Znak, Kraków 2016.
Sekrety korony
Choćby pozory wiedzy tajemnej, niedostępnej zwykłym odbiorcom – to zawsze element kuszący i zwiększający zainteresowanie publikacją. Marek Rybarczyk wykorzystuje ten motyw w tomie „Elżbieta II. O czym nie mówi królowa?”, tworząc całkiem zgrabną opowieść o władczyni – i o kobiecie, która dla dobra kraju musi zrezygnować z części własnych marzeń. Autor prowadzi czytelników przez sekrety monarchii i sprawdza kulisy ewentualnych skandali, wytrwale szuka ciekawostek i ociepla wizerunek Elżbiety II. Nie zamierza tworzyć książki wywrotowej – bo też i taka pozycja nikomu dziś nie jest potrzebna. Usiłuje natomiast zrozumieć królową i jej kolejne, czasem kontrowersyjne dla obserwatorów, postawy (tej wyrozumiałości nie ma dla innych członków rodziny królewskiej, również czasem wbrew tendencjom panującym wśród żurnalistów).
Rybarczyk wychodzi od nieupiększanego portretu królowej – pokazuje, jak postrzegać ją mogą zwykli ludzie i uzupełnia obserwacje o smakowite dodatki, drobne przyzwyczajenia lub uciążliwości wieku królowej. Gdy już zasugeruje sposób przedstawiania swojej bohaterki, może przyjąć standardową chronologiczną kolejność i prześledzić drogę do tronu. Teraz pojawi się mała dziewczynka, która zasiądzie w przyszłości na tronie czy nastolatka zakochana w starszym i niezbyt ustatkowanym chłopaku. Autor starannie odszyfrowuje wydarzenia, które mogły wpłynąć na późniejsze decyzje Elżbiety II, nie stroni też od przytaczania rozmaitych dworskich intryg – gdy w grę wchodzi zdobycie władzy, w pobliżu muszą znaleźć się fałszywi doradcy z własną wizją przyszłości. Nie brakuje takich i w otoczeniu młodej – i pięknej – królowej. Rybarczyk odnosi się do stałego rytmu dnia monarchini i do jej rodziny – tu zdobywa zresztą najbardziej pikantne opowieści, wobec których królowa wydaje się pozostawać niewzruszona. Teraz kolejne punkty biografii wyznaczane są albo przez „większe” wydarzenia czy sytuacje nagłaśniane przez media – albo przez pomysły dzieci i wnuków królowej (wcześniej też jej małżonka). Elżbieta II sama nie prowokuje zachowaniami, na tle najbliższych wypada wręcz bezbarwnie – i w jej stoickim spokoju na przekór okolicznościom kryje się najciekawsza charakterystyka. Zresztą też autorowi trudno w obliczu kontrowersyjnych wydarzeń ukryć sympatię (i dozę współczucia) dla osamotnionej w dyplomacji Elżbiety II.
Pisze atrakcyjnie. Zachowuje się jak przewodnik, nie jak dziennikarz. Niekiedy daje do zrozumienia, że dalsze zagłębianie się w temat byłoby już przekroczeniem granicy dobrego smaku. Przytacza tyle informacji, ile jest konieczne, ale nie szuka sensacji (z drugiej strony też nie przemilcza spraw, które w swoim czasie wstrząsnęły opinią publiczną). Bywa krytyczny wobec królowej (w kwestiach ubioru jej doradczynie zdecydowanie przegrywają z księżną Kate), ale też trochę jej współczuje, wiedząc, jak zmieniło się jej życie. Wyzwala też współczucie dla monarchini ze względu na jej prywatne wybory przegrywające zawsze z kwestią dobra rodu. Mimo rozmaitych ograniczeń (i narzuconej sobie przez bohaterkę tomu powściągliwości) Markowi Rybarczykowi udało się stworzyć wizerunek wielowymiarowy i to nie tylko dla wielbicieli królowej. Biografię utrzymuje w lekkim tonie, a przy tym przesyca ją konkretami. Nie rozwleka nadmiernie poszczególnych informacji, chociaż zdarza się, że „gubi” królową, gdy szczegółowo omawia postawy członków królewskiej rodziny w obliczu medialnych lub życiowych sprawdzianów.
„Elżbieta II. O czym nie mówi królowa” to publikacja, którą czyta się jak beletrystykę. Odsłania przed czytelnikami ciekawostki, do których na co dzień nie mają dostępu, tworzy spójną charakterystykę władczyni i stanowi rodzaj z życia wziętej baśni, tyle że o niestandardowym scenariuszy. Marek Rybarczyk zaskarbi sobie zaufanie odbiorców – dostarcza im bowiem książkę napisaną z pomysłem, jakby rodzaj rozłożonego na dziesięciolecia reportażu ze świata niedostępnego zwykłym odbiorcom. „Elżbieta II” pozwala czytelnikom znaleźć się przez chwilę na miejscu królowej, zyskać dostęp do jej motywacji oraz postaw czy wypracować sobie zdanie na temat rodziny koronowanej głowy. Rybarczyk umiejętnie łączy prywatność z polityką, a obyczajowość – z protokołem.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 4 maja 2016
wtorek, 3 maja 2016
Henryk Gołębiewski, Tomasz Solarewicz: Zygzakiem przez życie
Muza SA, Warszawa 2016.
Szczerość
Wzięty na spytki Henryk Gołębiewski stawia na konkrety. „Zygzakiem przez życie” to książka dla fanów aktora – zarówno tych, którzy pamiętają go z dziecięcych ról w dawnych produkcjach, jak i tych ceniących Gołębiewskiego odkrytego na nowo po latach. Bo znalazło się w tomie miejsce na krótkie omówienie różnych tematów, zawodowych i bardziej prywatnych. Konwencja wywiadu-rzeki została tu przepuszczona przez silną osobowość i barwne (choć nie zawsze przyjemne) życiowe doświadczenia. Henryk Gołębiewski chce o sobie opowiedzieć, nie szuka wymówek lub wykrętów, wie też, jakie tematy poruszy, a od których będzie się trzymać z daleka. I Tomasz Solarewicz musi to zaakceptować – gdy tylko chce poprowadzić rozmowę po swojemu, zostaje natychmiast sprowadzony do szeregu. Nie udaje się też Solarewiczowi zbytnio lansować siebie, choć czasem próbuje. Henryk Gołębiewski protestuje wówczas przeciwko prywatnym i nie własnym historiom. To jego opowieść. Prawo wstępu w kilku fragmentach zyskają tylko żona Marzenna i kilkuletnia córka Róża – postacie o równie silnych charakterach co bohater tomu.
Henryk Gołębiewski najchętniej i najciekawiej opowiada o rolach filmowych. A że „Podróż za jeden uśmiech” czy „Stawiam na Tolka Banana” należą do kanonów filmów młodzieżowych oglądanych przez kolejne pokolenia – aktor w jednym miejscu gromadzi odpowiedzi na typowe pytania początkujących dziennikarzy (jak to się zaczęło, jak trafił przed kamery, co sprawiało mu największe trudności). Przypomina przyjaźnie z planów, wyzwania i wyczyny kaskaderskie, porównuje dawną rzeczywistość do egzystencji dzisiejszych celebrytów. Na temat każdego z młodzieżowych i dziecięcych filmów prezentuje anegdoty i ciekawostki. Później przychodzi cza na inne zagadnienia – kodeks git-ludzi, wojsko, rozmaite prace zarobkowe, pierwszą wielką miłość czy raka – po tych prywatnych wypełniaczach dwudziestoletniej przerwy w graniu Gołębiewski wraca do opowieści o filmach. Ale nie może tu pomijać swojej codzienności. Opowiada o sobie szczerze i z dystansem – a wychodzi mu to dużo lepiej niż bliskim, którzy – jak często w podobnych wypadkach bywa – usiłują klecić ogólnikowe laurki. Historia Gołębiewskiego jest szorstka, ale i ciekawa, niejednorodna i tajemnicza. Dopiero po takiej lekturze rodzą się kolejne pytania – dotyczące bardziej ocen niż faktów.
Solarewicz jako dziennikarz w ogóle się tu nie sprawdza, funkcjonuje jako przyjaciel – dobrze, że Gołębiewski sam potrafi pilnować rytmu rozmowy i dygresje ostro przerywa. Zdaje sobie też aktor sprawę z tego, że porozumienie poza słowami, oczywiste dla rozmówców, wcale nie musi cieszyć odbiorców – dlatego też włącza czytelników do swoich życiowych decyzji, sam nie zajmuje się ich komentowaniem, ale bardzo szczerze nakreśla konsekwencje. Zresztą Henryk Gołębiewski filozofowania unika: szkoda na to miejsca. Pasuje to do wypracowanego wizerunku, sprawdza się w lekturze, bo odbiorcy dostaną w jednej warstwie obraz, który znają z ekranów i który chcieliby potwierdzić, a w drugiej – nietypowe uzupełnienie o wartości rodzinne czy życiowe postawy. Henryk Gołębiewski sentymentów unika, przynajmniej jeśli chodzi o filmy. „Zygzakiem przez życie” to publikacja biograficzna odzwierciedlająca filmowe kreacje tego aktora – dowcipna i niezwykła. Chociaż rynek wydawniczy zalewany jest od kilku lat przez wywiady-rzeki, ta książka ma swoją moc. Nie służy autoprezentacji, jest raczej prezentem dla fanów, dopełnieniem tego, co kinomani i tak wiedzą – o sprawy, których nawet by się nie domyślali. Henryk Gołębiewski w gawędziarza się nie zamienia, za to kiedy mówi – to ma coś ciekawego do zakomunikowania.

10. urodziny taniaksiazka.pl
Szczerość
Wzięty na spytki Henryk Gołębiewski stawia na konkrety. „Zygzakiem przez życie” to książka dla fanów aktora – zarówno tych, którzy pamiętają go z dziecięcych ról w dawnych produkcjach, jak i tych ceniących Gołębiewskiego odkrytego na nowo po latach. Bo znalazło się w tomie miejsce na krótkie omówienie różnych tematów, zawodowych i bardziej prywatnych. Konwencja wywiadu-rzeki została tu przepuszczona przez silną osobowość i barwne (choć nie zawsze przyjemne) życiowe doświadczenia. Henryk Gołębiewski chce o sobie opowiedzieć, nie szuka wymówek lub wykrętów, wie też, jakie tematy poruszy, a od których będzie się trzymać z daleka. I Tomasz Solarewicz musi to zaakceptować – gdy tylko chce poprowadzić rozmowę po swojemu, zostaje natychmiast sprowadzony do szeregu. Nie udaje się też Solarewiczowi zbytnio lansować siebie, choć czasem próbuje. Henryk Gołębiewski protestuje wówczas przeciwko prywatnym i nie własnym historiom. To jego opowieść. Prawo wstępu w kilku fragmentach zyskają tylko żona Marzenna i kilkuletnia córka Róża – postacie o równie silnych charakterach co bohater tomu.
Henryk Gołębiewski najchętniej i najciekawiej opowiada o rolach filmowych. A że „Podróż za jeden uśmiech” czy „Stawiam na Tolka Banana” należą do kanonów filmów młodzieżowych oglądanych przez kolejne pokolenia – aktor w jednym miejscu gromadzi odpowiedzi na typowe pytania początkujących dziennikarzy (jak to się zaczęło, jak trafił przed kamery, co sprawiało mu największe trudności). Przypomina przyjaźnie z planów, wyzwania i wyczyny kaskaderskie, porównuje dawną rzeczywistość do egzystencji dzisiejszych celebrytów. Na temat każdego z młodzieżowych i dziecięcych filmów prezentuje anegdoty i ciekawostki. Później przychodzi cza na inne zagadnienia – kodeks git-ludzi, wojsko, rozmaite prace zarobkowe, pierwszą wielką miłość czy raka – po tych prywatnych wypełniaczach dwudziestoletniej przerwy w graniu Gołębiewski wraca do opowieści o filmach. Ale nie może tu pomijać swojej codzienności. Opowiada o sobie szczerze i z dystansem – a wychodzi mu to dużo lepiej niż bliskim, którzy – jak często w podobnych wypadkach bywa – usiłują klecić ogólnikowe laurki. Historia Gołębiewskiego jest szorstka, ale i ciekawa, niejednorodna i tajemnicza. Dopiero po takiej lekturze rodzą się kolejne pytania – dotyczące bardziej ocen niż faktów.
Solarewicz jako dziennikarz w ogóle się tu nie sprawdza, funkcjonuje jako przyjaciel – dobrze, że Gołębiewski sam potrafi pilnować rytmu rozmowy i dygresje ostro przerywa. Zdaje sobie też aktor sprawę z tego, że porozumienie poza słowami, oczywiste dla rozmówców, wcale nie musi cieszyć odbiorców – dlatego też włącza czytelników do swoich życiowych decyzji, sam nie zajmuje się ich komentowaniem, ale bardzo szczerze nakreśla konsekwencje. Zresztą Henryk Gołębiewski filozofowania unika: szkoda na to miejsca. Pasuje to do wypracowanego wizerunku, sprawdza się w lekturze, bo odbiorcy dostaną w jednej warstwie obraz, który znają z ekranów i który chcieliby potwierdzić, a w drugiej – nietypowe uzupełnienie o wartości rodzinne czy życiowe postawy. Henryk Gołębiewski sentymentów unika, przynajmniej jeśli chodzi o filmy. „Zygzakiem przez życie” to publikacja biograficzna odzwierciedlająca filmowe kreacje tego aktora – dowcipna i niezwykła. Chociaż rynek wydawniczy zalewany jest od kilku lat przez wywiady-rzeki, ta książka ma swoją moc. Nie służy autoprezentacji, jest raczej prezentem dla fanów, dopełnieniem tego, co kinomani i tak wiedzą – o sprawy, których nawet by się nie domyślali. Henryk Gołębiewski w gawędziarza się nie zamienia, za to kiedy mówi – to ma coś ciekawego do zakomunikowania.
10. urodziny taniaksiazka.pl
Jarosław Mikołajewski: Syreni śpiew
Media Rodzina, Poznań 2016.
Warszawskie koty
Jarosław Mikołajewski postanowił tym razem postawić na patriotyzm lokalny. Kot Cagliostro przyzwyczaił już swoje małoletnie agentki do spotkań we Włoszech. Dziewczynki z różnych krajów i tak łączą się przez internetowy komunikator, a do celu docierają za sprawą magii, nawet te, które mieszkają niedaleko. To konieczne, by mogły działać razem, a ich nieobecność nie została wykryta przez dorosłych. W końcu nikt ze starszego pokolenia nie wziąłby na poważnie gadającego kota, szefa dziecięcej agencji detektywistycznej. W „Syrenim śpiewie” Cagliostro nieoczekiwanie zmienia miejsce spotkania – zwołuje dziewczynki do Warszawy. Teraz Marta, jedyna w towarzystwie Polka, będzie mogła popisać się wiadomościami o mieście – przekaże koleżankom kilka ciekawostek, które małym odbiorcom uświadomią, że warto zainteresować się przeszłością stolicy (oraz swojego miasta, na wypadek podobnego spotkania). Okazuje się, że za spotkaniem w Warszawie stoją… miejscowe koty, które nagle przestały być dokarmiane, głaskane i rozpieszczane przez opiekuńcze starsze panie. To sytuacja na tyle nietypowa, że gromada kotów wzywa ekipę Cagliostro na pomoc. Dziewczynki muszą rozejrzeć się po okolicy, znaleźć przyczynę zmiany zachowania oraz rozwiązanie problemu – przecież bezdomne koty nie mogą być głodne.
Mikołajewski odchodzi nie tylko od stałego miejsca spotkań bohaterek, ale i od konwencji dziecięcego kryminału. Do tej pory dziewczynki brały udział w detektywistycznych śledztwach, czasem zresztą tam, gdzie dorośli pozostawali bezradni. Rozwiązywały kolejne sprawy lepiej niż policja. Teraz policji nie ma (bo nikt nie wziąłby na serio problemu kotów!) i nie ma typowego problemu: zmartwieniem zwierząt mało kto się przejmuje, zresztą w tej tajemnicy nie daje się wyczuć choćby śladów kryminału. Owszem, nie wiadomo, co się dzieje – ale bezpośrednie zagrożenia nie istnieją, liczy się tylko zagadka o wymiarze społecznym. Jarosław Mikołajewski celowo nawiązuje do postaci Syrenki, żeby przemienić mieszkańców – to następna szansa na edukowanie czytelników w zakresie wiedzy regionalnej.
„Syreni śpiew” nie jest wprawdzie kryminałem, ale mimo zmiany gatunku Jarosław Mikołajewski utrzymuje pozory sensacyjności. Warto pamiętać, że dla większości bohaterek to Warszawa jest miejscem egzotycznym. Modyfikacja schematu prowadzi do interesujących porównań: dziewczynki mogą wymieniać się uwagami na temat podobieństw i różnic między krajami i miastami – każda przecież ma inne doświadczenia. To pozwala przyzwyczajać małych czytelników do urozmaiceń i dokonywania coraz to nowych odkryć. Do tego autor dokłada dość ważne przemyślenie na temat ludzi obecnie. To jedyny znany czytelnikom świat, świat, w którym gadżety elektroniczne odgrywają coraz większą rolę. Koty wolne od internetowych uzależnień i nawyków mogą jeszcze przypomnieć, że to nowe zjawisko – i uświadomić, że nie zawsze tak było. Jarosław Mikołajewski rozbija pewną oczywistość, czyniąc ją tematem spotkania.
Krótka historyjka bardzo dobrze (szkoda, że nie w kolorze) ilustrowana przez Marcina Bruchnalskiego łączy walory rozrywkowe i edukacyjne. Szef agencji detektywistycznej, kot Cagliostro, to element bajkowości, ale i satyry, sugeruje czytelnikom dystans do przedstawianych sytuacji. Dla Mikołajewskiego to rozwiązanie najlepsze, by zapewnić sobie wierną publiczność literacką. Tomiki z tej serii przedstawiają spójne opowiastki, z których bohaterki i odbiorcy sporo się nauczą. Ale autor pamięta też o lekturowych przyjemnościach, budowaniu tajemnic i dodawaniu do fabuły elementów fantastyki. „Syreni śpiew” jest ciekawym pomysłem na zaprezentowanie wiadomości o Warszawie w atrakcyjnej dla dzieci formie. To książka dla maluchów ciekawych świata, przygotowanie do podróży.
Warszawskie koty
Jarosław Mikołajewski postanowił tym razem postawić na patriotyzm lokalny. Kot Cagliostro przyzwyczaił już swoje małoletnie agentki do spotkań we Włoszech. Dziewczynki z różnych krajów i tak łączą się przez internetowy komunikator, a do celu docierają za sprawą magii, nawet te, które mieszkają niedaleko. To konieczne, by mogły działać razem, a ich nieobecność nie została wykryta przez dorosłych. W końcu nikt ze starszego pokolenia nie wziąłby na poważnie gadającego kota, szefa dziecięcej agencji detektywistycznej. W „Syrenim śpiewie” Cagliostro nieoczekiwanie zmienia miejsce spotkania – zwołuje dziewczynki do Warszawy. Teraz Marta, jedyna w towarzystwie Polka, będzie mogła popisać się wiadomościami o mieście – przekaże koleżankom kilka ciekawostek, które małym odbiorcom uświadomią, że warto zainteresować się przeszłością stolicy (oraz swojego miasta, na wypadek podobnego spotkania). Okazuje się, że za spotkaniem w Warszawie stoją… miejscowe koty, które nagle przestały być dokarmiane, głaskane i rozpieszczane przez opiekuńcze starsze panie. To sytuacja na tyle nietypowa, że gromada kotów wzywa ekipę Cagliostro na pomoc. Dziewczynki muszą rozejrzeć się po okolicy, znaleźć przyczynę zmiany zachowania oraz rozwiązanie problemu – przecież bezdomne koty nie mogą być głodne.
Mikołajewski odchodzi nie tylko od stałego miejsca spotkań bohaterek, ale i od konwencji dziecięcego kryminału. Do tej pory dziewczynki brały udział w detektywistycznych śledztwach, czasem zresztą tam, gdzie dorośli pozostawali bezradni. Rozwiązywały kolejne sprawy lepiej niż policja. Teraz policji nie ma (bo nikt nie wziąłby na serio problemu kotów!) i nie ma typowego problemu: zmartwieniem zwierząt mało kto się przejmuje, zresztą w tej tajemnicy nie daje się wyczuć choćby śladów kryminału. Owszem, nie wiadomo, co się dzieje – ale bezpośrednie zagrożenia nie istnieją, liczy się tylko zagadka o wymiarze społecznym. Jarosław Mikołajewski celowo nawiązuje do postaci Syrenki, żeby przemienić mieszkańców – to następna szansa na edukowanie czytelników w zakresie wiedzy regionalnej.
„Syreni śpiew” nie jest wprawdzie kryminałem, ale mimo zmiany gatunku Jarosław Mikołajewski utrzymuje pozory sensacyjności. Warto pamiętać, że dla większości bohaterek to Warszawa jest miejscem egzotycznym. Modyfikacja schematu prowadzi do interesujących porównań: dziewczynki mogą wymieniać się uwagami na temat podobieństw i różnic między krajami i miastami – każda przecież ma inne doświadczenia. To pozwala przyzwyczajać małych czytelników do urozmaiceń i dokonywania coraz to nowych odkryć. Do tego autor dokłada dość ważne przemyślenie na temat ludzi obecnie. To jedyny znany czytelnikom świat, świat, w którym gadżety elektroniczne odgrywają coraz większą rolę. Koty wolne od internetowych uzależnień i nawyków mogą jeszcze przypomnieć, że to nowe zjawisko – i uświadomić, że nie zawsze tak było. Jarosław Mikołajewski rozbija pewną oczywistość, czyniąc ją tematem spotkania.
Krótka historyjka bardzo dobrze (szkoda, że nie w kolorze) ilustrowana przez Marcina Bruchnalskiego łączy walory rozrywkowe i edukacyjne. Szef agencji detektywistycznej, kot Cagliostro, to element bajkowości, ale i satyry, sugeruje czytelnikom dystans do przedstawianych sytuacji. Dla Mikołajewskiego to rozwiązanie najlepsze, by zapewnić sobie wierną publiczność literacką. Tomiki z tej serii przedstawiają spójne opowiastki, z których bohaterki i odbiorcy sporo się nauczą. Ale autor pamięta też o lekturowych przyjemnościach, budowaniu tajemnic i dodawaniu do fabuły elementów fantastyki. „Syreni śpiew” jest ciekawym pomysłem na zaprezentowanie wiadomości o Warszawie w atrakcyjnej dla dzieci formie. To książka dla maluchów ciekawych świata, przygotowanie do podróży.
poniedziałek, 2 maja 2016
Wioletta Leśków-Cyrulik: Sezon zamkniętych serc
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Strach
Wioletta Leśków-Cyrulik nie jest do końca przekonana, jaki los powinien spotkać jej bohaterów, nie chce też mówić czytelnikom wprost, co o postaciach z „Sezonu zamkniętych serc wie. Niby ma plan działania, ale sprawia wrażenie, jakby czasem sytuacja wymykała się jej spod kontroli. Akcję przenosi do Islandii, żeby tam sprawdzić, czy kilka osób może nareszcie odnaleźć szczęście. Agnieszka ucieka za granicę od złej przeszłości – z Darkiem, swoim chłopakiem i opiekunem. To, co przeżyła, uniemożliwia jej nawiązywanie normalnych relacji z mężczyznami, zresztą w ogóle stroni od ludzi, świadoma pokaleczonej psychiki i przesadnych niekiedy reakcji. W nowym otoczeniu może rzeczywiście odizolować się od świata (i zacząć od początku) – ułatwi to bariera językowa i nieśmiałość. Agnieszka stale wymaga opieki, a jednocześnie robi wszystko, żeby zrażać do siebie ludzi, nawet tych najżyczliwszych. Jedynym usprawiedliwieniem mają być jej traumy. Poza Agnieszką i Darkiem pojawia się tu Słowaczka Hanna, a także Rinke i Jón – przyjaciele, którzy na życie zarabiają jako fryzjerzy, choć marzyliby o artystycznych zawodach. Jest gej, który musi wyrzec się związku… kilkoro ludzi, z których każdy boryka się z prywatnymi demonami. I chociaż w narracji to Agnieszka jest tą najbardziej pokrzywdzoną, inni w takim samym stopniu zasługują na współczucie.
Leśków-Cyrulik akcję na początku tworzy ze strzępków wydarzeń. Prezentuje dziwne postawy i zachowania, sugerując, że mają swoje źródło w przeszłości, ale nie zamierza od razu wszystkiego precyzować, woli, żeby czytelnicy sami stopniowo się domyślali prawdy. Skupia się na teraźniejszości, a dzięki zmianie miejsca może wyizolować potrzebnych bohaterów z kontekstu i skupiać się tylko na ich wzajemnych sprawach. Bardzo zależy jej na podkreślaniu polonistycznych zainteresowań: wplata do lektury rozpoznawalne cytaty i traktuje je trochę jak odkrycia bohaterów. W „Sezonie zamkniętych serc” unika mówienia oczywistości, wyraźnie boi się powielania schematów z poczytnych obyczajówek, wybiera połączenie powieści psychologicznych z klimatem skandynawskich kryminałów. Otrzymuje więc książkę zimną, zwłaszcza w kwestiach interpersonalnych kontaktów. Bo przy takim prezentowaniu charakterów i zachowa trudno przyjąć do wiadomości kolejne poświęcenia. Bohaterowie są sobie obcy nawet wtedy, gdy przeżywają wybuchy uczuć, a Wioletta Leśków-Cyrulik skrywa się za słowami, zawsze wygodniejszymi niż prawda. Postacie na długo przemieniają się w roboty – między innymi za sprawą indywidualizujących je przeżyć (paradoks, ale tu stale potwierdzany). Poświęcenia dla innych nie dają tym innym szczęścia, są więc ciężkie do zaakceptowania, ale autorka nie przejmuje się tym – jej droga do sielanki musi być jak najbardziej wyboista. W „Sezonie zamkniętych serc” nie ma miejsca na ustępstwa i optymistyczne ścieżki. Tu każda rozmowa przesycona jest bardziej minorowymi tonami niż można by się spodziewać, a bohaterowie, którzy zawiedli się na przeszłości, nie mają zbyt wielu powodów do radosnego oczekiwania na przyszłość. „Sezon zamkniętych serc” to tytuł, który nie zapowiada rozterek i dylematów postaci w zimnej Islandii. Wioletta Leśków-Cyrulik chce się wyróżniać z tłumu autorek obyczajówek – huśtawką nastrojów i licznymi poważnymi przeszkodami na drodze do satysfakcji.
Autorka narrację składa z bardzo krótkich scenek, same – niewielkie – rozdziały rozbija na migawki z codzienności postaci. Chociaż nie jest z nimi blisko, podgląda je w zwykłych rozmowach i coraz bardziej burzliwych sytuacjach. Widzi więcej, bo czytelnicy nie znajdą nic ponad to, co im zdradzi. W „Sezonie zamkniętych serc” uczuciem dominującym jest strach – dzięki niemu Wioletta Leśków-Cyrulik panuje nad bohaterami i może zaprezentować potencjalny koszmar egzystencji. Nie będzie zamęczać psychologicznymi cierpieniami, ale też nie przynosi prostych życiowych wskazówek. Wszystko, by uciec od hollywoodzkich banałów.

Strach
Wioletta Leśków-Cyrulik nie jest do końca przekonana, jaki los powinien spotkać jej bohaterów, nie chce też mówić czytelnikom wprost, co o postaciach z „Sezonu zamkniętych serc wie. Niby ma plan działania, ale sprawia wrażenie, jakby czasem sytuacja wymykała się jej spod kontroli. Akcję przenosi do Islandii, żeby tam sprawdzić, czy kilka osób może nareszcie odnaleźć szczęście. Agnieszka ucieka za granicę od złej przeszłości – z Darkiem, swoim chłopakiem i opiekunem. To, co przeżyła, uniemożliwia jej nawiązywanie normalnych relacji z mężczyznami, zresztą w ogóle stroni od ludzi, świadoma pokaleczonej psychiki i przesadnych niekiedy reakcji. W nowym otoczeniu może rzeczywiście odizolować się od świata (i zacząć od początku) – ułatwi to bariera językowa i nieśmiałość. Agnieszka stale wymaga opieki, a jednocześnie robi wszystko, żeby zrażać do siebie ludzi, nawet tych najżyczliwszych. Jedynym usprawiedliwieniem mają być jej traumy. Poza Agnieszką i Darkiem pojawia się tu Słowaczka Hanna, a także Rinke i Jón – przyjaciele, którzy na życie zarabiają jako fryzjerzy, choć marzyliby o artystycznych zawodach. Jest gej, który musi wyrzec się związku… kilkoro ludzi, z których każdy boryka się z prywatnymi demonami. I chociaż w narracji to Agnieszka jest tą najbardziej pokrzywdzoną, inni w takim samym stopniu zasługują na współczucie.
Leśków-Cyrulik akcję na początku tworzy ze strzępków wydarzeń. Prezentuje dziwne postawy i zachowania, sugerując, że mają swoje źródło w przeszłości, ale nie zamierza od razu wszystkiego precyzować, woli, żeby czytelnicy sami stopniowo się domyślali prawdy. Skupia się na teraźniejszości, a dzięki zmianie miejsca może wyizolować potrzebnych bohaterów z kontekstu i skupiać się tylko na ich wzajemnych sprawach. Bardzo zależy jej na podkreślaniu polonistycznych zainteresowań: wplata do lektury rozpoznawalne cytaty i traktuje je trochę jak odkrycia bohaterów. W „Sezonie zamkniętych serc” unika mówienia oczywistości, wyraźnie boi się powielania schematów z poczytnych obyczajówek, wybiera połączenie powieści psychologicznych z klimatem skandynawskich kryminałów. Otrzymuje więc książkę zimną, zwłaszcza w kwestiach interpersonalnych kontaktów. Bo przy takim prezentowaniu charakterów i zachowa trudno przyjąć do wiadomości kolejne poświęcenia. Bohaterowie są sobie obcy nawet wtedy, gdy przeżywają wybuchy uczuć, a Wioletta Leśków-Cyrulik skrywa się za słowami, zawsze wygodniejszymi niż prawda. Postacie na długo przemieniają się w roboty – między innymi za sprawą indywidualizujących je przeżyć (paradoks, ale tu stale potwierdzany). Poświęcenia dla innych nie dają tym innym szczęścia, są więc ciężkie do zaakceptowania, ale autorka nie przejmuje się tym – jej droga do sielanki musi być jak najbardziej wyboista. W „Sezonie zamkniętych serc” nie ma miejsca na ustępstwa i optymistyczne ścieżki. Tu każda rozmowa przesycona jest bardziej minorowymi tonami niż można by się spodziewać, a bohaterowie, którzy zawiedli się na przeszłości, nie mają zbyt wielu powodów do radosnego oczekiwania na przyszłość. „Sezon zamkniętych serc” to tytuł, który nie zapowiada rozterek i dylematów postaci w zimnej Islandii. Wioletta Leśków-Cyrulik chce się wyróżniać z tłumu autorek obyczajówek – huśtawką nastrojów i licznymi poważnymi przeszkodami na drodze do satysfakcji.
Autorka narrację składa z bardzo krótkich scenek, same – niewielkie – rozdziały rozbija na migawki z codzienności postaci. Chociaż nie jest z nimi blisko, podgląda je w zwykłych rozmowach i coraz bardziej burzliwych sytuacjach. Widzi więcej, bo czytelnicy nie znajdą nic ponad to, co im zdradzi. W „Sezonie zamkniętych serc” uczuciem dominującym jest strach – dzięki niemu Wioletta Leśków-Cyrulik panuje nad bohaterami i może zaprezentować potencjalny koszmar egzystencji. Nie będzie zamęczać psychologicznymi cierpieniami, ale też nie przynosi prostych życiowych wskazówek. Wszystko, by uciec od hollywoodzkich banałów.
Hergé: Przygody Tintina. Tintin w Ameryce
Egmont, Warszawa 2016.
Porwania
Tintin ma to do siebie, że dzieci fascynuje, a dorosłych raczej nudzi. Przynajmniej takie oceny pojawiają się przy okazji wznowień kultowych kiedyś komiksów. Ale tom „Tintin w Ameryce” to prawdziwa gratka dla fanów sensacji i kryminalno-komediowego absurdu. Tu ani na chwilę nie da się odpocząć od kolejnych wyzwań, a Tintin na czas historyjki stanie się superbohaterem w wersji ekstremalnej. Żadnemu z kultowych superbohaterów nie udałoby się bowiem w tak krótkim czasie tyle razy ujść cało z pułapek zastawianych przez gangsterów. I nie tylko.
Tintin jako skromny reporter z nieodłącznym pieskiem Milusiem zostaje wysłany do Chicago. Ma tu robić porządek z przestępcami, bo okolicą rządzą gangsterzy groźni i nieobliczalni, a przy tym zdeterminowani, by nie oddać nikomu władzy. W efekcie terroryzują wszystkich, są doskonale zorganizowani i nie ma szans się im wywinąć. Już na pierwszej stronie, kiedy Tintin wysiada z pociągu, wpada w ręce przestępców. Natychmiast im ucieka. I to scenariusz, który powtarzać się będzie przez następnych kilkadziesiąt stron (z przerwą na podpadnięcie Indianom i brawurowe walki). Tintin sam (z wiernym i pomysłowym Milusiem) stawia czoła bandytom – a wydaje się, że w Chicago nie ma już ani jednego porządnego mieszkańca, który mógłby udzielić pomocy, a przynajmniej schronienia, zmęczonemu bohaterowi. Przygody Tintina tym razem rozpatruje się bez przerwy w kategorii cudów i szczęśliwych przypadków. Czasami reporter nie dałby sobie rady bez wsparcia i umiejętności Milusia, razem tworzą więc bardzo udany zespół. Chociaż Tintin nie popiera przemocy, zmuszony jest do pokonywania gangsterów także siłą fizyczną. Tu uaktywnia się jego spryt i kreatywność oraz umiejętność wykorzystywania dostępnych środków. Często zresztą przeciwnicy nokautują się sami, Tintin im tylko lekko pomaga. Bohater bardzo poprawia sobie statystyki w walce z groźnymi przeciwnikami. Do tego na własnej skórze testuje rozmaite metody likwidowania wroga: zostaje porwany, ogłuszany, oszukiwany, wtrącany do piwnic i lochów, spada w przepaść, ma być przejechany przez pociąg… Jego życie przez cały czas jest zagrożone, a ucieczka z jednego miejsca natychmiast prowadzi do kolejnej pułapki. Tintin w Ameryce nie spędza czasu inaczej niż na konfrontacjach, pościgach i wyzwaniach – tu okazuje się prawdziwym twardzielem.
„Tintin w Ameryce” to karykatura zasady „zabili go i uciekł”. Jeśli nawet gangsterzy są sprytni i dysponują wieloma rodzajami przebrań czy sztuczkami, by zakamuflować prawdziwe intencje, i tak przechytrzy ich Tintin, bogaty jedynie w swój rozum. W efekcie bandyci wciąż się ośmieszają, za to bezbarwny do niedawna śledczy zyskuje uznanie. W tej części przygód Tintina Miluś bardzo często dochodzi do głosu – sprawia, że bohater nie jest samotny i dodaje do akcji nieco humoru. Uruchamia się tutaj walkę z literackimi stereotypami, wyolbrzymienia pomagają budzić śmiech i dostarczają małym odbiorcom wielu wrażeń. Wprawdzie w śledztwa Tintina zawsze wpisane były spektakularne akcje, ale ten tom składa się niemal wyłącznie z nich – co kilka kadrów daje się słyszeć uderzenia, krzyki i łomoty, a bohaterowie dysponują wymyślnymi rodzajami broni. Ta przesada służy zabawie, nikt nie może zarzucić Tintinowi tendencyjności czy rutyny. Wiadomo, że nowe doświadczenia muszą się skończyć dobrze, ale odbiorcy będą się teraz koncentrować na komicznych zestawieniach pułapek i ucieczek oraz na niekończącym się łańcuchu zagrożeń. Tintin wreszcie pokazuje, co potrafi – w prawdziwej akcji i bez pomocy z zewnątrz, udowadnia swoją wartość w walce z najgroźniejszymi przestępcami – a do tego nie przestaje być sobą.
Porwania
Tintin ma to do siebie, że dzieci fascynuje, a dorosłych raczej nudzi. Przynajmniej takie oceny pojawiają się przy okazji wznowień kultowych kiedyś komiksów. Ale tom „Tintin w Ameryce” to prawdziwa gratka dla fanów sensacji i kryminalno-komediowego absurdu. Tu ani na chwilę nie da się odpocząć od kolejnych wyzwań, a Tintin na czas historyjki stanie się superbohaterem w wersji ekstremalnej. Żadnemu z kultowych superbohaterów nie udałoby się bowiem w tak krótkim czasie tyle razy ujść cało z pułapek zastawianych przez gangsterów. I nie tylko.
Tintin jako skromny reporter z nieodłącznym pieskiem Milusiem zostaje wysłany do Chicago. Ma tu robić porządek z przestępcami, bo okolicą rządzą gangsterzy groźni i nieobliczalni, a przy tym zdeterminowani, by nie oddać nikomu władzy. W efekcie terroryzują wszystkich, są doskonale zorganizowani i nie ma szans się im wywinąć. Już na pierwszej stronie, kiedy Tintin wysiada z pociągu, wpada w ręce przestępców. Natychmiast im ucieka. I to scenariusz, który powtarzać się będzie przez następnych kilkadziesiąt stron (z przerwą na podpadnięcie Indianom i brawurowe walki). Tintin sam (z wiernym i pomysłowym Milusiem) stawia czoła bandytom – a wydaje się, że w Chicago nie ma już ani jednego porządnego mieszkańca, który mógłby udzielić pomocy, a przynajmniej schronienia, zmęczonemu bohaterowi. Przygody Tintina tym razem rozpatruje się bez przerwy w kategorii cudów i szczęśliwych przypadków. Czasami reporter nie dałby sobie rady bez wsparcia i umiejętności Milusia, razem tworzą więc bardzo udany zespół. Chociaż Tintin nie popiera przemocy, zmuszony jest do pokonywania gangsterów także siłą fizyczną. Tu uaktywnia się jego spryt i kreatywność oraz umiejętność wykorzystywania dostępnych środków. Często zresztą przeciwnicy nokautują się sami, Tintin im tylko lekko pomaga. Bohater bardzo poprawia sobie statystyki w walce z groźnymi przeciwnikami. Do tego na własnej skórze testuje rozmaite metody likwidowania wroga: zostaje porwany, ogłuszany, oszukiwany, wtrącany do piwnic i lochów, spada w przepaść, ma być przejechany przez pociąg… Jego życie przez cały czas jest zagrożone, a ucieczka z jednego miejsca natychmiast prowadzi do kolejnej pułapki. Tintin w Ameryce nie spędza czasu inaczej niż na konfrontacjach, pościgach i wyzwaniach – tu okazuje się prawdziwym twardzielem.
„Tintin w Ameryce” to karykatura zasady „zabili go i uciekł”. Jeśli nawet gangsterzy są sprytni i dysponują wieloma rodzajami przebrań czy sztuczkami, by zakamuflować prawdziwe intencje, i tak przechytrzy ich Tintin, bogaty jedynie w swój rozum. W efekcie bandyci wciąż się ośmieszają, za to bezbarwny do niedawna śledczy zyskuje uznanie. W tej części przygód Tintina Miluś bardzo często dochodzi do głosu – sprawia, że bohater nie jest samotny i dodaje do akcji nieco humoru. Uruchamia się tutaj walkę z literackimi stereotypami, wyolbrzymienia pomagają budzić śmiech i dostarczają małym odbiorcom wielu wrażeń. Wprawdzie w śledztwa Tintina zawsze wpisane były spektakularne akcje, ale ten tom składa się niemal wyłącznie z nich – co kilka kadrów daje się słyszeć uderzenia, krzyki i łomoty, a bohaterowie dysponują wymyślnymi rodzajami broni. Ta przesada służy zabawie, nikt nie może zarzucić Tintinowi tendencyjności czy rutyny. Wiadomo, że nowe doświadczenia muszą się skończyć dobrze, ale odbiorcy będą się teraz koncentrować na komicznych zestawieniach pułapek i ucieczek oraz na niekończącym się łańcuchu zagrożeń. Tintin wreszcie pokazuje, co potrafi – w prawdziwej akcji i bez pomocy z zewnątrz, udowadnia swoją wartość w walce z najgroźniejszymi przestępcami – a do tego nie przestaje być sobą.
niedziela, 1 maja 2016
Gayle Forman: Zawsze stanę przy tobie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Ośrodek
Po światowej sławie, jaką zyskała Gayle Forman, mogą się pojawić na rynku jej wcześniejsze powieści. „Zawsze stanę przy tobie” to historia, w której idealizowana miłość istnieje i dodaje sił, ale też schodzi na dalszy plan w obliczu poważnych kłopotów zbuntowanej bohaterki. Brit, nastolatka, która gra na gitarze w zespole, ma fioletowe włosy i kilka tatuaży, trafia do Red Rock, ośrodka resocjalizacyjnego dla trudnej młodzieży. Z założenia to poprawczak, który momentami bardziej przypomina obóz koncentracyjny. Opiekunowie uwielbiają tu poniżać dziewczyny, a kolejne grupowe upokorzenia nazywają terapią. W obliczu tego, co dzieje się za murami Red Rock, wszelkie rzekome nienormalne zachowania nastolatek bledną. Zwłaszcza że przewinienia są wyolbrzymiane i oceniane wyłącznie przez pryzmat konserwatywnych rodziców, którzy nie radzą sobie z wyzwaniami wychowawczymi ani ze współczesnym światem. Zamknięte w ośrodku dziewczyny borykają się z nadwagą, odkryły w sobie skłonności homoseksualne (lub testują zbyt wielu partnerów), czasami, jak Brit, manifestują „inność” zmianami wyglądu czy zachowania. W Red Rock nie spotyka się prawdziwych problemów – to ośrodek do wydobywania pieniędzy od zdesperowanych rodziców. Zasady są tu okrutne (ale i przejrzyste) i żeby przetrwać, bohaterki muszą być silne. Siłę znajdują w nieoczekiwanej – i zakazanej – przyjaźni. Brit spotyka tu V., Bebe, Marthę i Cassie – cztery nastolatki z czterech różnych grup „ryzyka”. To one uczą młodszą stażem więziennym koleżankę, jak ominąć reguły w ośrodku i fundują piękne przeżycia. W kocu staje się jasne, że przebywanie w Red Rock to zagrożenie życia. Zaczyna się walka o przetrwanie i ratunek.
W „Zawsze stanę przy tobie” jest trochę oczywistości i uproszczeń w portretach charakterologicznych postaci. Autorka nie do końca przekona do racji dorosłych – ci stają się wrogami o wyolbrzymionych reakcjach, niemal oprawcami dla dzieci. Z kolei dziewczyny jawią się tu niewinnie – jak zwyczajne myślące nastolatki, które poszukują własnej drogi i nie robią nikomu nic złego. Są wrażliwe, gotowe na przyjaźń i pomysłowe – muszą podjąć reguły gry narzucane w ośrodku, a to sprawia, że kreatywnie podchodzą do licznych wyzwań. W takich warunkach rodzi się naprawdę trwała relacja.
Czytelniczki otrzymują natomiast książkę zupełnie nie w stylu Gayle Forman. Od szoku związanego z przekazaniem Brit do Red Rock akcja trzyma dobre tempo. Autorka skupia się na mocnych obrazach z rzekomych „terapii”, wyzwala w odbiorczyniach prawdziwy bunt wobec kontrowersyjnych metod tłumienia tożsamości. Jak odmalowuje tło dla dwóch najważniejszych w powieści tematów, przyjaźni i miłości. Nastolatki, które w zwykłych warunkach nawet by się nie dostrzegały, teraz dają prawdziwą lekcję otwartości i akceptacji. Stają się sobie bliskie – co daje im siłę. W Red Rock Brit może też zdefiniować uczucie do kolegi z zespołu, Jeda. Nie wierzy, że mogłaby liczyć na wzajemność, tymczasem przekonuje się, jak łatwo czasem spełnić najskrytsze marzenia, jeśli tylko ma się odwagę. Relacja Jeda i Brit sprowadza się do zestawu kumpelskich wspomnień oraz kilku chwil spędzonych razem – dzięki temu też w pełni rozbrzmiewa. Forman popisuje się tu delikatnością, precyzją i dobrym pomysłem na rozwój sytuacji.
Jest ta powieść momentami oczywista, ale nie można jej odmówić siły rażenia, zwłaszcza w docelowej grupie odbiorczyń. Brit szybko budzi sympatię i staje się jedną z nielicznych normalnych w nienormalnym świecie. „Zawsze stanę przy tobie” to oryginalny temat, odrobina kryminału i ubarwianie obyczajowych motywów. Gayle Forman nie stosuje półśrodków, wybiera wyrazistą historię dla nastolatek. Do tematów uniwersalnych dodaje jeszcze lęk o zdrowie psychiczne bohaterki, której matka, chora na schizofrenię, opuściła dom. Zatem mimo paru uproszczeń i przewidywalnych rozwiązań uda się autorce zaangażować czytelniczki w wydarzenia z Red Rock, pokazując im, że każda bohaterka, bez względu na rodzaj problemów wieku dojrzewania, zasługuje na szacunek.
Ośrodek
Po światowej sławie, jaką zyskała Gayle Forman, mogą się pojawić na rynku jej wcześniejsze powieści. „Zawsze stanę przy tobie” to historia, w której idealizowana miłość istnieje i dodaje sił, ale też schodzi na dalszy plan w obliczu poważnych kłopotów zbuntowanej bohaterki. Brit, nastolatka, która gra na gitarze w zespole, ma fioletowe włosy i kilka tatuaży, trafia do Red Rock, ośrodka resocjalizacyjnego dla trudnej młodzieży. Z założenia to poprawczak, który momentami bardziej przypomina obóz koncentracyjny. Opiekunowie uwielbiają tu poniżać dziewczyny, a kolejne grupowe upokorzenia nazywają terapią. W obliczu tego, co dzieje się za murami Red Rock, wszelkie rzekome nienormalne zachowania nastolatek bledną. Zwłaszcza że przewinienia są wyolbrzymiane i oceniane wyłącznie przez pryzmat konserwatywnych rodziców, którzy nie radzą sobie z wyzwaniami wychowawczymi ani ze współczesnym światem. Zamknięte w ośrodku dziewczyny borykają się z nadwagą, odkryły w sobie skłonności homoseksualne (lub testują zbyt wielu partnerów), czasami, jak Brit, manifestują „inność” zmianami wyglądu czy zachowania. W Red Rock nie spotyka się prawdziwych problemów – to ośrodek do wydobywania pieniędzy od zdesperowanych rodziców. Zasady są tu okrutne (ale i przejrzyste) i żeby przetrwać, bohaterki muszą być silne. Siłę znajdują w nieoczekiwanej – i zakazanej – przyjaźni. Brit spotyka tu V., Bebe, Marthę i Cassie – cztery nastolatki z czterech różnych grup „ryzyka”. To one uczą młodszą stażem więziennym koleżankę, jak ominąć reguły w ośrodku i fundują piękne przeżycia. W kocu staje się jasne, że przebywanie w Red Rock to zagrożenie życia. Zaczyna się walka o przetrwanie i ratunek.
W „Zawsze stanę przy tobie” jest trochę oczywistości i uproszczeń w portretach charakterologicznych postaci. Autorka nie do końca przekona do racji dorosłych – ci stają się wrogami o wyolbrzymionych reakcjach, niemal oprawcami dla dzieci. Z kolei dziewczyny jawią się tu niewinnie – jak zwyczajne myślące nastolatki, które poszukują własnej drogi i nie robią nikomu nic złego. Są wrażliwe, gotowe na przyjaźń i pomysłowe – muszą podjąć reguły gry narzucane w ośrodku, a to sprawia, że kreatywnie podchodzą do licznych wyzwań. W takich warunkach rodzi się naprawdę trwała relacja.
Czytelniczki otrzymują natomiast książkę zupełnie nie w stylu Gayle Forman. Od szoku związanego z przekazaniem Brit do Red Rock akcja trzyma dobre tempo. Autorka skupia się na mocnych obrazach z rzekomych „terapii”, wyzwala w odbiorczyniach prawdziwy bunt wobec kontrowersyjnych metod tłumienia tożsamości. Jak odmalowuje tło dla dwóch najważniejszych w powieści tematów, przyjaźni i miłości. Nastolatki, które w zwykłych warunkach nawet by się nie dostrzegały, teraz dają prawdziwą lekcję otwartości i akceptacji. Stają się sobie bliskie – co daje im siłę. W Red Rock Brit może też zdefiniować uczucie do kolegi z zespołu, Jeda. Nie wierzy, że mogłaby liczyć na wzajemność, tymczasem przekonuje się, jak łatwo czasem spełnić najskrytsze marzenia, jeśli tylko ma się odwagę. Relacja Jeda i Brit sprowadza się do zestawu kumpelskich wspomnień oraz kilku chwil spędzonych razem – dzięki temu też w pełni rozbrzmiewa. Forman popisuje się tu delikatnością, precyzją i dobrym pomysłem na rozwój sytuacji.
Jest ta powieść momentami oczywista, ale nie można jej odmówić siły rażenia, zwłaszcza w docelowej grupie odbiorczyń. Brit szybko budzi sympatię i staje się jedną z nielicznych normalnych w nienormalnym świecie. „Zawsze stanę przy tobie” to oryginalny temat, odrobina kryminału i ubarwianie obyczajowych motywów. Gayle Forman nie stosuje półśrodków, wybiera wyrazistą historię dla nastolatek. Do tematów uniwersalnych dodaje jeszcze lęk o zdrowie psychiczne bohaterki, której matka, chora na schizofrenię, opuściła dom. Zatem mimo paru uproszczeń i przewidywalnych rozwiązań uda się autorce zaangażować czytelniczki w wydarzenia z Red Rock, pokazując im, że każda bohaterka, bez względu na rodzaj problemów wieku dojrzewania, zasługuje na szacunek.
Henryk Martenka: Skąd się wzięło moje nazwisko? Niezwykłe historie Basi i Tomka
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Etymologia
Ta historia ma dobry punkt wyjścia: dzieci zauważają rzecz oczywistą, że nazwisko może podpowiadać skojarzenia z konkretnym zawodem lub przedmiotem (co prowadzi często i do nadawania przezwisk). Staje się elementem wyróżniającym z tłumu. Tomek i Basia, młodzi przyjaciele, nie wiedzą jeszcze, że wakacje spędzą na etymologicznych zabawach. Wszystko za sprawą dziadka Antoniego, którego pasjonują źródła nazwisk czy przydomków. Dziadek pozwala dzieciom odgadywać pierwotne znaczenia zakorzenione w nazwiskach, wyszukiwać zasady obowiązujące przy podobnych kreacjach językowych i dokonywać ważnych obserwacji. Proponuje maluchom pełen zestaw edukacyjnych gier – w jednych dzieci odczytują źródłosłów podanego nazwiska, w innych wykazują się słowotwórczo, czasami też zamieniają się w śledczych i wskazują, co łączy obecnych na przyjęciu gości. To zabawy raczej monotonne i na niezbyt długo zaangażują odbiorców – chyba że ktoś liczy na to, że odkryje w tomiku własne nazwisko.
Historyjki w pewnym momencie (im dalej w tomiku – tym szybciej) zamieniają się w nazwiskowe wyliczanki, co daje efekt książki telefonicznej. Wiadomo, że to zestawy potrzebnych przykładów, wprowadzanych po to, by dzieci zrozumiały reguły – ale Martenka trochę za mało skupia się na budowaniu samej akcji oraz emocji. Owszem, bohaterowie ekscytują się lingwistycznymi zabawami, ale dla odbiorców nie musi to być wystarczające: trudno uwierzyć, że przejmą pasję Tomka i Basi – bez dodatkowych bodźców raczej nie zaangażują się dzieci w lekturę w stopniu wystarczającym do dalszego odkrywania etymologicznych tajemnic. Autor bardziej koncentruje się na wymienianiu nazwisk niż na układaniu ewentualnych przygód, więc scenki z otoczenia postaci stanowią tylko niezbędną do wprowadzania lingwistycznych zasad ramę. Ten eksperyment zresztą rzadko kiedy wychodzi literaturze czwartej na dobre: ci, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć, nie potrzebują bajkowej oprawy, ci, którzy szukają czystej bajki, zmęczą się dydaktycznymi tonami. Nada się jeszcze książka do zaintrygowania odbiorców, chociaż nie będą po nią sięgać dla rozrywki (zresztą nie do tego jest przygotowana!). Być może jednak Henryk Martenka trafi do dzieci – dla dorosłych przytaczane przez niego przykłady są dość oczywiste, podobnie jak wnioski na temat genezy nazwisk. Istnieje za to szansa, że do pokolenia wychowywanego już na internecie to trafi. Odkrywcze i ważne dla dzieci będzie tłumaczenie znaczeń nazw dawnych – dzięki temu maluchy dowiedzą się czegoś o kulturze i obyczajowości przodków.
Henryk Martenka wprawdzie fabuły prowadzić nie potrafi, ale w jego książce nie chodzi o fabułę czy przygody, a o ukazanie najmłodszym zdobyczy etymologii i możliwości językowego kreowania świata. I to założenie „Skąd się wzięło moje nazwisko” tomik spełnia. Dla dzieci znaczenie będzie miał też fakt wplatania kolejnych wyjaśnień w dialogi i rozmowy – to pozwala dzielić informacje na mniejsze porcje i ułatwia lekturę. Za to raczej trudno byłoby się nabrać na demaskowane przez bohaterów silne emocje – etymologia mimo najlepszych intencji autora nie ma potencjału bajkowego, kiedy podchodzi się do niej z pozycji mentora i badacza.
„Skąd się wzięło moje nazwisko” to publikacja ładnie przygotowana pod kątem edytorskim. Książka w twardej okładce i na grubym papierze kredowym – jak większość dziecięcych tomików w tym wydawnictwie – zawiera kolorowe i komiksowe ilustracje. Dla części małych odbiorców będzie punktem wyjścia do słownikowych poszukiwań, może też budzić zainteresowanie dawną obyczajowością (ginącymi zawodami czy słowami ze staropolszczyzny). Henryk Martenka podpowiada szereg inspiracji – i naprowadza dzieci na trop słowotwórczych zabiegów. Wypełnia w ten sposób lukę w systemie edukacji, niektórym dzieciom wskaże też interesujące (chociaż „książkowe”) hobby. Przygoda z nazwiskami to sposób na zwrócenie uwagi na zagadnienie tożsamości, a ponadto nowy temat na rynku literatury czwartej.
Etymologia
Ta historia ma dobry punkt wyjścia: dzieci zauważają rzecz oczywistą, że nazwisko może podpowiadać skojarzenia z konkretnym zawodem lub przedmiotem (co prowadzi często i do nadawania przezwisk). Staje się elementem wyróżniającym z tłumu. Tomek i Basia, młodzi przyjaciele, nie wiedzą jeszcze, że wakacje spędzą na etymologicznych zabawach. Wszystko za sprawą dziadka Antoniego, którego pasjonują źródła nazwisk czy przydomków. Dziadek pozwala dzieciom odgadywać pierwotne znaczenia zakorzenione w nazwiskach, wyszukiwać zasady obowiązujące przy podobnych kreacjach językowych i dokonywać ważnych obserwacji. Proponuje maluchom pełen zestaw edukacyjnych gier – w jednych dzieci odczytują źródłosłów podanego nazwiska, w innych wykazują się słowotwórczo, czasami też zamieniają się w śledczych i wskazują, co łączy obecnych na przyjęciu gości. To zabawy raczej monotonne i na niezbyt długo zaangażują odbiorców – chyba że ktoś liczy na to, że odkryje w tomiku własne nazwisko.
Historyjki w pewnym momencie (im dalej w tomiku – tym szybciej) zamieniają się w nazwiskowe wyliczanki, co daje efekt książki telefonicznej. Wiadomo, że to zestawy potrzebnych przykładów, wprowadzanych po to, by dzieci zrozumiały reguły – ale Martenka trochę za mało skupia się na budowaniu samej akcji oraz emocji. Owszem, bohaterowie ekscytują się lingwistycznymi zabawami, ale dla odbiorców nie musi to być wystarczające: trudno uwierzyć, że przejmą pasję Tomka i Basi – bez dodatkowych bodźców raczej nie zaangażują się dzieci w lekturę w stopniu wystarczającym do dalszego odkrywania etymologicznych tajemnic. Autor bardziej koncentruje się na wymienianiu nazwisk niż na układaniu ewentualnych przygód, więc scenki z otoczenia postaci stanowią tylko niezbędną do wprowadzania lingwistycznych zasad ramę. Ten eksperyment zresztą rzadko kiedy wychodzi literaturze czwartej na dobre: ci, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć, nie potrzebują bajkowej oprawy, ci, którzy szukają czystej bajki, zmęczą się dydaktycznymi tonami. Nada się jeszcze książka do zaintrygowania odbiorców, chociaż nie będą po nią sięgać dla rozrywki (zresztą nie do tego jest przygotowana!). Być może jednak Henryk Martenka trafi do dzieci – dla dorosłych przytaczane przez niego przykłady są dość oczywiste, podobnie jak wnioski na temat genezy nazwisk. Istnieje za to szansa, że do pokolenia wychowywanego już na internecie to trafi. Odkrywcze i ważne dla dzieci będzie tłumaczenie znaczeń nazw dawnych – dzięki temu maluchy dowiedzą się czegoś o kulturze i obyczajowości przodków.
Henryk Martenka wprawdzie fabuły prowadzić nie potrafi, ale w jego książce nie chodzi o fabułę czy przygody, a o ukazanie najmłodszym zdobyczy etymologii i możliwości językowego kreowania świata. I to założenie „Skąd się wzięło moje nazwisko” tomik spełnia. Dla dzieci znaczenie będzie miał też fakt wplatania kolejnych wyjaśnień w dialogi i rozmowy – to pozwala dzielić informacje na mniejsze porcje i ułatwia lekturę. Za to raczej trudno byłoby się nabrać na demaskowane przez bohaterów silne emocje – etymologia mimo najlepszych intencji autora nie ma potencjału bajkowego, kiedy podchodzi się do niej z pozycji mentora i badacza.
„Skąd się wzięło moje nazwisko” to publikacja ładnie przygotowana pod kątem edytorskim. Książka w twardej okładce i na grubym papierze kredowym – jak większość dziecięcych tomików w tym wydawnictwie – zawiera kolorowe i komiksowe ilustracje. Dla części małych odbiorców będzie punktem wyjścia do słownikowych poszukiwań, może też budzić zainteresowanie dawną obyczajowością (ginącymi zawodami czy słowami ze staropolszczyzny). Henryk Martenka podpowiada szereg inspiracji – i naprowadza dzieci na trop słowotwórczych zabiegów. Wypełnia w ten sposób lukę w systemie edukacji, niektórym dzieciom wskaże też interesujące (chociaż „książkowe”) hobby. Przygoda z nazwiskami to sposób na zwrócenie uwagi na zagadnienie tożsamości, a ponadto nowy temat na rynku literatury czwartej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






