Egmont, Warszawa 2016.
Za smokiem
Pojawił się na rynku komiksowym tomik interesujący i naprawdę zabawny dla czytelników. Maciej Jasiński i Krzysztof Trystuła powołali do istnienia krasnoluda Napa, żeby dostarczyć odbiorcom rozrywki płynącej z przełamywania konwencji. W kresce i pomysłach da się dojrzeć inspiracje komiksami Janusza Christy (coś jak powrót do Mirmiłowa, tyle że uproszczonego) oraz Szarloty Pawel, są tu elementy zaczerpnięte ze Smerfów, ale i tematy z klasyki literatury fantasy. Źródeł natchnienia jest wiele, ale „Smocza kraina” nie jest zlepkiem zapożyczeń, to barwna historia w stylu, którego najbardziej brakuje dzisiejszym czytelnikom. To komiks sycący i burzliwy, drwiący sobie z najczęściej spotykanych rozwiązań fabularnych, a do tego bajkowy.
Lord Dartor wchodzi w posiadanie krasnoluda. Baśniowego stworka bardzo chce uratować królewna oraz syn jej niani (ustępujący królewnie dla świętego spokoju). Klara i Rodrick uciekają z gnomem i ignorują fakt, że według wszelkich wierzeń krasnoludy to istoty kłamliwe i niewdzięczne. Uczucia macierzyńskie i naiwność królewny sprawiają, że ta ładuje się w kolejne tarapaty. Jeśli weźmie się pod uwagę, że Klarę i Rodricka ściga lord, najgorszy z jego sług i gadający pies, trudno porzucić tak obiecującą lekturę. Autorzy bawią się stereotypami, stosują absurdy, odwołują się do znanych fabuł, ale i pozwalają bohaterom ostro się przekomarzać. Do tego dochodzą smoki, magiczne eliksiry (i konsekwencje ich stosowania), pościgi i… towarzystwo idiotów. „Smocza kraina” ma fabułę rozpiętą na motywie pogoni – ale w taki sposób, by wykorzystać jak najwięcej znanych akcentów. Nic dziwnego, że Jasiński i Trystuła potrafią śmieszyć. Mają też wyczulenie na komizm i właściwie nieograniczoną bazę chwytów wyzwalających śmiech. Nic na serio, to ich dewiza tutaj.
Maciej Jasiński umie uruchamiać oczywiste żarty w ripostach albo budować zupełnie nowe puenty do bajkowych sytuacji. Radzi sobie z żartami bez odwoływania się do dowcipów obiegowych, lubi zaskakiwać czytelników nonsensami. Wie, że w tak przygotowanym komiksie może pozwalać sobie na dowolne wyobraźniowe szaleństwa, im bardziej zwariowane dialogi i sytuacje, tym lepiej. Z kolei Krzysztof Trystuła rezygnuje z piękna i wygładzanych kształtów. Doskonale radzi sobie z odwzorowywaniem emocji, ale i z karykaturami (królewna przez cały czas szczerzy śnieżnobiałe zęby, jak przystało na gwiazdę). Niby rezygnuje z zapełniania tła drobiazgami, ale nie pomija sygnalizowania różnych faktur: tworzy trochę pod przygody Kajka i Kokosza, ale nieco bardziej drapieżnie. Lubi też dodawać pojedyncze kadry eksponujące uczucia i emocje. Poza kolorami do wypełniania konturów stosuje też cienkie kreski lub wzorki tuszem, co jeszcze potęguje wrażenie ruchu. W efekcie tomik przyjemnie się ogląda.
„Smocza kraina” to bardzo udana próba zaistnienia na rynku komiksowym i przyznają to wszyscy, którzy cenią sobie inteligentną rozrywkę oraz zabawy konwencjami. Autorzy nie próbują nikogo edukować, stawiają na przyjemność lekturową i nieźle im to wychodzi. „Smocza kraina” to zaproszenie do świata fantastyki, ale w krzywym zwierciadle. Tutaj na pierwszym planie są dobre pomysły na rozwój akcji, równolegle z udanymi ilustracjami. Zgrywa się to z poziomem komizmu i czytelnicy uzyskują satysfakcjonującą całość. „Smocza kraina” to historia przemyślana pod kątem świata przedstawionego i dopasowanych do niego bohaterów. Nie jest przypadkowa i pozostaje mieć nadzieję, że doczeka się kontynuacji. Warto, żeby ten autorski duet co pewien czas o sobie przypominał.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 7 września 2016
wtorek, 6 września 2016
Michael Schulman: Meryl Streep. Znowu ona!
Marginesy, Warszawa 2016.
Gwiazda
O tym, że żadna aktorka urodzona przed 1960 rokiem nie ma szansy na rolę, jeśli wcześniej tej roli nie odrzuci Meryl Streep, Michael Schulman pisze we wstępie tomu „Meryl Streep. Znowu ona”, półbiografii uwielbianej przez niemal wszystkich aktorki. Ta książka na polskim rynku pojawia się prawie równolegle z filmem „Boska Florence”, co dla tekstu w zasadzie nie ma znaczenia. Schulman bowiem z bliżej nieznanych przyczyn wypełnia swój tom czasami do pierwszego Oscara. Tworzy sobie zręczną oscarową ramę: na pierwszych stronach Meryl (tak najczęściej pisze o swojej bohaterce) odbiera trzeciego Oscara, na ostatnich – pierwszą statuetkę w karierze. A przecież w zbiorowej świadomości Meryl Streep zaistniała później i dla części odbiorców to „później” byłoby również ważne.
Schulman w swojej książce portretuje młodą dziewczynę, która, kiedy już przekona się, jaką siłę daje aktorstwo, starannie przygotowuje się do ról. Przygląda się Meryl jako studentce, pięknej dziewczynie pełnej kompleksów i uciekającej w aktorskie metamorfozy przed autoanalizami. Próbuje przekonać, że ta postać wciąż gra – nawet wtedy, gdy zostaje cheerleaderką i udaje kogoś, kim nie jest, idealnie wpasowując się w bezpieczny oraz przewidywalny schemat. Takie oceny postaw z młodości przydadzą się później, przy nakreślaniu pierwszych ról. Schulman dość przekonująco odnotowuje podejście Meryl Streep do scenicznych wyzwań. Próbuje znaleźć jej sposób na wcielanie się w skrajnie różne bohaterki. I nieźle mu to wychodzi, zwłaszcza że równolegle akcentuje też przemyślane kierowanie przez Meryl drogą zawodową. Tu nie ma przypadku ani dopasowywania się do podsuwanych przez los możliwości – aktorka sama kształtuje swój wizerunek i nie pozwala się zaszufladkować.
Ten aktorski i obiecujący wstęp Schulman przecina dość długą opowieścią na temat pierwszego małżeństwa Meryl Streep. Od razu, gdy tylko dociera do tej kwestii, bohaterka tomu znika mu na dalszym planie – sporo miejsca autor poświęca jej mężowi, jego chorobie i temu, jaki wpływ miały diagnozy na produkcję filmową. W tym wszystkim Meryl Streep istnieje jako wierna i kochająca partnerka, która zawsze dodaje otuch i nie uznaje litości – a całą sytuację przeżywa w samotności. Także po śmierci męża autor bardziej zajmuje się pokazywaniem cierpienia Meryl niż tematami zawodowymi. A potem akcja niespodziewanie bardzo przyspiesza. To, co pierwotnie dawało się w nieskończoność rozwlekać, teraz zamyka się w pojedynczych frazach, nie ma już ciekawych spostrzeżeń na temat filozofii grania czy artystycznych uzasadnień decyzji. Niewiele brakuje, żeby aktorskie portfolio Meryl Strep zamieniło się w wyliczankę, zupełnie jakby od momentu zawarcia drugiego małżeństwa Meryl Streep stała się niedostępna.
„Znowu ona” to biografia napisana tak, że pozostawia niedosyt. W pierwszej części bardzo udana i ciekawa ze względu na uzupełnianie faktów postawami czy przemyśleniami aktorki, w drugiej przyspieszona i pozbawiona zawodowych detali. Schulman pisze nieźle, ale w tej pozycji sprawia wrażenie, jakby nie zdążył dokończyć zbierania materiałów lub bał się podejmowania analiz tego, co odbiorcy mogli obserwować na ekranach kin. Młodą Meryl Streep przedstawia bardzo ciekawie (mimo że z tendencją do idealizowania). Starszej zupełnie nie odważa się przyjrzeć, a szkoda. Chyba że ma w planach drugą część tej książki…
Gwiazda
O tym, że żadna aktorka urodzona przed 1960 rokiem nie ma szansy na rolę, jeśli wcześniej tej roli nie odrzuci Meryl Streep, Michael Schulman pisze we wstępie tomu „Meryl Streep. Znowu ona”, półbiografii uwielbianej przez niemal wszystkich aktorki. Ta książka na polskim rynku pojawia się prawie równolegle z filmem „Boska Florence”, co dla tekstu w zasadzie nie ma znaczenia. Schulman bowiem z bliżej nieznanych przyczyn wypełnia swój tom czasami do pierwszego Oscara. Tworzy sobie zręczną oscarową ramę: na pierwszych stronach Meryl (tak najczęściej pisze o swojej bohaterce) odbiera trzeciego Oscara, na ostatnich – pierwszą statuetkę w karierze. A przecież w zbiorowej świadomości Meryl Streep zaistniała później i dla części odbiorców to „później” byłoby również ważne.
Schulman w swojej książce portretuje młodą dziewczynę, która, kiedy już przekona się, jaką siłę daje aktorstwo, starannie przygotowuje się do ról. Przygląda się Meryl jako studentce, pięknej dziewczynie pełnej kompleksów i uciekającej w aktorskie metamorfozy przed autoanalizami. Próbuje przekonać, że ta postać wciąż gra – nawet wtedy, gdy zostaje cheerleaderką i udaje kogoś, kim nie jest, idealnie wpasowując się w bezpieczny oraz przewidywalny schemat. Takie oceny postaw z młodości przydadzą się później, przy nakreślaniu pierwszych ról. Schulman dość przekonująco odnotowuje podejście Meryl Streep do scenicznych wyzwań. Próbuje znaleźć jej sposób na wcielanie się w skrajnie różne bohaterki. I nieźle mu to wychodzi, zwłaszcza że równolegle akcentuje też przemyślane kierowanie przez Meryl drogą zawodową. Tu nie ma przypadku ani dopasowywania się do podsuwanych przez los możliwości – aktorka sama kształtuje swój wizerunek i nie pozwala się zaszufladkować.
Ten aktorski i obiecujący wstęp Schulman przecina dość długą opowieścią na temat pierwszego małżeństwa Meryl Streep. Od razu, gdy tylko dociera do tej kwestii, bohaterka tomu znika mu na dalszym planie – sporo miejsca autor poświęca jej mężowi, jego chorobie i temu, jaki wpływ miały diagnozy na produkcję filmową. W tym wszystkim Meryl Streep istnieje jako wierna i kochająca partnerka, która zawsze dodaje otuch i nie uznaje litości – a całą sytuację przeżywa w samotności. Także po śmierci męża autor bardziej zajmuje się pokazywaniem cierpienia Meryl niż tematami zawodowymi. A potem akcja niespodziewanie bardzo przyspiesza. To, co pierwotnie dawało się w nieskończoność rozwlekać, teraz zamyka się w pojedynczych frazach, nie ma już ciekawych spostrzeżeń na temat filozofii grania czy artystycznych uzasadnień decyzji. Niewiele brakuje, żeby aktorskie portfolio Meryl Strep zamieniło się w wyliczankę, zupełnie jakby od momentu zawarcia drugiego małżeństwa Meryl Streep stała się niedostępna.
„Znowu ona” to biografia napisana tak, że pozostawia niedosyt. W pierwszej części bardzo udana i ciekawa ze względu na uzupełnianie faktów postawami czy przemyśleniami aktorki, w drugiej przyspieszona i pozbawiona zawodowych detali. Schulman pisze nieźle, ale w tej pozycji sprawia wrażenie, jakby nie zdążył dokończyć zbierania materiałów lub bał się podejmowania analiz tego, co odbiorcy mogli obserwować na ekranach kin. Młodą Meryl Streep przedstawia bardzo ciekawie (mimo że z tendencją do idealizowania). Starszej zupełnie nie odważa się przyjrzeć, a szkoda. Chyba że ma w planach drugą część tej książki…
poniedziałek, 5 września 2016
Agata Czykierda-Grabowska: Jak powietrze
OMG Books, Kraków 2016.
Miłość
Agata Czykierda-Grabowska tworzy idealizowaną bajkę w dzisiejszym stylu. „Jak powietrze”, powieść new adult, to historia o miłości, która pokona wszelkie przeszkody, wiadomo to od pierwszego elektryzującego spotkania bohaterów. Przez prawie pięćset stron autorka będzie mówić odbiorcom to, co zauważyli na samym początku.
Oliwia potrąca na ulicy Dominika. Ponieważ mało go nie przejechała, postanawia mu pomóc, gnana wyrzutami sumienia. Tak poznaje jego młodsze rodzeństwo, którym chłopak się opiekuje – i stopniowo wkracza w jego życie. Przejmuje część obowiązków, prowadzi razem z Dominikiem dom, pielęgnuje maluchy w chorobie. Zyskuje normalność i szczęście, którego od śmierci matki nie zaznała. Dominik, ambitny chłopak, który wychował się w domu dziecka, zakochuje się w Oliwii, uważa ją za ideał, chociaż wie, że oboje pochodzą z różnych światów. „Jak powietrze” to zestaw przeszkód, które trzeba pokonać, żeby doszło do koniecznego happy endu. Przez długi czas bohaterowie uświadamiają sobie własne najskrytsze uczucia, ale mają wiele powodów, by się do nich nie przyznawać. Dla wszystkich wokół jest oczywiste, że są sobie przeznaczeni, ale nie chroni ich to przed niepotrzebnymi sporami. Agata Czykierda-Grabowska w cukierkową miłość wplata jeszcze temat relacji rodzinnych. Oliwia nie potrafi porozumieć się z milczącym ojcem – dopiero gdy sama znajdzie szczęście, spojrzy na domową sytuację z innej perspektywy. O ile motyw zakochania młodych ludzi jest oczywisty i przewidywalny, o tyle drugoplanowy wątek stosunków z ojcem dodaje książce barw. Podobnie zresztą jak portret małych bliźniaków, Kacpra i Hani. Rodzeństwo Dominika przedstawione zostało przez autorkę z dobrym zmysłem obserwacji i wprawą, za to bez męczącej szczebiotliowści. Tu dzieci są przede wszystkim ludźmi, a nie źródłem zaślepionych zachwytów. Dzięki temu przyjemnie śledzi się ich pomysły i zwyczajne przygody.
Autorka nie umieszcza postaci w próżni. Przedstawia ciekawe sylwetki spoza wspólnej orbity bohaterów: sympatycznie wypadają „dresiarze” z Pragi, zaufania nie można mieć za to do byłego chłopaka Oliwii. Pewnych tematów autorka nie przesącza przez filtr psychologiczny – kilka razy zdarza się jej zasugerować źle rokujące na idealną przyszłość postawy, ale tu zawsze wykorzystuje inne czynniki pozwalające bohaterom mimo wszystko walczyć o szczęście. Nie stroni nawet od ingerencji sił nadprzyrodzonych, wszystko po to, by przekonać odbiorców, że szczęśliwa miłość istnieje i pokona każde wyzwanie. Ten idealistyczny i przez cały tom forsowany pogląd uzasadnia szeregiem pułapek – zadziałają one na młodsze czytelniczki.
Czykierda-Grabowska wkracza też na grunt przypisany powieściom erotycznym – seksualne spełnienie staje się powoli obowiązkowym punktem historii obyczajowych, nie inaczej jest i tutaj, chociaż autorka nieco modyfikuje konwencję: to dziewczyna jest w sprawach łóżkowych bardziej doświadczona. Intymne spotkania, chociaż płomienne, udowadniają to, co od dawna wiadomo: boleśnie brakuje w języku określeń, które nie byłyby wulgarne lub metaforyczne na przedstawianie aktu płciowego. W takich chwilach wręcz tęskni się za dawną dyskrecją autorów pozostających przed zamkniętymi drzwiami sypialni. Sceny łóżkowe mało pasują do całej stylistyki tomu „Jak powietrze”, można by się tu obyć bez szczegółów – autorka daje się zniewolić konwencji.
Narracja w tej książce jest prosta i niemal pozbawiona ozdobników, Czykierda-Grabowska skupia się na prawdziwości codziennych scenek (i dobrze jej to wychodzi, mimo nadmiernej wiary w dojrzałe pierwsze uczucie), a nie na zabawach stylem. Jedno, co może w lekturze irytować, to złe panowanie nad zaimkami – autorka wie na pewno, że czytelnicy domyślą się, do czego odnosi się dany zaimek (lub jego brak), choćby poprzednie zdanie zakończyła inną sugestią – jednak kilkanaście lat temu taka niefrasobliwość w tropieniu podmiotów uważana byłaby za dyskwalifikujący błąd. „Jak powietrze” to powieść dla tych, którzy oczekują jednoznacznie pozytywnej historii o pięknie uczucia, bez zbędnych fajerwerków fabularnych – i o młodych ludziach wykazujących się już sporą emocjonalną oraz życiową dojrzałością.
Miłość
Agata Czykierda-Grabowska tworzy idealizowaną bajkę w dzisiejszym stylu. „Jak powietrze”, powieść new adult, to historia o miłości, która pokona wszelkie przeszkody, wiadomo to od pierwszego elektryzującego spotkania bohaterów. Przez prawie pięćset stron autorka będzie mówić odbiorcom to, co zauważyli na samym początku.
Oliwia potrąca na ulicy Dominika. Ponieważ mało go nie przejechała, postanawia mu pomóc, gnana wyrzutami sumienia. Tak poznaje jego młodsze rodzeństwo, którym chłopak się opiekuje – i stopniowo wkracza w jego życie. Przejmuje część obowiązków, prowadzi razem z Dominikiem dom, pielęgnuje maluchy w chorobie. Zyskuje normalność i szczęście, którego od śmierci matki nie zaznała. Dominik, ambitny chłopak, który wychował się w domu dziecka, zakochuje się w Oliwii, uważa ją za ideał, chociaż wie, że oboje pochodzą z różnych światów. „Jak powietrze” to zestaw przeszkód, które trzeba pokonać, żeby doszło do koniecznego happy endu. Przez długi czas bohaterowie uświadamiają sobie własne najskrytsze uczucia, ale mają wiele powodów, by się do nich nie przyznawać. Dla wszystkich wokół jest oczywiste, że są sobie przeznaczeni, ale nie chroni ich to przed niepotrzebnymi sporami. Agata Czykierda-Grabowska w cukierkową miłość wplata jeszcze temat relacji rodzinnych. Oliwia nie potrafi porozumieć się z milczącym ojcem – dopiero gdy sama znajdzie szczęście, spojrzy na domową sytuację z innej perspektywy. O ile motyw zakochania młodych ludzi jest oczywisty i przewidywalny, o tyle drugoplanowy wątek stosunków z ojcem dodaje książce barw. Podobnie zresztą jak portret małych bliźniaków, Kacpra i Hani. Rodzeństwo Dominika przedstawione zostało przez autorkę z dobrym zmysłem obserwacji i wprawą, za to bez męczącej szczebiotliowści. Tu dzieci są przede wszystkim ludźmi, a nie źródłem zaślepionych zachwytów. Dzięki temu przyjemnie śledzi się ich pomysły i zwyczajne przygody.
Autorka nie umieszcza postaci w próżni. Przedstawia ciekawe sylwetki spoza wspólnej orbity bohaterów: sympatycznie wypadają „dresiarze” z Pragi, zaufania nie można mieć za to do byłego chłopaka Oliwii. Pewnych tematów autorka nie przesącza przez filtr psychologiczny – kilka razy zdarza się jej zasugerować źle rokujące na idealną przyszłość postawy, ale tu zawsze wykorzystuje inne czynniki pozwalające bohaterom mimo wszystko walczyć o szczęście. Nie stroni nawet od ingerencji sił nadprzyrodzonych, wszystko po to, by przekonać odbiorców, że szczęśliwa miłość istnieje i pokona każde wyzwanie. Ten idealistyczny i przez cały tom forsowany pogląd uzasadnia szeregiem pułapek – zadziałają one na młodsze czytelniczki.
Czykierda-Grabowska wkracza też na grunt przypisany powieściom erotycznym – seksualne spełnienie staje się powoli obowiązkowym punktem historii obyczajowych, nie inaczej jest i tutaj, chociaż autorka nieco modyfikuje konwencję: to dziewczyna jest w sprawach łóżkowych bardziej doświadczona. Intymne spotkania, chociaż płomienne, udowadniają to, co od dawna wiadomo: boleśnie brakuje w języku określeń, które nie byłyby wulgarne lub metaforyczne na przedstawianie aktu płciowego. W takich chwilach wręcz tęskni się za dawną dyskrecją autorów pozostających przed zamkniętymi drzwiami sypialni. Sceny łóżkowe mało pasują do całej stylistyki tomu „Jak powietrze”, można by się tu obyć bez szczegółów – autorka daje się zniewolić konwencji.
Narracja w tej książce jest prosta i niemal pozbawiona ozdobników, Czykierda-Grabowska skupia się na prawdziwości codziennych scenek (i dobrze jej to wychodzi, mimo nadmiernej wiary w dojrzałe pierwsze uczucie), a nie na zabawach stylem. Jedno, co może w lekturze irytować, to złe panowanie nad zaimkami – autorka wie na pewno, że czytelnicy domyślą się, do czego odnosi się dany zaimek (lub jego brak), choćby poprzednie zdanie zakończyła inną sugestią – jednak kilkanaście lat temu taka niefrasobliwość w tropieniu podmiotów uważana byłaby za dyskwalifikujący błąd. „Jak powietrze” to powieść dla tych, którzy oczekują jednoznacznie pozytywnej historii o pięknie uczucia, bez zbędnych fajerwerków fabularnych – i o młodych ludziach wykazujących się już sporą emocjonalną oraz życiową dojrzałością.
niedziela, 4 września 2016
Gunilla Bergström: Urodziny Alberta
Zakamarki, Poznań 2016.
Kto wie lepiej?
Z taką sytuacją zetknęło się chyba mniej lub bardziej świadomie każde dziecko, Albert Albertson tym razem wychowywać będzie raczej dorosłych. I bardzo dobrze, bo jeśli o uszczęśliwianie najmłodszych chodzi, dorośli czasem kierują się niewłaściwymi przesłankami. Albert kończy właśnie sześć lat i z tej okazji odbędzie się uroczyste przyjęcie. Chłopiec wie, kogo chce zaprosić – i mówi o tym tacie oraz ciotce, która zapala się do zorganizowania kinderbalu. Tyle że i tata, i ciotka mają własne wyobrażenia na temat listy gości. Później okazuje się też, że ciotka wie, jakie zabawy zaproponować kilkulatkom. Jedyny plus jej działań to duża liczba tortów – tak duża, że nawet rozbrykane dzieci nie są w stanie wszystkich zjeść. Albert nie może zdecydować, kogo zaprosić, w co się bawić czy – w co się ubrać. Czy wobec tego uzna przyjęcie za udane?
Gunilla Bergström zwraca uwagę na ważny problem. Dorośli działają tu wprawdzie w dobrej wierze, ale kompletnie tracą z oczu dziecko, dla którego wszystko się odbywa. Zdanie Alberta w ogóle się nie liczy – i gdyby nie fakt, że chłopiec ma szansę zorganizować własne „przyjęcie” na swoich zasadach dzień później, miałby spore powody do frustracji. Ciotka w ogóle nie potrafi słuchać, jest apodyktyczna – mimo dobrych chęci. Najgorsze, że trudno znaleźć sposób, żeby w ogóle wyjaśnić jej niewłaściwość takiego postępowania. Albert ma prawo czuć się pokrzywdzony, a wizja przyjęcia bez przyjaciół i ulubionych rozrywek nie napawa optymizmem. Tomik „Urodziny Alberta” to lektura, która może fascynować dzieci. Autorka pokazuje tutaj kolejne etapy przygotowań, nie pomija odświętnego nastroju i przyjemnego czekania na gości. Albert oczywiście dostaje całą górę prezentów, a do tego dzieci czeka sporo zabaw. To, co proponuje ciotka Fela, może stać się podpowiedzią dla rodziców i miłym urozmaiceniem dziecięcych przyjęć. Ale tylko pod warunkiem, że kilkulatki będą przekonane do takiego sposobu spędzania czasu.
Przyjęcie Alberta, jak łatwo się domyślić, zamienia się w chaos i to sensowna kara dla ciotki, która uparła się, żeby postawić na swoim. Zwłaszcza że ta bohaterka najwyraźniej nie rozumie zasad sprawiedliwości w oczach maluchów. Chociaż ilościowo można porównać zielony i czerwony lizak, jakościowo to nie to samo. O takich pułapkach należy zawsze pamiętać, żeby uniknąć niepotrzebnych kłótni i protestów. Na przyjęciu Albert sprawia najmniej kłopotów, ale też nie czuje się tu na miejscu. „Urodziny Alberta” bardzo przydadzą się rodzicom, którzy i dzisiaj w organizowaniu przyjęć starają się po prostu rywalizować z innymi dorosłymi, a nie biorą pod uwagę zdania pociech.
Tym razem tekst w książeczce jest bardziej rozbudowany (chociaż składa się z krótkich zdań), ale część wyjaśnień autorka przerzuca bezpośrednio do rysunków. Nie opisuje na przykład reguł poszczególnych gier czy rozgardiaszu, jaki robi się przy nieudanej zabawie, woli to pokazać na wymownych rysunkach. Dzieci będą same odkrywać przesłanie danego wątku i wyciągać wnioski, a czasami też ćwiczyć sztukę opowiadania. Na urodzinach Alberta tematów do dyskusji nie zabraknie. Autorka bardzo sprytnie połączyła to, co dzieci ucieszy – czyli opowieść o urodzinowym przyjęciu – z tym, co może zmartwić, a co jest też trudne do wyjaśnienia dorosłym. Albert Albertson tym razem przeprowadza odbiorców przez sytuację o dwojakim wydźwięku. Autorka proponuje celną historyjkę, po którą najmłodsi chętnie sięgną – rezygnuje za to ze schematów i przewidywalnych wydarzeń. Kolorowa książeczka, którą najmłodsi poznawać będą razem z rodzicami, okazuje się bardzo ważna.
Kto wie lepiej?
Z taką sytuacją zetknęło się chyba mniej lub bardziej świadomie każde dziecko, Albert Albertson tym razem wychowywać będzie raczej dorosłych. I bardzo dobrze, bo jeśli o uszczęśliwianie najmłodszych chodzi, dorośli czasem kierują się niewłaściwymi przesłankami. Albert kończy właśnie sześć lat i z tej okazji odbędzie się uroczyste przyjęcie. Chłopiec wie, kogo chce zaprosić – i mówi o tym tacie oraz ciotce, która zapala się do zorganizowania kinderbalu. Tyle że i tata, i ciotka mają własne wyobrażenia na temat listy gości. Później okazuje się też, że ciotka wie, jakie zabawy zaproponować kilkulatkom. Jedyny plus jej działań to duża liczba tortów – tak duża, że nawet rozbrykane dzieci nie są w stanie wszystkich zjeść. Albert nie może zdecydować, kogo zaprosić, w co się bawić czy – w co się ubrać. Czy wobec tego uzna przyjęcie za udane?
Gunilla Bergström zwraca uwagę na ważny problem. Dorośli działają tu wprawdzie w dobrej wierze, ale kompletnie tracą z oczu dziecko, dla którego wszystko się odbywa. Zdanie Alberta w ogóle się nie liczy – i gdyby nie fakt, że chłopiec ma szansę zorganizować własne „przyjęcie” na swoich zasadach dzień później, miałby spore powody do frustracji. Ciotka w ogóle nie potrafi słuchać, jest apodyktyczna – mimo dobrych chęci. Najgorsze, że trudno znaleźć sposób, żeby w ogóle wyjaśnić jej niewłaściwość takiego postępowania. Albert ma prawo czuć się pokrzywdzony, a wizja przyjęcia bez przyjaciół i ulubionych rozrywek nie napawa optymizmem. Tomik „Urodziny Alberta” to lektura, która może fascynować dzieci. Autorka pokazuje tutaj kolejne etapy przygotowań, nie pomija odświętnego nastroju i przyjemnego czekania na gości. Albert oczywiście dostaje całą górę prezentów, a do tego dzieci czeka sporo zabaw. To, co proponuje ciotka Fela, może stać się podpowiedzią dla rodziców i miłym urozmaiceniem dziecięcych przyjęć. Ale tylko pod warunkiem, że kilkulatki będą przekonane do takiego sposobu spędzania czasu.
Przyjęcie Alberta, jak łatwo się domyślić, zamienia się w chaos i to sensowna kara dla ciotki, która uparła się, żeby postawić na swoim. Zwłaszcza że ta bohaterka najwyraźniej nie rozumie zasad sprawiedliwości w oczach maluchów. Chociaż ilościowo można porównać zielony i czerwony lizak, jakościowo to nie to samo. O takich pułapkach należy zawsze pamiętać, żeby uniknąć niepotrzebnych kłótni i protestów. Na przyjęciu Albert sprawia najmniej kłopotów, ale też nie czuje się tu na miejscu. „Urodziny Alberta” bardzo przydadzą się rodzicom, którzy i dzisiaj w organizowaniu przyjęć starają się po prostu rywalizować z innymi dorosłymi, a nie biorą pod uwagę zdania pociech.
Tym razem tekst w książeczce jest bardziej rozbudowany (chociaż składa się z krótkich zdań), ale część wyjaśnień autorka przerzuca bezpośrednio do rysunków. Nie opisuje na przykład reguł poszczególnych gier czy rozgardiaszu, jaki robi się przy nieudanej zabawie, woli to pokazać na wymownych rysunkach. Dzieci będą same odkrywać przesłanie danego wątku i wyciągać wnioski, a czasami też ćwiczyć sztukę opowiadania. Na urodzinach Alberta tematów do dyskusji nie zabraknie. Autorka bardzo sprytnie połączyła to, co dzieci ucieszy – czyli opowieść o urodzinowym przyjęciu – z tym, co może zmartwić, a co jest też trudne do wyjaśnienia dorosłym. Albert Albertson tym razem przeprowadza odbiorców przez sytuację o dwojakim wydźwięku. Autorka proponuje celną historyjkę, po którą najmłodsi chętnie sięgną – rezygnuje za to ze schematów i przewidywalnych wydarzeń. Kolorowa książeczka, którą najmłodsi poznawać będą razem z rodzicami, okazuje się bardzo ważna.
sobota, 3 września 2016
Gdzie jest Dory? Wielki zeszyt filmowy
Egmont, Warszawa 2016.
Kolorowanie
Historyjka o Dory, małej przyjaciółce rybki Nemo, doczekała się kilku różnych książkowych gadżetów. Jednym z nich jest „Wielki zeszyt filmowy”, wielki – nie tylko z nazwy, ale i formatem. Dzieci po raz kolejny poznają tu scenariuszową opowieść, chociaż z większą liczbą szczegółów niż w przypadku klasycznych historyjek. To, co przedtem potraktowane było skrótowo, teraz może ujawniać nowe znaczenia i wypadki – „Wielki zeszyt filmowy” stanowi zatem także uzupełnienie tomików „Gdzie jest Dory” i „Złota księga”. Oczywiście część motywów się powtarza: Dory cierpi na zaniki pamięci, ale kiedy pojawia się w jej głowie myśl o rodzicach, postanawia wyruszyć w podróż. Przemierza ocean dzięki żółwiowi, trafia na stację badawczą, na której spotyka ośmiornicę Hanka i nura Becię oraz rekina wielorybiego, czyli swoją dawną przyjaciółkę. Tu akcja trochę się zagęszcza, bo twórcy tomiku wzbogacają ją o zadania dla dzieci – więc trochę rozbijają klasyczny bieg wydarzeń i taką narrację.
„Wielki zeszyt filmowy” rozpoczyna się bardzo atrakcyjnie dla najmłodszych odbiorców, bo – naklejkami. Pierwsza strona to cztery naklejki pocztówkowego formatu, druga to zestaw drobnych, z bohaterami filmów. Tu najczęściej pojawiają się, rzecz jasna, Marlin, Nemo, Dory i jej rodzice – w różnych zestawieniach i z różnymi komicznymi minami. A ponieważ nie ma w tomiku zagadek wymagających uzupełnienia naklejkami, to prezent, który dzieci dowolnie sobie zagospodarują. Później zaczyna się właściwa historia – z odrobinę modyfikowaną w stosunku do innych tomików o Dory narracją, tak, żeby odbiorcy wszystkich części mogli i teraz zagłębić się w historię. W „Wielkim zeszycie filmowym” nie będzie – co zrozumiałe – fabularnych przekształceń, ale historia różni się w detalach od innych. Najważniejsze jednak polega na wyznaczeniu roli dzieciom. Maluchy śledzą relację o przygodach Dory w tekście (krótkim i z ograniczanymi opisami) oraz na dużych i bajecznie kolorowych ilustracjach. Co pewien czas jednak miejsce bajkowych kadrów zajmują kreskówkowe kontury postaci. Tekst się wówczas nie urywa, ale zaczyna stanowić podpowiedź co do charakteru przedstawianej graficznie sytuacji. Po przeczytaniu fragmentu tekstu dzieci dowiedzą się, jak potraktować rysunek. Teraz muszą nadać mu kolory. Kolorowanie tak dużych płaszczyzn to prawdziwe wyzwanie. Do tego należy pamiętać o baśniowych kolorach w całym tomiku: stworzenie takich pejzaży i scenek wymaga umiejętności i wyobraźni. Dzieci mogą przyjrzeć się ubarwieniu bohaterów, ale pytanie, czy uda im się to powtórzyć w kolorowankach. To dobra zabawa, ale i ćwiczenie na spostrzegawczość.
W ogóle chociaż autorzy podsuwają małym odbiorcom wielkoformatowe rysunki do pokolorowania, oddalają skojarzenia z tradycyjnymi kolorowankami. Strony zadaniowe nie funkcjonują tu przecież osobno, stanowią logiczną kontynuację historii. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie się ich spodziewać – pojawiają się nagle i bez ustalonego rytmu. To zmienia lekturę w zabawę i jest kolejnym sposobem na twórcze wykorzystanie mechanizmów rynkowych. Historyjka o Dory w kolejnej odsłonie również przyciągnie najmłodszych – nawet tych, dla których filmowa fabuła wolna jest od tajemnic. „Wielki zeszyt filmowy” zachęca do obejrzenia kinowego hitu, ale pozwala też dzieciom sprawdzić się w budowaniu magicznych światów. To udane połączenie reklamy i rozrywki, sposób na dotarcie do odpowiedniej grupy odbiorców. Przygody Dory jako temat kolorowanki nie rozczarują żadnego malucha, a łączą się też z tradycyjnym picture bookiem.
Kolorowanie
Historyjka o Dory, małej przyjaciółce rybki Nemo, doczekała się kilku różnych książkowych gadżetów. Jednym z nich jest „Wielki zeszyt filmowy”, wielki – nie tylko z nazwy, ale i formatem. Dzieci po raz kolejny poznają tu scenariuszową opowieść, chociaż z większą liczbą szczegółów niż w przypadku klasycznych historyjek. To, co przedtem potraktowane było skrótowo, teraz może ujawniać nowe znaczenia i wypadki – „Wielki zeszyt filmowy” stanowi zatem także uzupełnienie tomików „Gdzie jest Dory” i „Złota księga”. Oczywiście część motywów się powtarza: Dory cierpi na zaniki pamięci, ale kiedy pojawia się w jej głowie myśl o rodzicach, postanawia wyruszyć w podróż. Przemierza ocean dzięki żółwiowi, trafia na stację badawczą, na której spotyka ośmiornicę Hanka i nura Becię oraz rekina wielorybiego, czyli swoją dawną przyjaciółkę. Tu akcja trochę się zagęszcza, bo twórcy tomiku wzbogacają ją o zadania dla dzieci – więc trochę rozbijają klasyczny bieg wydarzeń i taką narrację.
„Wielki zeszyt filmowy” rozpoczyna się bardzo atrakcyjnie dla najmłodszych odbiorców, bo – naklejkami. Pierwsza strona to cztery naklejki pocztówkowego formatu, druga to zestaw drobnych, z bohaterami filmów. Tu najczęściej pojawiają się, rzecz jasna, Marlin, Nemo, Dory i jej rodzice – w różnych zestawieniach i z różnymi komicznymi minami. A ponieważ nie ma w tomiku zagadek wymagających uzupełnienia naklejkami, to prezent, który dzieci dowolnie sobie zagospodarują. Później zaczyna się właściwa historia – z odrobinę modyfikowaną w stosunku do innych tomików o Dory narracją, tak, żeby odbiorcy wszystkich części mogli i teraz zagłębić się w historię. W „Wielkim zeszycie filmowym” nie będzie – co zrozumiałe – fabularnych przekształceń, ale historia różni się w detalach od innych. Najważniejsze jednak polega na wyznaczeniu roli dzieciom. Maluchy śledzą relację o przygodach Dory w tekście (krótkim i z ograniczanymi opisami) oraz na dużych i bajecznie kolorowych ilustracjach. Co pewien czas jednak miejsce bajkowych kadrów zajmują kreskówkowe kontury postaci. Tekst się wówczas nie urywa, ale zaczyna stanowić podpowiedź co do charakteru przedstawianej graficznie sytuacji. Po przeczytaniu fragmentu tekstu dzieci dowiedzą się, jak potraktować rysunek. Teraz muszą nadać mu kolory. Kolorowanie tak dużych płaszczyzn to prawdziwe wyzwanie. Do tego należy pamiętać o baśniowych kolorach w całym tomiku: stworzenie takich pejzaży i scenek wymaga umiejętności i wyobraźni. Dzieci mogą przyjrzeć się ubarwieniu bohaterów, ale pytanie, czy uda im się to powtórzyć w kolorowankach. To dobra zabawa, ale i ćwiczenie na spostrzegawczość.
W ogóle chociaż autorzy podsuwają małym odbiorcom wielkoformatowe rysunki do pokolorowania, oddalają skojarzenia z tradycyjnymi kolorowankami. Strony zadaniowe nie funkcjonują tu przecież osobno, stanowią logiczną kontynuację historii. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie się ich spodziewać – pojawiają się nagle i bez ustalonego rytmu. To zmienia lekturę w zabawę i jest kolejnym sposobem na twórcze wykorzystanie mechanizmów rynkowych. Historyjka o Dory w kolejnej odsłonie również przyciągnie najmłodszych – nawet tych, dla których filmowa fabuła wolna jest od tajemnic. „Wielki zeszyt filmowy” zachęca do obejrzenia kinowego hitu, ale pozwala też dzieciom sprawdzić się w budowaniu magicznych światów. To udane połączenie reklamy i rozrywki, sposób na dotarcie do odpowiedniej grupy odbiorców. Przygody Dory jako temat kolorowanki nie rozczarują żadnego malucha, a łączą się też z tradycyjnym picture bookiem.
piątek, 2 września 2016
Agnieszka Olszanowska: Listy z dziesiątej wsi
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Przeszłość
Dla fanek literatury kobiecej Agnieszka Olszanowska ma dość nietypową propozycję. Jej „Listy z dziesiątej wsi” to w niewielkim stopniu nawiązanie do modnych czytadeł. W przygodzie Beaty tylko początek przypomina standardowe dzisiejsze powieści obyczajowe: kobietę z dwoma synami porzuca mąż. Beata musi wziąć się w garść i zawalczyć o lepszą przyszłość dla siebie i dzieci. Na razie wraca do brata, chociaż mieszkanie w rodzinnym domu bywa obarczone sporymi przykrościami. Kuba bywa despotyczny i agresywny, chociaż pomaga, to jednocześnie niszczy bohaterkę podejrzliwością czy otwartymi oskarżeniami. Beata pokazuje natomiast, co to znaczy być silną kobietą. Znajduje pracę w budce z fast foodem i rozpoczyna mozolne budowanie relacji z dziwnym ale dobrym szefem. To „dzisiejsza” część „Listów z dziesiątej wsi”, ta bardziej konwencjonalna i zwykła, mimo że autorka na wstępie rezygnuje z obiecywania sielanki. „Niedzisiejsza” część oznacza wyprawę w przeszłość – ta wyraźnie Olszanowską kusi bardziej niż współczesność i losy Beaty. Bohaterka odkrywa listy swojej babki (część korespondencji znajduje się w rękach szefa) i dowiaduje się z nich, z czym zmagała się przodkini. Poznaje, czym naprawdę jest determinacja i walka o szczęście, dowiaduje się o mrocznych sekretach z przeszłości i rodzinnych problemach. To trochę jak odwrotność poszukiwania skarbu: tutaj na horyzoncie nie majaczy skrzynia z rodowymi precjozami, nagrodą może być co najwyżej radość ze zdobycia wiedzy. Owa wiedza bywa wprawdzie podszyta goryczą, ale jest cenna w małej wiosce, w której dawne sprawy przechodzą na kolejne pokolenia.
Najpierw Olszanowska mocno skupia się na Beacie i jej doznaniach oraz przeżyciach. Dramat porzuconej kobiety, brak perspektyw, oskarżający wzrok brata i dzieci – wszystko sprzysięga się przeciwko Beacie. Jednak dopiero w listach Basi i Stacha widać, jakie nieszczęścia dotykały ludzi dawniej. Tu autorka wplata do historii dramaty rodzinne, ale i sprawy z wielkiej polityki, przeprowadza odbiorców przez losy kraju postrzegane z perspektywy prostych ludzi z maleńkimi marzeniami. Tu żadne uczucia nie mogą być oczywiste ani czytelne, wszystko trzeba przeanalizować. A Agnieszka Olszanowska daleka jest od nasycenia fikcji literackiej optymizmem i cukierkowymi romansami. Kusi ją za to mrok, tajemnica i niebezpieczeństwo. To doskonała odskocznia od lukrowanych fabułek, ale i ciekawy zestaw portretów psychologicznych.
Za to niespecjalnie udała się konstrukcja książki. Autorka bardzo lubi melodyjność dawnej składni czy śpiewność ludowych narracji, kiedy tylko w historii Beaty nawiązuje do przeszłości, mimochodem wpada w pułapkę inwersji i odrębnych akcentów zdaniowych. Kiedy tylko nadarza się okazja na prześledzenie treści listów, niemal zapomina o teraźniejszości, zagłębia się w dokumenty, jakby nic poza nimi nie istniało. To zabieg dość naiwny i w tej realizacji niezbyt przekonujący, chociaż wiadomo, że z bloku listów odbiorcom łatwiej będzie wydobyć informacje niż ze strzępków rzucanych tu i ówdzie fragmentów korespondencji. Olszanowska łamie też zasady konstruowania fabuły, jeśli chodzi o wskazówki na przyszłość. Trochę wzoruje się na Grażynie Jeromin-Gałuszce, chociaż bardzo chce być osobna.
„Listy z dziesiątej wsi” są powieścią w warstwie narracyjnej nierówną, ale i tak wynagradza to czytelniczkom klimat historii i sam dobór wydarzeń. Olszanowska świadomie odrzuca zwyczajność i obietnice udanego życia, woli niebezpieczeństwo i brak wygody. Proponuje więc odbiorcom inne spojrzenie na historie o miłości i obyczajówki. Sam ten pomysł już się liczy, nawet jeśli realizacja ma słabe punkty. „Listy z dziesiątej wsi” to powieść być może nie dla wszystkich, ale na pewno warta dostrzeżenia.
Przeszłość
Dla fanek literatury kobiecej Agnieszka Olszanowska ma dość nietypową propozycję. Jej „Listy z dziesiątej wsi” to w niewielkim stopniu nawiązanie do modnych czytadeł. W przygodzie Beaty tylko początek przypomina standardowe dzisiejsze powieści obyczajowe: kobietę z dwoma synami porzuca mąż. Beata musi wziąć się w garść i zawalczyć o lepszą przyszłość dla siebie i dzieci. Na razie wraca do brata, chociaż mieszkanie w rodzinnym domu bywa obarczone sporymi przykrościami. Kuba bywa despotyczny i agresywny, chociaż pomaga, to jednocześnie niszczy bohaterkę podejrzliwością czy otwartymi oskarżeniami. Beata pokazuje natomiast, co to znaczy być silną kobietą. Znajduje pracę w budce z fast foodem i rozpoczyna mozolne budowanie relacji z dziwnym ale dobrym szefem. To „dzisiejsza” część „Listów z dziesiątej wsi”, ta bardziej konwencjonalna i zwykła, mimo że autorka na wstępie rezygnuje z obiecywania sielanki. „Niedzisiejsza” część oznacza wyprawę w przeszłość – ta wyraźnie Olszanowską kusi bardziej niż współczesność i losy Beaty. Bohaterka odkrywa listy swojej babki (część korespondencji znajduje się w rękach szefa) i dowiaduje się z nich, z czym zmagała się przodkini. Poznaje, czym naprawdę jest determinacja i walka o szczęście, dowiaduje się o mrocznych sekretach z przeszłości i rodzinnych problemach. To trochę jak odwrotność poszukiwania skarbu: tutaj na horyzoncie nie majaczy skrzynia z rodowymi precjozami, nagrodą może być co najwyżej radość ze zdobycia wiedzy. Owa wiedza bywa wprawdzie podszyta goryczą, ale jest cenna w małej wiosce, w której dawne sprawy przechodzą na kolejne pokolenia.
Najpierw Olszanowska mocno skupia się na Beacie i jej doznaniach oraz przeżyciach. Dramat porzuconej kobiety, brak perspektyw, oskarżający wzrok brata i dzieci – wszystko sprzysięga się przeciwko Beacie. Jednak dopiero w listach Basi i Stacha widać, jakie nieszczęścia dotykały ludzi dawniej. Tu autorka wplata do historii dramaty rodzinne, ale i sprawy z wielkiej polityki, przeprowadza odbiorców przez losy kraju postrzegane z perspektywy prostych ludzi z maleńkimi marzeniami. Tu żadne uczucia nie mogą być oczywiste ani czytelne, wszystko trzeba przeanalizować. A Agnieszka Olszanowska daleka jest od nasycenia fikcji literackiej optymizmem i cukierkowymi romansami. Kusi ją za to mrok, tajemnica i niebezpieczeństwo. To doskonała odskocznia od lukrowanych fabułek, ale i ciekawy zestaw portretów psychologicznych.
Za to niespecjalnie udała się konstrukcja książki. Autorka bardzo lubi melodyjność dawnej składni czy śpiewność ludowych narracji, kiedy tylko w historii Beaty nawiązuje do przeszłości, mimochodem wpada w pułapkę inwersji i odrębnych akcentów zdaniowych. Kiedy tylko nadarza się okazja na prześledzenie treści listów, niemal zapomina o teraźniejszości, zagłębia się w dokumenty, jakby nic poza nimi nie istniało. To zabieg dość naiwny i w tej realizacji niezbyt przekonujący, chociaż wiadomo, że z bloku listów odbiorcom łatwiej będzie wydobyć informacje niż ze strzępków rzucanych tu i ówdzie fragmentów korespondencji. Olszanowska łamie też zasady konstruowania fabuły, jeśli chodzi o wskazówki na przyszłość. Trochę wzoruje się na Grażynie Jeromin-Gałuszce, chociaż bardzo chce być osobna.
„Listy z dziesiątej wsi” są powieścią w warstwie narracyjnej nierówną, ale i tak wynagradza to czytelniczkom klimat historii i sam dobór wydarzeń. Olszanowska świadomie odrzuca zwyczajność i obietnice udanego życia, woli niebezpieczeństwo i brak wygody. Proponuje więc odbiorcom inne spojrzenie na historie o miłości i obyczajówki. Sam ten pomysł już się liczy, nawet jeśli realizacja ma słabe punkty. „Listy z dziesiątej wsi” to powieść być może nie dla wszystkich, ale na pewno warta dostrzeżenia.
czwartek, 1 września 2016
Daniel Lewczuk: 4 pustynie. Biegnij i znajdź własną drogę
Agora, Warszawa 2016.
Do mety
Daniel Lewczuk ochoczo dołącza do grupy biegających długie dystanse. Jego opowieść o biegach ekstremalnych – trasach prowadzących przez cztery pustynie (w tym jedną „zimową”) ukazuje się właśnie nakładem wydawnictwa Agora i uświadamia, że naprawdę każdy może zacząć biegać: nie ma powodów, by tego nie robić. Lewczuk bardzo mocno akcentuje swoją motywację – na początku to chęć walki z nadwagą, przyczyną coraz poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. Później – szukanie ciekawych wyzwań i adrenaliny. I chociaż ten autor kilka razy podkreśla, że udział w wyścigach ekstremalnych nie jest tani, sama przygoda może skusić niejednego odbiorcę. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć zmieniać swoje życie natychmiast, od razu po zakończeniu lektury tomu „4 pustynie”.
Daniel Lewczuk nie zamienia się w zawodowego sportowca. Owszem, wymienia fachowo elementy wyposażenia obowiązującego na trasach, tłumaczy, co i dlaczego się przydaje, ale nie katuje odbiorców technicznymi detalami. Nie liczy obsesyjnie kalorii, nie zajmuje się kwestią diety, nie zapisuje programu treningów. Obce jest też mu analizowanie krok po kroku każdego z biegu. Przedstawia siebie – i swoje bieganie – od strony indywidualnej, niczego nie uogólnia, za to tłumaczy, jak czuje się po zakończeniu kolejnego wyzwania. Przedstawia również projekt będący najlepszą motywacją do podjęcia wysiłku, czyli plan przebiegnięcia czterech pustynnych tras. To konkretny cel, który, w dodatku, wiąże się z pionierstwem: do tej pory żadnemu Polakowi nie udało się ukończyć Wielkiego Szlema w ciągu roku. Lewczuk zamierza tego dokonać, a następnie poznaje jeszcze trzech biegaczy, z którymi stanowić będzie, przynajmniej do pewnego momentu, zespół. Problem w tym, że sportowe początku autora wcale nie wyglądają bajkowo, a już na pewno nie przypominają wstępów z autobiografii sportowców. Lewczuk dowiaduje się, że nie wystarczy wstać z fotela i pobiec. Na początku popełnia koszmarne błędy w arcytrudnych zawodach, szuka „swojego” sportu i na szczęście nie zraża się klęskami ani frycowym. Cierpliwie czeka na sportowy impuls, choć wielu na jego miejscu dawno by zrezygnowało. W końcu jednak udaje się odnosić prywatne sukcesy i to najlepsza nagroda. A na trasach nawiązują się czasem ciekawe znajomości, mimo że wiele razy autor wspomina o niechęci sportowców do pomocy rywalom. Nie zawsze jest źle, pozytywne momenty przeważają, jednak Lewczuk na bieganie spogląda inaczej niż gwiazdy ultramaratonów w swoich reklamowych publikacjach. To „inaczej” może się dla części czytelników okazać atutem, bo książka wypada przez to bardziej szczerze (choć, siłą rzeczy, również mniej dynamicznie).
Daniel Lewczuk nie unika tematów trudnych i z humorem podchodzi do przeszkód. Odważnie wyznacza sobie cele, podejmuje wyzwania i nie dorabia do tego wielkich ideologii. Najbardziej zachęcające do zmiany trybu życia mogą być w tym wypadku zdjęcia, którymi autor ozdabia swoje wywody. W warstwie tekstowej książka okazuje się naturalnym zwierzeniem. Lewczuk nie sili się na literackie poszukiwania, opowiada swoje przygody językiem potocznym, nie unika kolokwializmów czy elementów slangu, chce, żeby jego książka była zrozumiała dla szerokiego grona odbiorców. Część czytelników polubi go właśnie za naturalność, za to, że nie udaje kogoś innego, nie stylizuje się i nie naśladuje modnych biegowych publikacji. Znajduje dla siebie miejsce może i z dala od fleszy, ale przyjemne. W lekturze wypada nieźle, oczywiście nie od strony opracowania tekstowego, a za sprawą przeżyć, których dostarcza czytelnikom, mimo (a może właśnie dlatego) że unika sterowania przeżyciami i odczuciami odbiorców. „4 pustynie. Biegnij i znajdź własną drogę” to publikacja wolna od motywacyjnych zapędów, wpisująca się w nurt literatury sportowej i pokazująca, że każdy ma do opowiedzenia jakąś historię na bazie własnych przeżyć. „4 pustynie” czyta się szybko, ale z ciekawością – w końcu w takim rodzaju biegania najbardziej liczy się zwycięstwo nad własnymi słabościami.
Do mety
Daniel Lewczuk ochoczo dołącza do grupy biegających długie dystanse. Jego opowieść o biegach ekstremalnych – trasach prowadzących przez cztery pustynie (w tym jedną „zimową”) ukazuje się właśnie nakładem wydawnictwa Agora i uświadamia, że naprawdę każdy może zacząć biegać: nie ma powodów, by tego nie robić. Lewczuk bardzo mocno akcentuje swoją motywację – na początku to chęć walki z nadwagą, przyczyną coraz poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. Później – szukanie ciekawych wyzwań i adrenaliny. I chociaż ten autor kilka razy podkreśla, że udział w wyścigach ekstremalnych nie jest tani, sama przygoda może skusić niejednego odbiorcę. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć zmieniać swoje życie natychmiast, od razu po zakończeniu lektury tomu „4 pustynie”.
Daniel Lewczuk nie zamienia się w zawodowego sportowca. Owszem, wymienia fachowo elementy wyposażenia obowiązującego na trasach, tłumaczy, co i dlaczego się przydaje, ale nie katuje odbiorców technicznymi detalami. Nie liczy obsesyjnie kalorii, nie zajmuje się kwestią diety, nie zapisuje programu treningów. Obce jest też mu analizowanie krok po kroku każdego z biegu. Przedstawia siebie – i swoje bieganie – od strony indywidualnej, niczego nie uogólnia, za to tłumaczy, jak czuje się po zakończeniu kolejnego wyzwania. Przedstawia również projekt będący najlepszą motywacją do podjęcia wysiłku, czyli plan przebiegnięcia czterech pustynnych tras. To konkretny cel, który, w dodatku, wiąże się z pionierstwem: do tej pory żadnemu Polakowi nie udało się ukończyć Wielkiego Szlema w ciągu roku. Lewczuk zamierza tego dokonać, a następnie poznaje jeszcze trzech biegaczy, z którymi stanowić będzie, przynajmniej do pewnego momentu, zespół. Problem w tym, że sportowe początku autora wcale nie wyglądają bajkowo, a już na pewno nie przypominają wstępów z autobiografii sportowców. Lewczuk dowiaduje się, że nie wystarczy wstać z fotela i pobiec. Na początku popełnia koszmarne błędy w arcytrudnych zawodach, szuka „swojego” sportu i na szczęście nie zraża się klęskami ani frycowym. Cierpliwie czeka na sportowy impuls, choć wielu na jego miejscu dawno by zrezygnowało. W końcu jednak udaje się odnosić prywatne sukcesy i to najlepsza nagroda. A na trasach nawiązują się czasem ciekawe znajomości, mimo że wiele razy autor wspomina o niechęci sportowców do pomocy rywalom. Nie zawsze jest źle, pozytywne momenty przeważają, jednak Lewczuk na bieganie spogląda inaczej niż gwiazdy ultramaratonów w swoich reklamowych publikacjach. To „inaczej” może się dla części czytelników okazać atutem, bo książka wypada przez to bardziej szczerze (choć, siłą rzeczy, również mniej dynamicznie).
Daniel Lewczuk nie unika tematów trudnych i z humorem podchodzi do przeszkód. Odważnie wyznacza sobie cele, podejmuje wyzwania i nie dorabia do tego wielkich ideologii. Najbardziej zachęcające do zmiany trybu życia mogą być w tym wypadku zdjęcia, którymi autor ozdabia swoje wywody. W warstwie tekstowej książka okazuje się naturalnym zwierzeniem. Lewczuk nie sili się na literackie poszukiwania, opowiada swoje przygody językiem potocznym, nie unika kolokwializmów czy elementów slangu, chce, żeby jego książka była zrozumiała dla szerokiego grona odbiorców. Część czytelników polubi go właśnie za naturalność, za to, że nie udaje kogoś innego, nie stylizuje się i nie naśladuje modnych biegowych publikacji. Znajduje dla siebie miejsce może i z dala od fleszy, ale przyjemne. W lekturze wypada nieźle, oczywiście nie od strony opracowania tekstowego, a za sprawą przeżyć, których dostarcza czytelnikom, mimo (a może właśnie dlatego) że unika sterowania przeżyciami i odczuciami odbiorców. „4 pustynie. Biegnij i znajdź własną drogę” to publikacja wolna od motywacyjnych zapędów, wpisująca się w nurt literatury sportowej i pokazująca, że każdy ma do opowiedzenia jakąś historię na bazie własnych przeżyć. „4 pustynie” czyta się szybko, ale z ciekawością – w końcu w takim rodzaju biegania najbardziej liczy się zwycięstwo nad własnymi słabościami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






