* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 7 lutego 2012

Magdalena Samozwaniec: Tylko dla dziewcząt

W.A.B., Warszawa 2012 (wyd. IV)

Śmiech z wyższych sfer

Eteryczna, delikatna i wrażliwa? Te przymioty nie mogą cechować osoby z charakterem, a zresztą Magdalena Samozwaniec i tak przegrałaby w tej konkurencji z siostrą Lilką (Marią Pawlikowską-Jasnorzewską). Wybrała zatem drogę satyryka i prześmiewcy, w krzywym zwierciadle ukazując obyczajowość epoki, zakłamanie i płynące z niego pułapki. Prześmiewczy ton i dystans do podejmowanych tematów sprawiły natomiast, że do dziś książki Samozwaniec dostarczają sporo rozrywki i ukazują od kulis codzienny teatr życia. W tomie „Tylko dla dziewcząt” zebrane zostały opowiadania i miniatury, które obnażają konwenanse i wciąż bawią.

Tematem spajającym wszystkie utwory staje się kwestia wychowania dziewcząt na skromne i niewinne panienki, niedostępne obiekty marzeń (lecz nie – pożądania) mężczyzn, zwiewne i niemal bezcielesne. Magdalena Samozwaniec, niestroniąca od rubasznego dowcipu, a przynajmniej od figli stojących w sprzeczności z wzorcowym zachowaniem, bierze na warsztat owe ofiary pedagogicznych zabiegów i kolejno wyśmiewa rozmaite ich cechy zdradzające jedynie nieprzystosowanie do zwyczajnego życia. Na kartach tomu „Tylko dla dziewcząt” pojawiają się zatem panienki nieuświadomione, infantylne, rozbrajające wręcz w swojej naiwności. Szczytem ambicji jest dla nich złapanie męża (potencjalnym kandydatom jednak bardziej zależy na posagu) – to otwiera drogę do poznania tajemnic, o których grzech nawet pomyśleć. Z czasem bohaterki stają się nieco sprytniejsze, a nawet wyrachowane, chociaż ich intrygi zwykle torpedują beztroscy mężczyźni. Część dorastających panienek wierzy w wielką i idealną miłość od pierwszego wejrzenia, część uczy się, jak radzić sobie z nazbyt despotycznymi rodzicami. Ogromna większość utworów dotyczy jednak tematu najbardziej nośnego i najsilniej działającego na wyobraźnię – relacji damsko-męskich.

Magdalena Samozwaniec drwi sobie z przedstawicielek własnej płci, a przy okazji rzuca też wyzwanie odpowiedzialnym za wychowanie dziewcząt dorosłym. Tworzy karykaturalne obrazki, w których panienki z dobrych domów nie pasują do otoczenia – albo za sprawą niewinności nad miarę, albo przez zdolności do snucia intryg. Żeby jednak dodać smaczku portretom, Samozwaniec osadza je mocno w kulturze minionego okresu, cytując zwyczaje i imitując sposób wysławiania się przedstawicieli wyższych sfer. To spojrzenie rodzajowe, ale wzbogacone o sporą dawkę ironii, zgrabnie maskowanej. Autorka zachowuje niezbędny w satyrze dystans, a jednocześnie zna prezentowane obyczaje od podszewki, buntuje się, ale bunt łagodzi śmiechem, który w dalszym ciągu ma moc oczyszczającą.

Galerię nietuzinkowych postaci uzupełnia w „Tylko dla dziewcząt” język. Samozwaniec przez cały czas wprowadza do tekstu ledwo wyczuwalną nutę parodii, przerysowuje gesty, udając, że to zachowania naturalne, oświetla kolejne sytuacje tak, by czytelnicy nieskłonni do poszukiwania drugiego dna przyjmowali opowieść za pewnik i tracili z oczu warstwę rozrywkowo-satyryczną. Lektura tego tomu oznacza jednak przede wszystkim podjęcie gry – śledzenie obyczajowych rozwiązań mocno krytykowanych dzięki sarkazmowi, a i kolekcjonowanie dowcipnie wykreowanych sylwetek niczego nieświadomych bohaterek. Magdalena Samozwaniec, która proponuje drugą stronę literatury „kobiecej”, odejście od poetyckości i ulotności na rzecz przyziemnego według niektórych śmiechu to naprawdę dobry wybór.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Agata Mańczyk: Rupieciarnia na końcu świata

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Międzypokoleniowe wyzwania

Agata Mańczyk uzupełnia swoją powieścią „Rupieciarnia na końcu świata” literaturę czwartą o coś, czego w niej dotąd wyraźnie brakowało, nawiązując jednocześnie do najlepszych tradycji książek dla młodzieży. Łączy mianowicie tendencję do tworzenia awanturniczo-przygodowych fabuł z historiami dla dziewczyn, opowieściami, od których nie oderwie się żadna nastolatka. Z jednej strony jest więc nieszczęśliwa miłość, z drugiej – zapatrzenie w Niziurskiego i wiara w to, że dzisiejsza młodzież, przynajmniej w książkach, może być kreatywna i potrafi działać w zespole.

Od początku Agata Mańczyk próbowała uzmysłowić czytelniczkom, że obce są jej tkliwe opowiastki oparte wyłącznie na emocjach egzaltowanych bohaterek. Swoimi książkami rzucała wyzwanie poczytnym autorkom młodzieżowych romansideł, a dziewczyny we własnych powieściach wplątywała w sytuacje podobne do tych, które zdarzały się dotąd w literaturze czwartej wyłącznie w męskich zgranych paczkach. Teraz do tego festiwalu pomysłów dorzuca jeszcze jedną konwencję – motyw łączącej pokolenia tajemnicy. Żeby też zadbać o odbiorczynie nieprzyzwyczajone do łamania reguł, wprowadza i wątek zauroczenia oraz wiążących się z nim problemów. Z takiej mieszanki wywodzi się „Rupieciarnia” – i nic dziwnego, że książka objętościowo nie przypomina popularnych czytadeł dla nastolatek – ma ponad pięćset stron i całą masę komplikowanych relacji i motywów.

Maryla ma szesnaście lat i kocha wiersze Osieckiej. Rodzice dziewczyny właśnie się rozwiedli i bohaterka musi przenieść się z mamą z Warszawy do Tomaszowa. Na tym podobieństwo do setek nastolatkowych lektur się kończy, bo na nowym miejscu dziewczynę czeka mnóstwo zagadek i tajemnic – ogromny dom z wrogo nastawioną babką i prababką, klasa, która przygotowuje przedziwny rytuał inicjacyjny – „wejściówkę” (tu najsilniej dają o sobie znać wcześniejsze przygodowe powieści Mańczyk), wszystkowiedzący mieszkańcy miasteczka. Maryla musi też rozprawić się z własną przeszłością – najlepszymi dotąd przyjaciółmi, którzy stali się za jej plecami parą, ojcem i tęsknotą za życiem w Warszawie. Dawniej spokojna, niesprawiająca problemów dziewczyna, odkrywa w sobie nieznaną siłę i bezczelność, która pozwala mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami.

W zasadzie Agata Mańczyk tworzy zgodnie ze wszelkimi wyznacznikami dobrej rozrywkowej literatury czwartej w starym stylu, a teraz jeszcze umiejętnie wplata do tego trochę motywów modnych w książkach dla dorosłych. A jednak niewielu autorów tak doskonale jak ona radzi sobie z maskowaniem granic między konwencjami czy śladów po literackich wskazówkach. Jej bohaterowie nie mogliby istnieć w realnym świecie, są prawdziwi tylko w ramach wyimaginowanej rzeczywistości, nic nie zmienia się jedynie w sferze emocji – a jednak te same postacie niosą wytchnienie od zwykłych zmartwień i zapewniają przejście do krainy wolnej od nudy. W „Rupieciarni” wyraźne jest zastępowanie przygód dziecięcych coraz bardziej dorosłymi, a przecież autorka pozwala swoim bohaterom na tę beztroskę i brak myślenia o konsekwencjach, na jaki potem już nigdy nie mogliby się zdobyć. Chociaż ogólnie wiadomo, w jakim kierunku zmierza całość, nie ma tu oczywistych rozwiązań i zabiegów, które pozwoliłyby przewidzieć rozwój wypadków. Zwłaszcza że pisarka obdarza nastolatków pomysłowością, rozmachem i odwagą, jakiej często nawet w najnowszych powieściach młodym ludziom brakuje. Wyrywa ich z marazmu, a czytelnikom przywraca wiarę w moc młodości.

niedziela, 5 lutego 2012

Jennifer Ford Berry: Zorganizuj się!

Świat Książki, Warszawa 2012.

Generalne porządki

Porządku trzeba uczyć dzieci, dorośli bez trudu organizują przestrzeń wokół siebie. Tak przynajmniej do niedawna sądzono – jednak popularność telewizyjnych poradników, które pomagają opanować chaos sprawiła, że coraz większym powodzeniem cieszą się i książkowe zbiory podpowiedzi, jak pożegnać bałagan. Jednym z bardzo rzetelnych, bo ujmujących temat całościowo, staje się stylizowany na terminarz poradnik Jennifer Ford Berry, kierowany do pań domu, które połączyć muszą obowiązki domowe, opiekę nad dziećmi i pracę zawodową. „Zorganizuj się!” ma pomóc kobietom w szybkim i sprawnym porządkowaniu mieszkania.

Całość podzielona jest na pięćdziesiąt sześć tematycznych tygodni. Rozpoczyna się od opracowywania dobrego planu działania, potem autorka uczy, jak zająć się papierami – rachunkami, czasopismami czy pocztą. Następnie pokazuje sposoby na uporządkowanie zabawek dzieci (dzieci to temat ważny w całym tomie), drobiazgów, torebki, samochodu, biblioteki oraz – uporządkowanie spraw związanych ze zwierzęciem domowym. Zagadnienie kolejne dotyczy sprzątania części domu – przedpokoju, szafek kuchennych, blatów, spiżarni itp. Jennifer Ford Berry pokazuje, jak zabrać się za porządkowanie rzeczy osobistych (niemal połowa wskazówek dotyczy jednak rzeczy osobistych dzieci), schowków (piwnic, garaży, strychu) czy ogrodu. W dalszej kolejności bierze się za organizowanie przestrzeni przy ważnych wydarzeniach, na koniec natomiast zostawia sobie codzienne zwyczaje.

W każdym rozdziale pojawiają się drobne akapity o funkcji perswazyjnej. Mają one zmobilizować czytelniczki do pracy i przekonać je, że warto podjąć wysiłek i nauczyć się porządku. Zwłaszcza że teraz będą dokładnie wiedziały, jak to zrobić. Większą część każdego rozdziału stanowią wypunktowane listy obowiązków i zadań do odhaczania. Wyliczenia bywają ogólne lub bardziej szczegółowe (kiedy przygotowanie konkretnych przedmiotów mogłoby sprawić trudności odbiorczyniom). Autorka w zasadzie nie pozostawia wątpliwości co do kolejnych wyzwań. Gromadzi tak wiele wskazówek, by na pewno nie przeoczyć żadnego z elementów, który mógłby przenosić bałagan czy wprowadzać w życie chaos. Z takim poradnikiem nie ma już wymówki, że nie wiadomo, za co zabrać się najpierw. Jedyne, co może zaszkodzić skuteczności porad to… lenistwo.

Jennifer Ford Berry przekonuje czytelniczki, że sama z powodzeniem łączy role matki, pani domu i pracownicy (a nawet właścicielki firmy) i w całym tomie sugeruje, że przedstawia tylko zapis własnych doświadczeń. Kolejne punkty utrzymuje w tonie poleceń lub porad dla czytelniczek, zwracając się bezpośrednio do nich – żeby trudniej im było odrzucić wskazówki. Ułatwia też zadanie, stosując zróżnicowane symbole – znaczek dolara pojawia się na przykład przy pozycjach, które pozwalają zaoszczędzić. W ten sposób autorka wyszukuje dodatkową motywację dla odbiorczyń i pokazuje, że utrzymywanie porządku może przynieść wymierne korzyści.

„Zorganizuj się!” to książka, która usuwa jedną z największych przeszkód w zabraniu się do generalnych porządków – brak sensownego planu działania. Przygotowana jest tak, że nie trzeba już żadnych dodatkowych wysiłków czy modyfikowania porad. Żeby jednak odbiorczyniom pracowało się przyjemniej, tom ma formę notatnika, a ciekawe rozwiązania graficzne cieszą oko. Pojawia się trochę literówek, ale ponieważ to tom do działania, a nie do rozkoszowania się lekturą – da się je korekcie wybaczyć.


sobota, 4 lutego 2012

Krystyna Śmigielska: Gotowe na zmiany

Replika, Zakrzewo 2011.

Przepis na przygodę

Czasami miło jest oderwać się od codziennych trosk i zmartwień – i trochę pomarzyć. Na przykład o tym, co by się stało, gdyby na nasz kupon w lotka padła wielka wygrana. Mecenas Konstanty Szukalski może sobie to dalej wyobrażać – a właściwie mógłby, gdyby któregoś dnia jego żona nie zniknęła. Zostawiła tylko lakoniczną wiadomość z obietnicą kontaktu. W tajemniczą podróż wybrała się ze swoją pomocnicą i powiernicą, młodą Kasią. Tak skrzyżowały się drogi mecenasa Szukalskiego i narzeczonego Kasi, przedstawiającego się ku zdumieniu wszystkich jako Stan Łaski. Panowie muszą odnaleźć swoje ukochane, które zniknęły ze szczęśliwym kuponem, wyruszają więc za sprytnymi kobietami i to im w „Gotowych na zmiany” będzie towarzyszyć narrator, jakby wyposażony w kamerę. W końcu to w przymusowej przyjaźni skazanych na siebie mężczyzn znajdzie się więcej humorystycznych sytuacji i zabawnych nieporozumień. A na to, co składa się na lekką obyczajową powieść, liczyć będą zapewne czytelniczki.

Krystyna Śmigielska atmosferę wielkiej awantury i życiowego przełomu, do którego bez wątpienia mógłby w lekturze doprowadzić wyczyn pań, sprowadziła do wymiaru codzienności przeciętnego człowieka. Nie ma tu mowy o żadnych ekscesach, pokusy ucinane są w zarodku, mało tego – zachowanie Lucyny i Kasi nie wywołuje nawet krytyki wyrozumiałego i cierpliwego mecenasa – ktoś mógłby pomyśleć, że to niewinna zabawa – takiego zresztą brzmienia całe wydarzenie nabiera. Są tu ślady młodzieżowych awanturniczych lektur, enigmatyczne wskazówki, w których więcej jest szczęścia i przypadku niż logiki i materiału do dedukcji, ale wszystko utrzymane w lekkim tonie nie wywoła poczucia niepewności czy strachu. W „Gotowych na zmiany” króluje bowiem łagodne pogodzenie się z losem, jak dziwny by on nie był. Mecenas Szukalski i Stan Łaski wzajemnie się uzupełniają i prawem kontrastu śmieszą czytelniczki, obraz sprytnych, ale nie nieprzyjemnych pań w tle budzi zadowolenie przez kobiecą solidarność – opowieść może się toczyć własnym rytmem, nie do końca dostosowanym do pościgu i poszukiwań, za to świetnie mieszczącym się w konwencji czytadła.

Dwa zastrzeżenia co do stylu pisania: po pierwsze niepotrzebne i raczej infantylne wydają się rozważania na temat imion i nazwisk bohaterów. O ile jeszcze Stan Łaski w miarę się broni, o tyle cały fragment z prologu, o możliwościach poetyckich imion i o powiązaniu nazwiska ze świętym Krzysztofem (przyznaję, nieczytelnym powiązaniu, skoro to święty Antoni odpowiada za rzeczy zagubione) można by bez szkody dla całości odrzucić. Po drugie Krystyna Śmigielska co jakiś czas wpada w trudną do zniesienia manierę budowania struktur synominicznych. Mówiąc prościej: powtarza jedną wiadomość innymi słowami i umieszcza ją zaraz po pierwszej, oddzielając ją przecinkiem. Nie dość, że zaburza to rytm narracji, to jeszcze sprawia wrażenie dobitnego i nachalnego udowadniania odbiorcy, że ma się go za niezbyt lotnego umysłowo i w trosce o jego intelekt podkreśla informacje oczywiste. Dwa razy w książce pojawiają się partie, które bardzo w tym zakresie rażą i wybijają z czytania.

„Gotowe na zmiany” mają dostarczać rozrywki, ale bez wielkich emocji, przynosić relaks powiązany z delikatnie nakreślaną prawie przygodą, rzec by można – z cieniem przygody. To przyjemne czytadło na miarę codzienności, wolne od wielkich wzruszeń, wtłoczone w zwyczajność, którą chciałoby się czymś ubarwić, żeby uniknąć rutyny.

piątek, 3 lutego 2012

Słowik, Kopciuszek i inne najpiękniejsze bajki

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2011.

Bajki pod ręką

Bajek i baśni, po które dzieci często chcą sięgać, nieczęsto szuka się w antologiach. Zwykle to rymowane historyjki trafiają do zbiorczych wydań, prozę natomiast prezentuje się małym czytelnikom uszeregowaną tematycznie (a jeszcze częściej pod kątem autorów). Tymczasem Drzewko Szczęścia przygotowuje zbiór, który ucieszy amatorów baśni i ludowych przekazów wzbogacony także o kilka współczesnych historii stylizowanych na archaiczne gawędy. Tom „Słowik, Kopciuszek i inne najpiękniejsze bajki” może zaskakiwać pomysłem konstrukcyjnym i kilkoma rozwiązaniami (w tym opowiadaniem znanych bajek na nowo przez kolejnych autorów), lecz pewne jest jedno: nie ma szans znudzić dziecka.

Książka dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich przynosi baśnie i legendy polskie, opowiadane przez pisarzy z minionych epok. Wśród autorów znajdują się między innymi Józef Ignacy Kraszewski, Jan Kasprowicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Artur Oppman. Wyraźne są tu nawiązania do kolejnych rejonów (pojawia się warszawska syrena, królowa Bałtyku, Podhale, kopalnia soli w Wieliczce czy rycerze w Tatrach). Stylizowane na ludową nutę historie niosą ze sobą nie tylko proste przesłania czy pouczenia, ale również elementy polskiej tradycji i kultury narodowej, z pewnością więc nie może zabraknąć tych opowieści w biblioteczce dziecka. Część druga to baśnie klasyczne z różnych stron świata – chociaż króluje tu Andersen (opracowywany przez Cecylię Niewiadomską i Lilianę Bardijewską), drugie miejsce zajmuje Charles Perrault (najczęściej według Hanny Januszewskiej). Jest i „Bajka o rybaku i rybce” w niedoścignionym przekładzie Tuwima i zupełnie nieznana „Miłość do trzech pomarańczy”, której autorem jest Carlo Gozzi. Maluchy spotkają się tu ze znanymi bohaterami: Kopciuszkiem, Śpiącą Królewną, Księżniczką na ziarnku grochu czy Królewną Śnieżką i krasnoludkami. Co zaskakujące, Calineczka została tu przemianowana na Odrobinkę. Wreszcie trzecią, najskromniejszą objętościowo część stanowią bajki nowe, które przygotowały Agnieszka Tyszka, Liliana Bardijewska, Małgorzata Strękowska-Zaremba i Dorota Suwalska.

W całym tomie bajki uzupełniane są piosenkami, lecz albo wystąpiły tu problemy ze składem, albo to celowy zabieg, pozwalający na nowo skupić uwagę na treści a nie na formie: właściwe klauzule wersów w dłuższych rymowanych utworach, oznaczane rymami, nie pokrywają się z klauzulami wersów w druku. W głośnej lekturze to rzecz dla słuchacza niezauważalna, przy zwykłym czytaniu za to wytrąca z rytmu. Najdziwniejsze, że to wcale nie musi być traktowane jako defekt, pozwala bowiem na odkrycie płaszczyzn zwykle zagłuszanych przez rytm i trochę uniezwykla opowieść.

Czas wreszcie na omówienie ilustracji. Marianna Jagoda-Mioduszewska zdecydowała się połączyć lekko naiwną kreskę z niemal barokowym przepychem w detalach. Uzupełnia swoje obrazki fantazyjnymi motywami, które sprawiają wrażenie obfitości detali i dopiero po bliższym przyjrzeniu się ujawniają swoją rzeczywistą prostot. Za sprawą tych małych elementów ilustracje na dłużej przyciągają wzrok.


czwartek, 2 lutego 2012

Jonas Jonasson: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Świat Książki, Warszawa 2012.

Popis humoru

Bardzo rzadko na rynku wydawniczym pojawiają się powieści do tego stopnia budowane na absurdzie i dowcipie, który służy parodii oraz czystej rozrywce. Książka Jonasa Jonassona będzie zdobywać coraz większe rzesze zachwyconych odbiorców – jest warta uznania i wyróżnia się wśród popularnych czytadeł – fantazją, odwagą w kreowaniu obejmującej wiek przygody, poziomem ironii i stylem narracji. Wreszcie – pomysłem, w którym naiwność bohatera dorównuje jego geniuszowi.

Tuż przed przyjęciem z okazji swoich setnych urodzin Allan Karlsson ucieka z domu spokojnej starości. Przez okno. Znika z oczu całemu personelowi, policji oraz dziennikarzom – co zresztą zdradza tytuł, wzorowany na bestsellerowej trylogii Stiega Larssona, a i parodiujący ją. Ale dla „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął” przygoda dopiero się zaczyna. Nie pierwsza w życiu dziarskiego staruszka i nie ostatnia, bo Allan ma miły zwyczaj działania bez większego zastanowienia. Zdaje się na los i wychodzi cało z każdej opresji – więc i tym razem zamiast wątpliwości czuje ulgę – w końcu wyrwał się z miejsca, którego nie cierpiał. Już sam gest ucieczki pokazuje, że Allan Karlsson to postać nietuzinkowa. To, że na dworcu zamiast popilnować walizki pewnego agresywnego młodzieńca, zdecydował się ją ukraść, było już pomysłem niegodnym wzmianki, jeśli wziąć pod uwagę cały życiorys Allana, który czytelnicy poznają jako serię arcyciekawych slajdów w przerwach pomiędzy kolejnymi widowiskowymi postępkami stulatka.

Z urodzonym w 1905 roku bohaterem przemierzą odbiorcy cały wiek i wiele krajów. Allan ma bowiem niezwykły talent do bycia tam, gdzie coś się dzieje – a często i sam staje się katalizatorem wydarzeń. Zaprzyjaźnia się z generałem Franco i z prezydentem Trumanem, poznaje Stalina, Kim Ir Sena oraz Mao Zedonga, a Kim Dzong Ila trzyma na kolanach. Ma swój udział w zdradzaniu Wschodowi i Zachodowi tajników broni atomowej (które zresztą sam wymyślił) i w ogromnym pożarze Władywostoku. Ma też talent do przyciągania rozmaitych dziwaków, z którymi się zaprzyjaźnia. Allan ukończył trzy klasy szkoły podstawowej, ale życiowego sprytu i mądrości nie można mu odmówić.

Z tak niezwykłą postacią fabuła nie może być nudna. Tu cały czas coś się dzieje, a im bardziej wydarzenia wydają się absurdalne i nieprawdopodobne, tym bardziej prawdziwie brzmią. Bowiem Jonasson konstruuje swój świat na bazie nieubłagalnej logiki absurdu. Nienazwane prawa Murphy’ego działają tu doskonale, bohatera nic nie chroni przed niebezpieczeństwami, w które sam się pakuje – poza jego dobrotliwą naiwnością. Allan pozwala wydarzeniom biec własnym trybem, biernie poddaje się im, gdy już nie ma wyjścia – a efekty takiej postawy zaskakują nie tylko bohatera. Jonasson nie daje szansy na wytchnienie, proponuje akcję niewiarygodnie przyspieszoną, pełną brawurowych pomysłów i absurdalnych wyjaśnień alternatywnych do rzeczywistych historycznych wydarzeń.

Jonas Jonasson ma dwóch genialnych poprzedników, którym w „Stulatku” dorównuje: Haška z przygodami Szwejka oraz Hellera z „Paragrafem 22”. Równie sprawnie operuje absurdem, ironią, satyrą i humorem, jest świadomy technik parodiowania i prowadzenia narracji tak, by nawet obojętne pod względem zawartości komizmu sytuacje okazały się zabawne. Duża w tym zasługa wprowadzenia mowy zależnej i komentarza w miejsce części dialogów, styl opowiadania tej historii mieści w sobie ogromny ładunek dowcipu. Przy wadze poruszanych tematów lekki styl i programowa naiwność przynoszą rozrywkę najwyższej próby.
„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” to książka, której nie da się przeczytać jednym tchem. Zbyt dużo tu smaczków, drobiazgów łatwych do stracenia w pośpiechu. Jonasson dostarcza lektury błyskotliwej i inteligentnej, a przy tym nie boi się humoru. Nie decyduje się na literackie kompromisy i ani przez moment nie nudzi.

środa, 1 lutego 2012

Borbála Pőcz, Dóra Csányi, Tibor Kárpáti: Masz prawo

Namas, Poznań 2011.

O prawach dla dzieci

„Masz prawo” to nie popis literatury dziecięcej, a publikacja stworzona po to, by przełożyć na zrozumiały dla maluchów język konwencję o prawach osób niepełnosprawnych. Bez fabularyzacji (która mogłaby pełnić jeszcze funkcję mnemotechniczną) i bez infantylizowania autorzy proponują uproszczoną wersję dokumentu, wzbogaconą o dodatkowe wyjaśnienie co bardziej skomplikowanych terminów.

Zaczyna się od opowiedzenia młodym czytelnikom, co to jest konwencja i w jakim celu stworzony został omawiany w tomiku dokument. Autorzy mówią również, co oznacza zwrot „mieć prawo” czy – czym jest niepełnosprawność (w kilku słowach i bez wchodzenia w szczegóły) – dochodzą także do zagadnienia „racjonalnego usprawnienia” i „uniwersalnego projektowania”. Dopiero po takim wprowadzeniu do tematu rozpoczyna się właściwa część książki, czyli wymienianie, do czego dzieci niepełnosprawne mają prawo. W większości punktów wyliczenia te zostały jeszcze wzbogacone o drobny komentarz, uzupełnienie, by wszystko stało się jasne dla maluchów.

Forma, w jakiej prawa są w tomiku przytoczone, nie ma pełnić żadnych innych funkcji poza informacyjną. Rozrywkę trzeba odłożyć do następnej lektury: tu liczą się suche wiadomości podane w prosty sposób, ale bez lekkości czy zabawy. Odrobinę infantylizmu, więc i wytchnienia, zapewnią natomiast ilustracje, o czym za chwilę. W tej książce autorzy postarali się, by nic nie przysłaniało ważnej treści i nie rozpraszało uwagi dzieci. Uważają na słowa, przez co tomik może wydać się suchy i bezosobowy. Za to nadaje się wyśmienicie na podjęcie rozmów z dzieckiem – kolejne punkty konwencji wymagają czasem dodatkowego rozwinięcia, wyjaśnień czy komentarzy, które mogą z powodzeniem wygłaszać rodzice. „Masz prawo” to nie tekst literacki – i nie da się traktować go w tych kategoriach. To po prostu przekład dokumentu z prawniczego języka na styl zrozumiały dla dzieci.

Dziwić mogą ilustracje zamieszczone w tej książce – do tego stopnia, że na pierwszym skrzydełku znajduje się charakterystyka odpowiedzialnego za nie człowieka i niby przypadkowa opinia o stylu „tak to każdy potrafi”. To nie obrazki, które wzbudzą estetyczne zachwyty. Koślawe linie, krzywe kształty niedokładnie wypełnione kolorem – to raczej niemal dziecięce bazgroły, zbyt proste i zbyt brzydkie, żeby przyciągały wzrok. Dopiero po chwili i po głębszej analizie okazuje się że Tibor Kárpáti miał pomysł na stronę graficzną i nie uprościł wszystkiego bezsensownie. Jego bohaterowie to nieforemne owale z nóżkami i obwisłymi nosami. Te istoty mają prawdopodobnie symbolizować dzieci. Wśród nich znajduje się dziecko niepełnosprawne – ładniejsze. Po pierwsze – wypełnione kolorem. Po drugie – z ozdobnymi kształtami na głowie. Ta postać wykonuje działania w tekście, działania powiązane z osobami niepełnosprawnymi. Styl rysowania sprawia, że nie ma tu mowy o wyjściu poza ewentualne drobne scenki, częściej pojawiają się symbole, proste kształty nawiązujące do treści wymienianych praw. Zapewnia więc ta publikacja ciekawe i oryginalne rozwiązania, ale pamiętać należy przede wszystkim o jej użyteczności, o próbie uświadomienia niepełnosprawnym dzieciom ich praw.