* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 19 lipca 2010

Jarosław Iwaszkiewicz: Rozmowy o książkach. Nowy wybór z lat 1954 - 1979

Czytelnik, Warszawa 2010.


O książkach niebanalnie

„Ja rzeczywiście bardzo lubię rozmawiać o książkach. Nie jest to wielka filozofia, to co o nich powiedzieć potrafię, ale słowa moje są zawsze podyktowane szczerym uczuciem, amatorstwem” – wyznaje Jarosław Iwaszkiewicz w jednym z felietonów. Ludzie pióra zwykle inaczej niż krytycy oceniają czytane teksty – zamiast sprawdzać zasady konstrukcyjne utworu czy uporządkować pisarskie zabiegi, skupiają się dużo częściej na wrażliwości autora, sposobie postrzegania świata czy odczuciach, jakie towarzyszą lekturze. „Rozmowy o książkach” wydane właśnie w Czytelniku są już piątym wyborem felietonów Iwaszkiewicza i gromadzą 85 dotąd niepublikowanych w książkowych edycjach tekstów. Kluczem do zestawienia tych opowieści stała się, jak zaznacza wydawca, ich różnorodność gatunkowa, tematyczna i treściowa. Obok zatem typowych recenzji, przedstawiających po prostu zawartość publikacji, snuje Iwaszkiewicz refleksje na temat dawniej przeczytanych i silnie wbitych w pamięć pozycji, notuje uwagi na marginesach książek, przedstawia autorów mniej znanych bądź przyjaciół z czasów młodości, tworzy też literackie nekrologi, w śmierci kolegów dostrzegając pretekst do przyjrzenia się ich dokonaniom.

Teksty Iwaszkiewicza wyrastają z fascynacji – autor daleki jest od krytykowania i potępiania kolegów po piórze, w każdym z czytanych tomów stara się odnaleźć i wskazać jasne punkty. Rezygnuje z zajadłości i żarliwości świadomie, nie po to, by przypodobać się omawianym literatom, ale żeby pokazać wartość ich książek. Nie ulega modom, przemyślenia o utworach podbudowuje osobistymi doświadczeniami – częste są w „Rozmowach” powroty do dawnych, spędzanych wśród książek, lat. Iwaszkiewicz wytycza możliwe drogi lekturowe, a przy okazji tworzy notatki na temat ulotnych zdarzeń z codziennego życia. Błahostki, którym zwykle nie poświęca się większej uwagi mogą okazać się ramą dla gawędy o książce, dla pisarza wszystko jest opowieścią – nie zawsze przetworzoną na gotowy produkt, nie zawsze spisaną, ale zawsze interesującą.

Bez wątpienia Jarosław Iwaszkiewicz uczy czytania. Między wierszami przemyca wyjaśnienia, jak traktować tekst. Daje przykład wrażliwości i wyczulenia na drobiazgi, ale też dąży do syntetyzowania wiadomości, choćby z dziedziny genologii. Jego uwagi, choćby na temat dzienników, rzucają nowe światło na same lektury. Przemyślenia dotyczące niektórych rodzajów książek przybierają momentami niemal aforystyczne kształty. Zdarza się, że odchodzi autor od zadań czytelnika, kierując się w stronę warsztatu piszącego. W jednym z felietonów zatrzymuje się nad kwestią różnicy stylu, zależnej od używanych do pisania narzędzi – takie szczegóły w zwykłym pośpiechu umykają, trzeba zatrzymać się, pochylić nad tekstem, by je zauważyć.

Katarzyna Gędas, autorka wyboru, notuje w posłowiu, że „powstał barwny dziennik lektur z elementami autobiografii i filozofii pisarza”. Rzeczywiście „Rozmowy o książkach” są czymś więcej niż tylko zestawem kilkudziesięciu recenzji. Różnorodność gatunkowa i tematyczna, silnie subiektywizowana narracja, obecność prywatnych wątków obok ogólnoliterackich refleksji – to wszystko sprawia, że lektura „Rozmów o książkach” jest naprawdę fascynująca. Czytelnik ma tu wrażenie, że został dopuszczony do świata autora, stał się powiernikiem jego sekretów – a przy tym wie, że może obcować z tekstami na wysokim poziomie. Nie brakuje tu oczywiście typowej dla Iwaszkiewicza dbałości o słowo, zamieszczone w książce felietony są napisane pięknym językiem – ale o tym już znających twórczość Iwaszkiewicza odbiorców przekonywać raczej nie trzeba.

Do lektury tomu świetnie przygotowuje obszerny i rzeczowy wstęp Katarzyny Gędas, cenny tym bardziej, że odnoszący się do felietonów Iwaszkiewicza całościowo. Autorka daje wskazówki, które pomogą nawet mniej wprawnym czytelnikom na odszyfrowanie charakterystycznych dla artysty tropów i wzbogaci odbiór.


niedziela, 18 lipca 2010

Sarah-Kate Lynch: Na domiar złego

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Spis nieszczęść

Dość pogodna, melancholijna, ale mimo to optymistyczna w wyrazie okładka książki Sarah-Kate Lynch kontrastuje z tytułem, zapowiadającym całą serię kataklizmów. Czego spodziewać się po haśle „Na domiar złego”, bezlitośnie zapowiadającym serię porażek i kryzysów? Wydawnictwo Prószyński i S-ka zaskakuje czytelników, a zwłaszcza czytelniczki, spragnione ciekawej powieści obyczajowej – bowiem książka „Na domiar złego” rzeczywiście zbudowana jest z całego cyklu dramatów i tragedii, a jednak dostarcza rozrywki, ciepła i spokoju. To opowieść przepełniona łagodnością i utrzymana w kojącym, mądrym i przyjemnym w odbiorze tonie. Niektórych powieści zdecydowanie nie powinno się czytać, kiedy ma się zły nastrój – ale chociaż nieszczęść w Sarah-Kate Lynch jest naprawdę mnóstwo, ta historia nie przygnębia, za to, paradoksalnie, dodaje nawet otuchy.

Tajemnicą pisarskiego sukcesu pochodzącej z Nowej Zelandii autorki okazuje się poczucie humoru, które nie pozwala na poddanie się rozpaczy i dystans, jaki bohaterka-narratorka wypracowała. Każdy dramat, każda przykrość, spotykająca Florence, traci przynajmniej połowę ciężaru dzięki ironicznym komentarzom. W ten sposób także czytelnicy nie muszą się zamartwiać kierunkiem, w jakim zmierza akcja. Lynch próbuje również osłabić smutki przez uprzedzanie wydarzeń – teoria nieszczęść, które chodzą trójkami, sprawia, że otwierająca książkę sytuacja ma przygotować odbiorców na dalszy ciąg niepowodzeń. Technika stopy w drzwiach, wykorzystana przy budowaniu fabuły, przyczynia się do poszerzenia granic wytrzymałości bohaterki i odbiorców. Konstrukcja tej książki została naprawdę dobrze przemyślana, lekturę połyka się wręcz błyskawicznie.

Florence o swoich przygodach opowiada sama. W zależności od tego, co się akurat dzieje, bohaterka przeżywa to gorzej lub lepiej, wzloty i upadki nastroju zapewniają dynamizm książce. Ale Sarah-Kate Lynch wprowadza coś więcej – po każdym rozdziale pojawiają się krótkie wypowiedzi innych postaci. Czasem są to członkowie rodziny, czasem zaprzyjaźniony bezdomny, znajomi lub po prostu uczestnicy wydarzeń. To rozwiązanie pozwala autorce na zmniejszenie stopnia subiektywności tekstu, zamiast jednostronnego i emocjonalnego oglądu rzeczywistości, dodatkowo umożliwia zwrócenie uwagi na motywy, które nie miałyby racji bytu w opowieści Florence.

Fabułę napędza nie tylko lista katastrof, spadających na głowę kobiety, ale też bogata galeria nietuzinkowych postaci. W najbliższym otoczeniu Florence jest ich mnóstwo: filozoficznie nastawiony do egzystencji bezdomny, dużo starsza od syna bohaterki jego australijska żona, gej, który zdobył serce męża Florence, rodzice-hippisi i wykształcony budowlaniec – przy tych wszystkich osobach, które przewijają się przez „Na domiar złego” nudzić się nie sposób. Dzięki nim Florence ma szansę wygrać z losem i uniknąć samotności, dzięki nim odzyskuje nadzieję w sytuacjach pozornie bez wyjścia.

Narracja tej powieści przetykana jest drobiazgami pełnymi humoru. Bohaterka wyolbrzymia wszystkie troski, daje upust złości i rezygnuje z poprawności politycznej, kiedy jest sama i może sobie pozwolić na brutalną szczerość. Wiele scenek Sarah-Kate Lynch celowo przerysowuje: przesadnie podsycają komizm, a nie przesądzają o beznadziejności sytuacji. Poza wszystkim „Na domiar złego” to po prostu lekko napisana książka, przynosząca wytchnienie.

Są historie, przez które przedzierać się trzeba z trudem, są takie, w których lekturę kontynuuje się wyłącznie z obowiązku – ale „Na domiar złego” to nich nie należy, do tej powieści chce się wracać. Nie ze względu na zaskoczenie czy oryginalne pomysły fabularne, ale przez ciepłą i przyjazną narrację. Ta książka ma swój smak – ba, mieści w sobie nawet pewien ważny przepis na poprawiające humor ciasto. Jest apetyczna i mocno idealistyczna, nadaje się świetnie dla tych, którzy w powieściach obyczajowych szukają ucieczki od codziennego zabiegania. „Na domiar złego” świetnie relaksuje – i może też budzić ciekawość. Trudno się od tej publikacji oderwać.

sobota, 17 lipca 2010

Charlie i Lola. Uwielbiam tańczyć! Moja książka z naklejkami

Media Rodzina, Poznań 2010.

Wielu rodziców, zainteresowanych kształtowaniem gustu literackiego swoich pociech od najmłodszych lat, narzeka na marnej jakości książkowe adaptacje przypadkowych telewizyjnych kreskówek. Nastawienie na fabułę oddala z reguły troskę o literacką jakość tekstu i przekreśla szansę na dostarczanie dziecku wrażeń estetycznych czy rozwijanie wrażliwości na słowo. Ale publikowane przez wydawnictwo Media Rodzina przygody Charlie i Loli, mimo że są nierozbudowaną tekstowo adaptacją telewizyjnej bajki, wolne będą od zarzutów. Przede wszystkim ze względu na fakt, że postacie stworzone przez Lauren Child pełne są humoru w dobrym gatunku – i rozbawią nie tylko pociechy, ale i ich rodziców. Nastawienie na żart łączy się tu z dbałością o wysoki standard rozrywki – tą serią książeczek naprawdę można się zachwycić.

„Uwielbiam tańczyć!” to kolejna historia, której rytm nadaje wyobraźnia i kreatywność małej Loli. Dziewczynka deklaruje ochotę do tańca, ale kiedy – za radą kolejnych koleżanek – próbuje swoich sił w balecie, kozaczku czy tańcach hinduskich – dowiaduje się, że poruszanie się w rytm muzyki to nie wszystko. Na szczęście Lola odkryje najlepszy dla siebie rodzaj tańca i będzie mogła się nim cieszyć, zbierając zasłużone owacje i pochwały. Bo najważniejsze, by móc robić w życiu to, co się naprawdę lubi.

W najnowszym zeszycie przygód Charliego i Loli fabuła podporządkowana została wyliczance, nie ma tu zatem takich fajerwerków żartów jak w większości poprzednich części – tu bowiem liczy się inny rodzaj zabawy. „Uwielbiam tańczyć!” jest książeczką uzupełnianką. 102 naklejki – od malutkich po ogromne – we wkładce są potrzebne, by ulepszyć ilustracje (na przykład dodać potrzebny bohaterce element stroju), lecz również do zabawy. Naklejek jest więcej niż poleceń do ich użycia – część z nich ma służyć małym odbiorcom według ich zachcianek. W ten sposób wydawnictwo sprawia maluchom dodatkową uciechę. W publikacji nie ma konkretnych, wyznaczonych odgórnie miejsc na uzupełnienie rysunku – naklejki można umieszczać w dowolnych punktach strony, zatem dziecko samo będzie mogło decydować o ostatecznym wyglądzie kartek i poczuje się współtwórcą historyjki.

Tekst w tomiku przygód Charliego i Loli jest, jak zwykle, bardzo emocjonalny. Natężenia uczuciowe i emfazy podkreśla się przez rozwiązania graficzne, rozrzucanie przestrzenne wersów, pogrubianie, powiększanie lub zmienianie czcionki. Owo nietradycyjne rozplanowanie kwestii bohaterów sprawia, że odbiorcy nie mają problemów z prawidłowym odczytaniem emocji postaci. To ważne, bo narracja została tu zredukowana prawie do minimum i przy zwykłym zapisie trudniej byłoby odszyfrować myśli bohaterów. Te graficzne zabawy z tekstem chronią także przed nudą, stanowią namiastkę filmowego przekazu.

Ilustracje w tej opowieści zbudowane zostały na zasadzie kolażu. Do narysowanych prostą kreską bohaterów dopasowane są kostiumy wycięte z kolorowych tkanin, same postacie przenosi się na tło z tekstur imitujących prawdziwe materiały – zamiast narysowanego trawnika pojawia się wycięty ze zdjęcia pasek trawy, mur to pomniejszony prawdziwy mur z cegieł. Dzięki tym prostym przecież a urzekającym rozwiązaniom „Uwielbiam tańczyć!” to publikacja, która oferuje znacznie więcej niż tylko tradycyjną lekturę – to książeczka-zabawka, pozycja, od której trudno się oderwać nawet po zakończeniu czytania i oglądania obrazków. Bez wątpienia ta propozycja dla maluchów stymuluje wyobraźnię, pomysłowość i kreatywność.


piątek, 16 lipca 2010

Dan Poblocki: Klucz do zaświatów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Horror literacki

Sporo jest już horrorów dla najmłodszych. Dzieci lubią się bać, więc naprzeciw ich oczekiwaniom wychodzą autorzy, proponując kolejne straszne opowieści. „Klucz do zaświatów”, debiut Dana Poblockiego, w masie historii mrocznych zginąć nie powinien, z kilku przynajmniej powodów.

To nie kolejna wyprodukowana na potrzeby rynku publikacja, a naprawdę ładna pod względem literackim i fabularnym relacja. Poblocki zdecydował się połączyć konwencję horroru i powieści przygodowej dla młodych ludzi. Z tej pierwszej wziął – między innymi – umiejętnie budowaną grozę, atmosferę, wywołującą gęsią skórkę u czytelników. Z tej drugiej – motyw tworzenia się przyjaźni między głównym bohaterem a jednym z mieszkańców tajemniczego miasteczka. Jakość książki zyskuje, gdy Dan Poblocki postanawia wprowadzić kompozycję szkatułkową i pisać równolegle dwie opowieści. Jedna to relacja z tu i teraz, doznania Eddiego, który przeprowadził się z rodzicami do miasteczka Gatesweed. Druga – to świat z powieści Nathaniela Olmsteada, pisarza i autora znakomitych horrorów, zaginionego w tajemniczych okolicznościach. Te dwa sposoby prowadzenia narracji przenikają się, chłopiec ze zdumieniem odkrywa, że opisywane przez Olmsteada miejsca istnieją naprawdę. Gorzej, że prawa bytu roszczą sobie także zrodzone w wyobraźni twórcy potwory, które spotkać można w Gatesweed dość często – pod warunkiem, że zna się odpowiednie książki. Na szczęście Eddie powieści Olmsteada czytał po kilka razy i zdaje sobie sprawę, jak zapobiec katastrofie. Nie wszystko jest takie proste: będzie w „Kluczu do zaświatów” sporo niebezpieczeństw, tajnych wypraw do zakazanych miejsc, niewytłumaczalnych zjawisk, które każą wyobraźni snuć najbardziej przerażające scenariusze. Będzie trochę szyfrów i tajemnic, zagadek i pracy iście detektywistycznej, będą magiczne przedmioty, otwierające bramę między światami. Dan Poblocki czerpie z bogatej tradycji gatunku, ale jest to czerpanie twórcze a nie odtwórcze.

Rzadko zdarza się, by historia tak mocno ukierunkowana na dostarczenie dzieciom czystej rozrywki była jednocześnie tak dopracowana pod względem literackim. Dan Poblocki nie skupia się tylko na kreowaniu atrakcyjnej dla młodych odbiorców treści: on także prezentuje akcję w bardzo plastyczny, ładny sposób. W efekcie otrzymujemy książkę napisaną starannie i ze smakiem, tłumaczka, Maciejka Mazan, przekłada tekst lekko i z pomysłem. Równy rytm tej opowieści być może nie zostanie dostrzeżony przez odbiorców – lecz w „Kluczu do zaświatów” ma niebagatelne znaczenie. Także przez sposób opisywania niezwykłych historii Dan Poblocki sugeruje związek swojej książki z klasycznymi powieściami przygodowymi. „Klucz do zaświatów” nie jest stworzoną na szybko historyjką, obliczoną wyłącznie na zysk.

Co w tej publikacji młodym czytelnikom się spodoba? Przypuszczam, że przede wszystkim tempo akcji, obfitującej w niesamowite zjawiska – i udane połączenie świata realnego oraz istot fantastycznych. Przenikanie się tych wątków jest dobrze uzasadnione, autor, dzięki odwołaniom do książkowego bohatera-pisarza, powołuje do życia stwory, które w każdym innym kontekście wypadałyby raczej groteskowo. Owszem, czasem pozostawia motywy bez rozwiązania, wprowadzane tylko po to, by podsycić atmosferę tajemnicy czy strachu – to jednak można mu bez trudu wybaczyć, dzięki efektom, jakie w ten sposób uzyskuje. Rzecz jasna to pozycja dla czytelników, którzy lubią przerażające historie o przybyszach z zaświatów, a nie chcą zagłębiać się od razu w mocno rozbudowane opowieści, w których trzeba przyjąć zasady i reguły narzucane przez pisarza.

Dan Poblocki przekonująco kreuje fikcję, sam dobrze bawi się, wprowadzając czytelników do wymyślonego przez siebie miejsca, to potem przekłada się na wrażenia lekturowe. Pokazuje możliwości tkwiące w wyobraźni, odkrywa stereotypowe źródła niepokoju i oryginalne pomysły na rozwijanie niestandardowej akcji. Unika nudy – a to w powieściach tego gatunku istotne.


czwartek, 15 lipca 2010

Łukasz Libiszewski: Grunwald 1410

Bitwa pod Grunwaldem to jedno z wydarzeń silnie zakorzenionych w świadomości Polaków, to moment historyczny, kształtujący tożsamość narodową i skostniały w kilku zaledwie symbolicznych scenach. Dzięki powtarzanym wciąż przekazom, oryginalnym gestom, które pobudzają wyobraźnię i do dziś inspirują artystów, stała się czymś więcej niż tylko zwykłą datą, nudną kartą podręcznika do historii. Sześćsetlecie bitwy pod Grunwaldem to dobra okazja, by po raz kolejny wspomnieć o jednym z największych starć zbrojnych średniowiecznej Europy. Wydawnictwo Skrzat wypuszcza na rynek kolejną prostą historyjkę dla maluchów, łącząc w jednej publikacji walory edukacyjne, źródło rozrywki i zabawy oraz znakomite ilustracje Kazimierza Wasilewskiego.

Łukasz Libiszewski, autor tego opracowania, skupia się wyłącznie na podręcznikowych wiadomościach, choć wzbogaca obiegową wiedzę o kilka interesujących szczegółów. Stawia na informacje, proste i konkretne, nie próbuje na przykład – choć pewnie mógłby – fabularyzować historii. Przez takie podejście pozycja Skrzata przypomina nieco kioskowe wydawnictwa edukacyjne, jakich sporo ukazywało się w ostatnich latach XX wieku. Mnóstwo danych, podzielonych na malutkie bloki, by łatwiej było przyswajać sobie treści, mnóstwo motywów graficznych, stymulujących wyobraźnię i także wpływających na poprawę jakości zapamiętywania – to wszystko ma sprawić, by wiedza o bitwie pod Grunwaldem na dobre zapadła w pamięć małym odbiorcom.

Sama bitwa została jednak sprowadzona do kilku opisowych zdań, a uwagę od niej odciągają zjawiska „towarzyszące” – dialog związany z przekazaniem królowi Polski dwóch nagich mieczy, upadek chorągwi czy znaki na płaszczach przedstawicieli zakonu krzyżackiego. Czasem ma się wrażenie, że książeczce zabrakło osi spajającej całość – ale to tylko złudzenie, bo przecież Łukasz Libiszewski doskonale zdaje sobie sprawę z wieku czytelników i z faktu, że musi tłumaczyć każdy drobiazg, by informacje o bitwie stały się przejrzyste i łatwe do wchłonięcia przez dzieci. Jednocześnie stawia przez cały czas na atrakcyjne dla maluchów sceny, nie chce zanudzić ich faktografią bez podbudowy sensacyjności czy niezwykłości.

Świadomość wieku odbiorców przejawia się oczywiście w sposobie przedstawiania bitwy pod Grunwaldem. Libiszewski nie sili się na literackość stylu, skoro nie ma zamiaru budować rytmicznej i fabularnej opowieści, a jedynie przekazywać wiadomości w intrygującej oprawie. Nie popełnia za to żadnych błędów stylistycznych, pisze językiem pozbawionym ozdobników, zrozumiałym i neutralnym, a przy tym dostosowanym do targetu. Taki właśnie opis najbardziej pasuje do konwencji, na jaką zdecydował się autor.

Kazimierz Wasilewski – to już nazwisko, które gwarantuje olśniewającą szatę graficzną książek dla maluchów, oczywiście pod warunkiem gustowania w słodkich i starannych baśniowych obrazkach – sprawdził się i tutaj, przy odwzorowywaniu scen batalistycznych czy szczegółów wyposażenia żołnierzy. Jego rysunki na pewno pomogą maluchom w przyswajaniu informacji o wydarzeniach z 1410 roku - zwłaszcza że wydawnictwo przygotowało dla dzieci jeszcze jedną atrakcję: naklejkową uzupełniankę przedstawianych historii.

W skrótowych historyjkach objaśniających świat kilkulatkom Skrzat osiągnął już naprawdę wiele – umiejętność dostosowania tego pomysłu do kolejnych rocznic czy dat jest nie tylko zabiegiem marketingowym, ale i dostrzeżeniem luki na rynku wydawniczym. Jak na razie idea kształcenia przez zabawę w niewielkich książeczkach sprawdza się bez zarzutu.


środa, 14 lipca 2010

Antoni Kroh: Starorzecza

Iskry, Warszawa 2010.

Stare rzeczy

Są rody, które dbają o zachowanie pamięci o przeszłości, są jednostki, które pasjonuje najbliższa historia. Antoni Kroh uwielbiał wysłuchiwać opowieści bliskich, gromadził anegdoty i starał się utrwalić doświadczenia swoje i swojej rodziny w dużej, lecz mimo to spójnej, gawędzie. „Starorzecza” to zestaw prywatnych wynurzeń, opatrzony rzeczowym i sensownym komentarzem, subiektywny przewodnik po tym, co autorowi udało się ocalić dla pamięci potomnych. Czytelnikom, którzy lubują się we wspomnieniach, monumentalna publikacja Iskier musi przypaść do gustu.

Zaczyna Antoni Kroh chronologicznie, od czasów swojego dzieciństwa, przypadającego na koniec drugiej wojny światowej i lata tużpowojenne, ale stroni od typowych pułapek autobiograficznych pozycji, zamiast standardowego przytaczania faktów woli skupiać się na doznaniach, migawkach i… regułach organizujących zabawy maluchów. W większości poważnych memuarów podwórkowy kodeks honorowy schodzi na dalszy plan. W „Starorzeczach” jednak to liczy się znacznie bardziej niż rejestrowane w życiorysach suche informacje. Antoni Kroh wprowadza odbiorców w opowieść barwną i bogatą, od początku kusi i zachęca do śledzenia losów prezentowanych postaci, a przy tym próbuje się przedstawić jako kronikarz – świadczą o tym, przynajmniej na otwarciu książki, liczne nagromadzenia przytaczanych przykładów. Wtrąca tu Kroh – zapewne nieświadomie – poetykę plotki, opowiada na zasadzie „pewna pani… jeden pan” – co, jak łatwo się domyślić, sprawia, że książkę czyta się jeszcze lepiej, chociaż wielbiciele dokumentów będą zapewne zgrzytać zębami.

Kroh dobrze wie, jak przyciągnąć do lektury czytelników. Nie nudzi i nie komentuje spraw drażliwych, za to wrzuca do opowieści mnóstwo zabawnych anegdot. Humorystyczne scenki stanowią prawdziwą siłę „Starorzeczy” – niemal na każdej stronie znajdzie się coś do śmiechu, a cały tom nabiera dzięki temu lekkości. Na szczęście, bo Antoni Kroh ma skłonność do wpadania w tony sentymentalne czy patetyczne, widać to w ograniczanych do minimum, ale i tak niczym refren powracających, drobnych podsumowaniach opisywanych sytuacji. Dystans, jaki zapewniają żarciki i anegdoty, chroni przed patosem i nieznośną stanowczością doświadczonego człowieka.

Owszem, są i tu sprawy, które jednych odbiorców uwiodą, innym nakażą przerzucać po kilka stron – do znalezienia ciekawszego tematu – to przede wszystkim wątki polityczne. Wiele razy Kroh w „Starorzeczach” sięga do rodzinnego archiwum, namawia krewnych do spisywania wspomnień i wprowadza do swojej książki obszerne cytaty – w ten sposób nadaje historii jeszcze posmaku polifoniczności. Przy okazji można się przekonać o lekkości pióra autora.

Kroh dzieli opowieść na tematyczne rozdziały, w podtytułach umieszczane są hasła-zagadki, zachęcające do czytania, ciekawe i dowcipne. Ale cała historia spisana została atrakcyjnym dla odbiorców językiem, pięknym i barwnym, staranna polszczyzna łączy się tu z językiem potocznym, potoczysta mowa – ze stylem literackim. Patronuje tej historii Henryk Rzewuski, ale wpisuje się Antoni Kroh w cały cykl pamiętników, zapoczątkowany przez Jana Chryzostoma Paska. Chociaż autor przedstawia czasy po II wojnie światowej, opowiada o nich z iście przedwojenną galanterią – i z serdecznością, której w wielu tomach dziś publikowanych próżno by szukać.

Bliscy autora bardzo szybko zdobędą sympatię i uznanie czytających – Antoni Kroh unieśmiertelnił swoją rodzinę na kartach książki, która szybko zjedna sobie szerokie rzesze fanów – chociaż to akurat określenie do amatorów „Starorzeczy” niekoniecznie pasuje. W sporej ilości pamiętników nastawienie na osobiste doświadczenia przesłania radość odbioru. Kroh nigdy nie traci z oczu czytelników, pisze tak, by jak najwięcej osób mogło odczuwać przyjemność płynącą z lektury.


wtorek, 13 lipca 2010

Tanya Valko: Arabska żona

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Małżeństwo z nierozsądku

To nie jest scenariusz, który mógłby zaskoczyć – raczej wielokrotnie powtarzany, powielany w kolorowych czasopismach schemat – i Tanya Valko wcale nie udaje, że ma do powiedzenia coś oryginalnego i nowego. „Arabska żona” jeden finał ma prosty do przewidzenia, być może dlatego ów finał trafia do prologu. Drugi finał i epilog stanowią ukłon w stronę innej konwencji – i mogą wywołać największy sprzeciw co bardziej wymagających odbiorczyń. Reszta przebiega raczej zgodnie z przypuszczeniami.

Osiemnastoletnia Dorota, szara mysz z niewielkiej mieściny, podczas imprezy urodzinowej poznaje przystojnego Araba. Zakochuje się w nim, zachodzi w ciążę i wychodzi za mąż, walcząc z uprzedzeniami otoczenia i ciągłymi złośliwościami ze strony matki. Przy Ahmedzie czuje się szczęśliwa i rozpieszczana, nawet niepokojące zachowania świeżo upieczonego małżonka nie budzą jej czujności. Zresztą Dorota niespecjalnie zdaje sobie sprawę z istnienia różnic kulturowych, nie wie absolutnie nic o zwyczajach muzułmańskich – naiwnie wierzy, że wielka miłość wszystko wynagrodzi. Bohaterka wyjeżdża z mężem do Libii i tam przekonuje się, jak ciężko dostosować się do miejscowych wizji wzorowego związku, zwłaszcza gdy chorobliwie zazdrosny mężczyzna nie zawaha się przed niczym. Autorce w kreowaniu fabuły pomaga tragedia z 11 września – od tej daty zaczyna się dynamiczna i mniej przewidywalna, pełna dramatów akcja.

Powieść zbudowana jest z autentycznych wydarzeń i doświadczeń różnych kobiet, nie sposób odmówić jej autentyzmu czy siły. Widać tu także kilka słabych punktów – należą do nich zbyt mocno kreślone sylwetki Doroty i jej matki: ta pierwsza wydaje się być niezbyt wiarygodnie przedstawiona, trudno przypuszczać, by dziewczyna z początków XXI wieku nie miała pojęcia o zagrożeniach, jakie niesie związanie się z cudzoziemcem. Ta druga przedstawiona została jako zrzędliwa stara baba, która za nic ma dobro córki. Czasami widać momenty klejenia, próby dopasowania wydarzeń do głównej osi historii. I jeszcze coś, już dla bardziej uważnych czytelniczek: wprowadzanie języka literackiego do dialogów. Ten zabieg (a raczej to niedociągnięcie warsztatowe, bo nie sądzę, by było to celowe działanie) sprawia, że wypowiedzi bohaterów brzmią momentami bardzo nienaturalnie. To wszystko da się wyeliminować, w końcu „Arabska żona” to debiut powieściowy, a czyta się tę książkę naprawdę dobrze.

Tanya Valko stara się uzyskać wrażenie naturalności, chwilami nawet imitacji dokumentu. Chce zbudować opowieść na wiarygodnej postaci, wtrąconej w otoczenie, które usprawiedliwi każde zachowanie. „Arabska żona” pełnymi garściami czerpie ze stereotypów i uprzedzeń, tutaj mniej uwagi poświęca się komentowaniu pełnych nienawiści postaw, więcej – ich szkicowaniu: do wyobraźni czytelników apelować mają obrazy prawdziwej i pięknej miłości, której na przeszkodzie stają zawistni i głupi ludzie. Ma to pewien moralizatorski posmaczek, ale przecież Tanya Valko nic nowego tu nie odkrywa.

Uleganie schematom nie przenosi się na ocenę przedstawicieli innych nacji. O ile w planie ogólnym autorka podpiera się bez przerwy gotowymi wzorcami, o tyle przy prezentowaniu członków rodziny Ahmeda i panujących wśród nich zwyczajów zaskakuje wręcz odkrywczością. To postacie z krwi i kości, interesujące i nieprzewidywalne, pełne sprzeczności i nadające barw historii: autorka pozwala sobie na eksperymentowanie z charakterami, co bez wątpienia wychodzi książce na dobre – dalszoplanowe bohaterki przykuwają uwagę. Wbrew początkowym wrażeniom, wiele jest w „Arabskiej żonie” splatających się wątków, wiele motywów, które warto prześledzić, ale też i wiele elementów wprowadzonych nie ze względu na jakość opowieści, a dla czytelniczek. „Arabska żona” to nie książka edukacyjna czy dokumentalna, to powieść rozrywkowa dla odbiorczyń spragnionych egzotyki i silnych wzruszeń. Tanya Valko nieraz wyciśnie łzy z oczu śledzących losy Doroty pań, wyzwoli rozmaite, czasem sprzeczne, uczucia i dostarczy im stosunkowo lekką lekturę.

Nie zawsze motywacje i wybory głównej bohaterki będą dla czytelniczek łatwe do zaakceptowania, nie zawsze Tanya Valko dobrze argumentuje rozwój akcji – ale przecież tego typu opowieści ocenia się także pod kątem rozrywki, jakiej dostarczają. A tutaj wrażeń nie zabraknie.