* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 7 lipca 2011

Michał Kruszona: Uganda. Jak się masz, muzungu?

Zysk i S-ka, Poznań 2011.

Podróż własna

Kto ma ochotę na nietypową lekturową podróż do Afryki, może sięgnąć po tom Michała Kruszony „Uganda”. Nie znajdzie tu egzotyki typowej dla publikacji i utworów opiewających życie na Czarnym Lądzie, a zestaw zapisków zindywidualizowanych, prywatnych wrażeń i obserwacji jednego z dwóch przyjaciół, którzy na wyprawę do Ugandy wybrali się dwukrotnie. Michał Kruszona wyraźnie nie chce zanudzać czytelników zbiorem ogólnodostępnych encyklopedycznych informacji – jeśli przytacza dane historyczno-polityczne, to na prawach sensacji, nie zależy mu też na wyjaśnianiu i przybliżaniu wszystkich zwyczajów zarejestrowanych na obcej ziemi. Jeśli dodać do tego, że nie jest Kruszona łowcą ciekawostek, ale skrupulatnym archiwistą własnych doświadczeń – wyjdzie z tego przepis na książkę podróżniczą odmienną od znanych pozycji tego gatunku.

Jest tu dużo miejsca na prywatność: Kruszona subtelnie nakreśla własną sytuację uczuciową, by skonfrontować ją z postawą Roberta – który od początku chętnie wiąże się z czarnoskórą „narzeczoną”, opowiada na marginesie o namiętności towarzysza do palenia marihuany oraz o alkoholu, który obaj sączą z upodobaniem. Ale nie nadaje to lekturze posmaku skandalu czy awanturniczej opowieści, stanowi za to dobre wprowadzenie do relacji o obyczajowości Ugandy. Opisuje Kruszona strukturę społeczną w Ugandzie, przedstawia miejsca i potrawy, którymi bohaterowie są częstowani (bywa, że to opisy dla czytelników o mocnych nerwach), czasem skupia się na organizacji życia, znacznie częściej natomiast na prywatnej, własnej podróży i na samodzielnym odkrywaniu tajemnic kraju. Liczy się dla niego podejście autochtonów do białych przybyszy; Kruszona zgrabnie odnotowuje kolejne przejawy gościnności i propozycje matrymonialne od napotkanych miejscowych piękności. Nie pomija spotkań z ludźmi, którzy się tu osiedlili, wyrusza też do szkoły, by kilkunastu uczniom wręczyć aparaty fotograficzne (kilka prac powstałych w tym eksperymencie publikuje w książce – aż żal, że tylko kilka).

Druga równoległa opowieść rozgrywa się w zdjęciach. Tom „Uganda” to zestaw fotografii wcinających się w tekst, pojawiających się co kilka akapitów. Obrazy mówią to, czego nie dopowiada się w słowach, przedstawiają Ugandę z różnych punktów widzenia. To zdjęcia w pełni oddają klimat Afryki, raz kolorowe i tętniące energią, raz ukazujące biedę i zniszczenie.

Wydaje się, że Kruszona nie ma konkretnego celu pisania książki – poza tym, by zarejestrować swoje przemyślenia i doświadczenia. Nie wybiera sobie też jednego, powtarzalnego motywu, który mógłby się stać osią opowieści. Po prostu – jedzie i opisuje, gdzieniegdzie wrzucając garść informacji ogólnodostępnych, opatrzonych autorskim komentarzem bądź przefiltrowanych przez zastaną rzeczywistość. Pozwala sytuacjom biec swoim trybem, nie przypisuje sobie demiurgicznej mocy, a to sprawia, że historia zamienia się dla czytelników we współuczestniczenie w przygodzie o nieznanym finale.

„Uganda” nie ma szans zmęczyć: to lektura wartka i dobra, chociaż miejscami zaskakująca i nieprzewidywalna, a przynajmniej nie do końca zgodna z oczekiwaniami odbiorców. Stawia wiele pytań i pozostawia sporo wątpliwości, ale też wciąga i cieszy. A ponieważ Kruszona nie sięga po stereotypowe wyobrażenia Czarnego Lądu i nie porusza się po wytyczonych szlakach – po „Ugandę” można spokojnie sięgnąć.


środa, 6 lipca 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Niebieskie nitki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Trudna pierwsza miłość

Małgorzata Gutowska-Adamczyk lubi testować style i zmieniać formy swoich opowieści, nie tylko tych dla nastolatek, ale i dla dorosłych czytelniczek. Książka „Niebieskie nitki” nie stanowi jednak literackiego eksperymentu, a kontynuację narracyjnych rozwiązań z powieści „Mariola, moje krople” czy miniatury „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?”. Stawia na bardzo krótkie obrazki z życia różnych bohaterów, przeskakuje od jednej postaci do drugiej, by na chwilę tylko skoncentrować się na ich przeżyciach i przejść błyskawicznie i bez komentarza do innego wątku. W literaturze czwartej to wciąż rzadkość, a lekko filmowy sposób opowiadania historii powinien trafić do przekonania nastoletnim odbiorczyniom.

Zwłaszcza że najpilniejszą kwestią są tu dylematy uczuciowe szesnastoletniej dziewczyny i klasyczny problem jednoczesnej ochoty na związek dwojga ludzi. Linka podkochuje się w Szymonie, chłopaku niezbyt bliskiej koleżanki z ławki. Tyle że by zamaskować nieszczęśliwą miłość, w towarzystwie Szymona staje się kłótliwa i irytująca. Szymon ma dość Hanki, swojej aktualnej dziewczyny i zwraca uwagę na Linkę – ale dopiero wtedy, gdy bohaterką zaczyna interesować się Grzesiek. Grzesiek odrzuca tym samym uczucie, jakim obdarza go pewna Monika… Przypomina to trochę streszczenie odcinka serialu obyczajowego, ale w przypadku Gutowskiej-Adamczyk sytuację ratuje po pierwsze pomysł na narrację, po drugie – obecność bardziej oryginalnych zagadnień dalszoplanowych. Linka bowiem przeżywa rozwód rodziców, musi wyprowadzić się z mamą do domu babki i prababki (tę pierwszą, mniej wyrazistą, na jakiś czas usuwa autorka z pola widzenia). Znienacka pojawia się ktoś, kto chciałby kupić ten dom. Linka szuka pocieszenia w mailowej korespondencji z pewnym autorem-lekarzem (z którym burzliwą wymianę opinii prowadzi także jej matka).

Wiele drobnych motywów powraca w tej książce, konstrukcja powieści pozwala zresztą na to, by skupiać się tylko na drobiazgach, z których składa się codzienność, na powtarzalnych emocjach, dzięki którym z Linką utożsami się sporo odbiorczyń i na weryfikowaniu powieściowych schematów. Na początku bardzo silne są skojarzenia z twórczością Małgorzaty Musierowicz, dopiero z czasem odchodzi Gutowska-Adamczyk od nośnych sposobów przyciągania uwagi nastolatek w stronę bardziej zindywidualizowanych pomysłów, ale ponieważ „Niebieskie nitki” utrzymują stałe szybkie tempo uczuciowych wątków – nikt nie będzie miał tego autorce za złe.

Każdy z bohaterów tej powieści staje się na swój sposób bliski dziewczynom – a ze względu na rozkład sympatii i antypatii dla każdej z odbiorczyń książka będzie miała inny wymiar i szczęśliwe bądź smutne zakończenie. To duży sukces Gutowskiej-Adamczyk, która obok zestawu standardowych prawd o życiu chciała zapewne zamieścić mniej banalne i oczywiste schematy. W „Niebieskich nitkach” sporo jest tematów niemal publicystycznych, zgrabnie wplecionych w fabułę (przypomina mi to „Klasę pani Czajki” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, tyle że w wersji dla nieco starszych nastolatek, nastawionych na romansową opowieść). Mnogość wątków i bardzo krótkie wyimki z egzystencji kolejnych postaci nadają tej książce szybkie tempo i wyzwalają sporo tematów do refleksji.

wtorek, 5 lipca 2011

Eduardo Mendoza: Niewinność zagubiona w deszczu

Znak, Kraków 2011.

Tajemnica Mendozy

Eduardo Mendoza po raz kolejny drwi sobie ze swoich czytelników, a że robi to w sposób mistrzowski, nietrudno będzie mu literacką zabawę wybaczyć. Tym razem wprawi odbiorców w niemałe osłupienie za sprawą niewielkiego objętościowo i rozrzedzonego (choćby w stosunku do pamiętnej trylogii) w narracji tomiku „Niewinność zagubiona w deszczu”. Fanów znowu zachwyci, niezorientowanych zdziwi – chociaż może i urzeknie potoczystą narracją i panowaniem nad słowami – krytycy natomiast bez końca będą się doszukiwać drugiego dna w powieści, która bezpośrednio sygnałów ironii nie przejawia. Odautorski wstęp niczego nie wyjaśni, może poza wyczytywaną między wierszami sugestią, że cała książka, łącznie z pozaliterackim wprowadzeniem, stanowi wyśmienity pastisz. Bo naprawdę trudno przypuszczać, żeby Eduardo Mendoza zadowolił się skromną historią o niezbyt skomplikowanej fabule – i traktować „Niewinność” inaczej niż udany żart literacki.

Siostra Consuelo przychodzi do pewnego ziemianina, don Augusto, z prośbą o wsparcie finansowe dla szpitala. Właściwie nic się nie dzieje, obie strony badają grunt i umacniają się w przekonaniu, że muszą jak najlepiej odgrywać swoje role przed sobą – do czasu. Siostra Consuelo staje się coraz częstszym gościem u przystojnego mężczyzny. W jej życiu pojawi się jeszcze jedna ważna postać, która wszystko skomplikuje: ranny rozbójnik, który potrzebuje pomocy. Narrator będzie towarzyszył siostrze Consuelo aż do nieuchronnego finału i dyskretnie oraz skrótowo przytaczał jej losy – niby ujęte w ramy stereotypu, a jednak miejscami zaskakujące. W końcu wyjdzie na jaw cała prawda.

Początkowo, jeśli wierzyć autorowi, miała to być sztuka teatralna. Potem powstała z tego powieść skupiona wokół trzech wyrazistych postaci, zapożyczonych z bogatego zestawu stypizowanych i kulturowo utrwalonych charakterów. Wszyscy zachowują się dokładnie tak, jak się tego od nich oczekuje, nie pozwalają sobie na – choćby drobne – odejścia od konwencji i nie burzą literackich schematów: w końcu to one decydują o bycie bohaterów: wykroczenia przeciw standardom byłyby tożsame z unicestwieniem postaci. Jest w tym perfidia i przebiegłość Mendozy, który daje swoim postaciom życie, a jednocześnie unieruchamia je w gorsecie schematów.

A walkę o uwagę czytelników wygrywa oczywiście język. Nie romansowa fabuła i nie zabawa pomysłami, a język właśnie, co zresztą u Mendozy dziwić raczej nie powinno. Rezygnacja z oznaczania granic między poszczególnymi częściami dialogu, nastawienie na teatralność gestów, zachowań i wypowiedzi, wyczuwalna sztuczność historii i postaw – to wszystko zostaje rozpuszczone w stylu opowieści, płynnym, silnie zrytmizowanym. Mendoza z lubością traktuje kolejne zdania, rozbudowuje je o coraz to nowe dopowiedzenia, komentarze, dodatki i piętra – ale nie traci przy tym swobody wprawnego narratora i maestrii pisarza świadomego. Smakuje frazy, zwielokrotnia je dla przyjemności własnej i czytelników i sprawia, że łatwo zapomnieć o banalnych w gruncie rzeczy relacjach łączących bohaterów – a dać się uwieść samej czystej prozie.

Przy tym wszystkim w tekście pojawia się jeden zaledwie żart, co w przypadku autora, który lubuje się w słownych popisach i humorystycznych zwrotach akcji podsyca jeszcze tajemniczość. Łatwo tu wpaść w pułapkę poszukiwania sensu czy ideologii – tylko po co?

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wasza_Wszystko_Wiedząca: dam_radę.blog

Akapit Press, Łódź 2011.

Rady niebanalne

Przy pierwszych stronach tomu „dam_radę.blog” czytelnicy mogą czuć się nieco oszołomieni ekspresją i bezpośredniością bohaterki o niewyparzonym języku (a raczej takiej klawiaturze) – nastoletniej Anyi, która na swoim blogu przedstawia pikantne plotki z życia kolegów i nauczycieli oraz udziela dobrych rad tym, którzy przyślą jej maila z opisem problemu. Udziela tych rad publicznie, często demaskując bohaterów opisanych zdarzeń. Mimo rozmaitych błędów (publikowanie zdjęć nauczycielki całującej się z kimś w pubie, upublicznienie rozmowy z chłopakiem, któremu na Anyi zależy tak samo jak na zachowaniu prywatności), strona bohaterki cieszy się dużą popularnością, a sama dziewczyna z czasem łagodnieje, przynajmniej w narracji.

Anya działa dwukierunkowo. Zajmuje się rozwiązywaniem problemów znajomych i nieznajomych, a poza tym przedstawia swoje losy. Zirytowana na matkę wyprowadza się do domu ojca i jego partnerki – zwłaszcza że ta ostatnia jest Anyą zachwycona i spełnia wszystkie zachcianki bohaterki, bez względu na to, czy chodzi o pożyczenie samochodu, czy o zorganizowanie wielkiej imprezy. Czasami Anya część zdarzeń przemilcza na blogu, opowiadając o nich jedynie w mailach do najbliższych – tak, że czytelnicy książki cały czas mają dostęp do opisu wszystkich sytuacji, chociaż te nie są opatrzone żadnym zewnętrznym komentarzem. Mimo że dziewczyna wie, co powinni zrobić proszący ją o pomoc czytelnicy, którzy rekrutują się nie tylko spośród uczniów jej szkoły, sama popełnia wiele błędów i gubi się we własnym życiu – tak, że sprytnie wpisany w tytuł adres bloga, zapowiedź „dam_radę” nie jest wyłącznie ogłoszeniem dla zagubionych i sfrustrowanych czy reklamą działalności, ale i zapewnieniem kierowanym do siebie, próbą dodania sobie otuchy.

Początkowy huragan w narracji lekko się tonuje, a stylizacja na kolokwialny język nie sprawia większych utrudnień w lekturze – tłumaczka, Iwona Żółtowska, wiedziała, co robi (tyle że ciągle brakuje nam w języku niedeprecjonujących a slangowych określeń na rodziców – tu występuje „matula). Nastolatki mogą czytać tę książkę z radością, łączy ona bowiem w sobie nieskrępowaną konwenansami młodzieńczą witalność i porady rodem z kolorowych magazynów, udzielane przez (mądrzejszą lub sprytniejszą) rówieśniczkę, a więc lekko szalone i zwariowane, ale szczere i często celne, bardziej wiarygodne niż stonowane wskazówki dorosłych pedagogów. Niby Anya, podpisująca się jako Wasza_Wszystko_Wiedząca (WWW) daje się ponieść żywiołowi i na sporo sobie pozwala (choć nigdy nie popada w wulgarność ani nie daje rad złych z punktu widzenia zatroskanych rodziców), ale i nakłania do przemyśleń, mimochodem. Jest przekonująca i odnajduje się w każdym problemie – a pytania, które do niej trafiają, zwykle wiążą się z czyimiś życiowymi komplikacjami. Obok spraw naprawdę trudnych i delikatnych pojawiają się i błahostki, które w życiu nastolatek urastają często do rangi problemu. Ale dla bohaterki to tylko kolejne wyzwania, którym trzeba sprostać. Dzięki temu natomiast, że sama przeżywa rozmaite rozterki, nie wydaje się postacią odległą i wyniosłą, a po prostu bardziej wygadaną i sprytną koleżanką, która wprawdzie ma za długi język, ale i budzi sympatię.

„Dam_radę.blog” to książka dla nastolatków, którzy lubią szybką fabułę i nastawienie na typowe w okresie dojrzewania tematy – z garścią zgrabnie wtopionych w nienudną narrację porad.

niedziela, 3 lipca 2011

Sarah-Kate Lynch: Za oknem cukierni

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Wielka zmiana

Zdrada. Temat stały w powieściach obyczajowych, a w ostatnich latach jeszcze spotęgowany przez motyw rozpoczynania nowego życia przez pokrzywdzonych bohaterów. Od tego zagadnienia wyszła Sarah-Kate Lynch w swojej najnowszej książce „Za oknem cukierni”. Wydawałoby się, że nie ma bardziej zniechęcającego tematu: ponadczterdziestoletnia bohaterka odkrywa zalaminowane, ukryte w bucie do golfa, zdjęcie rodziny swojego męża. Drugiej, starannie przemilczanej i pełnej rodziny z Toskanii. W zasadzie Lily nigdy nie działała impulsywnie, ale teraz upija się i nie do końca świadomie wykupuje bilet na samolot do Rzymu. Nie wie, co zrobi – po prostu porzuca wszystko i zmierza tam, gdzie powinien znajdować się teraz jej niewierny mąż. Nie ma pojęcia o tym, że w Montevedovie trudno zachować anonimowość – ani o tym, że działa tam Tajna Liga Owdowiałych Cerowaczek – dziarskich staruszek, które zamiast reperować stare skarpetki, próbują leczyć złamane serca i swatać, w tajemnicy nawet przed głównymi zainteresowanymi, nieszczęśliwych ludzi. Staruszki mają coraz więcej kłopotów ze zdrowiem i bez przerwy się kłócą, jak na Włoszki przystało, lecz działalność na rzecz singli dostarcza im i zajęcia, i wrażeń. Chcą pomóc swojemu ulubieńcowi, Alessandro, i skojarzyć z nim przybyłą cudzoziemkę. Nie brakuje im poczucia humoru, mocno zgryźliwego i wolnego od związanych z wiekiem tabu. Kiedy włoskie staruszki wkroczą na scenę, okaże się, że „Za oknem cukierni” do banalnych i nudnych tekstów nie ma szans należeć.

Sarah-Kate Lynch przedstawia temat delikatny, chociaż nie do końca chce podchodzić do niego od strony psychologicznej. Stopniowo ujawnia, dlaczego bohaterka i jej mąż nie byli w związku szczęśliwi (choć wydawało im się inaczej) – i dlaczego doszło do zdrady: ale roztrząsanie kryzysów w małżeństwie nie jest jej podstawowym celem. W tomie łączy się temat relacji między dwojgiem bliskich sobie ludzi oraz… wątek znany z toskanianów, zresztą nieprzypadkowo akcja przenosi się właśnie do Toskanii. Lily zwalnia tempo życia i nagle odkrywa jego uroki. Znajduje receptę na szczęście – chociaż nie wiąże się to z planami sprytnych wdów. Te nie zrażają się niepowodzeniami, szybko też przenoszą sympatię na Lily, której sekret poznały dzięki swej przebiegłości. Śledzenie wymyślonej przez Lynch fabuły jest naprawdę bardzo przyjemne – nie ma tu przewidywalności, tak typowej dla powieści, w których bohaterowie zaczynają wszystko od nowa, nie ma wyłącznego spokoju toskanianów. Ciągle coś się dzieje, a emocje Lily nie należą do nużących. Autorka potrafi wzruszać i cieszyć bez odwoływania się do utrwalonych w literaturze schematów. Do tego dochodzi naprawdę apetyczna narracja – z książką Lynch nie sposób się nudzić, to jedna z tych powieści, do których chętnie się wraca – i która przynosi ukojenie.

Mimo trudnych zagadnień poruszanych w „Za oknem cukierni”, ten tom przynosi sporo śmiechu – dzięki Tajnej Lidze Owdowiałych Cerowaczek, których bezustanne kłótnie i docinki bardzo ożywiają senną atmosferę małego miasteczka. Sarah-Kate Lynch stosunkowo rzadko decyduje się na tak silnie akcentowany humor, ale w najnowszej książce udowadnia, że bez trudu radzi sobie z budowaniem scenek, których nie powstydziliby się twórcy skeczy. Dowcip sprawia, że nie ma w tej powieści tanich sentymentów, a tom nie stanowi prostego wyciskacza do łez. Spodoba się także sceptyczkom, które nie przepadają za historiami o miłości.
„Za oknem cukierni” to pozycja, która może szybko stać się bestsellerem. Sięga się po nią dla rozrywki, dla zabicia czasu, uspokojenia nerwów – i dla radości czytania.


sobota, 2 lipca 2011

David Nicholls: Jeden dzień

Świat Książki Warszawa 2011.

Raz do roku

15 lipca 1988 roku. Emma i Dexter skończyli studia, a teraz spędzają ze sobą noc. Nie wiedzą, co przyniesie przyszłość, ale i nie oczekują niczego od siebie. Wkrótce i tak się rozstaną, i każde pokieruje swoim własnym życiem. David Nicholls wychodzi od prostej sytuacji i nie pozwala bohaterom na moment sentymentów. W filmowym niemal skrócie nie ma na to miejsca. Odtąd bowiem Nicholls będzie podążał za postaciami, by sprawdzać, w jakiej sytuacji znajdą się za rok, za dwa lata i później. Porzuca Emmę i Dextera, by zjawiać się – jako obserwator – w ich rzeczywistości tylko na jeden dzień w roku. I portretuje zagubioną Em, która nie bardzo wie, co chciałaby robić w życiu – i Dextera, spędzającego czas na ciągłych imprezach i zaliczaniu kolejnych dziewczyn. Samotną, sfrustrowaną, uwikłaną w romans z przełożonym Em – i Dextera, który rujnuje sobie życie na wiele sposobów. Em i Dextera, którzy mimo wszystko utrzymują ze sobą kontakt i stwarzają pozory przyjaźni – a z czasem tę przyjaźń budują – i którzy bardzo się nawzajem potrzebują.

„Jeden dzień” to książka napisana z pomysłem nie tylko na fabułę, ale i na formę, chociaż nasuwa się przy lekturze skojarzenie z Fannie Flagg w wersji męskiej. Autor koncentruje się na dwóch równoległych życiorysach i na momentach wspólnych dla dwojga bohaterów – tylko dzięki temu unika jednokierunkowości i banału, bo przecież wiadomo: opowiada historię miłosną, tyle że w surowszej niż w typowych obyczajówkach wersji. Dość długo wybiera pesymistyczne rozwiązania, niszczy swoim bohaterom życie i odbiera im nadzieję. Podsuwa alkohol i narkotyki, wikła w związki bez sensu i przyszłości, odbiera pracę, ale nigdy nie niszczy do końca – pozostawia im bowiem siebie nawzajem i świadomość, że zawsze znajdą zrozumienie i pocieszenie. Przyjaźń początkowo zbudowana na konwencjonalnych zapewnieniach i próbach ucieczki od tanich scenariuszy, okazuje się największą wartością, jaką Emma i Dexter mogą otrzymać. Tylko że autor-demiurg nie śpi.

Nicholls naprawdę lubi filmowy styl pisania. Upraszcza narrację, pozostawiając bez komentarza krótkie i realistyczne dialogi, chętnie posługuje się obrazami i ruchem bohaterów – naprawdę nie zależy mu na literackości książki, co nie znaczy, że źle się tę powieść czyta, wprost przeciwnie, ale na tworzeniu historii bezpośrednio w wyobraźni odbiorców, których zresztą nie oszczędza, oddalając od nich ukojenie. To powieść szorstka i drażniąca, a przy tym magnetyczna. Irytuje, ale i wzrusza, do tego stworzona jest na przekór literackim modom. Niemałe znaczenie ma fakt, że sam autor nie czuje obowiązku chronienia bohaterów, jakby pozbawiony był w stosunku do nich jakichkolwiek uczuć – co w przypadku powieści obyczajowych jest rzadkością. Trudno też przypuszczać, by na początku lektury bohaterowie przypadli do gustu czytelnikom, skoro Nicholls skupia się w ich prezentowaniu na zestawie cech uśrednionych lub niezbyt atrakcyjnych. Najpierw Emma i Dexter są zbyt zwyczajni na to, by ich bezkrytycznie polubić, z czasem rzeczywistość wcale nie wygląda lepiej, a mimo to zradza się u odbiorców niewytłumaczalna sympatia do postaci.

Ta książka stanowi dowód na to, że chociaż wielkie tematy w literaturze funkcjonują od wieków, wciąż da się o nich mówić w odświeżający sposób, bez tkliwości czy wielkich słów. David Nicholls prostą prawdę umie przedstawić w burzliwej i niestandardowej historii.

piątek, 1 lipca 2011

Iwona Czarkowska: Kazio i szkoła pełna wampirów

Wilga, Warszawa 2011.

Nie ma się czego bać

Życie Kazia, który odkrył całkiem niedawno tajne przejście do domu wampirów, mieszczące się w starej skrzyni, bardzo się zmieniło. Zamiast standardowych problemów z wiecznie niezadowoloną starszą siostrą i młodszym bratem (który wraz z jamnikiem Wampirem także ochoczo korzysta z ukrytego przejścia), przeżywa troski swoich przyjaciół. Bo i wampiry mają własne kłopoty. Nie są to stereotypowe konflikty z ludźmi – chociaż jeszcze nikt poza Kaziem nie zapisał się do Towarzystwa Przyjaźni Ludzko-Wampirskiej – w końcu nie żywią się krwią, całymi dniami jedzą czosnek i wcale nie są groźne. Ale trudno im czasem zrealizować śmiałe plany – ot, choćby założyć szkołę dla młodych wampirów w starym zamku wujka Drakuli…

„Kazio i szkoła pełna wampirów” to drugi tom przygód małego bohatera, przyjaźniącego się z rodziną wampirów. Książka autorstwa Iwony Czarkowskiej przynosi ponownie całkiem sporo zabawy i dużo bardziej spójną niż poprzednio fabułę. Tym razem bowiem autorka nie rozprasza się na prezentowaniu reguł wykreowanego przez siebie świata, a może skoncentrować się na doświadczeniach Kazia. Chłopcu grozi utrata przyjaciół: jeśli będzie musiał wyprowadzić się z rodzicami, zostawi też tajne przejście. Na szczęście sympatyczne wampiry znajdą sposób na to, by kontaktować się z lubianym sąsiadem – i pomogą mu przy okazji rozproszyć rozmaite smutki. Co więcej? Mama Kazia daje swoim pociechom czosnek, uważając, że jest dobry na wszystko – i nie dziwi się niczemu. W króciutkiej historyjce Iwona Czarkowska znowu uruchamia całe pokłady humoru, bawi się motywami i stara się rozśmieszyć młodych odbiorców niebanalnymi skojarzeniami.

Świat wampirów zbudowany jest podobnie do rzeczywistości przefiltrowanej przez absurdalny dowcip. Wampiry Czarkowskiej mają swoje przysłowia, brzmiące podobnie do ludzkich, mają lektury ze zmodyfikowanymi tytułami znanych baśni. Muszą słuchać starszych i nosić ciepłe skarpetki. Wszystko to sprawia, że Czarkowska całkowicie zmienia stereotypowy wizerunek gości z zaświatów: wampiry mogą być po pierwsze – magnesem dla tych maluchów, które lubują się w tego typu motywach, a po drugie – fundamentem dla wymyślanych w trakcie narracji żartów. Autorka wybiera absurd i odwracanie stereotypów – pozwala nonsensowi wkraczać w zwyczajne życie normalnej rodziny (w efekcie mama psycholog doradza innym, by zaopatrzyli się w natarte czosnkiem skarpetki i dawali je dzieciom do snu zamiast przytulanek, bo widzi, że to dobrze działa na jej pociechy). Mimo tych odstępstw od normalności i mimo wszechobecnego czosnku jako przysmaku do żucia, Czarkowska potrafi dzieci do swojego pomysłu na powieść przekonać.

Na tej książeczce maluchy mogą też ćwiczyć czytanie – ułatwieniem będzie dla nich duży druk, a utrudnieniem – skomplikowane i trudne do powtórzenia imiona wampirzych bohaterów. Akcja toczy się tu bardzo szybko i czytelnicy będą chcieli dowiedzieć się, dokąd zaprowadzą ich przygody Kazia. Historia, chociaż niezbyt skomplikowana, budzi ciekawość, humor jest dodatkiem, który wzbogaca jeszcze lekturę i czyni ją bardziej atrakcyjną dla najmłodszych. Połączenie światów Kazia oraz wampirów zaowocowało dobrą książką, utrzymującą poziom poprzedniej.