyliczenia i zestawienia powitań, pytania o samopoczucie, wykrzyknień czy mówienia o emocjach. Do tego pokazuje kolejne różnice - między rodzajami domów i mieszkań, typowymi potrawami, zwierzętami domowymi, szkołami, zabawą, alfabetami... Mnóstwo płaszczyzn umożliwia porównania i zestawienia - do tego dochodzi drobna narracja, w formie - przeważnie - podpisów do obrazków (przygotowuje je Andrea Stegmaier). To sposób na zaintrygowanie najmłodszych i na pokazanie im, na jak wiele sposobów dzieci na całym świecie spędzają czas. Nie ma tu przewidywalności: nie wiadomo, do jakich rejonów zawędrują twórcy i do jakich języków akurat się odwołają - wszystko jest zaskakujące i odświeżające, dla dzieci nowe i ciekawe. Być może zainspiruje do samodzielnych poszukiwań i do sprawdzania, jak wyglądają kolejne zwroty w wybranym języku, może też rozbudzą kreatywność zwłaszcza przy różnych znakach innych alfabetów - jest szansa, że każdy odbiorca znajdzie tu coś, co go na moment zatrzyma i zmusi do pracy. "Dzieci świata takie jak Ty" to książka, która nie ma może uporządkowanej narracji - nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejna rozkładówka, liczy się tu mnogość ciekawostek rozproszonych i - jak się wydaje - trochę przypadkowych, przynajmniej jeśli chodzi o dobór najbardziej interesujących reprezentacji danego motywu. Chodzi tu o nagromadzenie jak największego zestawu różnic, żeby uświadomić dzieciom, że nie istnieje coś takiego jak "norma", dla każdego przedstawiciela innego narodu norma może oznaczać zbiór zupełnie innych zachowań - a to z kolei uniemożliwia odrzucanie czy wyśmiewanie innych. Mała lekcja tolerancji w dynamicznym picture booku edukacyjnym - to "Dzieci świata takie jak Ty". Książka przygotowana tak, żeby można się z niej było sporo dowiedzieć i dodatkowo rozbudzić zainteresowanie innymi kulturami. Nicola Edwards wybiera prostą metodę przekonania dzieci o tym, że wszyscy - chociaż różni - są w istocie do siebie podobni i nie ma powodów do dyskryminacji. Stawia na edukację od najmłodszych lat. I chociaż nie proponuje tu żadnych fabuł ani historyjek, może rozbudzić wyobraźnię dzieci, uświadomić im, że świat tylko czeka na odkrywanie i że sama zwyczajność może być wyjątkowa. Dzieci sporo się z tej książki mogą dowiedzieć (ale niekoniecznie to zapamiętają, chyba że akurat trafią na słówka czy wiadomości, które przydadzą im się w relacjach z kolegami z innych kręgów kulturowych). Jednak taka publikacja zachęci ich do zagłębiania się w informacje na temat życia w różnych częściach świata. Jest tu wiele wiadomości, jest zestaw przydatnych uwag - wszystko po to, żeby przypomnieć, że wszystkie dzieci są jednakowe, bez względu na to, jak wygląda ich codzienność.

niedziela, 4 sierpnia 2024

Monica Brashears: Dom pogrzebowy Cottona

Mova, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2024.

Oswajanie

Magnolia jest postacią, której nie da się nie lubić, chociaż robi wiele, żeby na niechęć odbiorców zapracować. Jednak to dziewiętnastolatka, która próbuje poradzić sobie z przytłaczającą rzeczywistością. Właśnie umarła jej babka - więc Magnolia czuje się samotna. Zagubienie zresztą nie opuszczało jej i wcześniej, ale teraz już idzie na całość w autodestrukcyjnych działaniach. Magnolia stres rozładowuje przez seks z przypadkowymi mężczyznami poznawanymi na Tinderze - sprowadza ich do siebie tylko po to, żeby jej alter ego mogło zaspokoić swoje żądze i w ten sposób przynieść ukojenie. Oczywiście ukojenia nie przynosi, przynosi za to trochę kłopotów. Największe zmartwienie to brak pieniędzy. I tu z pomocą przychodzi właściciel domu pogrzebowego, który oferuje rodzinom zmarłych nietypową usługę. Dobra charakteryzacja i odrobina aktorskiego talentu - to wystarczy, żeby pogrążonym w żałobie pozwolić na pożegnanie z bliskimi - jeszcze na żywo. Magnolia ma pracować jako modelka, która udaje medium: ma przekazywać zrozpaczonym krewnym wiadomości z zaświatów. Oznacza to ogrom emocji i bardzo silnych wzruszeń - ale Magnolia jest już osobą mocno doświadczoną przez życie i nie ulega zbyt często sentymentom. Może konfrontować się z cierpiącymi rodzinami i wcielać się w rozmaite postacie - da sobie radę z tak nietypowym zadaniem, bo potrafi znieczulać emocje. Ale poza występami w domu pogrzebowym pojawia się jeszcze jeden motyw dotyczący przemijania: babka, która objawia się bohaterce w różnych chwilach (i w różnych stopniach rozkładu). Ma do przekazania informacje, które mogłyby zmienić egzystencję Magnolii - tyle że dziewczyna niekoniecznie chce słuchać. Musi spotykać się z krewną - bo to nie ona dyktuje warunki.

W tej powieści seks przeplata się ze śmiercią, nie ma żadnych granic ani zahamowań, a zdarzyć się może absolutnie wszystko. Monica Brashears nie kieruje się bowiem ani oczekiwaniami czytelników, ani stereotypami czy schematami w fabułach. Podąża za własnymi pomysłami i przez to może częstować odbiorców zupełnie nieoczekiwanymi rozwiązaniami. "Dom pogrzebowy Cottona" w zwyczajnym świecie budziłby mnóstwo wątpliwości o etyczne strony oferty - jednak w tym wypadku nie ma mowy o psychologicznych dylematach. Można bohaterom zafundować dowolne zestawy doświadczeń bez zastanawiania się, jak to wpłynie na ich mentalność. Monica Brashears zajmuje się raczej uatrakcyjnianiem fabuły niż pogłębianiem charakterów - wystarczająco wyraziste są same przygody. "Dom pogrzebowy Cottona" to książka, która nie zapewni azylu - raczej będzie szarpać nerwy, przypominać o tym, co niewygodne i niechciane - i właśnie dzięki temu tak bardzo przyciąga. Monica Brashears zapewnia odbiorcom przygody z pogranicza rzeczywistości (i bardzo nieprawdopodobne), dzięki czemu może zwrócić uwagę na inne aspekty funkcjonowania w społeczeństwie. "Dom pogrzebowy Cottona" to rozedrgana narracja, zestaw trudnych doświadczeń i komplikacji - ale jako całość bardzo uwodzi. To propozycja idealna dla wszystkich zmęczonych schematami fabularnymi - tu się ich nie znajdzie. Monica Brashears pisze lekko i z pazurem, stawia na dramaty i na sytuacje bez wyjścia - i jest w tym bardzo dobra.

Bing. Mycie zębów to wielka rzecz

Harperkids, Warszawa 2024.

Codzienność

Łatwiej jest przyzwyczaić dzieci do czynności rutynowych, koniecznych i naturalnych dla dorosłych, jeśli przewodnikiem po nich staje się bajkowy bohater. W związku z tym Bing musi udowodnić najmłodszym, że "Mycie zębów do wielka rzecz". Pomaga mu w tym Flop, mały przyjaciel, który zastępuje dorosłych swoim rozsądkiem i wiedzą. To Flop tłumaczy, że nie można zbyt mocno naciskać tubki z pastą (trzeba to zrobić delikatnie i z wyczuciem, żeby wycisnąć odpowiednią ilość pasty), to Flop nastawia minutnik, żeby Bing wiedział, jak długo czyścić zęby - wreszcie to Flop tłumaczy, że czynność tę należy powtarzać rano i wieczorem, bo to ważne, żeby dbać o zęby. Bohater przyswaja sobie tę wiedzę - przyda mu się, żeby edukować małych odbiorców i żeby zwyczajnie dawać im dobry przykład. Bingowi dzieci zaufają, zwłaszcza jeśli obserwują go od pewnego czasu. Ten bohater zwyczajnie oswaja z codziennością, zachowuje się tak, jak mają się zachowywać najmłodsi - dzięki temu bez zbędnych tłumaczeń i bez moralizowania czy pouczania będzie uświadamiać dzieciom, czego nie wolno im zaniedbać. Dbanie o zęby to element dnia, który nie podlega dyskusji - więc też i Bing nie koncentruje się nad tym, jak uniknąć takiego obowiązku, raczej skupia się na jak najlepszym jego realizowaniu. Dzięki współpracy z Flopem może poprawiać błędy, dojrzewa do tego, żeby nie narobić bałaganu w łazience (kiedy przypomina sobie lekcję o naciskaniu tubki). Ponadto autorzy uświadamiają dzieciom, jak dużo je się w ciągu dnia - po tym wszystkim zęby po prostu zasługują na wyczyszczenie.

Cały tomik jest picture bookiem, zestawem screenów z bajki - tak, żeby przyciągnąć uwagę dzieci. Narracja ograniczona do jednoakapitowych komentarzy jest dodatkowo jeszcze modyfikowana przez wielkość liter - łatwiej w ten sposób podkręcać emocje i nadawać dynamiki tekstowi. Przyda się to przy wspólnej lekturze i sprawi, że historyjka nie przebiegnie zbyt szybko. Ciekawy jest kształt kartonowego tomiku - rezygnacja z tradycyjnych prostokątnych stron sprawia, że dzieci mogą potraktować tę książkę bardziej jak zabawkę czy gadżet, rodzaj puzzli czy ciekawostki - i chętniej będą do niej zaglądać. Opowieść utrzymana jest w stylu, który z serii o Bingu znają wszyscy fani, więc nie ma obaw, że ktoś przejrzy podstęp i strategię polegającą na pouczaniu dzieci za sprawą znanego bohatera-autorytetu dla kilkulatków. To po prostu naturalna konsekwencja w budowaniu serii. Królik Bing ma swoich fanów wśród najmłodszych, nie dziwi zatem, że pojawia się w różnych odsłonach, jako ten, który dopiero poznaje świat i potrzebuje czasami wsparcia w nowych doświadczeniach - i jako ten, który automatycznie zamienia się w przewodnika dla młodszych odbiorców.

sobota, 3 sierpnia 2024

Ignacy Nowicki, Artur Nowicki: Bum i brum. Rajd malucha

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024 (gra).

Wyścig

To jest publikacja, która każde dziecko (i niejednego rodzica) ucieszy. Ignacy Nowicki i Artur Nowicki postarali się, żeby Maluch – bohater serii picture booków – zmuszał do aktywności i wspólnej zabawy. „Bum i brum. Rajd Malucha” to gra planszowa, w której wykorzystywane są puzzle i naklejki – to, co dostarcza dzieciom mnóstwa radości. Reguły są proste: należy rzucać kostką i przechodzić na kolejne pola drewnianymi pionkami-maluchami, ozdabianymi według uznania. Jednak planszę do gry trzeba sobie ułożyć samodzielnie z dwudziestu przygotowanych puzzli. Elementy są dość duże, nie kojarzą się z poważnymi układankami – ale chodzi o to, żeby zmieściła się na nich droga, po której poruszać się będą samochody. Nie ma jednego rozwiązania i jednego przepisu na trasę: tutaj wszystko zależy od wyobraźni uczestników i od ich pomysłów na kształt toru wyścigowego. Dopiero po ułożeniu puzzli można będzie przystąpić do gry. Przemieszczanie się między polami zadań – ułatwieniami lub utrudnieniami – nawiązuje do działań kierowców, więc automatycznie gra staje się bardziej atrakcyjna dla młodych odbiorców. Są tu – również do przygotowania – dwie drewniane kostki. Jedna to kostka narzędzi, druga – kostka części samochodowych – ich znaczenie poznają gracze w trakcie zabawy. Plansza – niezależnie od sposobu układania – najeżona jest pułapkami i zadaniami dla graczy, uczestnicy (od dwóch do czterech osób, bo cztery pionki z maluchami zostały przygotowane – ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dodać własne autko) nie będą się tu nudzić. Wykorzystanie tradycyjnej planszówki i oryginalnych rozwiązań oraz pomysłów na wciąganie dzieci w zabawę jeszcze zanim rozpoczną się wyścigi to doskonały pomysł. Gra umożliwia uruchomienie kreatywności i zaangażowanie w akcję, pozwoli dzieciom na nadawanie indywidualnego charakteru poszczególnym pionkom czy samemu torowi wyścigowemu (zresztą na wzór puzzli można tworzyć dalej własne trasy, już na kartce papieru).

Niewielkie pudełko przynosi znakomitą zabawę wszystkim graczom, niezależnie od wieku (gra przeznaczona jest dla dzieci od trzeciego roku życia). Można potraktować ją jako rozrywkę dla całych rodzin – a już obowiązkowo dla małych fanów motoryzacji, którzy najchętniej spędzaliby czas w warsztatach samochodowych albo – obserwując auta podczas spacerów. Udało się połączenie pozaplanszówkowych zadań dla dzieci: i układanie puzzli, i naklejanie elementów na pionki i kostki do gry pozwala na ćwiczenie zręczności i na przedłużenie zabawy w nieoczekiwanym przez najmłodszych kierunku. Gra jest bardzo przyjemna i pomysłowa – nie tylko zwraca uwagę na serię książek dla najmłodszych, ale pozwala też w oderwaniu od przygód Malucha tworzyć własne scenariusze wyścigowe. Gra w połączeniu z puzzlami zapewnia, że dzieci nie będą chciały szybko odłożyć jej na półkę – za każdym razem rozgrywka może wyglądać inaczej, trzeba zatem pamiętać, żeby odpowiednio ją dokończyć przed rozebraniem toru wyścigowego. Bardzo udana realizacja – takich zabawek potrzeba maluchom.

piątek, 2 sierpnia 2024

Muminek i Włóczykij szukają przygód

Harperkids, Warszawa 2024.

Za rogiem

Muminki to bohaterowie, którzy inspirują - małe trolle stworzone przez Tove Jansson trafiają do kolejnych kreskówek i do tomików dla dzieci, czasami w dość luźny sposób prezentujących ich przygody. Liczy się możliwość dostosowania opowiadań do percepcji nawet najmłodszych dzieci - picture booki oraz komiksy kierowane do kilkulatków mają oswoić z bohaterami i przyzwyczaić do ich świata jeszcze przed "prawdziwą" lekturą. Mają ogromną zaletę: są kolorowe i ciekawe, przyciągają wzrok i zaprzyjaźniają z postaciami. W serii picture booków Muminek tym razem pojawia się historyjka "Muminek i Włóczykij szukają przygód" i jest to ciekawa propozycja dotycząca dorastania i samodzielności. Włóczykij to najbardziej wyindywidualizowana postać ze świata Muminków - ze świata, w którym przecież każdy może robić, co zechce. Jednak to właśnie ten bohater znika z nadejściem jesieni i pojawia się na wiosnę - nikt nie wie, gdzie się podziewa i co się z nim dzieje. Chyba że Włóczykij zechce się podzielić z przyjaciółmi opowieściami. To właśnie ten samotnik potrafi najbardziej rozbudzić zew przygód w Muminku, a ten fakt wykorzystują twórcy książeczki "Muminek i Włóczykij szukają przygód". Wszystko zaczyna się od opowieści - Muminek jest zafascynowany przyjacielem i tym, co ten przeżywa. Sam chciałby również zaznać ciekawych doświadczeń i kiedy tylko ma szansę na wyprawę, w dodatku z doświadczonym w tego typu wyzwaniach Włóczykijem, nie waha się ani chwili. Pakuje się i za zgodą rodziców (a nawet z ich entuzjastyczną pomocą) wypływa z Włóczykijem wieczorem na jezioro. Trafia na miejsce, które może zachwycić - i chociaż ma wrócić przed zachodem słońca, nic nie jest w stanie popsuć jego radości. Chyba że strach przed zbyt długim powrotem do domu.

Muminek odkrywa świat za progiem swojego domu, przekonuje się, że czasami warto porzucić własną strefę komfortu i zdecydować się na nieznane. Inaczej nie da się przeżyć przygody. Zestaw nowych doświadczeń pozbawiony jest negatywnych emocji, liczą się tylko radość i zachwyt, a to sprawia, że tomik nadaje się znakomicie na lekturę przed snem. Jest to również historia o przyjaźni - Włóczykij nie przechwala się swoimi doświadczeniami i nie wywyższa się, za to umożliwia Muminkowi bezpieczne wypuszczenie się poza dom i rodzinę. Cała książeczka ma duży druk, jeśli dzieci będą chciały czytać ją samodzielnie to z pewnością takie rozwiązanie bardzo ułatwi im pracę. Ma też wyraziste i bardzo kolorowe obrazki, które będą przykuwać uwagę i wręcz zapraszać do lektury. Jest to tomik bardzo starannie przygotowany z myślą o najmłodszych odbiorcach - nie ma tu ani nudy, ani przewidywalności, za to zapowiadana przygoda nie rozczaruje. Dzieci mogą wkroczyć w świat Muminków i polubić jego bohaterów bez zastrzeżeń - taka propozycja zasługuje na uwagę.

czwartek, 1 sierpnia 2024

Sherri Duskey Rinker: To plac budowy... czy pas startowy?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Lotnisko

Sherri Duskey Rinker trafiła na temat, który miał być pomysłem na jedną książeczkę, a rozrasta się już w całkiem spory cykl, szczególnie lubiany przez małych chłopców - ale także przez wszystkie dzieci zmęczone księżniczkowymi trendami w literaturze czwartej. Tu zmienia się perspektywa: antropomorfizowani bohaterowie wywodzą się z placu budowy (kolejni dołączają w zależności od potrzeb) i swoimi działaniami tworzą kolejne miejsca ważne dla miejskiej infrastruktury. Czasami tylko zachowują się jak ludzie (była tu na przykład kołysanka). Przede wszystkim jednak autorka i ilustrator (AG Ford) zapewniają dzieciom wgląd na teren zwykle ogrodzony i strzeżony, niezbyt bezpieczny dla maluchów, za to arcyciekawy. "To plac budowy... czy pas startowy?" to kolejny tomik rymowanego cyklu - łatwo się domyślić, że tym razem dzielne maszyny zabiorą się za rozbudowę lotniska. Dotychczasowe jest niewydajne, samoloty muszą czekać w kolejkach, a to wszystkich frustruje. Trzeba zatem zbudować nowe, wygodne pasy do startów i lądowania, a kiedy już znajdzie się miejsce na samoloty - można przedstawiać kolejne imponujące maszyny. Znów Sherri Duskey Rinker będzie zatem poszerzać słownictwo dzieci i przedstawiać im nazwy i rodzaje samolotów - ale nie zapomni o starych bohaterach, wprowadzi wszystkich, którzy mogą pomóc na lotnisku: w wykopach, wylewaniu betonu i utwardzaniu dróg, ale też w oczyszczaniu asfaltu ze śladów gumy. Naprawdę imponujący zestaw maszyn pracuje, żeby samoloty mogły bezpiecznie startować i lądować - a fakt, że powiększa się lotnisko, nadaje jeszcze większy rozmach książeczce.

Sherri Duskey Rinker nie traci czasu na nudne opisy. Tu cały czas coś się dzieje, wszyscy krzątają się i wykonują swoje prace, a czasami pomagają też innym, bo wspólne działanie jest równie ważne jak samodzielność w realizowaniu obowiązków. Na oczach dzieci wyrasta prawdziwe lotnisko - to satysfakcjonująca i angażująca maluchy lektura. Nie tylko można tu przyjrzeć się pracom maszyn budowlanych (i poszerzyć wachlarz zabaw dziecka), ale też polubić samych bajkowych (a jednak trochę realistycznych) bohaterów. Ważną rolę odgrywa w tym jakość ilustracji. AG Ford proponuje rysunki z wyraźnymi śladami kredek i cieniowania, pełne szczegółów (ale nie przeładowane nimi, tak, żeby wygodnie się tomik oglądało, ale żeby maszyny nie były infantylne i zbyt upraszczane). Tu mniejsze znaczenie ma bajkowość, a większe - praca nad kolejnymi obiektami. Maszyny w centrum zainteresowania to proste przeniesienie obserwacji kilkulatków, które przeważnie nie mogą się oderwać od widoku wielkich pojazdów. Dzięki takim książeczkom dzieci mogą rozwijać swoje pasje - przekonywać się, co dzieje się na placach budowy różnych rodzajów. "To plac budowy... czy pas startowy" jest tomikiem jak zwykle świetnie przetłumaczonym - Joanna Wajs radzi sobie i z rytmem, i z rymami bez zarzutu: warto na to zwrócić uwagę w zalewie bylejakości tekstowej. Tutaj lektura dostarczy satysfakcji i dzieciom, i ich rodzicom - wspólne śledzenie znanych już postaci w kolejnym błyskawicznym działaniu to przepis na przyjemną rozrywkę.