* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powergraph. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powergraph. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz Zero Szans

Powergraph, Warszawa 2022.

Poszukiwania

Długo trzeba było czekać na kolejny tom przygód Felixa, Neta i Niki, ale fani tego cyklu tworzonego przez Rafała Kosika wiedzą, że nie ma ograniczeń wiekowych dla odbiorców: kto pokochał superpaczkę, ten pozostanie z nią nawet wtedy, gdy bohaterowie przestaną być jego rówieśnikami. Z tą świadomością Rafał Kosik mógł spokojnie podróżować po Azji i zbierać materiały do książki - którą trzeba było podzielić na dwie części. "Felix, Net i Nika oraz Zero Szans" to powieść nietypowa w porównaniu z poprzednimi częściami cyklu. Narracja toczy się tu dwutorowo: jedna opowieść dotyczy burzliwych i sensacyjnych przeżyć superpaczki w Bangkoku (i nie tylko). Nastolatki trafiają do Azji, przeżywają katastrofę lotniczą, atak małp w dżungli i cały szereg zagrożeń różnego rodzaju. W drugiej relacji Felix, Net i Nika działają już prawie osobno. Superpaczka niemal się rozpada, brakuje chęci wspólnego działania, zwłaszcza że nikt nie wie, jak pocieszać Felixa. Samolot, którym leciała Laura, zaginął. Szukają go od tygodni służby specjalne i nikt nie jest w stanie wskazać miejsca jego pobytu ani losów załogi czy pasażerów. Felix nie może tego zostawić: zbiera informacje, śledzi doniesienia prasowe, ale próbuje też działać na własną rękę, wypytując nauczycieli, co robić, żeby nie popełniać prostych błędów (co ważne: potrzebne wyjaśnienia uzyskuje, bo nie zwraca się do nauczycieli z przypadku, a do zafascynowanych wykładanymi przedmiotami). Felix staje się zaślepiony na głos rozsądku: można mu powtarzać, że misja jest straceńcza i nie ma szans na powodzenie - wie swoje i postanawia, że nie spocznie, dopóki nie odnajdzie Laury. Ma w tym nieoczekiwanego sojusznika. Net wolałby siedzieć w domu i walczyć z wyrzutami sumienia, że znowu stchórzył. Wygląda na to, że ma dość przygód i nie chce już adrenaliny. Powinien opiekować się bratosiostrą, albo zadbać o swój związek, bo Nika już nie czuje się zbyt doceniana i kochana. Sama Nika z dystansu obserwuje rozkład superpaczki i nie ma pojęcia, co zrobić, żeby na nowo zjednoczyć przyjaciół, do których nic nie dociera. Może znowu stać się bardzo samotna, ale nie jest w stanie wymyślić skomplikowanego planu działania.

Retrospekcje pokazują zatem, jak bardzo źle było w superpaczce (co odrobinę tłumaczy długi czas oczekiwania na nowy tom w serii), za to sceny z Azji w części przypominają stare "Felixy". W części, bo tym razem Rafał Kosik skupia się bardziej na przybliżaniu specyfiki klimatu uliczek Bangkoku. Opisuje to, co zaobserwował, często zamienia się wręcz w przewodnika oprowadzającego chętnych po egzotycznych miejscach, ale czasem je ubarwia (dlatego między innymi potrzebne jest posłowie, żeby nikomu nie przyszło do głowy sprawdzanie tras autora). Wprowadza sporo ciekawostek naukowych i wyjaśnień, które być może nie byłyby odbiorcom potrzebne do szczęścia, ale mogą zaintrygować i zachęcić do zdobywania wiedzy. Mniej tu akcji, ale ta, która się pojawia, ma posmak prawdziwej sensacji. Znowu jest dynamicznie i zabawnie (zwłaszcza kiedy autor się rozkręci i przypomni sobie o charakterze Neta), fantastyka wkracza tu w wymiar duchowy - pojawiają się trudne do wyjaśnienia na drodze rozumowej zjawiska i sceny odważne, chociaż urągające logice. Dzięki temu Rafał Kosik znowu przyciągnie czytelników i pokaże im, że superpaczka jeszcze się trzyma.

niedziela, 19 grudnia 2021

Radek Rak: Baśń o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli

Powergraph, Warszawa 2019.

Melodia

Namieszał Radek Rak swoją „Baśnią o wężowym sercu” na rynku literackim, bo nagle okazało się, że można odejść od schematów aktualnie do znudzenia powielanych w kolejnych publikacjach, za to połączyć pastisz i ironię w opowieści onirycznej i przekonującej jednocześnie. Chociaż o realizmie mowy tu być nie może, a przybysze z zaświatów co i rusz spotykają się z przedstawicielami chłopstwa (panowie zajęci są obżeraniem się i leżeniem), ta opowieść wciąga i kusi – zwłaszcza za sprawą celnych spostrzeżeń Radka Raka, zamieszczanych w pozornie baśniowych frazach. Jakób Szela na początku daje się uwieść pięknej Malwie, oddaje jej swoje serce (czym doprowadza do śmierci zakochaną w nim młodą Chaję). Jednak później staje się jasne, że powinien tak ważny organ zachować dla siebie. Ratunkiem może być serce Króla Węży, ale żeby je zdobyć, Kóba będzie musiał sporo się natrudzić. Wyrusza zatem na wyprawę, która zawiedzie go do siedliska węży... i nie tylko. Trochę jest „Baśń o wężowym sercu” połączeniem tradycji literackich – pobrzmiewają tu z jednej strony echa „Chłopów” (nie mogło być inaczej), z drugiej – ślady awantur z „Potopu”. Klasyka zamienia się w popis wyobraźni, bo bohaterowie u Raka dowolnie przekraczają granice realizmu – i nikt, łącznie z czytelnikami, się temu nie dziwi. Za każdym razem zresztą owo przejście na drugą stronę powiązane jest z cennym odkryciem natury ogólnoludzkiej, bo Radek Rak ma jeszcze talent do tworzenia aforystycznych podsumowań. Jeśli zatem zapędza postać do krainy fantazji (chociaż w warstwie powieściowej to wciąż rzeczywistość, i to przekonująca) – to po to, żeby móc odsłonić kolejną ważną prawdę o życiu i ludziach. Bez wzniosłości, czasami trywialnie – ale zawsze trafnie. Tu nikogo nie zdziwi ani nie odrzuci motyw nocowania w zwierzęciu albo rozpłatania ciała i podjęcia dialogu ze sfrustrowaną tym czynem głową – wydarzyć się może absolutnie wszystko i dlatego autor tak do siebie przekonuje.

Ogromną siłą „Baśni o wężowym sercu” jest rytm i melodia narracji. Nie ma tu fałszywych tonów, Radek Rak pisze w sposób daleki od transparentności, stosuje stylizacje, ale dobrze się w nich czuje – kiedy komentuje świat przedstawiany, sięga po język dobrze pasujący do niego, tak samo śpiewny i baśniowy. W takim ujęciu może opowiedzieć wszystko i nie tracić na wiarygodności. Inspiruje się dawnymi podaniami i wierzeniami, bajaniami ludowymi, ale język wzbogaca też o dzisiejsze kolokwializmy i w efekcie otrzymuje mieszankę piorunującą, taką, w której treść zaczyna mocno konkurować z formą. Często pojawiają się tu akapity podtrzymujące absurd sytuacji, a jednocześnie stanowiące celną ocenę rzeczywistości pozaliterackiej – takich zabaw jest w powieści mnóstwo, a ponieważ Radek Rak z upodobaniem stosuje ironię, można tylko gratulować mu inteligentnych rozwiązań tekstowych. „Baśń o wężowym sercu” to książka, w którą się wpada – pochłania się tę opowieść bez zastrzeżeń, za to z podziwem dla precyzji myślowej i dla samej wyobraźni autora. Mnóstwo tu niespodzianek zwłaszcza dla racjonalnie myślących odbiorców – wiele wyjść poza schematy i poza oczekiwania. „Baśń o wężowym sercu” to literacka nagroda dla tych wszystkich, którzy cenią sobie nonsens i żelazną logikę w absurdalnych komentarzach.

piątek, 1 maja 2020

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Złota karta

Powergraph, Warszawa 2020.

Wydatki i długi

Błyskawiczna wariacja na temat legendy o Złotej Kaczce wzbogacona elementami bardzo aktualnymi, dotyczącymi pandemii koronawirusa – to „Złota karta”, kolejna powieść w cyklu Amelia i Kuba. Doskonale znani dzieciom bohaterowie wybierają się na koncert-niespodziankę. W pewnym momencie spotykają wredną i palącą cygara kaczkę, która oferuje im bogactwo – na takiej samej zasadzie jak Złota Kaczka z legendy. Kuba, Amelia, Mi i Albert nie mogą kupować nic innym, muszą wydać ogromną sumę na siebie i jeszcze nacieszyć się zgromadzonymi przedmiotami. I nawet jeśli w erze konsumpcjonizmu to zadanie wydaje się banalne, bohaterowie muszą przekonać się na własnej skórze, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

W zasadzie lepiej, gdy Rafał Kosik wymyśla własne fabuły, jest w tym przecież mistrzem – i w cyklu o Amelii i Kubie, i w FNiN, i w powieściach dla dorosłych niejeden raz popisywał się wyobraźnią. Tutaj wspiera się na historii mocno osadzonej w świadomości odbiorców, wyklucza zatem element zaskoczenia. Obroni się jednak potrzebą wyjaśnienia młodemu pokoleniu wartości pieniądza: dzieci dowiadują się, na czym polega reklama, a także – co winduje ceny. Kiedy przyjdzie do zwracania wielkiego długu (który z każdym dniem się podwaja) – przekonają się również, jak trudno zarobić potrzebną kwotę. Taka lekcja bardzo się przydaje – być może młodzi czytelnicy przemyślą swoje potrzeby albo zastanowią się nad znaczeniem pracy i wyborem konkretnego zawodu.

Złota Kaczka w opowieści Kosika jest karykaturą nieuczciwego biznesmena i kwintesencją czarnego charakteru. Jej towarzysze również są przerysowani, żeby zapewnić odpowiednie środowisko dla licznych pokus. Dzieci spotykają się tu i z nachalnymi sprzedawcami, i z nieuczciwymi praktykami marketingowymi. „Złota karta” to przedstawianie czytelnikom zasad dorosłego świata. Bohaterowie nie mają tym razem czasu dla siebie – wtrąceni w sferę handlu i rzekomego spełniania marzeń polegającym na ciągłym kupowaniu przez cały czas zastanawiają się, na co jeszcze wydać pieniądze. Dodatkowo Rafał Kosik przypomina, dlaczego trudno jest zachować potencjalny skarb dla siebie: bazuje na empatii postaci, wrzucając do powieści kilka wątków, które po prostu wymagają reakcji. Miło wiedzieć, że w tym cyklu nie ma miejsca na znieczulicę.

Jeśli dzieci będą czytać „Złotą kartę” teraz, podczas kwarantanny narodowej i zdalnego nauczania, będą bardzo wyczulone na sygnały dnia przemycane przez autora: na kaszlącego na koncercie tatę wszyscy patrzą podejrzliwie, na koncercie nosi się maseczki, fabryka maseczek to źródło zysków. W pewien sposób tłumaczy to wybór zapożyczonej fabuły: nie tylko Rafał Kosik przekona do poznawania legend, ale też dostarczy dzieciom rozrywki w czasie, w którym tego potrzebują. Oczywiście w powieści nie brakuje też humoru, między innymi wprowadzanego przez imię misia Mi. Dowcipów Rafał Kosik trochę w tę historię wplata, i to w różnych odsłonach. U kaczki to ostra satyra, jednak nie zabraknie nawiązań intertekstualnych i kulturowych, dowcipów w dialogach i w charakterach. Poza początkiem odsuwa autor z fabuły rodziców – bez ich wsparcia problem z rosnącym długiem będzie bardziej poważny. Jest „Złota karta” książką, która przypomina o jednym: do dzieci nie wolno mówić infantylnie. Rafał Kosik traktuje małych odbiorców poważnie, a to zaprocentuje zespołem fanów. Autor rozbawia, może też czegoś ważnego nauczyć. Umiejętnie łączy realizm przekazu i fantastykę – to zwraca uwagę w serii. „Złota karta” zainteresuje samą realizacją znanego motywu.

sobota, 19 stycznia 2019

Wit Szostak: Dumanowski

Powergraph, Warszawa 2018.

Bohater

Jest Józafat Dumanowski ikoną Krakowa, bohaterem narodowym i synonimem polskości, jest obiektem kultu, chociaż w jego życiorysie niewiele da się znaleźć faktycznych punktów chwały. Jednak naród potrzebuje bohaterów, a jeśli potrzebuje – to sobie ich stworzy bez większego trudu. Józafat Dumanowski świetnie się do tego nadaje, jako człowiek w istocie bezbarwny, za to znający kogo trzeba. Józafat Dumanowski na szacunek zasługuje już choćby z racji wieku, bo skoro żył przez sto dwadzieścia trzy lata, stał się świadkiem ważnych historycznych wydarzeń, teraz zresztą jego odejściu towarzyszą niewytłumaczalne zjawiska. Na początku powieścią „Dumanowski” tytułowy bohater rozstaje się ze światem, czym wywołuje żałobę narodową zakrawającą nawet na histerię. Kult człowieka przenosi się na poszukiwania świadectw jego egzystencji, a że owych świadectw nikt nie weryfikuje (bliscy Dumanowskiego odeszli długo przed nim, a sekretarz wielu rzeczy po prostu z racji wieku znać nie może), biografia obrasta w kolejne legendy i apokryfy. Prawda nikogo nie interesuje, wystarczy, że Dumanowski był – że dało się go spotkać w Krakowie i to często u boku znanych. Dumanowski mógł stać się przywódcą – pamięta o nim Józef Piłsudski, zresztą bohater stał na czele narodu przez długi czas. Mógł stać się wieszczem, który nie uprawia poezji – lepszym niż Mickiewicz i Słowacki razem wzięci (zresztą ten pierwszy wybrał drogę duchownego i został biskupem krakowskim, a ten drugi skutecznie zarządzał finansami, wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że to kandydaci na wieszczów i gdyby tylko zaczęli pisać, to…). Sam Dumanowski zapisał się i w pamięci kochanek (czasami reprezentantek kolejnych pokoleń), bo uciech cielesnych sobie nie odmawiał, a idealizowany miał być dopiero u kresu życia. I tak toczyła się jego egzystencja, wcale nie taka wyjątkowa, za to idealnie dopasowana do narodu, który bohaterów rozpaczliwie potrzebuje i jeśli nie będzie miał – to sobie ich bez wahania stworzy.

A Dumanowski do stwarzania nadaje się jak mało kto. Sam w sobie przezroczysty, bez cech szczególnych, które utrudniały kształtowanie życiorysu według dowolnych kryteriów. W zależności od tego, kto patrzy i opowiada, Dumanowski zmienia się, przechodzi szereg metamorfoz i nikt nie dojdzie do tego, jaki wizerunek jest prawdziwy – nie ma zresztą takiej potrzeby, skoro i historia, i literatura karmią się mitami. Po „Chochołach” w krótkim i fragmentarycznym „Dumanowskim” Wit Szostak przygląda się narodowym przywarom i obśmiewa je. Tworzy tym razem zestaw strzępków, pojedynczych numerowanych fragmentów, z których każdy odnosi się do jakiegoś aspektu życia (lub nieżycia) Dumanowskiego i jego kompanów – i każdy jest równoprawny, nikt nie będzie ich weryfikował. Z owych strzępków wyłania się satyryczny obraz historii alternatywnej – ale z niezmienioną mentalnością ludzi. I tak „Dumanowski” z quasi-biografii przekształca się w satyrę całkiem poważną. Wit Szostak obnaża tu mechanizmy, które mogą być traktowane jako wyznacznik narodu, ale i jego przekleństwo. Akcentuje i ośmiesza wszystko to, co w historii niechlubne, co wpływa na postrzeganie kraju, a co należałoby zmienić. A ponieważ nie uprawia publicystyki, daje tylko upust wyobraźni literackiej i powołuje do istnienia postać pomnikową – kompletnie bez próby naprawiania rzeczywistości.

niedziela, 13 stycznia 2019

Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata, Jaki Znamy

Powergraph, Warszawa 2018.

Dramat życiowy

Powracają Felix, Net i Nika, jakich młodsi – i starsi – odbiorcy pokochali, tom „Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata, Jaki Znamy” to jedna z lepszych części rozrastającego się regularnie cyklu. Rafał Kosik zmusza tym razem zaradną superpaczkę do uratowania świata przed katastrofą energetyczno-technologiczną i proponuje kolejne starcie z Mortenem, złym programem sztucznej inteligenci. Bohaterowie, na skutek likwidacji gimnazjów, trafiają do pierwszej klasy liceum i właściwie wszystko może się zacząć od nowa. Problemy z nauczycielami oraz starszymi „kolegami” to jednak pestka w obliczu rzeczywistości postapokaliptycznej. W dodatku każda z postaci ma swoje prywatne zmartwienia – Net boi się o mamę i bratosiostrę, Felix o Laurę i o tatę a Nika – o własną przyszłość, bo jej sekret lada moment ma się wydać. Dwaj tatowie, pan Polon i pan Bielecki, pracują nad supertajną sprawą w Instytucie Badań Nadzwyczajnych i też nie mogą chronić rodzin. Świat pogrąża się w chaosie.

"Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata, Jaki Znamy” to książka, przy której nudzić się nei będzie można – zarówno ze względu na dynamikę akcji, jak i humor. Zagrożenia nie ograniczają się tu do wyłączenia prądu i płynącego stąd szeregu problemów. Burze magnetyczne, pożarty, brak dostępu do żywności i wody… Rafał Kosik pokazuje pułapki cywilizacji i społeczeństwo, które w chwili próby na pewno nie zda egzaminu z empatii, a nawet z umiejętności logicznego myślenia. Przekonują się o tym chorzy w szpitalach, kierowcy na zakorkowanych drogach, ale i… sąsiedzi. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie największe niebezpieczeństwo. Bohaterom autor tym razem proponuje survival w ekstremalnej postaci – umiejętność przetrwania bez dostępu do internetu dla docelowej grupy odbiorców serii może być niezłym szokiem. Ale na Felixa, Neta i Nikę zawsze można liczyć. Kosik odrobinę tym razem przypomina, że wartości rodzinne muszą być ważniejsze niż praca, daje nauczkę dorosłym – bo nastolatki swoją przyjaźń cenią od początku.

Podstawowe źródła dowcipów w tej powieści są dwa. Jedno zapewnia grono pedagogiczne nowego liceum. W części nauczycieli – ale i u dyrekcji oraz pracowników – kumulują się wady, jakie zawsze uniemożliwiają utrzymanie porządku. Pobyt w szkole to odkrywanie kolejnych absurdów. Owszem, są nauczyciele, którzy mają autorytet – ale należą do wyjątków i samodzielnie nie pokonają systemu. Teraz do ekipy Kosik dorzuca energiczną polonistkę. Drugim – niewyczerpanym – źródłem żartów jest, jak zawsze, Net Bielecki, który – specjalnie lub nie – rozładowuje każdą sytuację. Śmiech to jeden z wielu powodów zasłużonej popularności cyklu. W przypadku świata postapo też jest miejsce na żart. Nawet autor doskonale się bawi, wtrącając się do przypisów i realizując edukacyjną misję, daje czytelnikom wiedzę wykraczającą znacznie poza to, czego dowiedzą się w szkole. Gęsta narracja, nietuzinkowe pomysły, rozmach i wiedza w konstruowaniu akcji – Rafał Kosik traktuje swoich odbiorców poważnie, dostarcza im opowieści ciekawej i nie pozwala się oderwać od lektury. W takim samym stopniu zajmuje się katastrofą cywilizacyjną, co uczuciami międzyludzkimi, umiejętnie do sensacji wplata wątki obyczajowe – i przypomina czytelnikom, za co na początku pokochali Felixa, Neta i Nikę.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Wit Szostak: Chochoły

Powergraph, Warszawa 2018.

Tradycja

Wit Szostak zbiera to wszystko, co każdy z jego odbiorców, bez względu na to, z jakiego pokolenia pochodzi, zna z własnego domu rodzinnego, z własnych wspomnień albo chociaż z opowieści bliskich. To wszystko, co składa się na świąteczną atmosferę, na tradycję i na kultywowanie wartości, to, co stanowić może o poczuciu przynależności narodowej i o wizji funkcjonowania w społeczeństwie - staje się tutaj tworzywem. Szostak sięga po to, co doskonale kojarzone, zakorzenione w kulturze i w obyczajowości - i przerabia to na malowniczą prozę, pełną silnych przeżyć (chociaż w brzmieniu wydaje się kojąca). “Chochoły” stanowią kwintesencję polskości, rodzinnego święta i świętowania. Żeby jeszcze bardziej wzmocnić to, co z pozoru już bardzo zaakcentowane, akcję powieści autor przenosi do Krakowa, kolebki wartości czy tradycji. Co prawda ten jego Kraków jest trochę zmodyfikowany: Wawel znajduje się na wyspie, wszędzie dociera się łodziami albo gondolami – ale to kolejny symbol czytelny dla odbiorców. Zresztą samo rodowe nazwisko, Chochoł, ma przecież znaczenie. W intertekstach słychać tu raz Mickiewicza z “Panem Tadeuszem”, raz Sienkiewicza. A przecież Wit Szostak tylko się bawi, przekazuje w swojej powieści zestaw obserwacji wręcz przesadzonych, doprowadzonych do karykatury. Paradoks polega na tym, że w tej karykaturze można się przejrzeć. Bohater chodzi po domu i po snach domowników. Na początku wrażenie oniryczności staje się zaproszeniem do tego świata. Z czasem jednak Szostak zaczyna uwodzić nastawieniem na zmysłową opowieść. Trwają przygotowania do świąt, spiżarnia pełna jest przysmaków, zjeżdża się najdalsza rodzina. Przygasają codzienne problemy – a są to przecież zmartwienia, z którymi trudno w ogóle walczyć. Nie dość, że ojciec po wypadku leży w śpiączce i trzeba się nim zajmować, to jeszcze brat bohatera w pewnym momencie wyszedł z domu i nie wrócił, nie daje znaku życia i raczej nie zamierza przejmować się cierpieniem matki. Ale codzienne nieszczęścia to jedno, a obowiązek świętowania - drugie, tradycja wygrywa. Mało tego: tradycja będzie silniejsza nawet od przekonań i postaw dorosłego człowieka - bohater łapie się na tym, że chce przestrzegać postu w Wigilię, czuje się do tego zobowiązany, nieoczekiwanie pojawiają się wyrzuty sumienia, gdy zje kawałek kiełbasy. Tak tradycja (i polskość) czai się i atakuje znienacka.

A w prezentowaniu owych wartości i tradycji Szostak osiąga mistrzostwo. Sprawia, że czytelnicy zaczną przypominać sobie smaki i zapachy, sięga po zmysłowość i przekonujące opisy. Niekończące się omawianie potraw i zwyczajów zdradza talent literacki autora. Statyczne obrazki spodobać się mogą każdemu nie tylko ze względu na ocalanie wartości i przypominanie tego, co kiedyś składało się na obyczajowość. Gromadzi wiadomości o kształcie polskich świąt, przedstawia je w sposób pełny. Karmi czytelników tym, co przemija i co coraz rzadziej jest doceniane. Wit Szostak umożliwia swojemu bohaterowi przeżywanie i doświadczanie tego, co składa się na tradycję. Oddala oryginalność, a może raczej szuka jej gdzie indziej, to znaczy w formie. Mało kto dzisiaj jest w ogóle w stanie zaserwować czytelnikom tak gęstą prozę i tak precyzyjnie przedstawiać odczucia wspólne całym pokoleniom. Wit Szostak sięga po to, co dzisiaj niemodne, zwalnia tempo akcji, żeby móc bawić się samą narracją. Nie boi się tego, co przebrzmiałe: wprost przeciwnie, ożywia to, umie przyciągnąć czytelników samą jakością prozy. Dzięki temu może pisać o wszystkim i zwalniać tempo akcji – i tak zatrzyma przy lekturze. Dostarcza prozę świetnie zrytmizowaną, melodyjną i niebywale plastyczną. Mnóstwo dzieje się w języku, na poziomie tekstu. “Chochoły” to prawdziwy przysmak dla koneserów: literatura na wysokim poziomie. Wit Szostak odchodzi od tego, co popularne i najłatwiejsze do zrealizowania, unika rutyny. Tworzy książkę, która powinna przetrwać. Tradycja w tej powieści ożywa.

środa, 1 sierpnia 2018

Anna Kańtoch: Niepełnia

Powergraph, Warszawa 2017.

Skoki po literaturze

Anna Kańtoch w “Niepełni” wykorzystuje splatanie się realizmu z fikcją, przynajmniej w warstwie fabularnej. Prowadzi opowieści, które wzajemnie się przenikają i sugeruje, że jedna z nich jest bardziej rzeczywista niż pozostałe - ale jednocześnie w tych pozostałych przemyca informacje dotyczące świata głównych - “prawdziwych” - bohaterów. Unika dosłowności i przechodzi w senne motywy celowo, żeby uśpić czujność odbiorców, a może też żeby przykryć trochę sensacyjną otoczkę historii. Bawi się motywami jak ze Stephena Kinga, zresztą literackich aluzji będzie tu całkiem sporo. Autorka umiejętnie budzi grozę, szuka tematów wywołujących społeczne lęki i niepewność. Jest jej to potrzebne dla podtrzymania uwagi czytelników - ale też dla budowania napięcia w samej historii.

Znika w “Niepełni” Marta, młoda kobieta tuż przed oficjalnymi zaręczynami. Wydawałoby się, że jest szczęśliwa i nie potrzebuje już niczego więcej, żeby zwyczajnie cieszyć się życiem. Jednak ginie gdzieś w Katowicach. Jej niedoszły narzeczony chce poruszyć niebo i ziemię, żeby znaleźć dziewczynę, tyle że tropy prowadzą donikąd, a policja może co najwyżej sugerować sprzeczki i doszukiwać się śladów kłótni, która prowadziłaby do rozstania i wygodnego zniknięcia. Bohater myśli, że zna Martę: ma nawet dostęp do jej konta bankowego. Nie miał natomiast pojęcia o stronie internetowej, zaszyfrowanej hasłem, na której Marta umieszcza mroczne opowiadania. Przejście do świata wyobraźni kobiety oznacza nowy wymiar śledztwa i poszukiwań. Prawda okazuje się coraz trudniejsza do zaakceptowania. Anna Kańtoch bawi się międzyludzkimi sytuacjami, portretuje swoich bohaterów w związkach i pokazuje, jak wiele wyrzeczeń trzeba czasami dla zbudowania zgodnego stadła. Nie stroni i od horrorów. Sceny turpistyczne, przerażające morderstwa, krew na śniegu - filmowe obrazy, jakimi posługuje się autorka są mocne, ale jednocześnie prze tę swoją moc tracą na znaczeniu, bo stają się po prostu nierzeczywiste, dostosowane do opowieści, a nie do imitowania życia. W “Niepełni” mnóstwo jest takich obrazków, które świetnie sprawdziłyby się w popprodukcjach – filmach czy serialach. Tutaj uszlachetnia je literatura. Słowa mają nadawać rangę zbrodniom, głównie przez to, że podsycają strach. W końcu zagrożenie pojawia się najczęściej po stronie bliskich, to oni – przez psychopatyczne i starannie skrywane skłonności - mogą bez wahania pozbawiać życia albo okaleczać w imię sobie tylko znanych celów.

Jest “Niepełnia” książką dopracowaną od strony literackiej nawet bardziej niż od strony fabularnej. Autorka zwraca dużą uwagę na formę, wykorzystuje kompozycję szkatułkową, żeby ukazać przenikanie się światów, wymyślonego i prawdziwego. Potrzebuje też minihistorii jako przerywnika, po to, by kształtować emocje czytelników na podstawie odwlekania wieści o postaciach. Wydaje się momentami, że tworzy po prostu opowiadania, które potem skleja w jedną całość - ale w ich treści pojawiają się przecież misternie wplatane wspólne intrygi, sygnały potrzebne w amatorskim śledztwie. Forma pozwala Annie Kańtoch uciec od oczywistości i schematów literackich, pominąć rytm powieści pisanych na masowy rynek. Zwrócenie uwagi na literacką stronę tekstu nie oznacza jednak zmniejszania rozrywki. Anna Kańtoch nie będzie tworzyć rozłożystych opisów, znacznie chętniej posługuje się wyrazistymi dialogami między postaciami. Jest jej powieść niewielka objętościowo, ale przez odejście od schematów i umiejętnie podsycaną niepewność w ramach samej fabuły może zrobić spore wrażenie na czytelnikach.

sobota, 2 czerwca 2018

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Wenecki spisek

Powergraph, Warszawa 2018.

Jak najdalej

Rafał Kosik doskonale wie, że marzenia mogą stać się motorem napędowym fabuły i uzasadniać najbardziej nonsensowne decyzje bohaterów. W kolejnym tomie przygód Amelii i Kuby, w serii kierowanej do młodszego rodzeństwa fanów Felixa, Neta i Niki, znowu odwołuje się do pragnienia Mi, by mieć zwierzątko. Kilkulatka za wszelką cenę próbuje zdobyć towarzysza, na którego nie miałaby uczulenia – albo zwalczyć alergię. Z pomocą przychodzi jedyna tabletka firmy Alestop, którą tata dostaje do przygotowania zdjęć reklamowych. Mi, jakby na potwierdzenie wszelkich ostrzeżeń o chowaniu medykamentów przed dziećmi, połyka specyfik bez specjalnej refleksji nad jego działaniem, przeznaczeniem i skutkami ubocznymi. Nie dość na tym: opakowanie Alestopu przypadkowo ulega zniszczeniu i trudno będzie je odtworzyć, chociaż bohaterowie rozpaczliwie próbują. Najłatwiej byłoby przyznać się do wszystkiego rodzicom, ale to oznaczałoby kary i awantury. Mi angażuje do pomocy starszego brata, Kubę oraz sąsiadów - Amelię i Alberta. Cała czwórka dochodzi do wniosku, że jedynym sposobem na uratowanie sytuacji jest wyprawa do siedziby firmy i zdobycie drugiej tabletki i drugiego pudełeczka, a przy okazji i antidotum dla Mi. Oczywiście w tajemnicy przed dorosłymi. "Wenecki spisek" to historia z rozmachem.

Czwórka dzieci musi połączyć siły i opracować śmiały plan działania, żeby nic się nie wydało i żeby wyprawa się powiodła. Przyda się tu i Albert ze swoimi dziwactwami (potrafi wyznaczyć trasę), i Kuba (jedyny racjonalnie myślący), i Amelia (marzycielka, którą do Wenecji dodatkowo pchają własne nadzieje na namalowanie odbić w wodzie). Problemy – naturalnie - się mnożą. I jedni, i drudzy rodzice są przekonani, że wszystkie dzieci spędzają czas pod opieką sąsiadów. Bohaterowie mają ograniczone zasoby finansowe, muszą zatem mocno kombinować, żeby nie wpaść w ręce konduktorów w pociągach - ale też, żeby nikt nie zainteresował się, dlaczego podróżują bez kogoś dorosłego. Całonocna wyprawa pociągiem z fantazyjnymi wagonami to dopiero początek przygody. Już wkrótce Mi przekona się, że ktoś ją śledzi. Przy tym wszystkim sierść wyrastająca na rękach dziewczynki (skutek uboczny Alestopu!) to już kwestia niegodna uwagi.

Jak zwykle Rafał Kosik pisze z rozmachem i nie przejmuje się aspektami wychowawczymi. Na pogadanki i uświadamianie odbiorcom, czego robić nie wolno, przyjdzie czas później - zresztą ten autor w swoich czytelników wierzy i nie musi posuwać się do pedagogicznych połajanek. Teraz liczy się przygoda i humor. Nieprzypadkowo Mi pozna kilka znaczeń słowa "włochy" - to sygnał zabawy, również twórcy historii. Humor pojawia się w akcji i w dialogach, to coś, za co czytelnicy pokochali cykl FNiN – Kosik potrafi rozśmieszać na różnych płaszczyznach. Ma powieść również wymiar edukacyjny, bo autor wykorzystuje fakt, że podróże kształcą. Wyprawę dzieci wzbogaca wieloma informacjami "przewodnikowymi", podanymi tak, by wzbudzić ciekawość. Operuje udanie przypisami, w których zaznacza ciekawostki, objaśnia co trudniejsze terminy, ale i przestrzega, żeby nie uczyć się ortografii na zapiskach Mi. Zaskakuje bez przerwy i to czynnik, dzięki któremu najmłodsi chcą śledzić przygody bohaterów. Potrafi wprowadzać opisy sensacyjne (pościgi po Wenecji) i łączyć je z kreskówkowymi pomysłami (ekwipunek Szpiegówki). Nie sposób się przy tej książce nudzić. Wyraziste są charaktery postaci, a i pomysły na kierunki akcji: czasami autor ucieka się do fantazji, czasami czerpie z różnych gatunków literackich, a czasami stawia na realizm. "Wenecki spisek" jest książką, która dostarcza mnóstwa emocji, dla najmłodszych to idealna zachęta do czytania: trudno się od tej powieści oderwać, a kto raz poznał przygody Kuby, Mi, Alberta i Amelii, ten z serią pozostanie. Rafał Kosik znalazł świetny sposób, żeby wychować sobie czytelników wśród kilkulatków - teraz poza FNiN będzie musiał jeszcze rozwijać "młodszy" cykl.

niedziela, 17 września 2017

Rafał Kosik: Różaniec

Powergraph, Warszawa 2017.

Uregulowane życie

W nowej rzeczywistości wszyscy muszą się podporządkować rygorystycznym prawom. To świat skonstruowany tak, by nie było w nim zagrożeń ani wielkich emocji. Wszystko regulują odpowiednie zasady. Jednostki, które mogłyby stwarzać zagrożenie – za sprawą cech charakteru, wywrotowych myśli albo traumatycznych doświadczeń – podlegają Eliminacji, znikają bez śladu. Tu nie ma miejsca dla indywidualistów, nikt nie powinien wyłamać się ze sprawnie funkcjonującego systemu. W tej przyszłości niczego nie pozostawia się przypadkowi, bo zachwianie równowagi groziłoby destrukcją świata. Miasta to zamknięte pierścienie, tworzące Różaniec: międzypierścieniowy transfer jest utrudniany tak, by emigracja, chociaż nie zakazana, stała się zniechęcająca za sprawą licznych procedur i wymagań. Rafał Kosik bardzo precyzyjnie konstruuje te zasady, każdy element życia ma dokładnie przemyślany i w odpowiednim momencie zaprezentuje go czytelnikom. Mieszkańcy Warszawy mogą zająć się podczas lektury odtwarzaniem nowej topografii miasta i zabaw autora. To, co Rafał Kosik tworzy na marginesie serii Felix, Net i Nika, tutaj może przerobić na większą skalę. Przemyślane ma nie tylko rozkład dzielnic czy przeznaczenie budynków. Zajmuje się nawet kwestią Niesłońca, kształtem dni, modyfikacjami pogody oraz prawami fizyki do zaobserwowania w Różańcu. Nie byłby Rafał Kosik sobą, gdyby nie wziął się i za wyjaśnianie zasad życia społecznego. Wie, na czym polega psychologia tłumu i jak działa polityka, od kulis przedstawia mechanizmy programów rozrywkowych dla mas. Nieprzypadkowo wprowadza debaty z przyszłości: to wyostrzona wersja tego, co już dzisiaj można zaobserwować w kierunku zmian mass mediów. W „Różańcu” organizacja codzienności to ogromny temat – z jednej strony nieco spowalniający akcję, z drugiej natomiast – budzący zaufanie do autora, który wyobraźnię potrafi podeprzeć celnymi obserwacjami dotyczącymi naszej codzienności i samą nauką. Jest Kosik i tu satyrykiem, ale w tomie wcale nie chce śmieszyć. Zmusza za to do myślenia i oceniania poprawności wnioskowania. Kreuje się na autorytet w różnych dziedzinach. Ale „Różaniec” to nie tylko futurystyczna wizja degradacji świata w pędzie do ulepszeń i ułatwiania życia. „Różaniec” to uczucia.

W tłumie podobnych do siebie ludzi Harpad się wyróżnia. Nie tylko talentami do zmieniania wartości PZ, czynnika, który decyduje o Eliminacji człowieka ze społeczeństwa. Ten bohater miewa przeczucia, potrafi widzieć przyszłość czy poznawać doświadczenia napotykanych bohaterów. Ma też słabości, które czynią go łatwym celem dla wrogów. Najważniejsza jest dla niego kilkuletnia córka, Marysia. Była żona utrudnia Harpadowi kontakty z dzieckiem, a sytuację dodatkowo komplikują stosowane powszechnie komunikatory. Na początku Marysia jest tylko punktem spornym, najwyższą wartością dla Harpada, później wyrasta jednak na ważną postać. Kosik pokazuje, że w stechnicyzowanym i regulowanym na wszelkie możliwe sposoby świecie pozostaje jeszcze miejsce na człowieczeństwo – i to miejsce kryje się właśnie w relacjach międzyludzkich, uruchamiane przez miłość. Chociaż autora wyraźnie ciągnie w stronę wyjaśnień i konstrukcji, radzi sobie z przekazywaniem motywacji postaci po mistrzowsku, „Różaniec” zaczyna wciągać właśnie przez zestaw wyzwań dotyczących bliskich Harpadowi osób. Jest to powieść o rozłożystej narracji, konkretna i pełna danych, dobrze uzasadniana – i w planie wydarzeń, i w planie emocji.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Radek Rak: Puste niebo

Powergraph, Warszawa 2017.

Gra formą

Radek Rak wyraźnie tęskni za opowieścią sowizdrzalską, a właściwie za parodią, która dodatkowo będzie się wpisywać w nurt modnych historii fantasy i zgromadzi nie tylko fanów tekstowych zabaw, ale i fikcji literackiej. Jego „Puste niebo” wydane w serii Kontrapunkty Powergraphu spełnia te warunki i pokazuje odbiorcom, jak swobodnie autor ogrywa konwencję. Na scenę wprowadza prostaczka, tego, który będzie dziwił się światu, zdobywał kolejne doświadczenia i dostawał kopniaki od losu –i który nie załamie się, choćby nie wiadomo co się działo: poddawanie się nie leży w jego naturze. Tołpi pozna smak pożądania i strachu, Tołpi będzie odkrywał ludzkie niegodziwości i przekona się, że życie nie jest łatwe. Radek Rak potrzebuje tej postaci dla odskoczni od realizmu w stronę absurdu, chociaż absurdu obficie podlanego rubasznością. U Tołpiego ludyczny humor jest wyznacznikiem świata, autor kreuje przede wszystkim warstwę literacką, a dopiero w drugiej kolejności akcję: ta pierwsza przejmuje dzianie się, ta druga staje się tylko niezbędnym uzupełnieniem, rodzajem spoiwa. Inaczej niż w przypadku powieści rozrywkowych, tutaj to język okazuje się bohaterem, a dokładniej: właściwym bohaterem tomu. Tylko język może rywalizować z Tołpim i w dodatku z nim wygrać. Tołpi doświadcza dowolnych rzeczy, najbardziej zbanalizowanych i oczywistych, obecnych w życiu każdego – a jednak w procesie przekazu owe rzeczy nabierają blasku. Rak bawi się baśniowością, lubi dodawać do całości poetyckie tony czy metafory. To oczywiście kontrastuje z niskim śmiechem i staje się powodem dla sięgania po tom. Nieprzypadkowo osią fabularną Radek Rak czyni… poszukiwanie księżyca. Poprzedni Tołpi rozbił, musi naprawić swoje winy, a w takiej misji nikt nie będzie chciał mu pomóc. Rak sięga po motyw drogi, tak standardowy dla historii fantasy, ale przerabia go na zestaw sowizdrzalskich anegdot: tu pojawiają się krótkie rozdziały, każdy jako zamknięta całostka. W coraz to dziwniejszych wydarzeniach Tołpi bierze udział, szereg niezwykłych – z punktu widzenia przyzwyczajonych do realizmu czytelników – miejsc odwiedza, styka się z przedstawicielami zawodów kojarzonych obecnie raczej z onirycznymi fabułami niż z rzeczywistymi postaciami. Radek Rak pełną garścią czerpie z konwencji, przerabia ją na swoją modłę i swoje potrzeby, a efekt, jaki uzyskuje, satysfakcjonuje w pełni. Jednocześnie nie daje zapomnieć o umowności tego świata, przez cały czas ją podkreśla sposobem relacjonowania przygód.

Tołpi to tylko narzędzie, dzięki któremu Radek Rak podkreśla warsztatowe szlify. Posługuje się autor literackimi odniesieniami, ale przede wszystkim zanurza w bogactwie językowych subtelności. Szuka synonimów pasujących do tego świata: musi być wyjątkowo precyzyjny. Każdą błahostkę próbuje zaprezentować jako scenę wartą uwagi, z rozdmuchaną narracją, ze słowną ekwilibrystyką, która okazuje się elementem nieodłącznie związanym z powieściową rzeczywistością. Tołpi nie porusza się w krainie wyobraźni: porusza się w krainie słów, gdyby rezygnować z ornamentów lingwistycznych – ten świat bardzo łatwo uległby destrukcji. Radek Rak opowiadałby wówczas przerażającą pustkę. Jest to zatem propozycja dość nietypowa i pokazująca czytelnikom, jak wiele może zależeć od samego podejścia do literackiego tworzywa. Rak zamienia się w poetę, barda, który przedstawia przygody charakterystycznego bohatera: ale ów bohater z kolei przesycony jest obrazem everymana. I tak w „Pustym niebie” przenikają się ironia z groteską, a baśń w warstwie tekstowej staje się najbardziej przyciągającym do śledzenia historii czynnikiem.

sobota, 3 czerwca 2017

Michał Cetnarowski: Bestia najgorsza i inne sny o wolności i miłości

Powergraph, Warszawa 2017.

Karnawał

„Jeżeli w książkach czyta się tylko to, co zostało napisane, to całe czytanie na nic”. Michał Cetnarowski w „Bestii najgorszej i innych snach o wolności i miłości” bawi się literaturą i poddaje ją najróżniejszym próbom w kolejnych smakowitych opowiadaniach. Zmienia tematy i stylistyki, rzuca wyzwania bohaterom, ale jedno pozostaje stałe: umiejętność zamykania celnych obserwacji w jednozdaniowych komentarzach-perełkach. Cetnarowski refrenowo powraca do tego zabiegu, w dodatku wyprowadza go w naturalny sposób z narracji. Wykazuje się dużym wyczuleniem na stereotypy i hasła-klucze, sformułowania, które pozwalają natychmiast budować charakterystyki postaci. W „Bestii najgorszej” rzeczywistość wynaturza się co pewien czas, zdradzając skrywane zwykle lub wstydliwe upodobania bohaterów. Tematem historii czyni autor to, co przeważnie tabuizowane bądź niewygodne. Dwukierunkowo ta proza będzie zatem działać – raz przez gry formą, raz przez wybór treści – nie da się ukryć, Cetnarowski chwyta swoich czytelników i nie wypuści aż do końca lektury. Ma niezliczoną ilość pomysłów i zbierać je może w kolejnych opowiadaniach dla samej próby zrozumienia natury człowieka. Michał Cetnarowski posługuje się czasem schematami zachowań, jego bohaterowie będą reagować zgodnie z oczekiwaniami – ale wszystkie fabuły pozbawione są banału, co automatycznie zapewnia nowy rodzaj samopoznania. Autor, który nie zamierza czerpać z gotowych scenariuszy, znajduje w pozornej zwyczajności mnóstwo tematów definiujących kondycję dzisiejszego człowieka (i dzisiejszej bestii).

Ale przy całym zainteresowaniu człowiekiem jako takim, i przy idealnie puentujących spostrzeżenia uwagach wtrącanych w opowieść, Michał Cetnarowski jest przede wszystkim prześmiewcą. Nakreśla w założeniach tomu filozofię karnawału, proponuje Bachtinowskie odwrócenie, pozwala postaciom przyznawać się do najskrytszych pragnień. Wywleka na światło dzienne to, co mroczne i to, co wulgarne, siłą napędową części działań ustawia skarykaturalizowany popęd seksualny lub potęgę przeciwstawianą słabości ofiar. Nie zamienia się w błazna, zawodowego rozśmieszacza – jeśli śmiech, to przez łzy, gorzki lub szyderczy i okrutny, pozwalający zrozumieć, ale nie współodczuwać. Ironia odzwierciedla się w doborze tematów, a i w sposobie relacjonowania faktów. Cetnarowski uwielbia gry stylistycznymi zapożyczeniami. Udanie cytuje zwroty kolokwialne w kompletnie obcym dla nich kontekście, bawi się frazami o pseudostaropolskim brzmieniu, często też stosuje spiętrzenia o charakterze wyliczeniowym, zwiększając w ten sposób tempo charakteryzowania postaci, ale odwlekając w czasie relację z biegu wydarzeń. Bywa, że Cetnarowski decyduje się na nieprzezroczyste opisy, nadaje im wówczas soczyste brzmienie, drwi sobie ze wszystkich – z odbiorców, z bohaterów oraz z samych literatów. Wplata w dialogi obiegowe dowcipy i humor sytuacyjny, jednak nawet najbardziej rubasznymi skojarzeniami tekstu nie spłyca. Ujawnia to, co tak szczere, że aż niewiarygodne – i tu bez rozwadniania. Z materią języka radzi sobie równie imponująco, jak z portretami postaci – bez kompromisów, ale i bez tandety.

„Bestia najgorsza” to słowa. Słowa, które spadają kaskadą wprost na beztroskich jeszcze odbiorców i zmuszają do zainteresowania się światem przedstawionym – z kryzysem humanizmu i upadkiem klasycznych kodeksów wartości. Słowa, z których każde niesie całe uniwersum treści, siatki skojarzeń i obrazów. Te opowiadania są mięsiste, wieloznaczne i kuszące pod względem kierunków narracji. Michał Cetnarowski ani na chwilę nie osłabia siły wyrazu historii, pod pozorami zabawy skrywa szereg gorzkich prawd. Ma coś do powiedzenia w literaturze.

środa, 17 maja 2017

Wit Szostak: Zagroda zębów

Powergraph, Warszawa 2017.

Historia wznowiona

„Zagroda zębów” Wita Szostaka to opowieść o potędze opowieści, o historiach, które mogą – ale wcale nie muszą – wydobywać się z ust, żeby zaistniały. O fabułach i alternatywnych rozwiązaniach wolnych od prawdopodobieństwa. O szczerość przekazu nikt tu nie zapyta, równie ważne stają się i kolejne wersje mitu, i… źródła przekazu, bo ojciec może funkcjonować na tych samych prawach co Odys i dowolnie kształtować swoją wersję rzeczywistości. Prawda nie ma znaczenia, liczy się opowieść – a ta zyskuje na znaczeniu dzięki osobistym interpretacjom odbiorców. Opowieść ożywa w zetknięciu z słuchaczami lub czytelnikami – i powinna mieć taki przebieg, jaki byłby najmniej wygodny dla odbiorców. Tylko wtedy ma sens, tylko wtedy może oddziaływać. Opowieść to zestaw przesłań uruchamianych w zależności od potrzeb, pomysłów, kodeksu wartości i kontekstów. Może rozwijać się w różnych kierunkach i zaskakiwać nawet twórcę.

„Zagroda zębów” to mit o Odysie w kolejnych odsłonach. Szostak startuje od mitu, by proponować odbiorcom jego alternatywne wersje. Odys wraca do domu lub nie wraca, zakłada nową rodzinę i milczy na temat własnej przeszłości – albo właśnie wszystko opowiada, tyle że nie jako prawdę. Penelopa wcale nie musi czekać, skoro swoim czekaniem narzuca niemożliwość powrotu męża. Kiedy Odys pojawi się w domu, da upust swojej kobiecej mądrości i pozwoli mu grać swoją rolę, wysłucha opowieści lub zabije małżonka. Niemal każdy punkt historii znanej z mitu zyskuje w ujęciu Szostaka całkiem nową obudowę – i szereg rozwiązań do przetestowania. Za każdym razem staje się to zalążkiem nowej – odmiennej i pełnowartościowej historii. Za każdym razem bohaterowie jawią się inaczej, mimo że od poprzedników i od pierwowzoru różnią się zaledwie jedną podjętą (niepodjętą lub podjętą w niewłaściwym czasie) decyzją. Szostak kreuje światy alternatywne, zastępując potencjalnych aojdów. Sprawdza, jak mogły potoczyć się losy Odysa i jego bliskich w innych okolicznościach – zyskując dostęp do najskrytszych myśli postaci. Bywa okrutny (nie tylko wtedy, gdy każe zabijać) – gra na uczuciach bohaterów, odwołując się do uniwersalnych reakcji.

Kolejne „apokryfy” to miniatury o poetyckim brzmieniu. Wit Szostak nie decyduje się na zagęszczenie prozy, mimo stanu wiedzy pozostanie zewnętrznym obserwatorem, pieśniarzem, który udaje, że nie może ingerować w losy bohaterów, a w rzeczywistości sam je tworzy. Wybiera do tego celu nieprzezroczyste narracje o dużym ładunku emocjonalnym. Każdy fragment historii przedstawiany na nowo w warstwie treści modyfikuje też od strony formalnej, popisuje się stylistycznymi akrobacjami, bo te przydają się mu w budowaniu światów. To literacka zabawa, która jednak pokazuje, jak wiele zależy od twórców-demiurgów.

Historia Odysa – a raczej kolejne odłamy tej historii – to imponujące popisy literackie, pomysły rozwijane na znanej wszystkim podstawie. Autor dzięki koncentrycznej formie zyskuje szansę odwzorowywania niekończącego się ciągu przypadków, zawsze bliskich lub zbliżonych do pierwowzoru, a jednak diametralnie różnych. „Zagroda zębów” to opowieść na przekór opowieściom, wyzwanie rzucane literaturze. Zapewnia Wit Szostak odbiorcom ważny zestaw wtopionych w tekst wskazówek oraz uwag. Mit o Odysie pozwala przenieść akcent z biegu wydarzeń – standardowego wabika w literaturze pop – na sposób ich wydobywania. „Zagroda zębów” jest literackim popisem, nie tylko trawestacją mitu.

czwartek, 11 maja 2017

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony

Powergraph, Warszawa 2017.

W górze

O ile Felix, Net i Nika mogą sobie podróżować nawet po alternatywnych światach, o tyle ich młodsi koledzy, jedenastoletni Amelia i Kuba (wraz z młodszym rodzeństwem) rzadko ruszają się poza apartamentowiec. Nic dziwnego, skoro w obrębie Zamku dzieje się bardzo dużo. A w „Tajemnicy dębowej korony” Rafał Kosik dodatkowo komentuje aktualne histeryczne wycinanie drzew. Tymczasem to na starym dębie ocalanym przez kolejnych architektów znajduje się kolejna zagadka do rozwiązania.

Dąb u Kosika jest jak cały baśniowy świat. Wystarczy wspiąć się do jego korony, by liście odizolowały od sąsiedzkiego gwaru. Wśród gałęzi znajdują się jednak tajemnicze przedmioty, a nawet – jabłka. Kuba chce odkryć sekret dębu i przekonać się, co jeszcze skrywa korona – zwłaszcza że daje się w niej dojrzeć spróchniałą drabinkę. Do wyprawy trzeba się dobrze przygotować – wspinanie się kilkanaście metrów nad ziemią to nie rozrywka, którą pochwaliliby rodzice. I dlatego przygoda robi się jeszcze bardziej ciekawa. Dąb dla dzieci to obietnica zabawy – i to w kilku wymiarach, bo Amelia na przykład marzy o romantycznym czytaniu książek w hamaku. Niestety nowi sąsiedzi, zwłaszcza bezmyślne matki (ale i moherowa staruszka) uważają, że dąb zagraża bezpieczeństwu mieszkańców, zabiera miejsce na piaskownice i generalnie przeszkadza. Zbierają podpisy pod petycją, by drzewo ściąć. Kosik bardzo dobrze pokazuje typowe populistyczne hasła, pseudoargumenty, które tłum podchwyci równie chętnie, co bezrefleksyjnie. Doprowadza je do karykatury i ośmiesza zwolenników wycinki, pokazując dorosłym zalety posiadania drzewa na dziedzińcu. Dzieci przekonuje szaloną eskapadą i odkryciem na miarę Narnii. Korona dębu to prawdziwe królestwo. Najpierw jednak trzeba tam w ogóle dotrzeć.

W „Tajemnicy dębowej korony” Rafał Kosik rozwija marzenie Mi o własnym nieuczulającym zwierzątku. Już okładka zdradza, że będzie to małpka, Szympanna. Autor z właściwym sobie humorem pozwala bohaterce zdobyć zwierzę – a następnie udowadnia inteligencję Szympy na wiele sposobów. Ta postać zastępuje roboty i wynalazki z FNiN, a jest przy tym równie wdzięczna. Bez niej mali bohaterowie nie poradziliby sobie w trudnych sytuacjach. Szympa wprowadza nastrój beztroski i rozwiązuje sporo problemów. Odsuwa też dzieci od dorosłych – to kolejny temat, który trzeba utrzymać w sekrecie, bo nawet najbardziej wyrozumiali rodzice nie zrozumieliby obecności małpki w domu.

Ciekawie nakreśla też Rafał Kosik postać Emila, chłopca, który mieszka z dziadkiem-wynalazcą, a nie z rodzicami jak „normalni ludzie”. Pokazuje odbiorcom, jak podobna sytuacja może wpłynąć na przyjaźnie lub decyzje o odizolowaniu się. Emil przydaje się też autorowi do piętrzenia kolejnych zagadek. W tej atmosferze trochę rezygnuje Kosik z tematu uczuć między dziećmi, bardziej skupia się na dostarczaniu adrenaliny – i na satyrycznej walce o drzewo. Jak zawsze w serii, tak i tu dba o rozwijanie słownictwa czytelników. Mi prowadzi zeszyt z definicjami co bardziej skomplikowanych wyrazów, odbiorcy wyjaśnienia zyskują w przypisach, więc mogą poznać i utrwalić sobie nowe pojęcia, ale też skorzystać z rozwiązania stosowanego przez Mi. To sprawia, że „Tajemnica dębowej korony” ma walory edukacyjne, ale autor nie jawi się czytelnikom jako nudziarz. Rafał Kosik pisze z humorem i wprowadza własne pomysły, oderwane od mód w prozie dla dzieci. Nie ogląda się na innych, przez co może zaoferować czytelnikom historie nieschematyczne i ciekawe. Wie, jak zachęcić dzieci do czytania.

niedziela, 3 lipca 2016

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Stuoki Potwór

Powergraph, Warszawa 2016.

Kamery

Kuba i Amelia bardzo się lubią, chociaż też stale się kłócą za sprawą różnych nieporozumień. W „Stuokim Potworze” muszą rozwiązać kolejną tajemnicę w Oak Residence. Rafał Kosik temat do powieści znalazł w zwyczajnym życiu – połączył go z fascynacją techniką i wskazał istotne zagrożenia. Bo to, że w Oak Residence grasuje stuoki potwór, odczytywać można na kilka sposobów. Tajemnicza postać w pelerynie z oczami to niemal dobroduszne straszydło z bajek w porównaniu z osiedlowym monitoringiem i zaangażowanymi w podglądanie sąsiadów mieszkańcami.

Każdą, nawet najbardziej niebezpieczną nowinkę technologiczną ludzie zaakceptują, jeśli tylko dostrzegą w niej korzyści dla siebie. Zainstalowanie kamer ma na celu poprawę bezpieczeństwa mieszkańców. To nic, że do tej pory omijały ich poważniejsze zagrożenia. Teraz Zamek ma stać się prawdziwą fortecą. Dostęp do obrazu z kamer mają wszyscy – więc też wszyscy mogą zaangażować się w tropienie potencjalnych przestępców. W praktyce jednak monitoring to prawdziwy program reality show: można poznać sekrety do tej pory strzeżone i to pilnie. Dorośli uzależniają się od śledzenia innych przez kamerki, bo zapewnia im to możliwość bezkarnego i „kulturalnego” podglądania, czyli zaspokajania ciekawości. Na stronie – w domowym zaciszu – mogą nawet pokusić się o komentarze, na które zwykle nie pozwala dyplomacja czy uprzejmość. Niemal wszyscy dorośli zostali tym razem przedstawieni w krzywym zwierciadle. Wpatrują się w ekrany komputerów, zarzucając swoje obowiązki. Zwykle to dzieci posądzane są o wścibstwo – tym razem młode pokolenie kompletnie nie interesuje się sprawami rodziców, co więcej: dostrzega minusy zabawy w monitorowanie „bezpieczeństwa”. Rafał Kosik wyciąga na światło dzienne najbardziej kompromitujące wydarzenia, pokazuje, że w pogoni za bezpieczeństwem przydaje się też zdrowy rozsądek.

W „Stuokim Potworze” Mi dalej szuka ulubionego zwierzęcia, na które nie miałaby uczulenia – daje się nabrać na marketingowe teksty akwizytora i zapewnia mu swobodny dostęp do Zamku. Domokrążca to postać, na której Kosik wyżywa się satyrycznie. Dostanie się wszędzie, nie reaguje na niechęć rozmówców, zawsze ma pod ręką akurat potrzebny towar i zachowuje się, jakby potrafił odczytywać potrzeby klientów jeszcze zanim ci sobie je uświadomią. Słabość nowoczesnego systemu monitoringu to czynnik niezależny od nowoczesnych technologii. Ale fani cyklu Felix, Net i Nika – czyli z reguły starsze rodzeństwo odbiorców Amelii i Kuby – ucieszą się z obecności informatyka, Jerzego Wierszewskiego. Teraz wiadomo, dlaczego system nie działa tak, jak powinien.

Wreszcie poza zabawą porusza autor szalenie ważny temat: istotny dzisiaj w szkołach – temat mobbingu. Jedno niekorzystne i głupie zdjęcie koleżanki wrzucone do internetu pod wpływem impulsu sprawia, że dziewczyna staje się pośmiewiskiem szkoły. Konsekwencje takiego zachowania mogą być bardzo poważne: teraz już Amelia, nawet gdyby chciała (a bardzo chce!) nie zdoła ochronić koleżanki przed złośliwymi rówieśnikami. Rafał Kosik wie, że takich spraw nie da się omówić z dorosłymi – sugeruje więc ciekawe rozwiązanie. Jak zwykle też pozwala młodym bohaterom działać. Kuba przez przypadek może nawet stworzyć radio. Dzieje się tu dużo i szybko, a do tego, jak zawsze u Kosika, z ogromną porcją humoru oraz istotnymi dla każdego młodego czytelnika przesłaniami. „Stuoki Potwór” to kolejna powieść dla dzieci, w których inteligencję autor wierzy. Klasyka w formie idealnie łączy się ze współczesnymi obserwacjami.

sobota, 21 listopada 2015

Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie

Powergraph, Warszawa 2015.

Szczepionka

O, przybędzie Rafałowi Kosikowi fanów po tomie „Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie. Przede wszystkim dlatego, że ta książka przypomina najlepsze dotychczasowe dokonania autora, cechuje się wartką akcją, dowcipną narracją i celnie kreślonymi charakterami (żadna nowość…). Do superpaczki dołącza Laura – tym razem już naprawdę, nie pozostaje dłużej w cieniu w oczekiwaniu na akceptację. A obecność ukochanej Felixa to dobry pretekst do przeżycia całej gamy fantastycznych doznań, do przetestowania teleportacji, spotkań z ogromnymi robotami, brawurowych ucieczek, ale i wyzwań dnia codziennego. Laurę sporo ominęło, teraz więc nadrabia zaległości i wreszcie może uwierzyć przyjaciołom w ich doświadczenia. „Stary, dobry Kosik” pokazuje, na co go stać, nie tylko w fabule. Najnowsza powieść z serii FNiN stanowić będzie też coś w rodzaju szczepionki dla młodzieży.

Chociaż „(nie)Bezpieczne Dorastanie) ma być pozycją, którą da się czytać niezależnie od innych tomów serii, wiele razy pojawią się tu odsyłacze do wcześniejszych historii, nawiązania fabularne, technologiczne i… towarzyskie. Kosik po raz kolejny izoluje superpaczkę: bohaterowie pozostaną jeszcze w wielokulturowym Londynie. To pozwala odejść od rozrastających się tematów „rodzinnych”, więc i spraw dorosłych, które niekoniecznie muszą angażować młodych odbiorców. Teraz trwają wakacje, bohaterowie nie martwią się zatem ani szkołą, ani domowymi obowiązkami, w pełni za to mogą poświęcić się przygodzie. Która, zresztą, zaczyna się dość prozaicznie, bo od konieczności zarabiania nawet na podstawowe potrzeby. Kosik konsekwentnie portretuje superpaczkę jako grono nastolatków zaradnych i myślących: to nie rozkapryszone dzieciaki, które dostają wszystko, czego zapragną. Dorastanie polega też na rozwijaniu odpowiedzialności, a Kosik umie do tego przekonać bez pedagogicznego marudzenia, samą tylko – niebywale zabawną i emocjonującą – akcją.

A kiedy odrywa się od prozy życia, dba o uzasadnienie dla wszystkich pomysłów. Tu każde działanie ma jasno określony cel i jest odpowiednio umotywowane, bez względu na to, czy chodzi o niezwykłe latające wehikuły, czy o świat robotów i zachowania sztucznej inteligencji (genialna scena z pożegnaniem Krystyny!). Bohaterowie postępują logicznej i zgodnie ze swoimi charakterami, z opresji mogą wyjść cało dzięki współdziałaniu i kreatywności, nie będzie tu cudownych ocaleń i ratunku znikąd. A sprawa tym razem jest naprawdę poważna, chodzi bowiem o przejęcie przez fanatycznych polityków władzy nad młodymi umysłami. I tu ujawnia się talent Kosika (oby nie wizjonerstwo) do wypracowywania mechanizmów obronnych u odbiorców. Mówiąc w skrócie: Rafał Kosik uczy dzieci samodzielnie myśleć.

Politycy chcą wszczepiania dzieciom i młodzieży mikrochipów – oficjalnie po to, by zapewnić im bezpieczeństwo, nieoficjalnie – by w końcu przejąć kontrolę nad społeczeństwem. Komplanty stanowią poważne zagrożenie i nie chodzi tu nawet o treści propagandowe, sterowanie opinią publiczną czy metody przekonywania do takiego rozwiązania. Felix pokazuje, w jaki sposób najłatwiej sprawić, by młodzież chciała używać tego rodzaju technologii: wystarczy skusić dostępem do gier, modą czy uprzyjemnianiem zwykłego życia. Komplanty mają ułatwiać też naukę. Wydają się idealne – do czasu. Bo w końcu wyjdzie na jaw ich prawdziwe przeznaczenie: sterowanie ludźmi. Wtedy na protesty będzie już za późno. Bardzo ostro Kosik rozprawia się w tej książce z politykami – jest tu Partia Prawdziwych Polaków i… cała seria populistycznych idiotyzmów, które w zawoalowany sposób prezentują rzeczywiste zagrożenia. Między innymi bezsens parytetów (czy źle pojętej „równości”) ujawniają zmiany w Instytucie Badań Nadzwyczajnych. To nie dorastanie generuje najwięcej niebezpieczeństw, a żądni władzy dorośli. Rafał Kosik robi całkiem sporo, żeby wytłumaczyć młodemu pokoleniu, czego powinno się strzec – nie odbierając przy tym radości z przygód (bardzo pomysłowych) i dostarczających mocnych wrażeń. Mało tego: mimo dość mrocznego charakteru problemów autor nie rezygnuje ze scen komicznych i wzruszających, proponuje całą gamę uczuć – w dobrych proporcjach i bez oczywistości.

„Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie” to jedna z lepszych książek w serii, co od pierwszych stron stwierdzą stali fani. Nowi czytelnicy czym prędzej sięgną do poprzednich książek, bo to też genialna reklama całego cyklu. Tej powieści nie da się tak łatwo odłożyć na półkę – nie tylko nastolatki zarwą kilka nocy, żeby przeczytać tom jak najszybciej. Kosik przypomina, że na rynku literatury młodzieżowej jest miejsce na książki dowcipne, mądre i ciekawe, a do tego oryginalne.

piątek, 22 maja 2015

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Kuba i Amelia. Nowa szkoła

Powergraph, Warszawa 2015.

Wyzwania

Myślenie dwuksiążką to jest to, co Rafał Kosik w drugiej części przygód Amelii i Kuby zachowuje, mimo że rezygnuje z pomysłu prowadzenia dwóch równoległych i uzupełniających się narracji. „Nowa szkoła” to tom wspólny dla bohaterów – co nie znaczy, że gorszy niż podwojona „Godzina duchów”. Zdarza się zresztą, że w opowieści Kosik przeplata ze sobą „chłopięce” i „dziewczęce” punkty widzenia, jakby próbował wyrównywać literackie podziały uwzględniające wyłącznie płeć małych odbiorców. Bywa też, że akcentuje niemal równolegle tory myślenia Kuby i Amelii po to, żeby wskazać źródła niepotrzebnych konfliktów.

„Nowa szkoła” jest w pewnym stopniu powieścią adaptacyjną. Dzieci trafiają do obcego sobie środowiska – muszą odnaleźć miejsca dla siebie w zgranej już społeczności. W takich warunkach wyostrzają się rysy charakteru drugoplanowych postaci. Albert jako socjopata nie radzi sobie z opanowaniem szkolnych zasad towarzyskich i bezwiednie naraża się kolegom oraz nauczycielom. Mi z kolei wykazuje naturalne talenty przywódcze: wie, jak osiągnąć upragniony cel. Powraca tu motyw stały w tego typu historiach: szkolni prześladowcy. Kuba który wydaje się momentami młodszym bratem Felixa, przekonuje się, jak trudny bywa los „nowych”. Do tego Rafał Kosik dodaje wątek nieporozumień między nim i Amelią oraz… poważnego rywala, który za nic ma zasady uczciwości.

W ogóle Rafałowi Kosikowi udaje się tu zamieścić całkiem sporo ważnych nie tylko dla młodych odbiorców typów postaci: uzasadnienie – zmiana otoczenia – pozwala dostrzec z całą wyrazistością płytkość umysłową materialistek i bufonadę żądnych władzy. Kosik nie zawsze oskarża: syn Bardzo Ważnego Dyrektora na przykład musi podporządkowywać się zaleceniom ojca, co czyni z niego podwójną ofiarę. Autor przemyca kilka krzepiących uwag zamiast pocieszenia dla odbiorców: wredna dyrektorka to dobra szkoła życia. Bohaterowie przejmują się tym, co najważniejsze: relacjami interpersonalnymi, nie przejściowymi kłopotami w nowej szkole. Tematów Kosik porusza mnóstwo, każdego absorbują inne sprawy, więc „Nowa szkoła” na pewno nie będzie dzieci nudzić. Jest w tej powieści echo Niziurskiego, ale i elementy, za które młodzież pokochała serię o Felixie, Necie i Nice. Jest wreszcie pełne zrozumienie młodych ludzi, ich podstawowych zmartwień i lęków. Kosik nie zamieni się w pełną dobrych (i nieprzydatnych) rad panią pedagog – on rzeczowo podpowie, jak się zachować w trudnych sytuacjach. Nie będzie karmić banalnymi frazesami – więc dzieci mogą się poczuć docenione tym cyklem.

Nie byłby ten autor sobą, gdyby nie wprowadził do lektury licznych żartów. Gra i z wytworami popkultury, i z życiowymi zmartwieniami (alergia na sierść u miłośniczki zwierząt). Dowcip przesyca tę książkę i czasem również kamufluje wskazówki czy porady. Kosik dba o to, żeby młodzi odbiorcy nie traktowali czytania jak kary – proponuje tom lekki i wciągający. Do tego może wpleść w narrację cały szereg trudniejszych pojęć (razem z ich wyjaśnieniami w przypisach). To najlepszy sposób dyskretnego edukowania czytelników. Rozrywkowa lektura nie traci swojego charakteru, zyskuje za to dodatkowy atut. Rafał Kosik stara się walczyć ze zubażaniem języka – nie teoretycznymi rozwiązaniami a praktyką (chociaż Mi prowadzi dla siebie słowniczek trudniejszych pojęć, czytelnicy Kosika nie muszą kopiować tego sposobu: mogą po prostu cieszyć się czytaniem o przygodach Amelii i Kuby.

Dużo się tu dzieje na płaszczyźnie obyczajowej i w sferze uczuć, bo autor nie zapomina o tym temacie, do którego dzieci jeszcze się nie przyznają. Pisze prościej niż w FNiN (i szybciej zamyka rozdziały) – a nie ma się wrażenia, że obniża poziom, by dostosować się do wieku odbiorców. Ten autor także młodszym czytelnikom pokazuje, jak ważna jest troska o literaturę czwartą. Jego podejście procentuje znakomitymi lekturami.

niedziela, 30 listopada 2014

Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów

Powergraph, Warszawa 2014.

Samotność

Izoluje Rafał Kosik swoich bohaterów od szeregu postaci, które dotąd na co dzień towarzyszyły Felixowi, Netowi i Nice. Rodziny, koledzy i nauczyciele – każdy z indywidualnymi cechami i barwną osobowością – tworzyliby wygodną warstwę ochronną przed lękami. Samotność jednak uruchamia wyobraźnię, a ta w przypadku horroru jest przecież niezbędna. W tomie „Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów” samotność zamienia się w uderzającą ciszę. Tym bardziej, że przyjaźń nastolatków zostaje tu wystawiona na ciężką próbę. Jest jeszcze inny powód wydzielenia bohaterów z ich zwyczajnego środowiska: autor chce, żeby książkę dało się czytać niezależnie od innych tomów z serii, podobnie jak kolejne opowiadania. „Klątwa Domu McKillianów” przypomina zresztą momentami rozbudowane opowiadanie.

Podczas wakacji Felix, Net i Nika wybierają się do Szkocji z rewizytą. Zaproszeni przez Angusa, korzystają z szansy na nietypową wyprawę, na którą w żadnym innym wypadku nie mogliby sobie pozwolić. Radość z wycieczki Felixowi psuje nieobecność Laury. Nastroje w grupie psują się na skutek niefortunnej pomyłki Neta, a na miejscu przyjaciele nie zastają swoich kolegów. Nocami po posiadłości McKillianów grasują dziwne stwory, a kamerdyner i pokojówka, a potem i wuj Angusa, skrywają jakąś tajemnicę. Telefony tracą zasięg, nie można połączyć się z internetem i nie wiadomo, jak się zachować w obliczu nieprzewidzianych trudności. Rafał Kosik tym razem stawia na atmosferę. Owszem, na początku tomu wprowadza kolejny wynalazek – ale już wkrótce zrezygnuje z zabaw technologicznych, wyjątek robiąc jedynie dla samochodów. Tajemnicza aura pasuje bardziej do klasycznych elementów horrorów – pojawią się więc stare nagrobki, listy sprzed wieków, nierozwiązane zagadki i przybysze z zaświatów. Na wyobraźnię autora oraz czytelników mają działać miejscowe wierzenia, odmienne zwyczaje a nawet kapryśna pogoda. Spowita mgłami Szkocja tworzy idealną scenerię do mrożącej krew w żyłach opowieści.

Zmiana nastroju okazuje się wygodna dla samej książki. Kosik może wyraźnie rozgraniczać części komiczne i „straszne” – po wprowadzeniu nie wraca już do zwyczajności, jakby obecność bohaterów poza granicami Polski stanowiła automatyczne przejście do świata wyobraźni. Kiedy przychodzi czas na strach, autor oddala śmiech – eksperymentuje z gatunkiem, nie chcąc zanudzać młodych czytelników powtarzalnymi motywami. Ale Felixa, Neta i Nikę czekają tym razem rozmaite przykrości. Do najpoważniejszych należą wzajemne spory. Towarzystwo dotąd niemal jednogłośnie podejmujące decyzje, rozbija się na grupki. Nagły brak porozumienia (i zrozumienia) potrzeb innych) owocuje wzajemnymi krzywdami i szeregiem pretensji – i trzeba Kosikowi przyznać, że to o wiele ciekawsze niż obrazki szczęśliwie zakochanych lub jednomyślnych postaci.

Rafał Kosik nie rezygnuje z humoru. Przypomina sobie od czasu do czasu o Manfredzie, niezawodnym powieściowym ironiście. Rozbawia dzięki strachliwości i skłonnościom do paniki Neta, ale proponuje też cały szereg dowcipów sytuacyjnych, ładnie wkomponowanych w akcję. Wykorzystuje nowe przestrzenie do budowania nowych żartów. Wie, za co uwielbiają go młodzi odbiorcy, ale nie zamierza powtarzać raz sprawdzonych rozwiązań. „Klątwa Domu McKillianów”, w odróżnieniu od poprzednich książek cyklu, jest jednak dużo bardziej statyczna. Autor sporo miejsca poświęca na opisy (oddające grozę sytuacji lub po prostu inność przestrzeni), trochę kosztem akcji. Odczucia i wrażenia nastolatków są tu ważniejsze niż przygoda.

Za każdym razem Rafał Kosik próbuje swoim czytelnikom zaproponować inny fabularny rytm powieści i nawiązania do różnych gatunków. W „Klątwie Domu McKillianów” bardzo zwalnia tempo, ale jednocześnie funduje odbiorcom silne emocje i celne przesłania. Tym razem oryginalność ma zapewnić sama zmiana miejsca wydarzeń i usunięcie z horyzontu znanych już towarzyszy dzielnej paczki.

środa, 21 maja 2014

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Godzina duchów /// Kuba i Amelia. Godzina duchów

Powergraph, Warszawa 2014.

Dwie książki

Niezbyt często autorzy wykorzystują pomysł na książkę podwójną, jedną historię opowiadaną z dwóch perspektyw. Zwykle sprowadza się to do przeplatania rozdziałów z subiektywnymi i przeciwstawnymi narracjami (a każda z narracji popycha akcję do przodu). Rafał Kosik zdecydował się na dwie pełnowartościowe książki, opowieści, które można czytać niezależnie od siebie, ale dopiero razem ujawniają całą prawdę w relacjach między bohaterami. Zapewnia tym samym odbiorcom nie tylko aktywną lekturę, ale i rodzaj uczestniczenia w tworzeniu historii. To zintensyfikuje przeżycia czytelnicze i powinno spodobać się dzieciom – jako oryginalny zestaw przygód z różnych ujęć.

W obu przypadkach rozwiązywana jest jedna i ta sama zagadka. W apartamentowcu zwanym Zamkiem pojawiają się dziwne zjawy. Część z nich przypomina zresztą do złudzenia mieszkańców domu. Zjawy potrafią przenikać przez ściany, ale nie wydają się groźne. Zwłaszcza że bohaterowie działają razem, by odkryć ich tajemnicę. Amelia, jej młodszy brat Albert, Kuba i jego mała siostra Mi tworzą zgrany zespół – dzięki współpracy dokonują rzeczy niemożliwych i przeżywają szereg zaskakujących przygód – niecodziennie w końcu poluje się na duchy nowej generacji. Najpierw jednak Amelia i Kuba muszą się poznać, a to okazuje się dosyć trudne.

Rafał Kosik stworzył cztery postacie o wyrazistych charakterach i zdolnościach. Amelia pięknie rysuje, Kuba ma zdolności techniczne (w odróżnieniu od ojca). Albert nie potrafi nawiązywać społecznych relacji, za to jest do bólu logiczny i świetnie zdaje sobie sprawę z popełnianych przez innych błędów „towarzyskich”. Mi to urodzona ironistka. Otoczenie postrzega przez kąśliwe poczucie humoru, nie stroni od złośliwości, a własne słownictwo wzbogaca, notując zaobserwowane wyjaśnienia co trudniejszych określeń. Dzieci nie są naiwne, właściwie nie mają wieku, Kosik nie infantylizuje ich, a pozwala na samodzielność. Oczywiście różna jest skala poruszanych problemów – raz Amelia cierpi przez nieprzemyślane zachowanie wobec nowo poznanego chłopaka, raz wszyscy ratują pewnego starego profesora z doskonale znanego starszym odbiorcom Instytutu Badań Nadzwyczajnych.

Kosik zagląda do dwóch mieszkań. W tomie „Amelia i Kuba” przedstawia tylko rodzinę Amelii, Kuba pojawia się rzadko i bez głębszych analiz, a już na pewno bez przemyśleń i odczuć. Tu autor koncentruje się na doświadczeniach i obserwacjach dziewczynki. Amelia dużo rysuje i na obrazkach próbuje metaforycznie przedstawiać własną historię – opisy rysunków są typowo dziewczyńskie i zajmują w tomie sporo miejsca, podobnie jak analizy przeżyć i rozbudowane przemyślenia. W „Amelii i Kubie” narracja toczy się dość spokojnie i nakierowana jest na wnętrze bohaterki. Owszem, Amelia również przeżywa kilka przygód spoza podstawowego nurtu fabuły – ale są one mniej ekspresywne niż analogiczne doświadczenia z domu Kuby. Akcję w tomie ożywia jej brat, mały geniusz i urodzony logik – wprowadza on do opowieści mocno realistyczne spojrzenie – tak rzeczowe, że aż nierzeczywiste (nawet w wykonaniu dorosłego, a co dopiero mówić o dziecku). W tomie „Kuba i Amelia” dzieje się nie tyle więcej, co – inaczej. Rodzina Kuby przeprowadza się do Zamku. Tata, dyrektor kreatywny, stara się wykonywać drobne prace remontowe, co mu zupełnie nie wychodzi. Mi sarkastycznie komentuje otoczenie. Zanim dojdzie do wspólnego działania, wydarzy się sporo ciekawych rzeczy – i to niezależnie od siebie w obu rodzinach (więc i w obu tomach). Potem akcja przyspieszy.

Narrator w każdej z książek towarzyszy jednemu bohaterowi (i jego otoczeniu), zna jego myśli i odczucia, ale nie może zestawić ich z przeciwną stroną. Tego dokonać mogą czytelnicy po porównaniu obu książek. Tak jedynie mają szansę powyjaśniać się liczne zagadki. Same w sobie w „pojedynczej” lekturze nie zaprzątają niepotrzebnie myśli czytelników – funkcjonują jako autorskie zabawy dopiero po otrzymaniu lekturowego wyjaśnienia. W ten sposób Rafał Kosik nie zmusza dzieci do sięgania po równoległą historię – i bez uzupełnień gwarantuje ciekawą opowieść. Powtarza w obu tomach krótkie fragmenty tekstu – co wynagradza zupełnie różnymi kontekstami. Tworzy dwie odmienne relacje. Ważne, że forma nie dominuje nad treścią – Kosik operuje motywami naturalnie, nie sili się na oryginalność i wcale nie musi uciekać się do podstępów, żeby zachęcić dzieci do czytania. Na poczuciu humoru tego autora można polegać – „Godzina duchów” w wersji z perspektywy Kuby bawi do łez, w wersji Amelii – śmieszy. Kosik ponownie pokazuje, jak pisać dla młodych wymagających odbiorców.

wtorek, 24 grudnia 2013

Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy

Powergraph, Warszawa 2013.

Poszukiwania skarbów

Rafał Kosik nie chce wpadać w koleiny literackie i schematy powieści dla młodzieży – i z tego też powodu testuje wpływy rozmaitych gatunków na fabuły „Felixa, Neta i Niki” Sięgał już po s-f i horror, po powieść drogi, a w najnowszym tomie „Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy” powraca do klasyki powieści przygodowej i nieco rozbudowuje wątki sercowo-psychologiczne, urozmaicając wszystko domieszką kryminału.

Zupełnie nietradycyjny jest tu natomiast rozkład akcentów. W pierwszej części tomu autor proponuje satyryczne spojrzenie na polską szkołę z jej rozmaitymi wadami i poziomem niedorównującym europejskim standardom. Powtarza to, co od dawna nie jest tajemnicą dla kolejnych pokoleń uczniów, zżyma się na postawy złych nauczycieli, krytykuje zacofane wymagania. Zestawia ten obrazek z wizytą zagranicznych gości – co pomaga mu w odmalowaniu różnic kulturowych. Kiedy goście wyjeżdżają, zupełnie zmienia się tematyka i klimat. Felix, Net i Nika chcą szukać skarbu w Czerwonej Hańczy – przygotowują w tym celu specjalnego robota i zamierzają użyć go podczas klasowej wycieczki. Ich wyobraźnię podsyca legenda jeziora. Nie ma tym razem zewnętrznego wroga, którego trzeba pokonać: trudność pojawia się po przekształceniu wycieczki w szkołę przetrwania. Żeby nie infantylizować historii, Rafał Kosik proponuje jeszcze kryminalną tajemnicę: znika Zosia, koleżanka bohaterów – a w mediach głośno jest o porwaniu gimnazjalistki. Wszystko opiera się na niejasnych domysłach i fałszywych tropach, zatem czytelnicy nie będą mogli prowadzić własnego śledztwa.

Kosik powraca do tematów z klasyki literatury przygodowej i… wiedzy harcerskiej. Tym razem talenty Felixa przydają się w prymitywnych warunkach, a gimnazjaliści uzmysłowią sobie, jak bardzo dostęp do internetu ogranicza ich umiejętności działania w kontakcie z przyrodą. Autor, jak zwykle, nie stroni od ostrych ocen rzeczywistości. Są tu przebiegli dziennikarze, którzy prowokują medialne tragedie i manipulują ludźmi, są chciwi politycy, a także krytyka pracowników szkoły. Ale obok satyry rozwija Kosik dość mocno wątki obyczajowe: po raz pierwszy rozdziela superpaczkę i sugeruje jej członkom nowe towarzyskie pokusy. Pokazuje czytelnikom, jak działa mechanizm zauroczenia, wprowadzając odrobinę niepewności do tematu, który wydawał się pewnikiem.

Nie zabraknie w tej książce humoru. ą tu i błyskotliwe oraz dowcipne dialogi, i komiczne sytuacje, autor pozwala postaciom na cięte riposty, lub podbija komizm odbiegającymi od normy zachowaniami: dowcip wzbogaca całą narrację, ale jest też ważnym składnikiem w konstrukcji charakterów. Kosik dba o to, żeby nie zrobiło się nudno: poza zabawą proponuje odrobinę grozy, maleńkie fragmenty rodem z zapowiedzi horroru, wrażenia płynące z niedookreślonych a złowieszczych przeczuć czy z niespodziewanego odejścia od cywilizacji. Nie ma tu zbyt wielu „technicznych” opisów, autor wybiera raczej strategie survivalowe, dając odbiorcom odpocząć od szczegółów konstrukcji robotów czy – od praw fizyki. Uczy ich za to, jak poradzić sobie bez elektronicznych ułatwiaczy życia i przedstawia rzeczywistość, która jeszcze dwie dekady temu nikogo by nie zdziwiła. W ten sposób wypracowuje sobie dystans do logiki współczesnego świata, a odbiorcom zapewnia chwilowe od niego wytchnienie. Po wędrówkach przez światy alternatywne pojawia się powieść, która jest prawie pozbawiona fantastyki (co nie znaczy, że uboższa w przygody). Autor nie musi wciąż poszukiwać futurystycznych rozwiązań, powrót do normalności także może obfitować w atrakcje. „Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy” to mimo wszystko tom spokojniejszy niż poprzednie części cyklu.