* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona Czarkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona Czarkowska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2015

Iwona Czarkowska: Szymek, kłamczuszek czy anielinek?

Muza SA, Warszawa 2015.

Cena kłamstw

To jest schemat, którym dorośli próbują zwykle wyleczyć dzieci z nawyku mijania się z prawdą. Kto ciągle kłamie, ten nie będzie mógł liczyć na pomoc, gdy w końcu przedstawi prawdę – bo nikt nie uwierzy notorycznemu kłamcy. Iwona Czarkowska sięga po znaną lekcję, żeby zaprezentować kolejnego niesfornego anielinka. Mieszkańcy Niebieskiego nie radzą sobie z bujną wyobraźnią małego Szymka. Chłopiec kłamie odruchowo, nie umie się powstrzymać i nie rozumie, dlaczego miałby rezygnować z ubarwiania rzeczywistości. Kłamie nie po to, żeby uniknąć kary, a po to, żeby świat nie wydawał się nudny. Nie wie, że rzeczywistość wkrótce przerośnie jego oczekiwania.

Do Niebieskiego przybywa pan Parweniusz Pluskwa, właściciel sieci wesołych miasteczek. Nie ma on dobrych zamiarów, chociaż, oczywiście nie zdradza się z nimi. Panuje złapać najbardziej reprezentacyjnych Anielskich i pozamykać ich w klatkach, wystawiając na pokaz, jak zwierzęta w zoo. Niebezpieczeństwo odkrywa Szymek, ale ponieważ Anielscy doskonale znają jego tendencję do ubarwiania rzeczywistości, nie biorą na poważnie ostrzeżeń. Anielskim zagraża więc poważne niebezpieczeństwo.

Iwona Czarkowska tworzy serię o Anielskich z Niebieskiego jako alternatywę dla wampirów i strachów. U niej nie ma tematów, które przerażałyby co bardziej lękliwe dzieci. Ale autorka w każdej minipowieści rozprawia się z jakimś problemem nurtującym zwłaszcza najmłodsze anielinki. W przypadku Szymka od pierwszej chwili przedstawia rozmaite zagrożenia i niebezpieczeństwa – oswaja z nimi odbiorców dzięki przejściu w krainę fantazji. Stopniowo przygotowuje na nadejście prawdziwego czarnego charakteru, a i tu osłabia strach – w końcu Parweniusz Pluskwa zagraża raczej innym Anielskim, Szymek jest bezpieczny – i właśnie dlatego może ratować znajomych.

Ta powieść rozgrywa się szybciej i jest bardziej barwna niż poprzednie tomiki w serii, na co wpływ ma wyobraźnia bohatera. Do tego Iwona Czarkowska dodaje jeszcze postacie z poprzednich książek, więc stali czytelnicy serii spotkają się tu z dobrymi znajomymi – sporo jest czynników odwracających uwagę od podłości, jaką Pluskwa zamierza Anielskim wyrządzi. Dodatkowo sama seria jest gwarancją optymistycznego zakończenia. Czarkowska pozwala Szymkowi działać – odwaga to czynnik, który da Szymkowi szansę zrehabilitowania się w oczach mieszkańców miasteczka. Temat kłamstw przestaje być problemem do rozwiązania, skoro ktoś czyha na wolność Anielskich. A Szymek sam może dojść do wniosku, że postępował niewłaściwie i powinien się poprawić.

„Szymek, kłamczuszek czy anielinek” to kolejna prosta i dwugłosowa historyjka, którą Iwona Czarkowska proponuje najmłodszym. To powieść o charakterze edukacyjnym – pozwala małym odbiorcom zastanowić się nad zachowaniem bohatera i dostrzec niebezpieczeństwa celowego mijania się z prawdą. Autorka tym razem dba też o to, żeby dostarczyć dzieciom emocjonującą fabułę – zauważa, że nie można zatrzymać się na prezentowaniu czystej dobroci, bo ta nie zapewni narracyjnego napięcia. Kolejny mały mieszkaniec Anielskiego boryka się z problemem, który wpędzić go może w poważne kłopoty. Czarkowska jednak unika prawienia dzieciom morałów, wierzy, że jej odbiorcy sami odkryją reguły rządzące przebywaniem w społeczności. Taką szansę daje też Szymkowi, anielinkowi o zbyt bujnej wyobraźni.

niedziela, 26 października 2014

Iwona Czarkowska: Otylka, anielinka o skrzydłach motylka

Muza SA, Warszawa 2014.

Skrzydła w kropki

Iwona Czarkowska nie ma zamiaru straszyć dzieci. Owszem, prezentowała im kiedyś serię powieści o rodzinie wampirów, ale wtedy podstawowym wyznacznikiem lektury był beztroski śmiech. Teraz autorka przerzuciła się na motywy anielskie: tworzy serię Anielscy z Niebieskiego i daje czytelnikom gwarancję, że o żadnych postaciach grozy nawet nie wspomni. Anielscy są dobrzy z natury – rodzice (anioły) opiekują się przeważnie ludźmi, są więc bardzo zapracowani. Kiedy otrzymują wezwanie, ruszają do swoich podopiecznych. A dzieci Anielskich, anielinki, zostają w domach, przeważnie z własnymi zmartwieniami. Bo przecież bez tego lektury byłyby nudne i monotonne.

Tym razem odbiorcy przyjrzą się Otylce – anielince grzecznej i zawsze schludnej. Otylka niespodziewanie zauważa plamy na swoich bardzo czystych skrzydełkach. Plamy nie znikają i trudno je ukryć przed Anielskimi. A Otylka nie chce się wyróżniać – coraz bardziej czuje się inna wśród swoich. Jest zagubiona i nie wie, co się z nią dzieje, dopóki do Niebieskiego nie trafi przedziwny dalmatyńczyk. Temu z kolei plamki znikają. Anielinka może więc czuć się mniej samotna ze swoim problemem. Zwłaszcza że motyle wzory na skrzydłach stają się naprawdę piękną ozdobą i wcale nie muszą prowadzić do wykluczenia bohaterki.

Czarkowska pod pretekstem dość naiwnej, a przynajmniej bardzo prostej, historyjki pokazuje dzieciom, że nie wolno oceniać innych po wyglądzie i, przy okazji, że nie warto rozpaczać nad własną odmiennością. Anielinka wyolbrzymia problem, który dla innych anielskich zupełnie nie ma znaczenia. Nie koniec na tym omawiania kłopotów najmłodszych. Jest w tomiku jeszcze Robak, młodszy brat Otylki. Ten z odrzuceniem radzi sobie na swój sposób: studiuje książki o groźnych i przerażających zwierzętach, by potem naśladować ich ryki i zachowania. Atakiem uprzedza ewentualne ataki, a w swoich działaniach wydaje się bardzo zdesperowany. Również dlatego, że nikt nie rozmawia z nim o istocie zmartwienia. Czarkowska pokazuje, do czego czasami prowadzić może wyobcowanie. Uczy swoich małych odbiorców rozmowy o problemie i udowadnia, że nie wszystko w rzeczywistości wygląda tak źle, jak w powiększających kompleksy czarnych myślach. Tak więc w życiu małych anielinków dzieje się, wbrew pozorom, całkiem dużo, a każda, nawet najbardziej bajkowa przygoda ma swoje drugie dno i pozwala najmłodszym zrozumieć część codziennych trosk.

Iwona Czarkowska mieszkańców Niebieskiego kształtuje jak ludzi – różnią ich tylko skrzydła. Nie ma mowy o tym, by w proponowanej przez autorkę krainie wszyscy byli idealni. Autorka rezygnuje tylko z najbardziej jaskrawych przejawów zła, odrzuca to, co mogłoby przerazić dzieci. Odwołuje się za to do „zła” nienazywanego po imieniu, do prywatnych smutków. Wyobraźniowe problemy sprawiają, że nie wystraszy nimi małych czytelników – tu smutne mogą być jedynie konsekwencje bajkowych wydarzeń. A to już nieodłączna część lektury, bez trudu akceptowana przez dzieci.

„Otylka, anielinka o skrzydłach motylka” to już czwarty tomik spod szyldu „Stop wampirom i strachom!”. Czarkowska dostarcza dzieciom opowieści bajkowo-psychologicznych, angażuje odbiorców w doświadczenia bohaterów, których codzienność wygląda dosyć naturalnie. Przecież anielinki również chodzą do szkoły, bawią się z kolegami i przeżywają sprawy, które dorosłym wydadzą się już mało ważne. Czarkowska wie, co spędza sen z powiek jej czytelnikom – i dyskretnie do tego nawiązuje. A Kasia Kołodziej zachęci maluchy do lektury zabawnymi, dynamicznymi ilustracjami, które jeszcze bardziej kuszą i sprawiają, że ma się ochotę zagłębić w akcję.

czwartek, 5 grudnia 2013

Iwona Czarkowska: Tymek, magik czy anielinek?

Muza SA, Warszawa 2013.

Czary i zaklęcia

Tymek zafascynowany czarami jest jednym z anielinków – małych mieszkańców Niebieskiego. To również kolejny z bohaterów wkupiających się w łaski dzieci mnogością tarapatów oraz problemów do rozwiązania. Tymka niespecjalnie interesują zadania Anielskich, znacznie ważniejsze okazuje się opanowanie magicznych sztuczek – wreszcie możliwe, skoro po pokazie iluzjonisty w ręce chłopca wpada tajemnicza księga, która może być wielką księgą zaklęć. Kolejny anielinek zachowuje się zatem niezgodnie z wyobrażeniami o prawdziwych aniołach, nieziemsko dobrych istotach. Dla Iwony Czarkowskiej przełamywanie konwencji staje się wyznacznikiem serii „Anielscy z Niebieskiego”. Nie mówi się tu o prawdziwych aniołach, chociaż bohaterowie mają skrzydła (właściwie: maleńkie i ledwo widoczne skrzydełka) i pomagają ludziom. Tymek w dodatku nie zajmuje się odpowiadaniem na alarmy i wezwania, za to próbuje zrealizować własne marzenia. Gdyby na ten temat porozmawiał z kimś dorosłym, straciłby wiarę w magię. Jednak działa sam i dzięki temu może trwać w zachwycie nad światem z zaczarowanymi królikami wyskakującymi z cylindra i mądrze brzmiącymi tajemniczymi zaklęciami.

Seria przypadków i zbiegów okoliczności sprawia, że lektura tomu „Tymek, magik czy anielinek” dostarczy dzieciom sporo radości. Akcja jest po pierwsze o wiele bardziej pomysłowa, a po drugie – bardziej dynamiczna niż w „Balbince”, Iwona Czarkowska pokazuje, co potrafi w zakresie wymyślania oryginalnych choć prostych fabuł. Nie trzyma swojego bohatera pod kloszem, co owocuje dowcipnymi wydarzeniami (gdy Tymek łamie sobie skrzydło, mama w domu obkłada go poduszkami, by uniknąć podobnych wypadków w najbliższej przyszłości), wesoło jest zresztą w samej codzienności Tymka – tu istnieje Długopies, a i klasówki, na które rzekomo może pomóc magia. Tymek próbuje swoich sił w czarowaniu, a niespodzianki utwierdzają go w przeświadczeniu, że posiadł odrobinę magicznych zdolności. Dzieci będą zaskoczone rozwojem wydarzeń, Tymek natomiast napędza całą akcję bez przerwy. Czarkowska dobrze się bawi, grając nieporozumieniami i niewłaściwymi interpretacjami faktów, co potem bez trudu zostaje przełożone na radość małych odbiorców. Świat Tymka nie zawsze w pełni zrozumiały i przewidywalny, mimo wszystko jest miejscem przyjaznym i ciepłym, w sam raz dla tych dzieci, które nie lubią strachu w książkach. Dobro nie oznacza tu nudy, a autorka, która dała się już poznać jako osoba obdarzona poczuciem humoru i uaktywniająca ten humor w narracjach w literaturze czwartej, i teraz przypomina sobie o potędze komizmu. Zaprasza maluchy do lektury atrakcyjnej, pełnej bezpiecznych i dowcipnych przygód.

Humor w narracji powtarzalny jest też przez humor w kresce w ilustracjach Kasi Kołodziej. Zarówno karykaturalny Tymek, jak i zaczarowany królik to postacie komiksowe, które wpadają w oko i urzekają swoim wyglądem, dostarczają śmiechu dzieciom i dobrze nastrajają je do czytania. Już na pierwszy rzut oka dzieci będą mogły się przekonać, że „Tymek – magik czy anielinek” to książka sympatyczna i warto zapoznać się z jej treścią. Zresztą do Iwony Czarkowskiej jako autorki minipowieści dla najmłodszych można mieć zaufanie. Tymek to dziecięcy bohater, nie zawsze posłuszny, działający na własną rękę i przez to ciekawy dla odbiorców – może bowiem przeżywać przygody, o których czytelnikom nawet się nie śniło. To jeden z bardziej pobudzających wyobraźnię mieszkańców Niebieskiego – a jego codzienność zawiera mnóstwo ciekawostek, odejść od zwykłego życia odbiorców – i dlatego dzieci polubią tego bohatera.

piątek, 8 listopada 2013

Iwona Czarkowska: Balbinka, pechowa anielinka

Muza SA, Warszawa 2013.

Pech anioła

Iwona Czarkowska wymyśliła sobie kolejną serię minipowieści dla najmłodszych. Po Kaziu, który zaprzyjaźnił się z rodziną wampirów, przyszedł czas na książki, które mają na okładce napis „stop wampirom i strachom!”. Seria o Anielskich z Niebieskiego ma stanowić przeciwwagę dla mód w literaturze czwartej i zasugerować odbiorcom, że te lektury nie przerażają co wrażliwszych i nie wywołają koszmarów. Oczywiście samo dobro w najczystszej postaci byłoby zbyt nudne i pozbawione wyrazu, więc Czarkowska nadaje swoim bohaterom cechy przybliżające ich do świata ludzi.

Bo Anielscy nie są ludźmi. Mają maleńkie skrzydełka (takie, żeby można je było schować pod ubraniem i nie wywoływać nimi sensacji) – a pojawiają się tam, gdzie ludzie potrzebują pomocy. Do Anielskich należą między innymi rodzice Balbinki, właśnie wezwani do kolejnego nagłego wypadku. Sama Balbinka to mała anielinka (anielinka i anielinek to określenia mieszkańców Niebieskiego, Iwona Czarkowska nie chce posługiwać się religijnymi terminami, kiedy fantazjuje na temat duchowych istot, zatem odrobinę przekształca nazwy). Balbinka powinna wzbudzić zainteresowanie małych odbiorców z racji tego, że co chwilę coś jej się przydarza. Z reguły są to niezbyt przyjemne niespodzianki, więc bohaterka wierzy, że ma pecha. Cały czas podsyca to przekonanie i mnoży sytuacje, które je potwierdzają. Także czytelnicy w pecha szybko uwierzą, chociaż sam fakt istnienia takich przygód będzie ich wciąż bawić i rozśmieszać. Pech to pierwszy motyw „Balbinki”. Drugim jest wątek rozbitej rodziny. Balbinka otrzymuje swoje pierwsze wezwanie do nieszczęśliwej dziewczynki, której rodzice się rozwodzą. Musi przekonać koleżankę, że mimo rozstania będą ją kochać tak samo. To temat bliski dzisiaj wielu dzieciom, więc krzepiące słowa, chociaż przez wszystkich na co dzień powtarzane, przydadzą się również jako pocieszenie w książce. Czarkowska rozwiąże także temat pecha i uświadomi odbiorcom, że często wiara w zły los sprowadza na przesądnych przykre wydarzenia, a w każdym nieszczęściu może kryć się szczęśliwa sytuacja.

W samej kreacji bohaterki jedno tylko budzi wątpliwości. Balbinka uparcie stosuje mianowniki po stwierdzeniu „nie lubię…”. Wszyscy ją poprawiają, ale jednak sztuczne i uporczywe mylenie się przy tym akurat zwrocie może niepotrzebnie zapaść w pamięć dzieciom – nie mówiąc o tym, że w samej lekturze nie dostarcza raczej ani przyjemności, ani radości. Językowa identyfikacja bohaterki niepotrzebnie opiera się na kruchej i niewiarygodnej podstawie. Sama Balbinka natomiast spodoba się dzieciom ze względu na liczne psoty i wpadki. To bohaterka-łobuziak, budząca sympatię przez nagromadzenie „przypadków”. Zdarza jej się dostać uwagę w szkole, stłuc piłką szybę czy zepsuć parasol opiekunki – a to wszystko niechcący. Łatwo zatem dzieci ją polubią.

W tomie „Balbinka, pechowa anielinka” pojawiają się dwa nurty narracji. Klasyczna, trzecioosobowa i obiektywna – służy do relacjonowania kolejnych wydarzeń i do przyglądania się bohaterce. Dodatkowe tajemnicze wtrącenia tworzą metanarrację, służą wyjaśnieniom świata oczywistego dla bohaterów (ale niekoniecznie dla odbiorców) i pełnią funkcję dopowiedzeń – tak, że mali czytelnicy nie tylko odnajdą się w powieściowej przestrzeni bez trudu, ale również poczują atmosferę zagadkowości czy niezwykłości. Dwa sposoby prezentowania świata Balbinki to rodzaj nagrody dla czytelników, autorka w ten sposób przemyca wiadomość o tym, że ktoś czuwa nad postaciami, obserwuje je z daleka i pośredniczy między nimi a ludźmi. „Balbinka, pechowa anielinka” to książeczka, która ucieszy najmłodszych, bo jest dynamiczna, wesoła i zawiera wyraziste portrety zwłaszcza dziecięcych bohaterów – a do tego dodaje jeszcze wizję współczesnych społecznych problemów. Dzieciom spodobają się też humorystyczne ilustracje autorstwa Kasi Kołodziej.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Iwona Czarkowska: Zdrada pachnie pomarańczami

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Odpoczynek

Trzeci tom w serii, której znakiem graficznym jest ślad po kuli, także nie rozczarowuje. Tym razem za stworzenie humorystycznej obyczajówki o posmaku kryminalnym zabrała się Iwona Czarkowska. Książką „Zdrada pachnie pomarańczami” ucieszy zwłaszcza wielbicielki pogodnych czytadeł, bo sprawa kryminalna oddalona w czasie o trzy dekady nie zdominuje opowieści. Napad na bank przypomina zresztą karykaturę kryminału: przestępcy włamują się bowiem w strojach Bolka, Lolka i Toli. Trudno znaleźć ich w Olszanicy, bo z okazji festynowej zabawy wszyscy poprzebierali się za postacie z kreskówek. Sprawa w końcu przycicha. Po trzydziestu latach właściciel pensjonatu Trzy Buki (za namową PR-owca) zaprasza do siebie dawnych pensjonatowych gości. Ale Iwona Czarkowska nie zamierza zamieniać się w Agathę Christie i spotkanie po latach wykorzystuje zupełnie inaczej. W powietrzu wisi kilka tajemnic, a ludzie – jak to ludzie – mają swoje wady i przyzwyczajenia.

Migawki z przeszłości rozpoczynające tom nie przypominają stylem popularnych kryminałów z czasów PRL-u, za to odrobinę nawiązują do pomysłów Joanny Chmielewskiej (chociaż nie w języku). Oddalone w czasie i modyfikowane przez niecodzienny obraz, wydają się aż nierzeczywiste – o wiele bardziej autorka przekonuje we współczesności. Sprowadza do Trzech Buków różnych bohaterów, zwykle po rozmaitych przejściach. Każdemu tworzy dość bogaty życiorys, tak, by jaśniejsze stały się ich motywacje i odkrycia. Każdego też przybliża odbiorczyniom, żeby troski z książki wpływały też na czytelniczki. Trzy Buki pomagają wypracować dystans do codziennych spraw. Zapewniają chwilowy odpoczynek od męża, który beztrosko przyznał się do zdrady, od męczących dzieci i wnuków czy – nadopiekuńczych rodziców. Umożliwiają ucieczkę od zwyczajności – przynajmniej gościom pensjonatu, bo na miejsce przybywa też na przykład policjantka, która chciałaby wyjaśnić sprawę napadu na bank. Działania śledcze nieco rozpłyną się w gąszczu drobnych zagadnień. I dobrze, bo Czarkowska nie zamierza szczegółowo prezentować detektywistycznych działań, wie dobrze, że co innego przyciągnie do niej odbiorczynie.

Autorka może się skupić na prezentowaniu bogatej galerii osobowości. Portrety bohaterek są tu wyraziste i pomysłowe – rzecz ciekawa, wśród mężczyzn wyróżnia się tylko jeden, i to za sprawą językowych wyczynów (znów skojarzenie z Chmielewską!). Kobiety budzą zainteresowanie – w sposób daleki od stereotypów radzą sobie z przeciwnościami losu, nigdy nie stają się ofiarami – ale nie zamieniają się też w feministki. Ich pomysły śledzi się z przyjemnością, bo Iwona Czarkowska nie oszczędza wyobraźni i ubarwia zwykłe sprawy jak tylko może, a nie przekracza granicy naturalności.

„Zdrada pachnie pomarańczami” to książka dyktowana przez humor. Stylem bardzo dobrze wpisuje się w cały cykl, mimo że temat kryminalny przestaje być istotny dość szybko. Sprawdza się tu jednak ze względu na dowcipną narrację. To publikacja rozrywkowa i lekka, a do tego wielopłaszczyznowa. Czarkowska do tej pory popisywała się żartem i wyobraźnią w bajkach oraz obyczajówkach: tu widać, jak dojrzewa jej styl, a i umiejętność kierowania akcją i splatania w fabułę wątków charakterystycznych dla różnych postaci. Chociaż nie proponuje odbiorczyniom kryminału, i tak zyska ich uznanie – zapewnia bowiem rozrywkę w dobrym gatunku. Delikatny humor stale towarzyszy relacjom, a uzupełniany jest o zabawne dialogi i scenki. Czarkowska nie chce ubolewać nad losem zdradzanych, ale nie chce też przesadnie przypominać odbiorczyniom o problemach – i tu przydaje się uśmiech skrywany w tekście. Tu nie chodzi o bliskość życia i powtórzenie wydarzeń w podobnej konfiguracji. W tę opowieść wkracza się razem z bohaterami, by wspólnie z nimi znaleźć moment wytchnienia – nawet jeśli tłem tego wytchnienia miałaby być kryminalna sytuacja sprzed lat. A skoro przestępcy nie są poważni, czy jakiekolwiek zmartwienia mogłyby zakłócić spokój?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Iwona Czarkowska: Kazio w miasteczku pełnym wampirów

Wilga, Warszawa 2012.

Bez strachu

Nie sposób przejść obojętnie obok przygód Kazia, chłopca, który przyjaźni się z rodziną sympatycznych wampirów. Iwona Czarkowska już pierwszą książeczką – „Kazio i skrzynia pełna wampirów” – zjednała sobie małych odbiorców, potem zostało jej tylko wymyślanie kolejnych doświadczeń bohaterów i poszerzanie powieściowej przestrzeni. W tych krótkich historiach (zbliżonych bardziej do rozbudowanych opowiadań niż do powieści) proponuje bajkową rehabilitację wampirów, mnóstwo humoru i bezustanne przenoszenie się między światem realnym a tym zamieszkiwanym przez niezwykłe istoty. Ale w końcu przyjaźń ludzko-wampirska kwitnie, a współpraca między gatunkami pozwala łatwiej rozwiązywać problemy.

Tym razem sprawy wyglądają naprawdę poważnie: nie dość, że w lokalnej gazecie pojawia się informacja o atakach wampirów (co samo w sobie jest niepokojące dla bohaterów, przecież babcia Fibrycukella od dawna stara się dementować takie plotki i przywracać wampirom dobre imię), to jeszcze profesor Burgul, jeden z najsłynniejszych wampirów, został porwany. Kazio dowiaduje się o tym przez przypadek: pojechał z klasą na wycieczkę do domu profesora. Wcześniej wyruszyli tam też jego przyjaciele. Teraz mogą połączyć siły, bo pomóc profesorowi Burgulowi.

Nie zabrakło Iwonie Czarkowskiej pomysłów na fabułę; kreacja świata przedstawionego pozostaje bez zmian i już, przy trzeciej historii, przestaje dziwić. Żadne dziecko nie skrzywi się już na myśl o tym, że bohaterowie czosnek jedzą jak jabłka i dodają do wszystkich potraw i deserów – to w końcu wyjątkowy przysmak, także dla samych wampirów, które uparcie walczą ze stereotypami. Młodszy braciszek Kazia, Staś oraz jamnik Wampir, tradycyjnie już plączą się pod nogami, pożerając wszystko, co znajdzie się na ich drodze, dziadek Hongogard jak zwykle rozbawia swoim zachowaniem, a babcia Fibrycukella jest literackim ideałem babci, która wszystko rozumie, a do tego młodość ducha umożliwia jej bezproblemowe dogadywanie się z pokoleniem Kazia. Kazio dla wampirów pozostaje Kakakakaziem, a jego kolega zyskał miano Apsikantka: to te drobiazgi w lekturze, które naprawdę wywołają radość dzieci. Podobnie zresztą jak zadanie ze słoniami na basenie – autorka coraz śmielej wprowadza do opowieści dowcipne wtrącenia, które tak bardzo uprzyjemniają śledzenie przygód Kazia.

To, co przyciąga do tomiku, kryje się chyba przede wszystkim w jego rodzinnej i serdecznej atmosferze: kiedy Kazio znika z pola widzenia mamy, natychmiast trafia pod dyskretną opiekę Fibrycukelli. Chociaż bez przerwy zadaje się z wampirami, nie musi się bać – bo ma w nich oddanych przyjaciół. Narrację wspomaga „naiwna” ironia – czytelnicy zawsze wiedzą więcej niż mama Kazia, więc będą ich bawić także przypuszczenia tej dalszoplanowej bohaterki. Wszechobecny humor sprzyja mnożeniu sytuacji potencjalnie niebezpiecznych: Czarkowska wybiera tym razem kryminał, żeby zaintrygować młodych odbiorców i nie znudzić ich powtarzaniem raz ustalonych zasad działania Kaziowego świata. Kaziowi nie stanie się nic złego – może zatem przeżywać prawdziwe przygody, wybierając się z przyjaciółmi pod osłoną nocy na poszukiwania.

Iwona Czarkowska tworzy opowiastkę prostą, ale nie banalną: w „Kaziu w miasteczku pełnym wampirów” wybiera dynamiczną fabułę i opisy przesycone żartami. Tu cały czas coś się dzieje – a ponieważ autorka nie pozwala przewidzieć kolejnych etapów śledztwa, mali czytelnicy będą mogli cieszyć się także kryminalną sprawą do rozwiązania. Jak zwykle radość przynoszą wampiry o oryginalnym poczuciu humoru oraz – codzienność w Wampirzycach. Smaczku dodaje tajemnica: jeden Kazio może odwiedzać rodzinę wampirów (oczywiście Staś i Wampir robią to bez przerwy, ale żaden z nich nie mówi, więc też nie zdradzi sekretu). Tak… w tym miasteczku życie naprawdę może być ciekawe.

piątek, 1 lipca 2011

Iwona Czarkowska: Kazio i szkoła pełna wampirów

Wilga, Warszawa 2011.

Nie ma się czego bać

Życie Kazia, który odkrył całkiem niedawno tajne przejście do domu wampirów, mieszczące się w starej skrzyni, bardzo się zmieniło. Zamiast standardowych problemów z wiecznie niezadowoloną starszą siostrą i młodszym bratem (który wraz z jamnikiem Wampirem także ochoczo korzysta z ukrytego przejścia), przeżywa troski swoich przyjaciół. Bo i wampiry mają własne kłopoty. Nie są to stereotypowe konflikty z ludźmi – chociaż jeszcze nikt poza Kaziem nie zapisał się do Towarzystwa Przyjaźni Ludzko-Wampirskiej – w końcu nie żywią się krwią, całymi dniami jedzą czosnek i wcale nie są groźne. Ale trudno im czasem zrealizować śmiałe plany – ot, choćby założyć szkołę dla młodych wampirów w starym zamku wujka Drakuli…

„Kazio i szkoła pełna wampirów” to drugi tom przygód małego bohatera, przyjaźniącego się z rodziną wampirów. Książka autorstwa Iwony Czarkowskiej przynosi ponownie całkiem sporo zabawy i dużo bardziej spójną niż poprzednio fabułę. Tym razem bowiem autorka nie rozprasza się na prezentowaniu reguł wykreowanego przez siebie świata, a może skoncentrować się na doświadczeniach Kazia. Chłopcu grozi utrata przyjaciół: jeśli będzie musiał wyprowadzić się z rodzicami, zostawi też tajne przejście. Na szczęście sympatyczne wampiry znajdą sposób na to, by kontaktować się z lubianym sąsiadem – i pomogą mu przy okazji rozproszyć rozmaite smutki. Co więcej? Mama Kazia daje swoim pociechom czosnek, uważając, że jest dobry na wszystko – i nie dziwi się niczemu. W króciutkiej historyjce Iwona Czarkowska znowu uruchamia całe pokłady humoru, bawi się motywami i stara się rozśmieszyć młodych odbiorców niebanalnymi skojarzeniami.

Świat wampirów zbudowany jest podobnie do rzeczywistości przefiltrowanej przez absurdalny dowcip. Wampiry Czarkowskiej mają swoje przysłowia, brzmiące podobnie do ludzkich, mają lektury ze zmodyfikowanymi tytułami znanych baśni. Muszą słuchać starszych i nosić ciepłe skarpetki. Wszystko to sprawia, że Czarkowska całkowicie zmienia stereotypowy wizerunek gości z zaświatów: wampiry mogą być po pierwsze – magnesem dla tych maluchów, które lubują się w tego typu motywach, a po drugie – fundamentem dla wymyślanych w trakcie narracji żartów. Autorka wybiera absurd i odwracanie stereotypów – pozwala nonsensowi wkraczać w zwyczajne życie normalnej rodziny (w efekcie mama psycholog doradza innym, by zaopatrzyli się w natarte czosnkiem skarpetki i dawali je dzieciom do snu zamiast przytulanek, bo widzi, że to dobrze działa na jej pociechy). Mimo tych odstępstw od normalności i mimo wszechobecnego czosnku jako przysmaku do żucia, Czarkowska potrafi dzieci do swojego pomysłu na powieść przekonać.

Na tej książeczce maluchy mogą też ćwiczyć czytanie – ułatwieniem będzie dla nich duży druk, a utrudnieniem – skomplikowane i trudne do powtórzenia imiona wampirzych bohaterów. Akcja toczy się tu bardzo szybko i czytelnicy będą chcieli dowiedzieć się, dokąd zaprowadzą ich przygody Kazia. Historia, chociaż niezbyt skomplikowana, budzi ciekawość, humor jest dodatkiem, który wzbogaca jeszcze lekturę i czyni ją bardziej atrakcyjną dla najmłodszych. Połączenie światów Kazia oraz wampirów zaowocowało dobrą książką, utrzymującą poziom poprzedniej.


środa, 27 kwietnia 2011

Iwona Czarkowska: Kazio i skrzynia pełna wampirów

Wilga, Warszawa 2011.

Kto lubi czosnek?

Przeprowadzka – w historiach dla dzieci zawsze jest początkiem znakomitej przygody. Wprawdzie mały Kazio jeszcze o tym nie wie, ale dość szybko przekona się, że dom, w którym ma zamieszkać jego rodzina (to jest mama, tata, starsza siostra, młodszy brat i pies o imieniu Wampir), kipi od niespodzianek. Najważniejszą będzie tajne przejście do alternatywnego mieszkania, pełnego… wampirów. Ale bez obaw – u Iwony Czarkowskiej wampiry te są życzliwe i dowcipne, a do tego chcą się przyjaźnić z ludźmi. Tyle że imiona mają trudne do wymówienia.

Do domu wampirów Kazio trafia przypadkiem, wchodząc do starej skrzyni. Szybko zyskuje tu nowych przyjaciół, którzy doskonale uzupełniają się z rodziną (wampirowi babcia i dziadek zastępują Kaziowi prawdziwych dziadków, a Zuzulinda – rówieśniczka chłopca – zapewnia towarzystwo i zrozumienie). Okazuje się też dość szybko, że zwyczajne problemy łatwiej rozwiązać przy pomocy niezwyczajnych znajomych: bez względu na to, czy Kazio ma tremę przed zawodami i potrzebuje do wygrania wyścigu szczęśliwej skarpetki, czy – zabrał siostrze flamastry i nie chce się do tego przyznać. Babcia Fibrycukella, która potrafi odgadywać najskrytsze myśli, zna rozwiązania wszystkich kłopotów i chętnie pomoże Kaziowi. U Czarkowskiej – jak wszędzie – najlepsze są najprostsze wskazówki, które jednak zyskują nową wartość za sprawą międzykulturowego, ludzko-wampirzego przekładu.

Każdy rozdział dotyczy innej troski Kazia i w każdym z pomocą przychodzą bajkowi sąsiedzi. Iwona Czarkowska zadbała o to, by prezentowane przez nią scenki nie były oczywiste pod względem pedagogicznych podpowiedzi: nie ma tu raczej tendencyjnych fabułek, podporządkowanych pouczającemu przesłaniu – zwykle trudno domyślić się, do czego autorka dąży, wszystko wychodzi na jaw w puencie. Czarkowska bardzo sprytnie maskuje morały, ukrywa je pod postacią zabawy i zdumienia, płynącego z odsłaniania obcego świata. Ciekawość będzie dla małych odbiorców czynnikiem zachęcającym do lektury. Drugą zachętę stanowi mocno akcentowany dowcip.

Iwona Czarkowska dobrze radzi sobie z rozśmieszaniem czytelników. Nienachalny humor sytuacyjny spodoba się maluchom, ale powinien też przypaść do gustu ich rodzicom lub starszemu rodzeństwu – jeśli ci zdecydują się na wspólną lekturę (do książki mogą także sięgać dzieci, które wprawiają się w samodzielnym czytaniu: pomoże im duży druk i interlinia). Czarkowska pomysłowo wykorzystuje motywy kojarzone powszechnie z wampiryczną tematyką, przerabiając je na historyjkę dla najmłodszych: pojawiają się tu żarty ze sztucznych szczęk wampirów i z czosnku, który – wbrew przekazom – te stwory uwielbiają. W ich ślady idzie zresztą cała rodzina Kazia: mama zauważa, że jej dzieci uspokajają się, gdy dostaną do żucia główki czosnku (którego mnóstwo rośnie w ogrodzie). Z czasem czosnkowe potrawy opanowują jej kuchnię do tego stopnia, że powraca ów „przysmak” nawet w budyniu i kremie do tortu. Kraina, do której wampiry mają dostęp, rządzi się w końcu swoimi prawami.

Ta króciutka książeczka napisana jest z pomysłem i humorem. Cieszy, a nie przeraża, więc bez obaw można ją prezentować maluchom. Czarkowska stylem zbliża się do tekstów Marcina Pałasza i Grzegorza Kasdepke, widać, że sama czerpie przyjemność z kreowania bajkowej rzeczywistości – a to przekłada się potem na dobrą lekturę. „Kazio i skrzynia pełna wampirów” to źródło śmiechu i ciekawych przygód, obietnica rozrywki na wysokim poziomie. Dla tych, którym przygody Kazia przypadną do gustu, dobra wiadomość: w przygotowaniu jest kolejny tom opowiastek o tym bohaterze.