Wielka Litera, Warszawa 2013.
Gen nieśmiertelności
W modzie na obyczajowe sagi i wielopokoleniowe historie kobiet próbuje odnaleźć się Courtney Miller Santo. Do swojej opowieści dokłada jeszcze nadzieję na nieśmiertelność, bo tylko tajemniczy gen lub sekret długowieczności pozwoli egzystować razem przedstawicielkom pięciu pokoleń. Najstarsza z bohaterek, Anna, skończyła już sto dwanaście lat, lecz nie odczuwa poważniejszych dolegliwości związanych z wiekiem. Ma za to na głowie sporo trosk – jej potomkinie nie zawsze dostarczają powodów do radości, jedna wplątuje się w romans z młodszym od siebie mężczyzną, inna po wyjściu z więzienia decyduje się na ucieczkę. W działaniach pięciu kobiet nie ma spokoju i zdawania się na los. Burzliwą codzienność komplikują jeszcze nieodzowne sekrety z przeszłości – każde pokolenie ma swoje tajemnice, których pilnie strzeże. Przychodzi jednak czas, gdy nie da się dłużej grać swoich ról.
Courtney Miller Santo wyraźnie stawia na rozwój wydarzeń, mniej uwagi poświęcając sposobowi ich opisania. Zależy jej na podkreślaniu emocji, na zaburzaniu sielskiej egzystencji pięciu kobiet. Motyw wieku – niezbędny do uzasadnienia wspólnego życia – zostaje szybko zarzucony i przypominany tylko za sprawą zdawkowych wiadomości. Te bohaterki funkcjonują obok czasu i przemijania, autorka bardziej koncentruje się na wewnętrznych nieporozumieniach i wzajemnych wyrzutach niż na uwiarygodnieniu postaci dożywających witalnej późnej starości. Czasem kryminalne, a czasem psychologiczne zagrania dominują w fabule nad roztaczającym się we wstępie motywem oliwnych gajów. Kobiety są zaabsorbowane utrzymywaniem w sekrecie pewnych sfer własnego istnienia – mogą więc tylko biernie obserwować kolejne wypadki.
Autorka próbuje stworzyć powieść od linijki. Żeby ułatwić czytelniczkom orientowanie się w następstwie pokoleń, nadaje postaciom imiona zaczynające się na kolejne litery alfabetu. Nie wyważa za to proporcji w przedstawianiu bohaterek i w efekcie na powierzchnię wypływają nie zawsze te losy, które najpierw zainteresowały odbiorczynie. Courtney Miller Santo wręcz nie może się doczekać, by zaprezentować czytelniczkom odsłony przeszłości którejś z kobiet – w związku z tym gdy tylko zasugeruje sekret, chwilę później jest już na drodze do jego wyjaśnienia. W pięciopokoleniowej relacji doświadczenia poszczególnych pań nie zawsze się zazębiają, to niewiedza okazuje się składnikiem spajającym całość.
W „Sekrecie drzewa oliwnego” istotne stają się zapisy chwil. Courtney Miller Santo nie rozciąga w czasie wydarzeń i nie przedłuża ich ponad momenty emocjonujące dla samych postaci – uzyskuje zatem jednostajny rytm sagowej historii. Tu można towarzyszyć bohaterkom tylko w chwilach ogromnego wzburzenia lub wyjawiania tajemnic. Choć wstęp sugerowałby niemal toskańską w duchu opowieść, w książce nie ma miejsca na zwalnianie akcji czy choćby na odejście od splotu intryg. Pomysł na ujawnienie mrocznej przeszłości wyklucza również spokojną czy kojącą warstwę narracji. W tej książce wszystko stabilizuje się na poziomie sporego wzburzenia – a to sprawia, że kolejne wstrząsy szybko zaczynają tracić na sile. „Sekret drzewa oliwnego” to pozycja dla tych, którzy nie przepadają za łatwo optymistycznymi fabułami naśladującymi życie. W końcu obok dziwnych zbiegów okoliczności stałe miejsce ma tu też wiara w przyszłą nieśmiertelność. Pytanie tylko, czy ciężko doświadczane bohaterki chciałyby korzystać z odkrytego u siebie genu.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 7 lutego 2013
środa, 6 lutego 2013
Sylvain Tesson: W syberyjskich lasach
Noir sur Blanc, Warszawa 2013.
Wyznania pustelnika
Nieprzypadkowo na kartach tomu „W syberyjskich lasach” pada porównanie łączące tajgę z majestatem kościołów i katedr. Sylvain Tesson w powrocie do nieokiełznanej natury szuka swoistego oczyszczenia i szansy na zwolnienie tempa życia – chociaż pomysł przeprowadzenia się na pół roku do samotni w tajdze powodowany jest bardziej dziennikarsko-podróżniczą ciekawością. Autor zamienia się w pustelnika, przebywa z dala od ludzi i dzięki temu zyskuje czas na poznawanie siebie i powolną kontemplację piękna natury. Prowadzi dziennik – „W syberyjskich lasach” to właśnie rejestr codziennych zapisków, drobnych przemyśleń, starannie opracowanych, niekiedy filozoficznych, czasem reporterskich. Tesson w oczekiwaniu na warte zachowania myśli i spostrzeżenia stara się jak najpełniej przedstawiać otoczenie, które chłonie – by pozbyć się z umysłu wielkomiejskich trucizn. Z zachwytem opowiada o przyrodzie, niemal malarsko prezentuje surowe piękno lasu. Zaczyna dostrzegać czas, wreszcie może dokładnie poczuć każdą chwilę. Może pozwolić sobie na kilkugodzinne obserwowanie drogi promieni słonecznych – to luksus, na który w cywilizacji nie ma miejsca.
Sylvain Tesson próbuje dobrze zastanowić się nad każdym komentarzem. Wie, że dziennik jest zaprzeczeniem marnowania czasu, w poszukiwaniu tematów do refleksji upatruje sensu przebywania na odludziu. Zyskuje wolność absolutną – może robić to, na co tylko ma ochotę, nadrabiać zaległości w lekturze i cieszyć się każdym dniem. Chce poznać i zrozumieć otoczenie – ale bez pośpiechu. Całkowicie przestawia się na teraźniejszość: to, co zostawił za sobą, nie trafia do zapisków. Liczą się tylko aktualne obserwacje oraz próby wyznaczania uniwersalnych prawd. Z rzadka do tomu trafiają wątki autotematyczne. Jeszcze rzadziej Sylvain Tesson odnosi się do własnej prywatności – jakby próbował odciąć się od dotychczasowego trybu życia. Teraz ma czas na jednoczenie się z przyrodą – obserwuje zmiany zachodzące w ciele i łączy je z nowymi postawami oraz elementami rzeczywistości. Początkowo pociąga go też poezja (rozumiana jako odnajdowanie potęgi przyrody zaklętej w zestawieniach słów), z czasem liryczne zachwyty ustępują zwyczajności. Jednak w warstwie opisów tajga przez cały czas jest sakralizowana i odmalowywana bardzo literacko.
W odróżnieniu od podróżniczych relacji, w tekście Tessona nie ma chęci poznawania innych kultur i nastawienia na drugiego człowieka. Ogromne odległości dzielące sąsiadów zapewniają spokój i samotność. Kiedy w relacji Tessona pojawiają się napotkani tubylcy, ma się wrażenie zakłócania z trudem odnalezionej harmonii i ciszy. Wódka leje się wtedy strumieniami, a spotkania wydają się jałowe – znacznie lepiej działa pustka i możliwość wyciszenia się. Zresztą Tesson przedstawia motywacje swojej nietypowej wyprawy – nietrudno go zrozumieć.
„W syberyjskich lasach” to książka, która zatrzymuje czas. Nie ma w niej mrożących krew w żyłach przygód, nie ma porad, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach. To książka zrodzona z pełnego zachwytu i pokory milczenia, próba wsłuchania się w majestat przyrody. Sylvain Tesson wybiera formę dziennika eremity, który nad Bajkałem odnalazł swój chwilowy raj. Jego relacja jest tak niezwykła, że zabiegani wciąż odbiorcy będą mogli zazdrościć szansy uzyskania spokoju. Chociaż nic sensacyjnego nie będzie się tu działo, Tesson przekona do siebie pragnących wyciszenia czytelników.
Wyznania pustelnika
Nieprzypadkowo na kartach tomu „W syberyjskich lasach” pada porównanie łączące tajgę z majestatem kościołów i katedr. Sylvain Tesson w powrocie do nieokiełznanej natury szuka swoistego oczyszczenia i szansy na zwolnienie tempa życia – chociaż pomysł przeprowadzenia się na pół roku do samotni w tajdze powodowany jest bardziej dziennikarsko-podróżniczą ciekawością. Autor zamienia się w pustelnika, przebywa z dala od ludzi i dzięki temu zyskuje czas na poznawanie siebie i powolną kontemplację piękna natury. Prowadzi dziennik – „W syberyjskich lasach” to właśnie rejestr codziennych zapisków, drobnych przemyśleń, starannie opracowanych, niekiedy filozoficznych, czasem reporterskich. Tesson w oczekiwaniu na warte zachowania myśli i spostrzeżenia stara się jak najpełniej przedstawiać otoczenie, które chłonie – by pozbyć się z umysłu wielkomiejskich trucizn. Z zachwytem opowiada o przyrodzie, niemal malarsko prezentuje surowe piękno lasu. Zaczyna dostrzegać czas, wreszcie może dokładnie poczuć każdą chwilę. Może pozwolić sobie na kilkugodzinne obserwowanie drogi promieni słonecznych – to luksus, na który w cywilizacji nie ma miejsca.
Sylvain Tesson próbuje dobrze zastanowić się nad każdym komentarzem. Wie, że dziennik jest zaprzeczeniem marnowania czasu, w poszukiwaniu tematów do refleksji upatruje sensu przebywania na odludziu. Zyskuje wolność absolutną – może robić to, na co tylko ma ochotę, nadrabiać zaległości w lekturze i cieszyć się każdym dniem. Chce poznać i zrozumieć otoczenie – ale bez pośpiechu. Całkowicie przestawia się na teraźniejszość: to, co zostawił za sobą, nie trafia do zapisków. Liczą się tylko aktualne obserwacje oraz próby wyznaczania uniwersalnych prawd. Z rzadka do tomu trafiają wątki autotematyczne. Jeszcze rzadziej Sylvain Tesson odnosi się do własnej prywatności – jakby próbował odciąć się od dotychczasowego trybu życia. Teraz ma czas na jednoczenie się z przyrodą – obserwuje zmiany zachodzące w ciele i łączy je z nowymi postawami oraz elementami rzeczywistości. Początkowo pociąga go też poezja (rozumiana jako odnajdowanie potęgi przyrody zaklętej w zestawieniach słów), z czasem liryczne zachwyty ustępują zwyczajności. Jednak w warstwie opisów tajga przez cały czas jest sakralizowana i odmalowywana bardzo literacko.
W odróżnieniu od podróżniczych relacji, w tekście Tessona nie ma chęci poznawania innych kultur i nastawienia na drugiego człowieka. Ogromne odległości dzielące sąsiadów zapewniają spokój i samotność. Kiedy w relacji Tessona pojawiają się napotkani tubylcy, ma się wrażenie zakłócania z trudem odnalezionej harmonii i ciszy. Wódka leje się wtedy strumieniami, a spotkania wydają się jałowe – znacznie lepiej działa pustka i możliwość wyciszenia się. Zresztą Tesson przedstawia motywacje swojej nietypowej wyprawy – nietrudno go zrozumieć.
„W syberyjskich lasach” to książka, która zatrzymuje czas. Nie ma w niej mrożących krew w żyłach przygód, nie ma porad, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach. To książka zrodzona z pełnego zachwytu i pokory milczenia, próba wsłuchania się w majestat przyrody. Sylvain Tesson wybiera formę dziennika eremity, który nad Bajkałem odnalazł swój chwilowy raj. Jego relacja jest tak niezwykła, że zabiegani wciąż odbiorcy będą mogli zazdrościć szansy uzyskania spokoju. Chociaż nic sensacyjnego nie będzie się tu działo, Tesson przekona do siebie pragnących wyciszenia czytelników.
wtorek, 5 lutego 2013
Silvana Giacobini: Sophia Loren. Życie jak film
Znak, Kraków 2013.
Gwiazda
Książka o Sophii Loren „Życie jak film”, chociaż określana jest jako biografia, stanowi raczej przegląd smaczków z prywatnego życia aktorki i spodoba się przede wszystkim odbiorcom czekającym na mniej oficjalne tony opowieści. Filmy schodzą tu na daleki plan – liczą się za to romanse, związki czy relacje z rodziną. Na tej bazie budowana jest cała narracja. Dla czytelników kolorowej prasy to aż nadto, dla wymagających odbiorców będzie jednak „Życie jak film” niepotrzebnie przycinaną historią obliczaną na poklask masowej publiki. Sophia Loren nie intryguje autorki jako postać, legenda ekranu, a niemal usuwa się w cień, gdy w jej orbitę wchodzą kolejne sławy. Silvana Giacobini natychmiast przestawia się na prezentowanie sylwetek znanych ludzi, których losy zazębiły się z losami Sophii Loren – zupełnie jakby nie mogła zgromadzić dostatecznej ilości materiału, by zapełnić nim niedużą przecież książkę. Także w schemacie konstrukcyjnym dają się zauważyć wpływy narracji pop. Autorka nie sięga po opracowania, jedynym stale przywoływanym źródłem są prywatne zapiski bohaterki (niepublikowane dotąd, co może stać się atutem książki). Giacobini na podstawie relacji, plotek i biograficznych danych chce skonstruować płynną opowieść o kobiecie. Odsuwa motyw aktorstwa, zatrzymuje się nad Sophią Loren jako kochanką i stawia na jej uczucia. Traktuje gwiazdę jak zwyczajną postać, której nie zawsze udaje się otrzymać wszystko, czego zapragnie. To podejście mogłoby przybliżać odbiorcom aktorkę – a jednak daje się wyczuć w tomie spory dystans: Sophia Loren pozostaje odległa, niedostępna i niezrozumiana. Nie ma w historii o jej miłościach dramatycznego napięcia, Giacobini woli raczej relacjonować życie prywatne – a właściwie jego wybrane aspekty. Widać, że chciałaby osiągnąć efekt zbeletryzowanego wyznania, poruszającego wyobraźnię i nieobojętnego, a równocześnie sugerującego współuczestnictwo – tymczasem nie może przekazać czytelnikom emocji bohaterki. Bohaterka ta wydaje się zatem zimna i niekoniecznie zyska aprobatę.
Tendencje do intrygowania biografią artystki widać za to w sposobie narracji: stylem Giacobini próbuje wpłynąć na portret Sophii Loren, pozwala sobie na uwagi rodem z powieści obyczajowych czy sformułowania z romansu. Koloruje własną narrację – i ten pomysł okazałby się sukcesem, gdyby tom miał bardziej wyrazistą strukturę. Zawierzenie sile uczuć w chwili, kiedy z tych uczuć nie da się wyłuskać historii jak z marzeń tłumów, nie wystarcza – odruchowo podczas lektury szuka się dodatkowego spoiwa, a i wyjaśnienia, dlaczego akurat Sophia Loren staje się obiektem zainteresowania. Tych składników szuka się do końca tomu.
Dla części odbiorów zapewne magnesem będzie okładkowy zapis „Sekrety z życia jednej z największych gwiazd światowego kina”. Autorka poszukuje tych sekretów – ukazuje relacje z mężczyznami, problem z zajściem w ciążę czy groźne wypadki – ale skraca opowieść tam, gdzie chciałoby się znaleźć więcej szczegółów, za to niepotrzebnie rozwleka tam, gdzie wszystko jest oczywiste. Nie jest to lektura dla wymagających, nie zaspokaja ciekawości. Biograficzny potencjał, który Giacobini chciała przekuć na książkę dla wszystkich, traci się w obliczu braku koncepcji na samą opowieść o Loren.
Gwiazda
Książka o Sophii Loren „Życie jak film”, chociaż określana jest jako biografia, stanowi raczej przegląd smaczków z prywatnego życia aktorki i spodoba się przede wszystkim odbiorcom czekającym na mniej oficjalne tony opowieści. Filmy schodzą tu na daleki plan – liczą się za to romanse, związki czy relacje z rodziną. Na tej bazie budowana jest cała narracja. Dla czytelników kolorowej prasy to aż nadto, dla wymagających odbiorców będzie jednak „Życie jak film” niepotrzebnie przycinaną historią obliczaną na poklask masowej publiki. Sophia Loren nie intryguje autorki jako postać, legenda ekranu, a niemal usuwa się w cień, gdy w jej orbitę wchodzą kolejne sławy. Silvana Giacobini natychmiast przestawia się na prezentowanie sylwetek znanych ludzi, których losy zazębiły się z losami Sophii Loren – zupełnie jakby nie mogła zgromadzić dostatecznej ilości materiału, by zapełnić nim niedużą przecież książkę. Także w schemacie konstrukcyjnym dają się zauważyć wpływy narracji pop. Autorka nie sięga po opracowania, jedynym stale przywoływanym źródłem są prywatne zapiski bohaterki (niepublikowane dotąd, co może stać się atutem książki). Giacobini na podstawie relacji, plotek i biograficznych danych chce skonstruować płynną opowieść o kobiecie. Odsuwa motyw aktorstwa, zatrzymuje się nad Sophią Loren jako kochanką i stawia na jej uczucia. Traktuje gwiazdę jak zwyczajną postać, której nie zawsze udaje się otrzymać wszystko, czego zapragnie. To podejście mogłoby przybliżać odbiorcom aktorkę – a jednak daje się wyczuć w tomie spory dystans: Sophia Loren pozostaje odległa, niedostępna i niezrozumiana. Nie ma w historii o jej miłościach dramatycznego napięcia, Giacobini woli raczej relacjonować życie prywatne – a właściwie jego wybrane aspekty. Widać, że chciałaby osiągnąć efekt zbeletryzowanego wyznania, poruszającego wyobraźnię i nieobojętnego, a równocześnie sugerującego współuczestnictwo – tymczasem nie może przekazać czytelnikom emocji bohaterki. Bohaterka ta wydaje się zatem zimna i niekoniecznie zyska aprobatę.
Tendencje do intrygowania biografią artystki widać za to w sposobie narracji: stylem Giacobini próbuje wpłynąć na portret Sophii Loren, pozwala sobie na uwagi rodem z powieści obyczajowych czy sformułowania z romansu. Koloruje własną narrację – i ten pomysł okazałby się sukcesem, gdyby tom miał bardziej wyrazistą strukturę. Zawierzenie sile uczuć w chwili, kiedy z tych uczuć nie da się wyłuskać historii jak z marzeń tłumów, nie wystarcza – odruchowo podczas lektury szuka się dodatkowego spoiwa, a i wyjaśnienia, dlaczego akurat Sophia Loren staje się obiektem zainteresowania. Tych składników szuka się do końca tomu.
Dla części odbiorów zapewne magnesem będzie okładkowy zapis „Sekrety z życia jednej z największych gwiazd światowego kina”. Autorka poszukuje tych sekretów – ukazuje relacje z mężczyznami, problem z zajściem w ciążę czy groźne wypadki – ale skraca opowieść tam, gdzie chciałoby się znaleźć więcej szczegółów, za to niepotrzebnie rozwleka tam, gdzie wszystko jest oczywiste. Nie jest to lektura dla wymagających, nie zaspokaja ciekawości. Biograficzny potencjał, który Giacobini chciała przekuć na książkę dla wszystkich, traci się w obliczu braku koncepcji na samą opowieść o Loren.
poniedziałek, 4 lutego 2013
Sabine Zett: Geniusz Kuba
Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.
Błędy i wypadki
Sabine Zett chce młodym czytelnikom dostarczyć rozrywki. Powołuje zatem do życia bohatera charakterystycznego. U Kuby przechodząca w megalomanię młodzieńcza pewność siebie mocno kontrastuje z kolejnymi gafami. Chłopak nie zastanawia się nad sensownością swoich pomysłów i kiedy robi wszystko, by udowodnić innym własny geniusz, staje się pośmiewiskiem otoczenia. Nie psuje mu to jednak humoru: Kuba jest niemal impregnowany na prawdę, nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby się pomylić. A że myli się często – czytelnicy będą mieli sporo śmiechu. W końcu od czytadeł w stylu „Geniusza Kuby” nie oczekuje się wiernego odtwarzania rzeczywistości. Deformacja świata sprzyja humorowi charakterystycznemu dosyć dla niemieckich lektur.
Kuba pragnie udowodnić, że ma talent i jest jednostką wybitną. W swojej wyobraźni snuje plany, które nijak mają się do rzeczywistości i zdradzają całkowitą nieznajomość realiów. Bohater uważa, że świat kształtuje się według jego pomysłów – a z konfrontacji z otoczeniem rodzi się żart, którego nie sposób przegapić. Kuba trafia między innymi do drużyny futbolowej i do baletu, wpada w ręce niechcianej wielbicielki i wrednej starszej siostry, a cały czas dąży do tego, by zdobyć uznanie pewnej dziewczyny. „Geniusz Kuba” to książka pełna akcji i przerysowanych scenek. Dynamika szkolnego życia potęguje jeszcze dowcip – dowcip mocno specyficzny, typowy w niemieckiej literaturze czwartej, wolny od absurdu, za to czerpiący z naiwności ironii oraz złośliwości wobec wyśmiewanej postaci. Kuba oprowadza czytelników po szkolnej egzystencji, wprowadza w relacje między kolegami i uświadamia, jakimi prawami rządzi się wyobraźnia nastolatków.
Narracja w „Geniuszu Kubie” jest wypadkową slangowych wtrąceń, emocjonalnego podejścia do codzienności oraz przekonania bohatera o swojej nieomylności. Wszystkie cechy Kuby odzwierciedlają się w języku, tworząc piorunującą mieszankę – trochę niewiarygodną, ale nie o wiarygodność tu chodzi, a o rozrywkę w stylu pop. I tu uwaga: Sabine Zett tworzy powieść pop bardziej dla chłopaków, przełamuje schemat prostych i sentymentalnych obyczajówek o zauroczeniach nastolatek. Proponuje coś zupełnie innego od dotychczasowych reprezentacji gatunku – a polskim odbiorcom o oryginalności tomu przypominać też będzie sposób traktowania postaci. Nieczęsto autorzy wystawiają na pośmiewisko swoich bohaterów – geniusz Kuba nie pozostawia wątpliwości co do własnego intelektualnego potencjału. To może spodobać się zwłaszcza dzieciom znudzonym klasycznymi sylwetkami rówieśników w książkach.
U Sabine Zett nie ma miejsca na subtelne analizy zachowań, mdłe scenki czy dyplomację. Wszystko rozgrywa się na granicy ekstremalnych doświadczeń, które dla dzieci okazują się naturalną codziennością. „Geniusz Kuba” niesie parę przesłań dla młodych czytelników – ale są one zgrabnie ukryte w kierunkach rozwoju fabuły.
Książkę ozdabiają komiksowe ilustracje Ute Krause – co dobrze wpisuje się w konwencję opowieści, a przy okazji i potęguje humor. W przeciwieństwie do narracji, w warstwie graficznej nie ma karykatury a delikatniejszy żart pozwala z przyjemnością oglądać czarno-białe szkice. „Geniusz Kuba” to historia dla dzieci, którym nie chce się czytać. Praktycznie czyta się sama, dostarcza rozrywki i nie będzie męczyć małych odbiorców.
Błędy i wypadki
Sabine Zett chce młodym czytelnikom dostarczyć rozrywki. Powołuje zatem do życia bohatera charakterystycznego. U Kuby przechodząca w megalomanię młodzieńcza pewność siebie mocno kontrastuje z kolejnymi gafami. Chłopak nie zastanawia się nad sensownością swoich pomysłów i kiedy robi wszystko, by udowodnić innym własny geniusz, staje się pośmiewiskiem otoczenia. Nie psuje mu to jednak humoru: Kuba jest niemal impregnowany na prawdę, nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby się pomylić. A że myli się często – czytelnicy będą mieli sporo śmiechu. W końcu od czytadeł w stylu „Geniusza Kuby” nie oczekuje się wiernego odtwarzania rzeczywistości. Deformacja świata sprzyja humorowi charakterystycznemu dosyć dla niemieckich lektur.
Kuba pragnie udowodnić, że ma talent i jest jednostką wybitną. W swojej wyobraźni snuje plany, które nijak mają się do rzeczywistości i zdradzają całkowitą nieznajomość realiów. Bohater uważa, że świat kształtuje się według jego pomysłów – a z konfrontacji z otoczeniem rodzi się żart, którego nie sposób przegapić. Kuba trafia między innymi do drużyny futbolowej i do baletu, wpada w ręce niechcianej wielbicielki i wrednej starszej siostry, a cały czas dąży do tego, by zdobyć uznanie pewnej dziewczyny. „Geniusz Kuba” to książka pełna akcji i przerysowanych scenek. Dynamika szkolnego życia potęguje jeszcze dowcip – dowcip mocno specyficzny, typowy w niemieckiej literaturze czwartej, wolny od absurdu, za to czerpiący z naiwności ironii oraz złośliwości wobec wyśmiewanej postaci. Kuba oprowadza czytelników po szkolnej egzystencji, wprowadza w relacje między kolegami i uświadamia, jakimi prawami rządzi się wyobraźnia nastolatków.
Narracja w „Geniuszu Kubie” jest wypadkową slangowych wtrąceń, emocjonalnego podejścia do codzienności oraz przekonania bohatera o swojej nieomylności. Wszystkie cechy Kuby odzwierciedlają się w języku, tworząc piorunującą mieszankę – trochę niewiarygodną, ale nie o wiarygodność tu chodzi, a o rozrywkę w stylu pop. I tu uwaga: Sabine Zett tworzy powieść pop bardziej dla chłopaków, przełamuje schemat prostych i sentymentalnych obyczajówek o zauroczeniach nastolatek. Proponuje coś zupełnie innego od dotychczasowych reprezentacji gatunku – a polskim odbiorcom o oryginalności tomu przypominać też będzie sposób traktowania postaci. Nieczęsto autorzy wystawiają na pośmiewisko swoich bohaterów – geniusz Kuba nie pozostawia wątpliwości co do własnego intelektualnego potencjału. To może spodobać się zwłaszcza dzieciom znudzonym klasycznymi sylwetkami rówieśników w książkach.
U Sabine Zett nie ma miejsca na subtelne analizy zachowań, mdłe scenki czy dyplomację. Wszystko rozgrywa się na granicy ekstremalnych doświadczeń, które dla dzieci okazują się naturalną codziennością. „Geniusz Kuba” niesie parę przesłań dla młodych czytelników – ale są one zgrabnie ukryte w kierunkach rozwoju fabuły.
Książkę ozdabiają komiksowe ilustracje Ute Krause – co dobrze wpisuje się w konwencję opowieści, a przy okazji i potęguje humor. W przeciwieństwie do narracji, w warstwie graficznej nie ma karykatury a delikatniejszy żart pozwala z przyjemnością oglądać czarno-białe szkice. „Geniusz Kuba” to historia dla dzieci, którym nie chce się czytać. Praktycznie czyta się sama, dostarcza rozrywki i nie będzie męczyć małych odbiorców.
niedziela, 3 lutego 2013
Agata Porczyńska: Wada wymowy
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Logoreiczne związki
Wada wymowy powodować może poważne problemy w komunikacji. Komplikuje przekaz i utrudnia porozumienie. Bywa bagatelizowana, lecz jest zjawiskiem niebezpiecznym, prowadzi do rozmaitych konfliktów. U Agaty Porczyńskiej – do konfliktów na tle damsko-męskim, a czas pokaże, że i pokoleniowym. Bo „Wada wymowy” to książka dziś odwzorowująca kolokwialne i wulgarne rozmowy, trochę pastiszowa, odzwierciedlająca zwyczajne życie par wolnych od intelektualnych rozważań. Kiedy zmienią się językowe mody, stanie się trudną do strawienia ciekawostką, uznawaną prawdopodobnie za epigoństwo pierwszych pomysłów Doroty Masłowskiej i niszowej prozy zbuntowanych.
Agata Porczyńska proponuje w książce dwadzieścia dziewięć scenek obyczajowych, przedstawiających skazane na niepowodzenia związki. Demitologizuje idealną miłość, wrzuca ją do rynsztoka przekleństw, zarzutów i wulgarnie wyrażanego pożądania – w wersji młodzieżowo-subkulturowej. W wersji pokolenia średniego – maskuje rozczarowaniem, zdradami i tysiącem ważniejszych spraw. Bohaterowie cierpią na wadę wymowy: nie mogą i nie próbują się dogadać, nie zależy im na wspólnocie poglądów. Życie to walka, w dodatku zamiast rozmów, które do czegoś doprowadzą, autorka woli mikromonologi, jakby zabraniała postaciom słuchać się nawzajem. Więcej: nawet gdyby ktokolwiek spróbował wysłuchać drugiej strony, znalazłby tylko potok banałów, pozbawiony realnych odniesień do codzienności, uniemożliwiający konstruktywną dyskusję. Chociaż autorka mnoży scenki imitujące różnorodną zwyczajność, naprawdę przez cały czas mówi o tym samym – a nietrudno też zauważyć, że w pewnej chwili zaczynają jej się zlewać formy.
Przy stosunkowo jednorodnej treści autorka chce zaimponować czytelnikom warsztatową sprawnością – szuka siły wyrazu w monologu, skrótowych dialogach, wspomnieniach, wyznaniach, prozie rymowanej, relacjach, stylizacjach (na przykład na staropolsko-makaroniczno-wiejski, co daje nieprzezroczystą lecz dziwną mieszankę). Stosuje gry półsłówek i zapożyczenia z popkultury, zmienia bohaterów – od dojrzałej kobiety do penisa – i sprawdza opowieści z różnych punktów widzenia. Zmienia emocje, rytmy i tła. Nie zmienia jednak najważniejszego: skłonności do logorei. To czynnik, który nakazuje zespolić wszystkie postacie, potraktować je jak jedną osobę, przez cały czas opowiadającą tę samą historię z czytelnym przesłaniem: dopóki ludzie cierpieć będą na wadę wymowy, nie będą mieli szansy na porozumienie i zbudowanie udanego związku. To przesłanie wpasowuje się we wszystkie teksty z tomu. Porczyńska chce zaimponować, a przecież nie znajduje odrębnych puent, nie mówi nic, co zaskoczyłoby czytelników. W dodatku rytmy poszczególnych historii zaczynają się ze sobą mieszać i jest to chyba zjawisko przez autorkę niezamierzone – w końcu chodziło o warsztatowy popis, a nie jedną przemowę z powtarzanym jak refren przesłaniem. Wulgaryzowana poza to za mało, żeby wkupić się w łaski odbiorców, slang szybko zwietrzeje i z „Wady wymowy” pozostanie językowy skansen fraz, których nie chce się ocalać – bo i po co? Świat w ujęciu Porczyńskiej – a przynajmniej językowy obraz tego świata – przybiera skarykaturalizowaną formę. Jest zdegenerowany i odrażający, pełen najgorszych cech i poddawany okrutnej krytyce przez odbicie w krzywym zwierciadle. Ujawnia intelektualną miałkość kolejnych przedstawicieli społeczeństwa, rzuca wyzwanie tradycji literackiej i sprowadza się do kopulacji. I wszystko byłoby w porządku, gdyby autorka zamiast mnożyć słowa, czasem zastosowała skrót w sztuce przegadania.
Logoreiczne związki
Wada wymowy powodować może poważne problemy w komunikacji. Komplikuje przekaz i utrudnia porozumienie. Bywa bagatelizowana, lecz jest zjawiskiem niebezpiecznym, prowadzi do rozmaitych konfliktów. U Agaty Porczyńskiej – do konfliktów na tle damsko-męskim, a czas pokaże, że i pokoleniowym. Bo „Wada wymowy” to książka dziś odwzorowująca kolokwialne i wulgarne rozmowy, trochę pastiszowa, odzwierciedlająca zwyczajne życie par wolnych od intelektualnych rozważań. Kiedy zmienią się językowe mody, stanie się trudną do strawienia ciekawostką, uznawaną prawdopodobnie za epigoństwo pierwszych pomysłów Doroty Masłowskiej i niszowej prozy zbuntowanych.
Agata Porczyńska proponuje w książce dwadzieścia dziewięć scenek obyczajowych, przedstawiających skazane na niepowodzenia związki. Demitologizuje idealną miłość, wrzuca ją do rynsztoka przekleństw, zarzutów i wulgarnie wyrażanego pożądania – w wersji młodzieżowo-subkulturowej. W wersji pokolenia średniego – maskuje rozczarowaniem, zdradami i tysiącem ważniejszych spraw. Bohaterowie cierpią na wadę wymowy: nie mogą i nie próbują się dogadać, nie zależy im na wspólnocie poglądów. Życie to walka, w dodatku zamiast rozmów, które do czegoś doprowadzą, autorka woli mikromonologi, jakby zabraniała postaciom słuchać się nawzajem. Więcej: nawet gdyby ktokolwiek spróbował wysłuchać drugiej strony, znalazłby tylko potok banałów, pozbawiony realnych odniesień do codzienności, uniemożliwiający konstruktywną dyskusję. Chociaż autorka mnoży scenki imitujące różnorodną zwyczajność, naprawdę przez cały czas mówi o tym samym – a nietrudno też zauważyć, że w pewnej chwili zaczynają jej się zlewać formy.
Przy stosunkowo jednorodnej treści autorka chce zaimponować czytelnikom warsztatową sprawnością – szuka siły wyrazu w monologu, skrótowych dialogach, wspomnieniach, wyznaniach, prozie rymowanej, relacjach, stylizacjach (na przykład na staropolsko-makaroniczno-wiejski, co daje nieprzezroczystą lecz dziwną mieszankę). Stosuje gry półsłówek i zapożyczenia z popkultury, zmienia bohaterów – od dojrzałej kobiety do penisa – i sprawdza opowieści z różnych punktów widzenia. Zmienia emocje, rytmy i tła. Nie zmienia jednak najważniejszego: skłonności do logorei. To czynnik, który nakazuje zespolić wszystkie postacie, potraktować je jak jedną osobę, przez cały czas opowiadającą tę samą historię z czytelnym przesłaniem: dopóki ludzie cierpieć będą na wadę wymowy, nie będą mieli szansy na porozumienie i zbudowanie udanego związku. To przesłanie wpasowuje się we wszystkie teksty z tomu. Porczyńska chce zaimponować, a przecież nie znajduje odrębnych puent, nie mówi nic, co zaskoczyłoby czytelników. W dodatku rytmy poszczególnych historii zaczynają się ze sobą mieszać i jest to chyba zjawisko przez autorkę niezamierzone – w końcu chodziło o warsztatowy popis, a nie jedną przemowę z powtarzanym jak refren przesłaniem. Wulgaryzowana poza to za mało, żeby wkupić się w łaski odbiorców, slang szybko zwietrzeje i z „Wady wymowy” pozostanie językowy skansen fraz, których nie chce się ocalać – bo i po co? Świat w ujęciu Porczyńskiej – a przynajmniej językowy obraz tego świata – przybiera skarykaturalizowaną formę. Jest zdegenerowany i odrażający, pełen najgorszych cech i poddawany okrutnej krytyce przez odbicie w krzywym zwierciadle. Ujawnia intelektualną miałkość kolejnych przedstawicieli społeczeństwa, rzuca wyzwanie tradycji literackiej i sprowadza się do kopulacji. I wszystko byłoby w porządku, gdyby autorka zamiast mnożyć słowa, czasem zastosowała skrót w sztuce przegadania.
sobota, 2 lutego 2013
Eduard Martin: Schody do raju
WAM, Kraków 2012.
Lekcje
„Schody do raju” Eduarda Martina mają konstrukcję schodkową i spisane są według jednego schematu. Na początku każdego miniopowiadania pojawia się oznaczana inicjałami i zawodem postać, która snuje swoją krótką i mocno moralizatorską historię. Wszystkie przypowiastki mają przypominać człowiekowi o przemijaniu i jednocześnie o życiu wiecznym, o które zadbać trzeba już teraz. Przybywające z nicości postacie koncentrują się na wydarzeniach przełomowych, ważnych czy niezwykłych – ale z perspektywy czytelnika raczej przewidywalnych i tylko ci odbiorcy, którzy szukają pozycji poświęconej duchowemu rozwojowi bez jednoznacznych religijnych odniesień, będą tomem Martina usatysfakcjonowani. Morały dominują nad formą i treścią, autor nie dba o ich zakotwiczenie w literackiej przestrzeni. Do minimum redukuje fabułę, zaledwie nakreśla sytuacje, by jak najszybciej przejść do scen, w których bohaterowie doznają nagłego olśnienia i otwierają się na życie w zgodzie z sobą. Z punktu widzenia genologii poszczególne rozdziały nie są nawet opowiadaniami, to raczej opisy uczuć, często powiązanych z tym, co bezpowrotnie utracone. Stałym motywem opowiadań okazuje się zatem tęsknota, żal, że nie powiedziało się bliskim najważniejszego, smutek i gorycz. Wszystko po to, by wybrzmiało przesłanie – spiesz się, zanim będzie za późno. Żyj tak, jakbyś za dziesięć minut miał umrzeć. Z jednej strony Eduard Martin przypomina zatem o kruchości egzystencji i nieco podpowiada, jak minimalizować ból rozstania czy strach przed przemijaniem, z drugiej jednak nie dostrzega niczego poza próbą przekonania odbiorców do własnych poglądów. Ten wysiłek jest najbardziej widoczny w retoryce i konstrukcji tekstów.
Tym, co charakteryzuje formę rozdziałów ze „Schodów do raju” jest nadużywanie elips, niedopowiedzeń i akapitów szatkujących wypowiedź. Martin traktuje mininarrację jak wiersze – przy czym nie chce dostrzegać potencjału klauzuli niby wersów: by zaakcentować zakończenie, przenosi je do nowej linijki. Relacja w ten sposób nie zyskuje na dynamiczności, za to staje się pocięta dość niewygodnie, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że cenione przez autora i wyodrębniane fazy nie stanowią dla czytelników żadnej tajemnicy, są łatwe do przewidzenia za sprawą konstrukcji tekstów i jednokierunkowości autorskich wysiłków. Rozbijanie spójności narracji nie sprawdza się zatem najlepiej jako środek wywołujący refleksję u odbiorców. Większą siłę miałby ten pomysł, gdyby był stosowany sporadycznie, a nie w końcówce każdego rozdziału.
Silne wzruszenia zostają tu zaznaczane, podkreślane, przypominane i dokładnie nazywane – jakby ktokolwiek mógł mieć wątpliwości co do przeżyć postaci (przeżyć, które mają przecież stać się uniwersalne). Ta tendencyjność automatycznie redukuje możliwość wpływania na czytelników – chyba że ci akurat poszukują niepospolitych kazań. Martin chce budować historie wzruszające i pobudzające do refleksji, coś na wzór kieszonkowych „perełek” i podręcznych zestawów złotych myśli, tyle że rozdmuchanych do wielkości miniopowiadań – dlatego próbuje ożywiać przesłania, układać dla nich mikrofabułki i imitacje wspomnień. Rytmem książki chce narzucać sposób odbioru, po schodkach doprowadza czytelników do podanych na tacy odkryć. Dobiera jednak przykłady zbyt dydaktyczne i rzadko pasujące do współczesnego świata (i sposobu egzystencji). Powstaje zatem dysonans między rzeczywistością i jej literacko-duchowym odpowiednikiem – taki sam, jak między bogatą w metafory poezją, a dosłownością tekstów ze „Schodów”.
Lekcje
„Schody do raju” Eduarda Martina mają konstrukcję schodkową i spisane są według jednego schematu. Na początku każdego miniopowiadania pojawia się oznaczana inicjałami i zawodem postać, która snuje swoją krótką i mocno moralizatorską historię. Wszystkie przypowiastki mają przypominać człowiekowi o przemijaniu i jednocześnie o życiu wiecznym, o które zadbać trzeba już teraz. Przybywające z nicości postacie koncentrują się na wydarzeniach przełomowych, ważnych czy niezwykłych – ale z perspektywy czytelnika raczej przewidywalnych i tylko ci odbiorcy, którzy szukają pozycji poświęconej duchowemu rozwojowi bez jednoznacznych religijnych odniesień, będą tomem Martina usatysfakcjonowani. Morały dominują nad formą i treścią, autor nie dba o ich zakotwiczenie w literackiej przestrzeni. Do minimum redukuje fabułę, zaledwie nakreśla sytuacje, by jak najszybciej przejść do scen, w których bohaterowie doznają nagłego olśnienia i otwierają się na życie w zgodzie z sobą. Z punktu widzenia genologii poszczególne rozdziały nie są nawet opowiadaniami, to raczej opisy uczuć, często powiązanych z tym, co bezpowrotnie utracone. Stałym motywem opowiadań okazuje się zatem tęsknota, żal, że nie powiedziało się bliskim najważniejszego, smutek i gorycz. Wszystko po to, by wybrzmiało przesłanie – spiesz się, zanim będzie za późno. Żyj tak, jakbyś za dziesięć minut miał umrzeć. Z jednej strony Eduard Martin przypomina zatem o kruchości egzystencji i nieco podpowiada, jak minimalizować ból rozstania czy strach przed przemijaniem, z drugiej jednak nie dostrzega niczego poza próbą przekonania odbiorców do własnych poglądów. Ten wysiłek jest najbardziej widoczny w retoryce i konstrukcji tekstów.
Tym, co charakteryzuje formę rozdziałów ze „Schodów do raju” jest nadużywanie elips, niedopowiedzeń i akapitów szatkujących wypowiedź. Martin traktuje mininarrację jak wiersze – przy czym nie chce dostrzegać potencjału klauzuli niby wersów: by zaakcentować zakończenie, przenosi je do nowej linijki. Relacja w ten sposób nie zyskuje na dynamiczności, za to staje się pocięta dość niewygodnie, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że cenione przez autora i wyodrębniane fazy nie stanowią dla czytelników żadnej tajemnicy, są łatwe do przewidzenia za sprawą konstrukcji tekstów i jednokierunkowości autorskich wysiłków. Rozbijanie spójności narracji nie sprawdza się zatem najlepiej jako środek wywołujący refleksję u odbiorców. Większą siłę miałby ten pomysł, gdyby był stosowany sporadycznie, a nie w końcówce każdego rozdziału.
Silne wzruszenia zostają tu zaznaczane, podkreślane, przypominane i dokładnie nazywane – jakby ktokolwiek mógł mieć wątpliwości co do przeżyć postaci (przeżyć, które mają przecież stać się uniwersalne). Ta tendencyjność automatycznie redukuje możliwość wpływania na czytelników – chyba że ci akurat poszukują niepospolitych kazań. Martin chce budować historie wzruszające i pobudzające do refleksji, coś na wzór kieszonkowych „perełek” i podręcznych zestawów złotych myśli, tyle że rozdmuchanych do wielkości miniopowiadań – dlatego próbuje ożywiać przesłania, układać dla nich mikrofabułki i imitacje wspomnień. Rytmem książki chce narzucać sposób odbioru, po schodkach doprowadza czytelników do podanych na tacy odkryć. Dobiera jednak przykłady zbyt dydaktyczne i rzadko pasujące do współczesnego świata (i sposobu egzystencji). Powstaje zatem dysonans między rzeczywistością i jej literacko-duchowym odpowiednikiem – taki sam, jak między bogatą w metafory poezją, a dosłownością tekstów ze „Schodów”.
piątek, 1 lutego 2013
Scott Jurek (Steve Friedman): Jedz i biegaj
Galaktyka, Łódź 2012.
Ultramaratony
Komu podobał się tom „Urodzeni biegacze”, tego nie trzeba zachęcać do lektury „Jedz i biegaj”. Tym razem o startowaniu w ultramaratonach i wygrywaniu morderczych wyścigów opowiada Scott Jurek, człowiek-legenda. Do opowieści o emocjach związanych z bieganiem dochodzi jeszcze drugi wątek: weganizm. Jurek przekonuje, że można połączyć wegańską dietę z wysiłkiem sportowca – i kolejne rozdziały przeplata przepisami na potrawy bogate w składniki odżywcze, a przy tym smaczne (czasem też i wygodne do zabrania na trasę). Do tego dokłada też historię o życiu prywatnym – dzieciństwie z chorą na stwardnienie rozsiane matką i despotycznym ojcem, a potem o małżeństwie i przyjaźniach – jakby chciał w ten sposób przełamać mit o samotności maratończyków.
„Jedz i biegaj” to książka-wyznanie. Utrzymana w pierwszej osobie i podpisane przez Scotta Jurka – a w rzeczywistości stworzona przez ghosta, Steve’a Friedmana – jest bardzo udana. Wpisuje się w drobne odgałęzienie literatury faktu poświęcone wyznaniom sportowców, którzy uprawiają sporty ekstremalne (zbliża się na przykład do niektórych pozycji literatury górskiej). Friedman świadomy jest tego, że nie da się w pełni odzwierciedlić przeżyć podczas biegu, z drugiej strony doskonale zna konwencję i wie, czego oczekiwać od niego będą odbiorcy. Potrafi wciągnąć w opowieść z „Jedz i biegaj” ze względu na indywidualizację opowieści oraz niemal klasyczne – a nie męczące powtarzalnością – schematy. Skupia się na ludziach i na myśleniu o sporcie. Przedstawia Dusty’ego, ekscentrycznego przyjaciela Scotta Jurka, pokazuje, jak pokonywać ograniczenia własnego organizmu. Nie ma w tym heroicznych postaw, pojawia się za to brawura niepojęta dla odbiorców: bieganie na długich dystansach ze złamaną kostką czy palcem u nogi, doprowadzanie organizmu na skraj wytrzymałości, wymioty na trasie, odwodnienia, ciągłe ryzyko. Wszystkie te motywy, dalekie od medialnych i filmowych wizerunków zwycięzców, stają się punktem zaczepienia dla atrakcyjnej opowieści o bieganiu na morderczych dystansach.
Chociaż Scott Jurek jako biegacz i fizjoterapeuta mógłby skoncentrować się na technikach biegu, woli postawić na tematy przyjemniejsze dla czytelników – wybiera mówienie o emocjach, nietypowych zdarzeniach na trasie, postawach wobec rywali. Często wraca pamięcią do dzieciństwa i młodości, by pokazać, jak kształtowały się jego sportowe zainteresowania. Stawia na ciekawostki i i oderwanie od rutyny, nie podporządkowuje procesowi biegania całej książki, ale sposób przedstawiania startów w ultramaratonach sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Znajdą tu coś dla siebie biegacze: parę wskazówek, podpowiedzi „warsztatowych” i zwierzeń mistrza – ale tak naprawdę tom „Jedz i biegaj” najbardziej spodoba się zwykłym odbiorcom. Niektórych może jeszcze nakłonić do kulinarnych eksperymentów i poszukiwań – rozdziały kończą się tutaj przepisami cennymi nie tylko dla wegańskich sportowców.
Kiedy opowieść wkracza już w rytm kolejnych wyścigów, staje się rejestrem chwil niezapomnianych i znanych do niedawna wyłącznie Jurkowi. Nie zawsze jest pięknie, nie zawsze wszystko układa się po myśli długodystansowca – ale każdy rozdział skoncentrowany wokół innego zagadnienia i innego elementu wyścigu na długo zapada w pamięć. „Jedz i biegaj” to książka, która pozwala przeżyć emocje ultramaratończyka. Scott Jurek nie pozuje w niej na mistrza i legendę, wręcz przeciwnie: pokazuje własną małość w obliczu ekstremalnych wyzwań. To historia pełna pasji i siły.
Ultramaratony
Komu podobał się tom „Urodzeni biegacze”, tego nie trzeba zachęcać do lektury „Jedz i biegaj”. Tym razem o startowaniu w ultramaratonach i wygrywaniu morderczych wyścigów opowiada Scott Jurek, człowiek-legenda. Do opowieści o emocjach związanych z bieganiem dochodzi jeszcze drugi wątek: weganizm. Jurek przekonuje, że można połączyć wegańską dietę z wysiłkiem sportowca – i kolejne rozdziały przeplata przepisami na potrawy bogate w składniki odżywcze, a przy tym smaczne (czasem też i wygodne do zabrania na trasę). Do tego dokłada też historię o życiu prywatnym – dzieciństwie z chorą na stwardnienie rozsiane matką i despotycznym ojcem, a potem o małżeństwie i przyjaźniach – jakby chciał w ten sposób przełamać mit o samotności maratończyków.
„Jedz i biegaj” to książka-wyznanie. Utrzymana w pierwszej osobie i podpisane przez Scotta Jurka – a w rzeczywistości stworzona przez ghosta, Steve’a Friedmana – jest bardzo udana. Wpisuje się w drobne odgałęzienie literatury faktu poświęcone wyznaniom sportowców, którzy uprawiają sporty ekstremalne (zbliża się na przykład do niektórych pozycji literatury górskiej). Friedman świadomy jest tego, że nie da się w pełni odzwierciedlić przeżyć podczas biegu, z drugiej strony doskonale zna konwencję i wie, czego oczekiwać od niego będą odbiorcy. Potrafi wciągnąć w opowieść z „Jedz i biegaj” ze względu na indywidualizację opowieści oraz niemal klasyczne – a nie męczące powtarzalnością – schematy. Skupia się na ludziach i na myśleniu o sporcie. Przedstawia Dusty’ego, ekscentrycznego przyjaciela Scotta Jurka, pokazuje, jak pokonywać ograniczenia własnego organizmu. Nie ma w tym heroicznych postaw, pojawia się za to brawura niepojęta dla odbiorców: bieganie na długich dystansach ze złamaną kostką czy palcem u nogi, doprowadzanie organizmu na skraj wytrzymałości, wymioty na trasie, odwodnienia, ciągłe ryzyko. Wszystkie te motywy, dalekie od medialnych i filmowych wizerunków zwycięzców, stają się punktem zaczepienia dla atrakcyjnej opowieści o bieganiu na morderczych dystansach.
Chociaż Scott Jurek jako biegacz i fizjoterapeuta mógłby skoncentrować się na technikach biegu, woli postawić na tematy przyjemniejsze dla czytelników – wybiera mówienie o emocjach, nietypowych zdarzeniach na trasie, postawach wobec rywali. Często wraca pamięcią do dzieciństwa i młodości, by pokazać, jak kształtowały się jego sportowe zainteresowania. Stawia na ciekawostki i i oderwanie od rutyny, nie podporządkowuje procesowi biegania całej książki, ale sposób przedstawiania startów w ultramaratonach sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Znajdą tu coś dla siebie biegacze: parę wskazówek, podpowiedzi „warsztatowych” i zwierzeń mistrza – ale tak naprawdę tom „Jedz i biegaj” najbardziej spodoba się zwykłym odbiorcom. Niektórych może jeszcze nakłonić do kulinarnych eksperymentów i poszukiwań – rozdziały kończą się tutaj przepisami cennymi nie tylko dla wegańskich sportowców.
Kiedy opowieść wkracza już w rytm kolejnych wyścigów, staje się rejestrem chwil niezapomnianych i znanych do niedawna wyłącznie Jurkowi. Nie zawsze jest pięknie, nie zawsze wszystko układa się po myśli długodystansowca – ale każdy rozdział skoncentrowany wokół innego zagadnienia i innego elementu wyścigu na długo zapada w pamięć. „Jedz i biegaj” to książka, która pozwala przeżyć emocje ultramaratończyka. Scott Jurek nie pozuje w niej na mistrza i legendę, wręcz przeciwnie: pokazuje własną małość w obliczu ekstremalnych wyzwań. To historia pełna pasji i siły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






