* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 6 lipca 2018

Mona Kasten: Trust again. Powieść

Jaguar, Warszawa 2018.

Związek

Dla pokaleczonych psychicznie bohaterek serii Mony Kasten seks bywa wybawieniem. Seks, a później wielka miłość, w tej właśnie kolejności. Niebanalną rolę odgrywa też przyjaźń i tu autorka buduje relacje z marzeń, takie, w których zgrana paczka jest w stanie skrzyknąć się, by zrobić coś dobrego dla kogoś, kto akurat nie radzi sobie z własnymi emocjami. Nie ma tu obrażania się, nie ma pretensji ani terapii szokowych. Każdy dostaje tyle czasu, ile mu potrzebne, żeby uporać się z demonami przeszłości. W „Trust again” Kasten przygląda się relacji Dawn, autorki opowiadań erotycznych i najbliższej przyjaciółki Allie. Dawn do tej pory była podporą dziewczyny, która w ucieczce przed matką zmieniła tożsamość. Ale jak na podporę – ma sporo własnych problemów, z którymi nie może się uporać w samotności. Nie podzieli się też z nikim, bo zwyczajnie boi się odrzucenia. Dawn nie przyzna się przyjaciołom, że chciałaby utrzymywać się z literatury. Nie pozwoli też zbliżyć się do siebie Spencerowi – a to dlatego, że w jej przeszłości skrywa się wielka tajemnica. Spencer tymczasem zachowuje się jak chłopak-ideał. Zawsze wie, co zrobić, żeby odpędzić demony upragnionej dziewczyny, nie daje się podłym nastrojom. Chociaż ma własne problemy – i to niemałe – dodaje otuchy, pociesza, kiedy trzeba, rozśmiesza, błaznuje. Jest w pobliżu, żeby pomóc. Nawet gdy irytuje Dawn, nie daje o sobie zapomnieć. Wiadomo od początku, że tych dwoje jest sobie przeznaczonych – tyle że muszą najpierw znaleźć drogę do siebie, a to nie będzie łatwe, skoro nie chcą rozmawiać o własnych bolączkach.

Spencer jako chłopak z marzeń nie może się łatwo poddać, nie zatrzyma się, dopóki nie zdobędzie serca Dawn. A w dzisiejszej literaturze obyczajowej ciało zdobyć dużo łatwiej niż serce. Sporo seksu poprzedzać będzie zatem zwyczajne porozumienie – nie gotowość do łóżkowych igraszek, a do wyznań w związku z doznanymi krzywdami staje się właściwym wyrazem zaufania. Żeby uniknąć niezręczności czy oskarżeń o idealizowanie pierwszej miłości Mona Kasten przywołuje postacie dorosłe. Chociaż to powieść młodzieżowa, bohaterowie studiują, są od dawna pełnoletni i świadomi konsekwencji swoich czynów. To umożliwia wprowadzanie do narracji scen nasyconych erotyzmem – zresztą Mona Kasten jest w nich bardzo dobra.

W temacie miłości nie dzieje się tu nic nowego. „Trust again” to jednak pokaz prawdziwej przyjaźni, również między Dawn i Spencerem. Przyjaciele bez przerwy stają przed wyzwaniami przedziwnej czasami natury (widok nagiego chłopaka przyjaciółki to mimo wszystko traumatyczne przeżycie, z którym trzeba się zmierzyć, żeby nie zepsuć wzajemnych relacji), są gotowi wiele poświęcić, żeby tylko pocieszyć swoich bliskich. Zastępują rodziny, kiedy trzeba – są gotowi rzucić wszystko i udać się w daleką podróż, żeby pomóc. W tym obrazie przyjaźni nie ma miejsca na niesnaski czy spory o drobiazgi, wiadomo, że można liczyć na zgraną paczkę. I z tym krzepiącym obrazem Mona Kasten pozostawia odbiorców. Tu już nie wolno doszukiwać się infantylizmu, jak w wierze w miłość. To temat, który ma dostarczać pocieszenia czytelnikom i pokazywać, jak zachować się w chwili próby wobec innych. Nie sceny erotyczne i miłosne, a właśnie przyjaźń staje się czynnikiem przyciągającym do serii w największym stopniu. „Trust again” to powieść o znajdowaniu siebie w spojrzeniach innych ludzi.

czwartek, 5 lipca 2018

Wojciech Młynarski: W Polskę idziemy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Mniej znane

Wojciech Młynarski pośmiertnie zyskuje całkiem sporo miejsca na rynku wydawniczym – i może w ofercie publikacji znaleźć coś dla siebie fan artysty, ale i czytelnik, który jakimś sposobem tej twórczości jeszcze nie zna. Po „masowych” książkach (typu „Młynarski. Rozmowy”) będących odskocznią dla wywiadów-rzek („Moje ulubione drzewo”) czy biografii („Dookoła Wojtek”) przychodzi czas na coś dla koneserów, nawet jeśli tytuł nie będzie na to wskazywał. „W Polskę idziemy” to zbiór tekstów, z których spora część nie była do tej pory ogłoszona drukiem, a funkcjonowała albo poza obiegiem książkowym, albo w ogóle nie znalazła się w świadomości odbiorców. Publikacja jest tematyzowana i trudno byłoby z niej wyciągnąć pełny obraz twórczości Wojciecha Młynarskiego – ale koneserom jego satyry bardzo się przyda taki wgląd w teksty mniej wyświechtane i mniej zużyte.

„W Polskę idziemy” to zbiór dość obszerny jak na wydania poezji. Sporo w nim śpiewanych felietonów – tych, które część dziennikarzy chce traktować jako sztandarowy przykład twórczości Młynarskiego. Ale pojawią się i inne dokonania. Nacisk kładziony jest w dużej części na wiersze, w których Polska – w detalach lub adresach – się przypomina. Rozmaite Zdzisie lub uliczki, którymi się poruszają – to punkty wystarczające, by utwór trafił do tego zbioru. W poszukiwaniu polskości chodzi jednak również o wychwycenie charakterystycznej mentalności, zasad działania bądź doświadczeń. Bardzo często Wojciech Młynarski proponuje tu odniesienia do konkretnych wydarzeń: trzeba wówczas skojarzyć utwór z kontekstem, w którym powstał (lub sprawdzić ów kontekst w podręcznikach, co nie jest trudne, skoro wiersze mają swoje daty roczne). Bywa i tak, że owe odniesienia nie dezaktualizują się z upływem czasu, ale nabierają nowych znaczeń. Wiele z tych utworów stanowi doskonały komentarz do rzeczywistości znanej dzisiejszym czytelnikom i wcale nie musi być odbierana w perspektywie diachronicznej (oczywiście taka lektura będzie pełniejsza, ale nie obowiązkowa dla zabawy). Mniej tu komentarzy lirycznych, refleksji czy wzruszeń – więcej publicystycznych konkretów ozdabianych formą. Wojciech Młynarski jawi się jako obserwator codzienności zwykłego człowieka. Nie musi budować piętrowych żartów, dowcip pojawia się już na granicy rzeczywistości i literackiej przeróbki. „W Polskę idziemy” to zestaw komentarzy w większej części satyrycznych, chociaż i humorystyczne drobiazgi się tu da zauważyć, trzeba tylko skupienia i spokojnej lektury. W tomie widnieje Młynarski-satyryk, ten, który mniej bawi się gatunkami i szuka możliwości wyrażania siebie jako artysty, a bardziej – zajmuje się walką w obronie ojczyzny. Unika wielkich słów, za to zmusza czytelników do refleksji nad tym, co dzieje się wokół.

Jest to zatem zbiorek niełatwy, ale ciekawy ze względu na odrzucenie najbardziej popularnych utworów. O ile w niektórych tematach Wojciech Młynarski bywa cytowany do znudzenia, o tyle tutaj – poza paroma obowiązkowymi utworami aluzyjnymi – będzie dużo do odkrywania. Dodatek stanowią teksty pisane dla konkretnych wykonawców i utrwalane w nagraniach – tych nie da się czytać zwyczajnie, w oderwaniu od interpretacji. Cały urok książki „W Polskę idziemy” polega na odkrywaniu błyskotliwych skojarzeń, na umiejętności posługiwania się mową ezopową, na bezustannych grach z wyczulonych na aluzję i absurd odbiorcą. Tom stanowi świetne uzupełnienie wiedzy o twórczości Wojciecha Młynarskiego.

środa, 4 lipca 2018

Marta Matyszczak: Zło czai się na szczycie

Dolnośląskie, Wrocław 2018.

Rozrachunki z przeszłością

Do tej pory czytelnicy przyjmowali tylko do wiadomości, że w życiu Szymona Solańskiego wydarzyła się pewna tragedia, w wyniku której były śledczy, a obecnie detektyw, stracił żonę i nienarodzone dziecko. W czwartym tomie serii Kryminał pod psem Marta Matyszczak jeszcze raz powraca do tego tematu, tym razem – żeby opowiedzieć, jak było i zdjąć z barków Szymona ogromny ciężar. Bohater bowiem obwiniał się o śmierć bliskich i skazał się – we własnym umyśle – na wieloletnią pokutę. Przyda się rozliczenie z przeszłością, żeby mógł iść dalej. Na razie Szymon Solański wyjeżdża do Zdrojowic. To tutaj kiedyś chciał wybudować dom dla rodziny, to tutaj stracił ukochaną Joannę. Wspomnienia wracają, ale detektyw nie ma czasu na walkę z własnymi myślami. Nie dość, że został zaproszony na wesele mecenas Potomek-Chojarskiej, to jeszcze musi zająć się morderstwem. W okolicy ginie aptekarz. Zalany betonem. To nie może być przypadkowa śmierć, zresztą sama autorka od początku wyklucza kaprysy losu. Pozostaje pytanie, komu mieszkaniec małego miasteczka tak bardzo się naraził, że musiał zapłacić życiem. Tę zagadkę będzie rozwiązywał Szymon Solański – zmuszony do umysłowej pracy. Na miejscu zjawi się też Róża ze swoim nowym ukochanym. Łukasz Ból może nie grzeszy inteligencją, za to imponuje warunkami fizycznymi, na tej płaszczyźnie Solański nie może z nim nawet konkurować. Dziennikarka ma dosyć zabiegania o uczucia tego, który nie zwraca na nią uwagi – ale bohaterowie mogą się długo oszukiwać co do istoty relacji…

I Róża, i Szymon angażują się w śledztwo w Zdrojowicach, a to oznacza, że niejeden raz wpadną na siebie i będą musieli współpracować – Marta Matyszczak funduje więc odbiorcom to, na co i tak czekali i co uwielbiają. Inteligentne i zabawne dialogi, złośliwości tej pary i dość niekonwencjonalne pomysły na prowadzenie śledztwa (droga dedukcji niemal od razu odpada, tu trzeba powęszyć!) – to przepis na sukces. Nic dziwnego, że „Zło czai się na szczycie” to powieść, która tak bardzo wciąga. Matyszczak wymyśliła sobie bohaterów niepozbawionych wad, obdarzyła ich silnymi osobowościami i narzuciła wzajemną obecność. Teraz może tylko obserwować, co z tego wyniknie. A wynika całkiem sporo i to nie tylko na płaszczyźnie emocjonalnej. Po rozmaitych perypetiach tych dwojga da się jeszcze powiedzieć o nich coś nowego i intrygującego. Oczywiście rewelacje na temat Szymona i Róży są niczym przy analizach Gucia. Stary pies wzięty przez Solańskiego ze schroniska okazuje się najlepszym narratorem – chociaż to chwyt nieczęsto spotykany w literaturze dla dorosłych. Marta Matyszczak pozwala mu jednak na sarkastyczne uwagi, nieprzezroczyste porównania i szeregi złośliwości pod adresem bohaterów. Gucio obserwuje rzeczywistość ze swojej perspektywy, wyciąga całkiem trafne wnioski i bez zahamowań dzieli się spostrzeżeniami. Czyni to tak, że z tomu na tom zdobywa coraz większą liczbę fanów – i trudno się dziwić. To postać, która bardzo ubarwia opowieść. Gucio działa jak najlepszy reporter, a przy tym nie wychodzi ze swojej roli – steranego życiem psa. Jeśli do tego wszystkiego dołożyć sprawną narrację również u Marty Matyszczak, jeśli wspomnieć o detalach związanych z życiem na Śląsku, ciekawostkach i drobiazgach zaczerpniętych ze zwyczajnego życia, jeśli napomknąć o umiejętności budowania intrygi i poczuciu humoru… Seria Kryminał pod psem zaczyna się jawić jako jedna z ciekawszych pozycji na rynku kryminalnym. Chociaż po Chmielewskiej wiele autorek próbuje swoich sił w humorystycznych powieściach, Marta Matyszczak zaczyna ścigać w jakości pisania Olgę Rudnicką – obie wychodzą na prowadzenie.

wtorek, 3 lipca 2018

Magdalena Kordel: Serce w skowronkach

Znak, Kraków 2018.

Przytulność

„Serce w skowronkach” jest drugim tomem kolejnego cyklu powieściowego Magdaleny Kordel, ale bez trudu daje się go czytać bez znajomości pierwszej części. I tak podstawową zasadą w tworzeniu fabuły jest chęć pokrzepienia czytelniczek, dostarczenia im azylu i schronienia przed codziennymi zmartwieniami. Tak, jak kiedyś Malownicze, tak teraz Miasteczko staje się areną zwyczajnych wydarzeń, które mają udowodnić, że wszystko zależy od dobrej woli innych ludzi. W Miasteczku opoką dla innych jest Klementyna. Klementyna znalazła już swoją miłość (chociaż chwilowo owa miłość przebywa daleko), wychowuje mądrą córeczkę Dobrochnę (pytania małej zadawane w odpowiednich momentach katalizują akcję i uświadamiają dorosłym prawdy, których czasami nie widać na pierwszy rzut oka). Zajmuje się też babką, Pogubioną Agatą. Podejrzewa zresztą, że babka czasami przesadza i udaje zniedołężnienie, żeby osiągnąć swoje cele. Klementyna pomaga wszystkim i zapewnia, że los się odmieni, ale sama nie ma odwagi realizować własnych marzeń – boi się tego, co mogłaby przynieść przyszłość.

Prowadzi zatem Klementyna dom nieidealny, dom pełen trosk i niespodzianek, czasem wesołych, a czasem przykrych. Tu nie ma miejsca na wzory do naśladowania, chodzi o to, żeby dzielnie stawiać czoła rzeczywistości – to bohaterka potrafi, radzi sobie z tym całkiem nieźle, mimo że czasami musi zdać się na innych. W „Sercu w skowronkach” te właśnie międzyludzkie relacje, nieoczekiwane okruchy dobra pozwalają przetrwać najtrudniejsze chwile. Najpierw Klementyna traci przytomność i uderza się w głowę – co umożliwia jej sprawdzenie, na kogo z najbliższego otoczenia zawsze może liczyć. Potem daje się wmanewrować w relację z przystojnym lecz samotnym zleceniodawcą, co niekoniecznie spodoba się Kubie. Jak zwykle jednak w chwilach próby liczy się wyrozumiałość i wsparcie najbliższych: nie ma mowy o sercowych krzywdach, skoro książka jest typową pocieszanką – Klementyna musi znaleźć złoty środek, żeby nie stracić obiecującej znajomości ani ukochanego. Takie problemy można akceptować w literaturze obyczajowej. Jest tu oczywiście również tajemnica z przeszłości – „pogubienie” babki Agaty sięga do czasów wojennych i wiąże się z wielką stratą. Ta bohaterka nie ma zwyczaju zwierzać się z zadawnionych zmartwień, sama próbuje sprostać demonom przeszłości – co nie zawsze jest łatwe lub w ogóle możliwe. Na szczęście babka Agata nie jest kreowana na ofiarę: doskonale sobie radzi, jest w stanie nawet snuć intrygi, które mają na celu przyjście z pomocą Klementynie. W małomiasteczkowym środowisku nie brakuje plotkarzy i złośliwców: Dobrochna w szkole spotyka się z wyzwiskami. Ale i na to recepta się znajdzie.

Magdalena Kordel powołuje do istnienia cały sztab ludzi, którzy w trudnych chwilach przyjdą z pomocą i znajdą niekonwencjonalne rozwiązania problemów. Z takim wsparciem Klementyna nie musi się już bać ani poświęcać dla bliskich: pora, żeby odpoczęła i zbierała nagrody za swoje dobre serce. Oczywiście jest to baśniowe zaklinanie rzeczywistości, na potrzeby naiwnych powieści wyjaśnienie, że wszystko się jakoś ułoży. Tego odbiorczynie od autorki oczekują – i tego będą szukać w kolejnych jej książkach. Magdalena Kordel zabiera czytelniczki do świata, w którym wszystko wydaje się w gruncie rzeczy prostsze i przyjemniejsze. Wpatrzona w historie Małgorzaty Musierowicz czy Lucy Maud Montgomery proponuje podobnie rozgrzewające czytadła dla kobiet – i mimo ich naiwności sprawia, że chce się do tych powieści wracać dla pokrzepienia.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Sławomir Mrożek: Czekoladki dla Prezesa

Noir sur Blanc, Warszawa 2018.

Nagroda

Brawa dla wydawnictwa za celny marketingowy chwyt, który sprawi, że po tomik z opowiadaniami Mrożka sięgnąć będą mogli nawet ci na co dzień od książek stroniący. A wszystko za sprawą tytułu i połączenia w jedną relację drobnych opowiadań satyrycznych. "Czekoladki dla Prezesa" aktualne stają się za sprawą sytuacji politycznej - chociaż Sławomir Mrożek takiego zwrotu raczej spodziewać się nie mógł. Nie ulega jednak wątpliwości, że tytuł budzi zainteresowanie i przykuwa uwagę przypadkowych ewentualnych odbiorców. Fanów Mrożka z kolei nie trzeba będzie specjalnie zachęcać do lektury – co oczywiste.

"Czekoladki dla Prezesa" to zestaw dla tych, którzy cenią sobie satyrę i absurd, celne alegoryczne spostrzeżenia i nonsensy – ale też dla tych, którzy nie przepadają za śledzeniem zawiłych fabuł i wolą ultrakrótkie formy. Bo też i zawarte tu historie – opowiadania, których bohaterem jest Prezes – nie wykraczają przeważnie poza dwie lub trzy strony. Nie ma tu zatem miejsca na rozgałęzianie fabuł i testowanie narracyjnych możliwości. Te miniaturki przypominają raczej skecze, to scenki z puentami, skrótowe, dowcipne i celne, a do tego uniwersalne – kontekst społeczno-polityczno-obyczajowy odbiorców dorabia im kolejne płaszczyzny znaczeń, co tylko świadczy o kunszcie satyrycznym autora.

Prezes to ten, który ma władzę. Jako taki Prezes nie może samodzielnie opowiadać o tym, co się dzieje wokół niego. Wszystko relacjonują podwładni Prezesa, zatrudniani przez niego, zależni i bezbronni wobec jego pomysłów. Ale owi podwładni nie są jednak pozbawieni wyczulenia na absurd. Mogą bezlitośnie oceniać to, co na szczycie, mogą po kątach śmiać się z Prezesa i narzekać na to, co nie do przejścia. Śmiech staje się ich bronią: Prezes o tym nie ma pojęcia. Oprócz Prezesa pojawiają się tu inni pracownicy przedsiębiorstwa (bo przecież Mrożek nie rzeczywistość polityczną przedstawiał, a firmę z jej skostniałymi strukturami) - stereotypowi, podlizujący się zwierzchnikom albo tacy nie do ruszenia. W tym wszystkim narrator – zwykle anonimowy pracownik – musi się jakoś odnaleźć, wypracować strategię przetrwania. Z jego działań bierze się większość akcji.

Śmieje się Mrożek z biurokratyzmów, wielkich społecznych zrywów, pokazuje, jak Prezes w niekonwencjonalny sposób rozwiązuje problemy (które często sam stwarza). Pracownicy zakładu wychodzą naprzeciw odgórnym wytycznym, realizują bezsensowne plany i polecenia – z automatyzacji wypływa refleksja, która staje się potem podstawą komizmu. Mrożek bardzo chętnie sięga po nonsensy, korzysta z wyobraźni przy wyolbrzymianiu zwykłych spraw, czasami też ucieka w żarty abstrakcyjne, żeby podkreślić problemy w zmaganiach z codziennością. Tu przysypany dokumentami petent może stać przez parę lat zanim się go odkopie, tu Archiwum Spraw Niezałatwionych zamienia się w Trójkąt Bermudzki. Niespodzianek będzie wiele. Każde opowiadanie to inny temat, inny motyw: Mrożek stawia na scenki samodzielne i pozbawione powiązań (poza osobą Prezesa) - ale też za każdym razem daje do myślenia w inny sposób. Bawi się tematyką biurową i hierarchią wśród pracowników i ich szefów. Wykorzystuje stereotypowe ujęcia i niezwykłości dla wyśmiania tego, co skostniałe, niepotrzebne i utrudniające życie. Może odmalowywać ludzkie charaktery, może też śmiać się z zaobserwowanych komplikacji. W opowiadaniach o Prezesie bawi się autor formami i gatunkami, stawia na komizm i śmiech mimo wszystko. Nawet jeśli odkrywa przy okazji cenne prawdy o strukturach społecznych, nie przekreśla dowcipu.

Jest zatem tomik "Czekoladki dla Prezesa" wyjątkowo smakowity. To nie ten Mrożek, o którym uczą w szkołach, ale ten, po którego sięga się dla rozrywki i przyjemności dokonywania oczywistych odkryć. To Mrożek-prześmiewca, pełen ciekawych pomysłów. Mrożek - dobry obserwator. Mrożek-odkrywca.

niedziela, 1 lipca 2018

Mariola Zaczyńska: Zaklinaczki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Siła przyjaźni

Trzy są bohaterki tego tomu i jak zwykle Mariola Zaczyńska próbuje pokazać potęgę, jaką daje wsparcie i zrozumienie. Chociaż zastanawia się też nad trwałością przyjaźni i wystawia kobiety na poważną próbę. Gabi, Ewka i Izyda nie wiedzą o sobie wszystkiego, ale i tak lubią spędzać razem czas. Każda ma swoje sekrety i swoje problemy, którymi nie chce (lub nie może) się dzielić z przyjaciółkami. To z kolei rodzi pytanie o granice szczerości i zaufania. Ale wszystkie zaklinaczki to kobiety po przejściach, nauczyły się samotnie stawiać czoła wyzwaniom i nie chcą, żeby ktoś znowu je zranił. Gabi przekonuje się, że nie jest szczęśliwa w małżeństwie. Przestaje czerpać radość z seksu i w konsekwencji nie dogaduje się z mężem. Wsparcia szuka w internecie – tu ma do dyspozycji blog Dzikiej Orchidei, która testuje zabawki erotyczne dla par i singielek, ale też grupę kobiet, które wybrały życie w celibacie i jest im z tym dobrze. Gabi czuje się niezrozumiana i tłamszona, a do tego rodzi się w niej zazdrość wobec przyjaciółek. Izyda wydaje się uosobieniem wolności: niezależna, silna i piękna, swoim hobby uczyniła perły otrzymywane od kochanka. Przebiera się za sławne aktorki, żeby wzbudzić pożądanie. Z zewnątrz wydaje się, że to femme fatale bez trosk. Prawda jednak wygląda inaczej: trauma związana z porzuceniem w dzieciństwie nie pozwala Izydzie na założenie rodziny. Ewka jest mała i zadziorna, nikomu nie pozwala się do siebie zbliżyć. Frustracje i stres rozładowuje na macie, trenuje sztuki walki i chociaż zawraca w głowie wielu mężczyznom, woli pozostać sama. Ma to związek z krzywdą z przeszłości - blizny na ciele i psychice dobitnie o niej przypominają. Te trzy kobiety znajdują się teraz na życiowym zakręcie, Mariola Zaczyńska sprawdza, jak razem i z osobna poradzą sobie z wyzwaniami. Stara się, żeby nie było im łatwo - wprowadza do książki coraz to nowe utrudnienia i pułapki. W fabule miesza powieść obyczajową z elementami romansu (a nawet społecznie zakazanego czy gorszącego romansu) z thrillerem. Operuje bardzo dobrze strachem i poczuciem zniewolenia, ucieka od błahych spraw i materiału na plotki w stronę prawdziwych koszmarów. Buduje swoim postaciom środowisko, w którym nie mogą czuć się pewnie – tu nie ma miejsca na relaks psychiczny i ucieczkę od trosk. Z przeszłości wyłaniają się demony, a decyzja o skróceniu wyroków więźniom znęcającym się dawniej nad kobietami wywołuje poczucie stałego zagrożenia. Bo oto można niespodziewanie spotkać się ze swoim prześladowcą. Każda z bohaterek musi teraz na nowo zawalczyć o siebie, dopiero kiedy odnajdzie spokój, będzie mogła starać się o przyjaźń. Mariola Zaczyńska świetnie zdaje sobie z tego sprawę i pokazuje czytelniczkom, jak też bohaterki poradzą sobie z niespodziewanymi trudnościami. Nie udaje, że wszystko ułoży się samo, zmusza do działania i do znalezienia w sobie prawdziwej siły. Ucieczka niczego nie rozwiąże. "Zaklinaczki" to obyczajówka, która momentami budzi niezgodę na wyrządzane krzywdy i na strach społeczny. Autorka odwołuje się do traum, ale i do sytuacji, którym można zapobiec. Pokazuje odbiorczyniom, dlaczego powinny trzymać się razem i nie pozwolić, żeby coś stanęło na drodze przyjaźni. Jest to książka napisana jak obyczajówka, ale nie zawsze w ramach tego gatunku się utrzymuje. Oczywiście autorka posługuje się też chętnie humorem, a także podpowiada odbiorczyniom niekonwencjonalne sposoby działania - stara się unikać schematów i zaangażować w treść.

Mikroprocesory

PWN, Warszawa 2018.

Lekcja

Ta dziewczyna nie ma sobie równych w grach. Ayumi jest mistrzynią kraju, potrafi wygrać dwadzieścia razy z rzędu, czuje się niepokonana, a na każdym kroku spotyka się z wyrazami uznania i uwielbienia. Nic dziwnego, że gdy na jej drodze stanie mroczny Yuu Kano i zaproponuje szachowy pojedynek z komputerem, a bohaterka przegra - będzie chciała dowiedzieć się jak najwięcej o nowym przeciwniku. Również za sprawą nauczyciela, bo Yuu jest przystojny i irytujący w takim samym stopniu. To programista, chociaż w mandze wystylizowany jest raczej na gwiazdę młodzieżowego zespołu pop. Wpada w ekstazę, gdy zaczyna wykład o mikroprocesorach - co trudno jest zrozumieć Ayumi. Z drugiej strony ona również łatwo daje się ponosić emocjom. Wiele ich łączy, nawet jeśli na pierwszy rzut oka pochodzą z dwóch różnych światów. Spotykają się, żeby uniknąć samotności, ale utrzymują, że wyłącznie z powodu wiedzy. On chce uczyć, ona zamierza dowiedzieć się wszystkiego. Tak wzajemnie się nakręcają, a w efekcie czytelnicy poznają coraz więcej tajników mikroprocesorów. Krótkie rozmowy Yuu i Ayumi są budowane na dowcipie. Bohaterowie często sobie dogryzają (przy cym górą zwykle jest chłopak), posługują się ironią i fałszywym odczytywaniem intencji. Sporo udaje się w ten sposób zdziałać w warstwie obyczajowej, stopniowo naświetla się odbiorcom szczegóły relacji między postaciami. Jednak w kwestii komputerowych wyjaśnień możliwości są znacznie mniejsze, komiks jednak zaburza szanse na wykłady zrozumiałe przez laików. Żeby nie mnożyć podobnych kadrów z prostym schematem ona mówi - on mówi (a w tle nic się nie dzieje poza ewentualnymi wzorkami symbolizującymi emocje), autorzy przenoszą zbiory danych i wskazówek do dalszych komentarzy. Tu stosują albo podręcznikowe wywody, już bez ucieczki w świat wyobraźni i relacji bajkowych postaci, albo – i to ma być kolejny sposób przyciągnięcia uwagi młodych odbiorców - dialog, w którym autorzy wypowiedzi zaznaczani są ikonkami na marginesie. Tutaj liczy się przekazywanie wiedzy, sama forma wydaje się mniej istotna mimo wszelkich zabiegów urozmaicających ją. W "Mikroprocesorach" wychodzi na jaw jedna wada komiksowych rozwiązań: jeśli trzeba wytłumaczyć dużo, jeśli podstawy rozrastają się na pół książki - nie da się już takiego tematu dodatkowo rozrzedzać czy upiększać komiksowymi kadrami. Wyjściowe założenie jest dobre i jako takie przyciągnie uwagę odbiorców. W realizacji okazuje się, że nie da się wpleść wszystkich wyjaśnień w rozrywkową formę. Całkiem spora część wymaga tradycyjnego podejścia - jeżeli ma przynieść efekty w postaci nauczenia czegoś żądnych wiedzy czytelników. Jednak komiks przydaje się jako metoda zaakcentowania atrakcyjnego zagadnienia – tutaj nawet gdy posłuży wyłącznie jako inspiracja, spełni swoją rolę. Fanów manghi będzie przyciągać forma, treść przeznaczona jest dla młodszych czytelników. "Mikroprocesory" to publikacja, w której informatyka przybiera nowy wymiar, działa jako ciekawostka i okazja do pokonywania własnych słabości. Cechą charakterystyczną dla bohaterów jest chęć rozwoju, pracy nad sobą, a to później przekłada się na rozwój relacji międzyludzkich. W ramach opowieści o mikroprocesorach widać też różne przejawy zróżnicowanych charakterów. Odbiorcy szybko wyrobią sobie zdanie na temat postaw skłóconej pary, jednak tym razem subtelności, lub, przeciwnie, przerysowania, charakterologiczne mieć będą znacznie mniejsze znaczenie.