* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 11 lipca 2015

Bajki Charles'a Perraulta. Oprac. Jolanta Sztuczyńska

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Klasyka

W serii bajek-skarbów z dziecięcych biblioteczek Nasza Księgarnia publikuje teraz zestaw znanych dzieciom historii – pod wspólnym tytułem „Bajki Charles’a Perraulta”. Nie są to jednak klasyczne baśnie, a ich adaptacje – opowieści dostosowane do wieku dzieci i już od dawna kulturowo złagodzone. Wydawnictwo zresztą przyznaje się do takiej decyzji paradoksalnie, okrojenie wątków dotyczących zła i przemocy spotka się z uznaniem czytelników – wiadomo przecież, że spore grono rodziców woli dzisiaj podsuwać swoim pociechom opowieści wolne od lęku i brutalności. Jolanta Sztuczyńska, autorka adaptacji, doskonale zna się na swoim fachu: nie wycina z baśni do końca obecności czarnych charakterów czy kar za złe zachowanie, nie okalecza bajań – za to prowadzi opowieści tak, by uwagę dzieci skupić na elementach wartościowych. Nikogo nie straszy, zapewnia jednak dawkę wrażeń niezbędną do tego, by czerpać przyjemność z przeżywania lektury.

Sięga Sztuczyńska po baśnie i motywy znane bardzo dobrze – przytacza opowieść o Kopciuszku i Czerwonym Kapturku, o Śpiącej Królewnie i o Kocie w Butach. Są tu i wątki mniej rozpoznawalne, na przykład Fiks z Czubkiem czy Ośla Skórka. Historii w tomie zmieściło się dziesięć, w sam raz, by zapewnić dzieciom niezapomnianą wyprawę do świata baśni. Prezentowane tu fabułki oczywiście wiele razy i w różnych opracowaniach pojawiały się na rynku wydawniczym. Sztuczyńska także próbuje im nadać rys indywidualizmu, a to za sprawą serii krótkich piosenek i przyśpiewek, którymi bohaterowie chętnie wypełniają czas. To sposób na urozmaicenie wspólnej lektury, a i mimochodem nawiązanie do klasycznych słuchowisk. Dzieciom spodobają się proste rymowanki ubarwiające kolejne historie.

W warstwie stylistycznej Jolanta Sztuczyńska stara się zachować urok i klimat baśni. Odrobinę czerpie z twórczości oralnej, z melodyjności i śpiewności tekstu, który dzięki temu może sam się opowiadać. Bardzo dba o jego literackość – o ile w wierszykach posługuje się czasem banalnymi rymami i uproszczeniami, o tyle w prozie okazuje się znakomita. Na różne sposoby próbuje wzbogacić słownictwo małych odbiorców, samą warstwą brzmieniową sugeruje im, że mają do czynienia z baśniami. Mnoży przepyszne opisy i próbuje pobudzać wyobraźnię. Już kilkakrotne wysłuchanie tych bajek znacząco wpłynąć może na rozwój językowych umiejętności dziecka. „Bajki Charles’a Perraulta” w takiej adaptacji przerzucają uwagę z treści na formę – za to dla maluchów, które jeszcze do treści nie zdążyły się przyzwyczaić, będą nawet podwójnie magiczne. Bo przecież oprócz piękna języka są tu jeszcze zapierające dech w piersiach treści. Fakt, że dorośli są już znieczuleni na fabuły tych bajek, nie oznacza, że dzieci będą je przyjmować obojętnie.

Sztuczyńska nie chce niepotrzebnie martwić odbiorców: wilk, któremu leśniczy rozpłatał brzuch, zostanie zaszyty, a kiedy wydarzy się coś złego lub strasznego – nie zajmie zbyt dużo miejsca w narracji. Jest zatem ta książka dobrze przygotowana pod kątem dzisiejszych trendów i chronienia najmłodszych, a jednocześnie nie musi stać w sprzeczności z założeniami Bettelheima. Anna Sędziwy dodaje do publikacji sporo koloru i… odrobinę uśmiechu. Na ilustracjach obok scenek obyczajowych z wybranych momentów baśni pojawiają się bardzo często zbliżenia detali – takie rozwiązania Sędziwy lubi. „Bajki Charles’a Perraulta” są pięknie wydane i stanowią jedną z propozycji zapoznania kilkulatków ze zdobyczami klasyki literatury, zasługują na to, by im się przyjrzeć.

Anita Głowińska: Kicia Kocia na traktorze

Media Rodzina, Poznań 2015.

W pracy

Ponieważ Kicia Kocia chętnie testuje wszystkie nowinki i możliwości, jakie się pojawiają, nikogo nie zdziwi, że pewnego dnia… wsiada na traktor. Mała bohaterka odwiedza wujka na wsi – tam po raz pierwszy ma okazję z bliska obejrzeć nietypowy pojazd. Dowiaduje się, po co wujkowi traktor i dlaczego nazywany jest też ciągnikiem. Potem bierze udział w zbieraniu jabłek – może być z siebie dumna, bo z tym zadaniem dobrze sobie radzi. Dostaje nawet piękny owoc, który z przyjemnością chrupie – mali odbiorcy mogą w tym zakresie pójść w jej ślady.

A po powrocie do domu nie kończą się atrakcje. Kicia Kocia chce wykorzystać zdobytą wiedzę i przedłużyć atrakcyjną zabawę. Razem z Packiem budują sobie ciągnik z kartonów i rurek – kto ma czas, sam może wypróbować tę metodę, bo autorka dość dokładnie rozrysowuje kolejne elementy tekturowej zabawki. Bez wielkiego wysiłku przyjaciele produkują przedmiot znacznie przewyższający poziomem „rozrywkowości” sklepową ofertę. Przecież zabawa trwa również podczas przygotowań, o czym Kicia Kocia się przekona. „Kicia Kocia na traktorze” to książeczka z dwóch powodów ważna. Po pierwsze, przybliża maluchom oryginalny pojazd – pełni funkcję edukacyjną i zarazem zachęca najmłodszych do lektury. Po drugie – podpowiada pomysł na zabawę niewymagającą kosztów. To najbardziej ucieszy rodziców: Głowińska podsuwa sposób na nudę, a do tego potrafi rozbawić odbiorców rozwojem akcji. To, co przeżywa Kicia Kocia, nie jest czymś niezwykłym czy nietypowym – ale dla maluchów dopiero poznających świat to okazja do poszerzania horyzontów i testowania możliwości. Mała bohaterka doskonale się bawi, sprawdzając kolejne elementy rzeczywistości. Tym razem doświadcza czegoś, na co nie wszyscy odbiorcy mają szansę – dlatego też natychmiast podpowiada dostępną każdemu rekompensatę. Wprawdzie traktor z kartonu nie wydaje się aż tak wspaniały jak prawdziwy pojazd, ale wzbogaci zabawy najmłodszych, a to też pomysł nie do przecenienia.

Jak zawsze u Anity Głowińskiej opowiastka o Kici Koci zachwyca stroną graficzną. Autorka proponuje roześmianych bohaterów i żywe kolory, decyduje się na nasycone barwy, żeby przyciągnąć do małej książeczki jak najwięcej kilkulatków. Kusi dzieci nie tylko kolorami, ale również stylem – prostym i z pozoru infantylnym, imitującym naiwność odbiorców. Głowińska oczywiście proponuje tu starannie przemyślane grafiki, chociaż zawsze widać ślady pędzla, nie ma mowy o przypadkowości lub niedopracowaniu. Sporo jest na tych obrazkach elementów, które maluchom wydadzą się naturalne i zwyczajne, a ich rodzicom – piękne ze względu na pozorną surowość. W Kici Koci pomysł na ilustracje staje się ogromnym atutem i wyróżnikiem serii. Kiedy wszyscy zachłystują się możliwościami komputerowych grafik i cyfrowego wygładzania błędów, trójwymiarem i kreskówkowością, Anita Głowińska pozostaje cudownie malarska. Jej Kicię Kocię można polubić także ze względu na dopracowanie wizerunku. A że w cyklu pojawiają się zawsze przyjaciele bohaterki i jej rodzice, można łatwo poczuć się niemal zaprzyjaźnionym z tą postacią. U Kici Koci zawsze jest ciekawie.

Mała bohaterka wychodzi już poza zwykłe codzienne doznania. Każdy tomik przedstawia tylko jedną przygodę, ale Głowińska dba o jej kształt. Nie chce zanudzać czytających dzieciom bajki dorosłych, zamierza też zatrzymać kilkulatki przy cyklu na dłużej. Kicia Kocia to bohaterka, którą będzie się kiedyś wspominać z sentymentem, jako ważny fragment dzieciństwa. To postać wyrazista i potrzebna, wytrzymująca konkurencję na rynku literatury czwartej. Kicia Kocia przydaje się maluchom – z nią łatwiej poznawać rzeczywistość i dowiadywać się nowych rzeczy. Kicia Kocia zapewnia, poza niezbędną wiedzą, również rozrywkę i ciepło – to bohaterka, której rodzice mogą zaufać.

piątek, 10 lipca 2015

Paulina Hendel: Zapomniana Księga. Łowca

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Polowania

Hubert, bohater serii Zapomniana Księga, jeszcze raz trafia do Święcina. Tu dojrzewał, kiedy w niezrozumiały sposób przeniósł się z wycieczki do Luwru prosto w postapokaliptyczną rzeczywistość. W jego egzystencji pojawiła się możliwość zmiany dawnego biegu wydarzeń – chłopak postanawia więc wykorzystać szansę. Do Święcina przybywa jako zupełnie obcy mieszkańcom łowca demonów. O miejscowych wie wszystko, zna relacje między nimi i ich wady – ale musi ponownie przekonać ich do siebie. Tym razem jest bogatszy w doświadczeniach i świadomy tego, co może się zdarzyć. W domu ma cenne znalezisko – księgę ze zgromadzoną wiedzą o demonach. To daje mu pewną przewagę w świecie po katastrofie, od której minęło już siedem lat.

W „Łowcy” Paulina Hendel nie zmienia zasad budowania historii. Łączy modę na groźne stwory z pogranicza światów z… prostym życiem niemal pozbawionym wygód. Hubert przemierza drogi, docierając do malutkich osad – społeczności, w których wszyscy się znają. Wszelkie zdobycze cywilizacyjne przepadły i mieszkańcy muszą sobie radzić powrotem do zapomnianych już umiejętności przetrwania. Do tego wciąż zagrażają im demony: istoty z dawnych podań i legend teraz ożywają i stają się silniejsze niż kiedykolwiek były. Atakują ludzi, którzy wyjdą poza obręb osady, czają się w lasach i jeziorach. Hubert ma dar wykrywania ich obecności, co ułatwia mu pracę łowcy. Jednak nawet on nie wie jeszcze, jakie konsekwencje może mieć zranienie przez demona. Nie dość, że musi raz jeszcze odtworzyć więzi z dawnymi przyjaciółmi, przez cały czas gromadzi nową wiedzę na temat strasznych istot. Tęskni też za ludźmi, których spotykał na swojej drodze i zrobi wiele, żeby im pomóc, nawet jeśli wyprawy ratunkowe grożą poważnymi tarapatami.

Paulina Hendel próbuje połączyć w książce dwie tendencje. Jedną stanowi moda na istoty z rozmaitych wierzeń: tu demony są odpowiedzią na wampiry z powieści paranormal, chociaż bliżej im do dzikich zwierząt niż do ludzi. Są nieobliczalne i śmiertelnie niebezpieczne, dysponują więc nieograniczoną siłą, a to prawdziwe wyzwanie także dla łowców. Drugi motyw to duma ze swojskości. Hendel przypomina odbiorcom o podstawowych potrzebach ludzi, stawia na prostotę i ludowość. Tu nie ma innych opcji do wyboru: katastrofa zniszczyła wszystko, bohaterowie walczą o przetrwanie. Budowanie rzeczywistości na zgliszczach jest dla autorki bardzo wygodne – każda wprowadzona informacja staje się ważna, bo odbiorcy inaczej nie odtworzą sobie powieściowej przestrzeni. Nie ma tu w końcu łączenia wątków czy nawiązywania do codzienności pozaliterackiej. Prostota w organizacji życia pozwala się skupić na tematach sensacyjno-obyczajowych. Sensacyjnych – bo Hubert nie rezygnuje z polowania na demony i ciągle wdaje się w kolejne walki – lub broni znajomych albo wyrusza im z odsieczą. Obyczajowy – bo córka Sołtysa oraz kilka innych panien przebywających w orbicie bohatera wyraźnie sugeruje potencjał romansowej opowieści. Paulina Hendel w „Łowcy” usiłuje stworzyć „polską” paranormal romance, połączyć to, co uznane w gatunku – i w literaturze rozrywkowej – z realnymi choć mało medialnymi regionami Polski. Wysyła bohaterów w miejsca, które dla czytelników niewiele znaczą – a przecież scalają za sprawą sztucznie wprowadzonego lokalnego patriotyzmu. Autorka pozwala czytelnikom spotykać się z bohaterami, którzy nie mają już wiele do stracenia – i którzy muszą podjąć nierówną walkę z demonami dla własnego dobra. W „Łowcy” jednak poziom wiedzy o demonach znacznie się podnosi – co najprawdopodobniej pociągnie za sobą wątpliwości natury etycznej.

czwartek, 9 lipca 2015

Mamen Sánchez: Zupełnie niespodziewane zniknięcie Atticusa Craftsmana

Media Rodzina, Poznań 2015.

Porwanie na żarty

Na rynek polski Mamen Sánchez trafia powieścią „Zupełnie niespodziewane zniknięcie Atticusa Craftsmana” – i od razu może być porównywana do Eduardo Mendozy oraz… do Jonasa Jonassona. Ten sam kąśliwy humor, to samo nastawienie na absurd – i prowadzenie akcji zupełnie swobodnie, bez przejmowania się prawdopodobieństwem i ocenami sytuacji powieściowych. Atticus Craftsman jest potrzebny. Rodzice zgłaszają zaginięcie trzydziestoletniego potomka po pół roku jego nieobecności, a i tak w poszukiwania nie mogą się specjalnie zaangażować ze względu na podjęte wcześniej zobowiązania towarzyskie. Atticus jest też niezwykle pożądany przez pracownice pewnego czasopisma. Obawiają się one, że tracą zatrudnienie – muszą zatem bardzo gorliwie zająć się pracodawcą tak, żeby ten zapomniał o swojej misji. Atticus Craftsman znika dla świata, ale kilka osób wie, co się z nim aktualnie dzieje. Tymczasem inspektor Manchego prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia, próbując się wcielać w literackich bohaterów.

Ta powieść jest przede wszystkim satyrą. Objawia się to w planie treści – rozwój wydarzeń uwarunkowany został nonsensownymi pomysłami i decyzjami bohaterów. Komizm podsycają charakterystyki postaci – część jest marionetkowa i wykonuje ślepo polecenia innych, część zdradza zadziwiającą mechaniczną powtarzalność czynności nieakceptowanych przez środowisko. Każdy, kto pozwala sobie na posiadanie konkretnych planów i celów, staje się śmieszny w swoich dążeniach. Autorka żarty wprowadza oczywiście w opisach, potrafi tak przedstawiać sytuacje, by język narracji był dodatkowym źródłem śmiechu. Wreszcie całość przedstawia jako parodię gatunkową – śmieje się z kryminałów, powieści sensacyjnych i detektywistycznych. Dokłada do tego żarty z obyczajowości i stereotypów. Tu wszystko staje na głowie. Czytelnicy nie muszą zastanawiać się nad tematem zniknięcia Craftsmana – wiedzą, co się z nim dzieje. Śledzą za to konsekwencje nietypowych działań ratunkowych – wymierzonych przeciwko tytułowemu bohaterowi i – żeby go uratować.

„Zupełnie niespodziewane zniknięcie Atticusa Craftsmana” to historia szybka i pełna detali. Autorka buduje akcję z komicznych scenek, potęguje naiwność postaci, żeby mocniej namieszać w powieściowej rzeczywistości. Tu nie można wierzyć w dobre intencje – nikt, kto ofiaruje bezinteresowną pomoc, nie odsłoni przecież prawdziwych zamiarów. Ponieważ w tej historii nic nie dzieje się naprawdę, autorka może sięgać do nieograniczonej wyobraźni i dowolnie manipulować międzyludzkimi relacjami. Im bardziej skomplikowane i nierealne sytuacje, tym lepiej dla akcji. Cała powieść jest właśnie popisem możliwości Sánchez w dziedzinie komplikowania bohaterom życia. Tę historię czyta się z niesłabnącym zdziwieniem, odbiorcy przyzwyczajeni do fabularnej rutyny otrzymają tu pomysły odświeżające i odważne, a do tego także precyzyjnie opisywane.

Tu każda postać miewa inne dziwactwo, nie do przeniesienia na zwyczajne życie. Atticus każde schorzenie leczy herbatą, a inspektor Manchego stara się upodobnić do don Kichota. Wszystko może jednak ulec zmianie, kiedy zdesperowane i gotowe na wszystko pracownice zdecydują się wziąć sprawy w swoje ręce. Chociaż Atticus Craftsman znika bez śladu, nie może narzekać na swój los – tu przecież nic nie dzieje się na poważnie. A autorka udowadnia, że z tematów kryminalnych tak samo łatwo się śmiać jak z wątków romansowych i obyczajowych. Pewne jest jedno: boi się nudy i ucieka jak najdalej od rutyny – odnosi pełen sukces i udowadnia odbiorcom, że komizm nadal jest w cenie.

środa, 8 lipca 2015

Agnieszka Wojdowicz: Niepokorne. Klara

WNK, Warszawa 2015.

Walka o prawa

Chociaż „Niepokorne” odnoszą się do początków ruchów feministycznych, wiele tematów, które Agnieszka Wojdowicz porusza, wciąż zasługuje na uwagę. W drugiej części trylogii, „Klarze”, autorka wplątuje postacie w sprawy historyczne. Tu uwaga odbiorczyń skupia się na dwóch buntowniczkach, Judycie i Klarze. Judyta jest Żydówką i zdaje sobie sprawę z tego, że pochodzenie może utrudnić jej realizowanie marzeń, także tych sercowych. Ta bohaterka boryka się z podwojoną dyskryminacją – jako kobieta i Żydówka nie ma co liczyć na społeczną akceptację. Jednak Judycie daleko do użalania się nad swoim losem. Walka, jaką podejmuje, nie mieści się w schematach myślenia z epoki. Judyta przyjmuje styl życia akceptowany u mężczyzn: znajduje sobie seksualnego partnera i nie zamierza obdarzać go cieplejszymi uczuciami. Jej postawa daje do myślenia nie tylko bohaterom. Z kolei Klara szuka swojego miejsca i najbardziej sprzeciwia się konserwatywnemu ojcu. Nie może zrozumieć jego antyfeministycznych postaw, próbuje więc uniezależnić się od najbliższych. Kłótnie z rodzicami popychają ją w stronę nowych znajomych o socjalistycznych poglądach. Klara zamierza być samodzielna, chce zarobić na swoje utrzymanie (jest dziennikarką i pisze właśnie artykuł o strajkujących robotnicach). Coraz bardziej angażuje się w politykę – nie za sprawą rzeczywistych przekonań, a dla sympatycznych znajomych i wsparcia, jakie od nich otrzymuje. Także Klara ma olbrzymie problemy sercowe: jej ukochany zataja przed nią niezwykle ważną informację, w dodatku w swoim zachowaniu nie widzi nic niewłaściwego. Klara nie należy do bohaterek, które potulnie przyjmują to, co przyniesie im los, a jednak jej protesty na niewiele się zdadzą.

Niezbyt dobrze Agnieszka Wojdowicz ocenia tym razem męski świat. Nawet ci, którzy budzą zaufanie, mają swoje ciemne strony. Autorka daleka jest od sentymentów i rozczulania się nad postaciami. Nie ochrania też kobiet – ale one muszą być silne, nieco szorstkie, samodzielne i pewne siebie na przekór okolicznościom. Dynamizm opiera się tu na relacjach damsko-męskich – ale owe relacje w żaden sposób nie będą idealizowane czy romantyczne. Kobiety chcą decydować o sobie, zarabiać na swoje utrzymanie i wybierać zawody zgodnie z zainteresowaniami. Wciąż zderzają się z konserwatywnym myśleniem. „Klara” pokazuje żmudną walkę o prawa kobiet, próbę zmiany przekonań, a do tego szereg problemów, z którymi mężczyźni, bez względu na czasy i obyczajowość, zmagać się nie muszą.

Agnieszka Wojdowicz momentami dopasowuje psychologię postaci do okoliczności. Zauroczony mężczyzna chce nie tylko ciała, ale i miłości wybranki, bohaterka straci umiejętność bezstronnego osądu sytuacji, gdy zirytowana będzie innymi sprawami. Ale w tej powieści bardziej niż charaktery i kwestie psychologiczne liczą się same działania. Agnieszka Wojdowicz mnoży pułapki i wyzwania, nie zamierza rozpieszczać postaci czy opiekować się nimi. Każe im radzić sobie bez wsparcia i sama obserwuje ciężką walkę. W narracji stara się natomiast odwzorować czasową odległość. Przede wszystkim uwidacznia to w wypowiedziach bohaterów: wszyscy wysławiają się tu elegancko i literacko, mówią z namaszczeniem, nawet jeśli targają nimi silne uczucia. Tę elegancję autorka przenosi również do samych opisów. Nawet gdy odnosi się do szarpiących nerwy spraw, dba o warstwę stylistyczną. Robi to dyskretnie: nie będzie utrudniać odbioru zwykłym czytelniczkom, ale też zasugeruje im odrębność od powieści, w których akcja rozgrywa się dzisiaj. „Klara” to książka, która rzuca inne światło na problemy współczesności – przypomina, że nie zawsze bohaterki mogły być wyzwolone i samodzielnie decydować o sobie.

wtorek, 7 lipca 2015

Dean Karnazes, Matt Fitzgerald: 50 maratonów w 50 dni

Galaktyka, Łódź 2015.

Wyzwanie

Dean Karnazes bardzo szybko ze znanego jedynie maratończykom biegacza przekształcił się w postać, która inspiruje i dokonuje niebywałych czynów w dziedzinie sporu. W „Ultramaratończyku” zdradzał sekrety biegania i opowiadał o swoim życiu. W kolejnej książce – „50 maratonów w 50 dni” z pomocą Matta Fitzgeralda przybliża odbiorcom straceńczy projekt, który udało mu się zrealizować. Dla popularyzowania sportu, przyciągnięcia sponsorów, dla bicia życiowych rekordów – z różnych powodów decyduje się na tak niezwykłe przedsięwzięcie. Chce przebiec 50 maratonów w 50 stanach bez przymusu ścigania się na kolejnych trasach: już samo osiągnięcie celu stanie się niewyobrażalnym rekordem.

Ta książka wyłamuje się z rytmu biograficznego, odnosi się bowiem do zaledwie siedmiu tygodni – spędzonych bardzo intensywnie – ale autor traktuje ją też jako próbę odpowiedzi na najczęściej przez dziennikarzy zadawane pytania. Przedstawia też kulisy „Endurance 50”. Przede wszystkim mówi jednak o pięknie biegania. Bez wielkich słów planuje zarazić innych pasją. Każdy rozdział zaczyna się tu od podania daty, miejsca, trasy czy wysokości nad poziomem morza, a także pogody i szacowanej liczby spalonych kalorii – wszystko po to, żeby przekonać się, kiedy i w jakich okolicznościach autor osiągał konkretne wyniki. Do eksperymentu Karnazes włączył też lekarzy: regularnie poddawał się badaniom krwi i moczu, a analiza została przedstawiona w aneksie tomu.

Rozdziały dotyczące kolejnych maratonów są raczej krótkie i stosunkowo rzadko odnoszą się do samego przebiegu wyścigu. Autor i jego ghostwriter wiedzą dobrze, że nie wolno im zanudzać nawet przypadkowych odbiorców. Dlatego też relację z przedsięwzięcia przedstawiają dwutorowo. Karnazes opowiada o swoich treningach – podejmuje między innymi temat butów do biegania, kontuzji, posiłków czy przygotowań do maratonów. To porady dla tych, którzy chcą biegać i uczyć się od najlepszych – zresztą i sam autor zaznacza, czego i od kogo się dowiedział, podkreślając równocześnie, że nie każda rada i nie w każdych warunkach ma sens. Podpowiedzi „sportowe” to atut tomu: w książce zostały wyróżnione graficznie i dokładnie opracowane, momentami przekuwając opowieść w poradnik. Co ciekawe, nawet laicy w temacie zechcą w pewnym momencie dopytać o szczegóły – „poradnikowe” strony wiele im wyjaśnią. rugi motyw ważny w tej publikacji to inni ludzie. Karnazes nie skupia się na monotonii biegania. Odnotowuje za to, kto zaimponował mu na trasie: raz to lekarz, który na swój pierwszy maraton przyjechał prosto z dyżuru (i z daleka), raz nauczyciel zachęcający dzieci do uprawiania sportu. Ktoś przebiega tylko fragment jednej z tras, ktoś inny decyduje się na kilka maratonów. W biegach z tej książki nie ma rywalizacji, jest za to wspólna pasja. Dodatkowo Karnazes co pewien czas wraca do najbliższych, bez których organizacja całej imprezy nie byłaby możliwa. Pokazuje zaplecze „Edurance 50”. Nie musi budować napięcia: nawet najmniejsza zbagatelizowana kontuzja mogłaby doprowadzić do ruiny przedsięwzięcia. Karnazes jednak nigdy nie traci humoru: pisze tak, jakby bieganie miało tylko dobre strony. W jego ujęciu zresztą ma. A ekipa pomagająca mu na trasie ma swój pięćdziesięciodniowy cel, z przymrużeniem oka też przez autora przedstawiony.

„50 maratonów w 50 dni” to nie tylko propozycja dla entuzjastów biegania. To zbiór ciekawostek, obserwacji z trasy, przegląd ludzkich reakcji w obliczu wielkiego wyzwania. Karnazes z kolejnymi kilometrami – i to w kolejnej książce – ani na chwilę nie przestaje fascynować. Trafi także do zwykłych czytelników.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Chris Bradford: Agent. Zakładniczka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Wyzwania

Tym razem Chris Bradford proponuje młodym czytelnikom serię tematycznie zbliżoną do Cheruba Muchamore’a, chociaż dla uniknięcia oskarżeń o plagiat lekko modyfikuje założenia nowej organizacji. Tak jak w Cherubie, nastolatki zyskują profesjonalne (i wręcz superbohaterskie) przeszkolenie, tak jak w Cherubie ich istnienie trzymane jest w ścisłej tajemnicy i tak jak w Cherubie narażają się na największe niebezpieczeństwa. O ile jednak u Muchamore’a misje polegają na wyśledzeniu przestępców i udaremnieniu ich planów, o tyle u Bradforda zagrożenie do końca jest nieznane: bohaterowie mają być dziecięcymi ochroniarzami i ostatnim punktem obrony, gdyby zawiedli dorośli agenci. Jako dzieci nie wzbudzają podejrzeń, stanowią więc tajną broń w walce z terrorystami. I od początku wiedzą, że w swoich zadaniach mogą stracić życie lub zdrowie – powinni bowiem w ostateczności przyjmować na siebie kule przeznaczone dla osób, które ochraniają.

„Zakładniczka” to pierwszy tom serii Agent. Wypada bardzo obiecująco. Do grona kumpli-ochroniarzy ma dołączyć Connor, świeżo upieczony mistrz kick-boxingu. Connor trenuje sztyki walki i nie waha się, gdy trzeba pomóc słabszym. Jego ojciec zginął na misji w Iraku: nikt z rodziny nie wiedział, że należał do tej organizacji, która teraz chce zatrudnić i przeszkolić Connora. Chłopak już wkrótce dostanie pierwsze bardzo poważne zadanie: ma zostać kumplem-ochroniarzem córki prezydenta Stanów Zjednoczonych. Alicia ma dosyć agentów Secret Service, poważnie ograniczających jej wolność. Chce prowadzić życie normalnej nastolatki i wie już, jak wywieść w pole dorosłych ochroniarzy. Tymczasem islamscy terroryści planują porwać dziewczynę: Alicia nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie niebezpieczeństwo jej grozi.

W pierwszym tomie Bradford musi nakreślić zasady działania organizacji i zmieścić jeszcze jedną pełną misję. Radzi sobie z tym zadaniem: „Zakładniczka” okazuje się powieścią mocną i ciekawą. Na początku wydaje się, że autor chce pozostać w klimatach z Młodego samuraja: skupia się na dynamicznych scenach (w tym scenach walk, szczegółowo opisywanych) – z czasem jednak przechodzi do nowej zwyczajności bohatera i tu już nie szuka sensacji na siłę. W samej narracji stale przechodzi między wątkami: pokazuje albo Connora – w różnych miejscach i z różnymi zadaniami – albo plany porywaczy. W ten sposób trochę sugeruje, co stanie się z bohaterami, a trochę buduje napięcie, nie można mu zarzucić uprzedzania faktów, bo ma dobre pomysły na poprowadzenie historii w konkretnym kierunku. „Zakładniczka” nabiera tempa zwłaszcza w momencie spotkania Connora z Alicią – dobrze, że Bradford nie próbuje budować kampusu na wzór Cheruba, a koncentruje się na tym, co dzieje się po wyjeździe na misję specjalną.

W narracji łączy ten autor fachową wiedzę (w dziedzinach walk), sensacyjność i aktualne polityczne problemy świata – ze zwykłym życiem nastolatków. Alicia marzy o normalności i buntuje się wobec ojca, Connor z kolei tęskni za swoim tatą i chciałby zapracować na jego uznanie. W świecie emocji Bradford okazuje się uważnym obserwatorem – daje czytelnikom książkę, która staje się prawdziwa mimo przejaskrawianej fabuły. Bradford umiejętnie wykorzystuje zapotrzebowanie na rynku na teksty trochę filmowe i nieco zbrutalizowane – ale w tym wypadku popisuje się też sprawnością narracyjną i odwagą w konstruowaniu opowieści. „Zakładniczka” przychylnie nastawi do kolejnych tomów cyklu – jeśli autor podtrzyma ten sposób pisania i zachowa proporcje, może liczyć na wierne grono odbiorców.