* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miron Białoszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miron Białoszewski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lutego 2012

Miron Białoszewski: Tajny dziennik

Znak, Kraków 2012.

Zachwycenie

Zapisany jako „hasło dla siebie” żartobliwy rozkaz „obejrzałeś kawał świata? To się z niego wyprowadzaj” wieńczy ostatni list do Eumenid Mirona Białoszewskiego i jednocześnie jest jednym z akapitów zamykających obszerny (przeszło 920 stron) i wyczekiwany „Tajny dziennik”. Nie bez racji publikację tę reklamuje się jako wydarzenie literackie 2012 roku – niewiele jest chyba tomów, na które odbiorcy czekaliby równie niecierpliwie. A i lektury dostarcza Białoszewski niebanalnej, mimo że zaskoczeń stylistycznych tu nie będzie: to styl znany choćby z „Chamowa”.

Wydaje się, że forma dla wielu pisarzy funkcjonująca na pograniczu codziennego, zwyczajnego i – by tak rzec – „przyziemnego” życia u Białoszewskiego staje się tego życia centrum. Tu nie ma przypadkowych i skrótowych notatek dla pamięci, które poza sygnalizowaniem uczestnictwa w zwyczajnej krzątaninie nie przynoszą nic atrakcyjnego dla postronnych, nie ma też przewagi refleksji autotematycznych i dopisków do poszczególnych utworów. W „Tajnym dzienniku” Białoszewskiego toczy się życie, obserwowane i chłonięte z nieustannym zachwyceniem. Poeta Miron przywraca czytelnikom wyczulenie na słowo skrywające się w zwykłych wydarzeniach, notuje zasłyszane frazy i fragmenty dialogów, pozwalając im funkcjonować bez zbędnego komentarza. Chętnie posługuje się telegraficznym stylem, skracając własne frazy lub przejawiając naiwne zadziwienie niezbyt często używaną formą gramatyczną, pozostawioną dla przyjemności językowej zabawy. Ale przede wszystkim w „Tajnym dzienniku” najważniejsi są inni, bliscy Białoszewskiemu ludzie. To o nich cała ta historia. W odróżnieniu od znanych już dzienników literatów, Białoszewski w swoim diariuszu odrzuca solipsystyczne rewizje, o samym sobie pisze tylko wtedy, gdy nie spotkał się z innymi lub gdy zetknął się z czymś wartym utrwalenia. Z rzadka rozwodzi się nad własnymi pomysłami i postawami, zdarza mu się zapisywać sny – ale i w nich widać fascynację ludźmi i życiem jako takim. W tym rytmie toczy się cały „Tajny dziennik” – zestaw kompletnych obserwacji, spostrzeżeń i analiz, próba zbudowania obrazu siebie przez pryzmat otoczenia. Tu nie ma hierarchii ważności ludzi: przyjaciele i rodzina czasem ustępują miejsca sąsiadom i dozorcy, który szczególnie lubi pisemnie przekazywać wiadomości. Dialogi zasłyszane na ulicy mogą być bardziej istotne niż dysputy „trzech uczonych bab”. Świat w „Tajnym dzienniku” nie kręci się wokół Białoszewskiego – nie ma tu skrupulatnie odnotowywanych pomysłów na wiersze czy opracowań. Autor o wiele częściej pochyla się nad twórczością Jadwigi Stańczakowej. Nie stara się też kreować na animatora kultury: nie celebruje wyjść do teatru czy kina, nie tworzy minirecenzji lektur – całkowicie pochłania go zachwyt nad zwyczajnym życiem.

Na pierwszym planie plasują się najbliżsi Białoszewskiemu ludzie. Ich problemy i troski włącza autor do swojego rytmu życia, przeżywa ich błędy i komentuje decyzje – a czasem tylko relacjonuje wydarzenia, które nie były jego bezpośrednim udziałem. Jawi się jako troskliwy opiekun, prowadzący jak najbardziej zwyczajną egzystencję. Co pewien czas przedstawia wydarzenia z zewnątrz, rzeczywistość wkracza do jego zapisków, jednak nigdy na prawach sensacji, nawet jeśli notatki dotyczą sytuacji dramatycznych. Białoszewski pozwala sensacjom przefiltrować się przez spojrzenie społeczeństwa i dopiero wprowadza je do relacji własnej. Ślady codzienności właściwej niemal każdemu mieszkańcowi Warszawy drugiej połowy XX wieku są tu bardzo wyraźne i prezentowane z całą szczerością, bez upiększania, ale też i bez większej ekscytacji. Nieco inaczej rzecz ma się z prezentowaniem spraw bliskich – tu pojawiają się głębsze analizy i próby zrozumienia konkretnych zjawisk. Wydaje się chwilami, że Białoszewski żyje zwykłymi zmartwieniami innych. Do tego dochodzą jeszcze zwierzenia składające się na codzienność – uwaga, jaką Białoszewski poświęca wstawionemu na klatce schodowej na wyższym piętrze oknu świadczy najlepiej o wyczuleniu na zwykłość. W tym wszystkim zwierzenia osobiste także stają się mniej emocjonalne – z tego wyłączane są jednak obrazy śmierci – ojca Jadwigi, a potem i rodziców Białoszewskiego. Najbardziej medialny temat homoseksualizmu twórcy istnieje tu w czasem bardzo odważnych wyznaniach, ale też ulega stonowaniu w kontekście całości przyjmuje się go po prostu za jedną ze sfer zwykłego życia, nie mniej i ni bardziej ciekawą niż inne.

„Tajny dziennik” przybiera dwie formy rejestrowania codzienności. Pierwszą jest dialog. Białoszewski bez przerwy cytuje zasłyszane frazy i rozmowy, przytacza wymiany opinii, które są interesujące ze względów treściowo-poglądowych lub formalnych. Nie zawsze to fragmenty wyraziście puentowane, zdarza się, że służą jako ilustracje i ich sens wyłapać można przy dalszej lekturze. Autor nie komentuje przeważnie tych cytatów z rzeczywistości, licząc na to, że same dla siebie stanowić będą wystarczające wyjaśnienie. Zapewnia tym samym stałe uczestnictwo w swoim życiu i bliskość, jakiej nie dałyby żadne opowieści. Przytacza słowa innych, jakby w ten sposób chciał im zapewnić stałe trwanie – w pamięci i w literaturze. Czasem zdradza w dzienniku opinie jednych ludzi na temat innych, czasem sam tych innych ocenia (Marię Janion, zwaną profesor Misią, charakteryzuje jako tę, która nigdzie nie umie trafić i ciągle się gubi, zaangażowanych w życie kulturalne Śląska z pewnością ucieszy przenikliwy – choć krótki – portret Tadeusza Kijonki), jest wciąż głodny towarzystwa i przez zapisywanie rozmów próbuje zachować obecność ludzi na dłużej. Przy okazji niejako udowadnia, jak wiele materiału literackiego kryje się w kolokwialności.

Drugim sposobem chwytania chwili są rozbudowane opisy. Białoszewski unika krótkich notatek, jeśli już jakiś temat go zaintryguje, rozpisuje się chętnie – tyle że stosuje mało rozbudowane zdania, w stylu znanym choćby z „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego”. W analizach zachowań jest przy tym szczery sam ze sobą, nie próbuje nic ukrywać ani tłumaczyć się z własnych wyborów. Nie zostawia tematów do rozwinięcia na później. Przy tym stawia na konkret, rezygnując z filozoficznych rozważań, „Tajny dziennik” jest zakorzeniony w konkrecie, w różnych jego przejawach.

Autotematyzm jest tu więc stosunkowo rzadki, a jeśli już istnieje – to w ramach niewielkich fragmentów wypowiedzi. „Tak to dziennik jest żywą powieścią, w której ja i inni jesteśmy bohaterami niewiedzącymi, jak i co będzie jutro, za godzinę”. Drobne uwagi o przyjemności pisania są dodatkową nagrodą dla czytelników. Trochę tu refleksji o roli słów w poezji i prozie, a i o samej wrażliwości na świat. Chociaż autotematyzmu jest w „Tajnym dzienniku” mniej niż życia, kiedy się już pojawia – zaskakuje i celnością, i przenikliwością, i odkrywczością.
Trzeba tu wspomnieć o wysokiej jakości edytorskiej – tom przygotowany jest z najwyższą starannością, rozszyfrowane zostały występujące w nim postacie i nawiązania międzytekstowe, wszystkie luki w tekście – zaznaczone i odnotowane w przypisach. Ale to przecież zrozumiałe przy opracowaniu jednego z ważniejszych dzienników w polskiej literaturze.


(premiera książki: 20.02.2012)

wtorek, 24 listopada 2009

Miron Białoszewski: Chamowo

PIW, Warszawa 2009


Poezja mrówkowca

Dwa co najmniej są elementy, które do „Chamowa” Mirona Białoszewskiego przyciągają, które uwodzą i zamieniają zwykłe codzienne zapiski w lekturę pasjonującą. Jeden z tych elementów to przeniesiona z wierszy idea obrotów rzeczy – Białoszewski najzwyklejsze wydarzenia i przedmioty oświetla z wielu stron, co wpływa na jakość jego obserwacji i wydobywanie z mroku szczegółów, które normalnemu poznaniu umykają. Tendencję do uważnego spoglądania w „Chamowie” przekazują proste dialogi, drobne i nieistotne odkrycia, a nawet sposób prowadzenia narracji. Drugim elementem – zachętą do przeczytania książki – są metatekstowe i autotematyczne wstawki, komentarze dotyczące literatury, języka i materii utworów. Miron Białoszewski odsłania tajniki warsztatu powoli i ostrożnie, poglądy na literaturę trzeba po kawałku odbudowywać, łącząc w jedną całość porozrzucane po diariuszowej opowieści fragmenty zdań i akapitów. Uderza w publikacji prostota i oczywistość nagle wyrażonych prawd, myśl, która stanowi zagadkę dopóki nie zostanie wypowiedziana. Kojarzy Białoszewski podczas spaceru po lesie: „Ileś lat temu chciałem pisać wiersz o lesie. Wydało mi się to wtedy trudne. Nie napisałem. Te układy kroplowe, poziome, korytarzowe. Teraz wydało mi się to łatwe. Więc też nie napisałem”.
„Chamowo” udaje zwyczajne codzienne notatki, tymczasem szkielet książki Mirona Białoszewskiego tworzy właśnie specyficzna poetycka wyobraźnia, a może też – metoda oglądania świata. Nie przypadek rządzi uwagami z dziennika, tylko przekonanie o słuszności poetyckiego credo. Swoiste porządkowanie najbliższej przestrzeni, a w konsekwencji i przyzwyczajanie się do niej, oznacza w „Chamowie” odmienność stylu i narrację swojsko-egzotyczną, pozornie zbliżającą autora i czytelników (za sprawą całej serii pobocznych doświadczeń, szkicu życia w blokowisku w czasach PRL), w rzeczywistości zdradzającą przenikliwość umysłu poety. W „Chamowie” sporo jest chwytów z „Pamiętnika z powstania warszawskiego”, choć za zmianą tematyki podąża uspokojenie „rwanego” dawniej rytmu opowieści, zdarzają się i tu partie tekstu bezlitośnie poszatkowanego, imitującego zmienność, ruch czy chaos poznawczy. Białoszewski dyktuje rodzaj i sposób lektury, rządzi i steruje odbiorem, a przecież nie odwołuje się do wymyślnych metafor czy stylistycznych ozdobników – wręcz przeciwnie: ucieka od kwiecistości w kierunku prostoty. W „Chamowie” nie ma odstępstwa od pisarskiej filozofii realizowanej w innych utworach.
Szczególnie przypadło mi tu do gustu odkrywanie zamaskowanych puent. Lapidarność przytaczanych rozmów i przecinanie relacji w (niby) zwykłym miejscu otwiera czytelnikom drogę do lekturowej zabawy. Okazuje się bowiem, że większość przypominanych przez twórcę dialogów kryje drugie dno – interpretacja odpowiednich partii książki prowadzi natomiast do odszyfrowania celu konkretnego zabiegu. Pytanie, czemu służą banalne na pierwszy rzut oka rozmowy i notatki to klucz do przyjemności lekturowej. Dopiero odczytywanie głębszych warstw dzieła pozwoli się rozsmakować w „Chamowie”.
Tworzą tę książkę także – i w dużym stopniu – ludzie. Białoszewski odsłania odrobinę prywatności, pisze o codziennych spotkaniach, wizytach i kontaktach – bez sentymentu i, jak się wydaje, bez większych emocji. Dopiero dystans umożliwia autorowi stawianie diagnoz czy docieranie do sedna międzyludzkich relacji: „Na ulicy nieraz wpadnięcie na siebie zdań, słów, trzask i rozlecenie. Albo przelecenie przez siebie – dwa powietrza. W kiosku ja kogoś. Ktoś mnie o coś. Brak sposobu. Ludzie z innych planet”. Mało kto tak jak Białoszewski potrafi wydobywać na światło dzienne specyfikę rzeczy istotnych przez przedstawienie ich w stylu, który sugerowałby błahostkę. Urok „Chamowa” wiąże się między innymi z próbą uchwycenia sensu – i zakodowania go na powrót w formie, która może zwodzić, mimo zewnętrznej prostoty. „Chamowo” ma wiele faktur – chropowatość życia w mrówkowcu (opisana potocznym językiem), trudy przystosowania się do nowego środowiska – wszystko z czasem zostaje wygładzone i obłaskawione.
Czytam Mirona Białoszewskiego zawsze z tym samym uczuciem olśnienia, z zachwytem nad celnymi ujęciami nieuchwytnego. W „Chamowie” pojawia się więcej gotowych do zanalizowania czy choćby omówienia płaszczyzn, dziś jednak wymienione tu wydają mi się najważniejsze.