* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 7 maja 2013

Sabina Czupryńska: Ta druga, słodka i ostra

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Życiowe decyzje

Sabina Czupryńska sięga tym razem po mniej modny – za to ponadczasowy – motyw i w powieści „Ta druga, słodka i ostra” stawia na przeplatające się ze sobą miłość i zdradę. Nie daje swoim bohaterom szansy na ekstatyczne uniesienia, w zamian za to wikła ich w przyziemności, skazuje na ciągłe niespełnienie, brak emocjonalnych perspektyw i duszące sekrety. Nie mówi wprost, zanurza się w quasi-lirycznej i silnie hermetycznej przestrzeni, zabrania bohaterom dostępu do świeżego powietrza, wolności i marzeń. Jednych krępują konwenanse, innych więzy tradycji, śluby lub wybrany tryb życia. W „Tej drugiej” nie ma miejsca na szczęście.

Czupryńska gra na domysłach i sugerowaniu pozornego wyzwolenia. Gdyby nazywała sytuacje bezpośrednio, uruchomiłaby reakcję wywodzoną wprost z dulszczyzny i zrzuciłaby na bohaterów, być może i przez inne książkowe postacie, lawinę oskarżeń. Nie pozwala sobie na to. Wprowadza natomiast do oswojonej przestrzeni peerelowskiego mieszkania atmosferę dziwności i niewypowiadanych podejrzeń. Karol chce prostego życia bez problemów i zmartwień. Obce są mu duchowe potrzeby: potrafi zakomunikować, czego oczekuje – i nie zagłębia się bardziej w relacje z innymi. Wybiera sobie za żonę intelektualistkę Krysię, kobietę, która próbuje wpasować się w schemat kury domowej (ale bez gotowania, którego nie lubi, i bez dzieci, z tych samych względów). Nie zamierza jej zmieniać ani wpływać na jej decyzje. To Krysia pewnego dnia sprowadza do domu studenta, Jacka. Jacek wrasta w życie rodziny, staje się kimś więcej niż przyjacielem domu i sublokatorem. I tylko kiedy Krysia zachodzi w nieszczególnie chcianą ciążę, w ogólnym milczeniu mnożą się rozmaite podejrzenia. Tymczasem wybory życiowe dorosłych wpływają na kształtowanie charakterów następnego pokolenia: syn Krysi na relacje z kobietami spoglądać będzie z nowej perspektywy.

„Ta druga” staje się obyczajową antyutopią. Nie ma w tomie ani recepty na szczęście, ani nadziei na pomyślną przyszłość. Chodzi o przetrwanie, liczy się tylko to, co dzieje się tu i teraz. Bohaterowie, mimo że odpowiedzialni za podejmowane decyzje, nie mogą odmienić swojego losu: raz wpleceni w destrukcyjną przestrzeń będą szerzyć zniszczenie za sprawą własnej… bierności. Czupryńska ucieka od sielankowego kiczu w stronę mentalnej zaściankowości, strachu przed konfrontacją, pozornego spokoju, który nigdy nie przyniesie pełnego ukojenia. Przedstawia świat relacji odległych od tych proponowanych przez optymistyczne czytadła. Tutaj króluje szarość, której nie rozproszy nawet wizja oryginalnego trójkąta. Autorka nie rzuca się na banalny romans, zresztą wszystkich swoich bohaterów traktuje dosyć przedmiotowo, jakby naprawdę nie interesowało jej, co jeszcze uda im się zepsuć.

Widnieje w tych obrazkach również przestroga przed groźną rutyną. To przyzwyczajenie, umiejętność mimikry staje się najgorszym wrogiem postaci. Powtarzalność daje złudne poczucie bezpieczeństwa i przyczynia się do narastania ukrytych problemów. Bohaterowie nie są zdolni do głębszej refleksji, robią coś, co wydaje im się naturalne i niszczą siebie od wewnątrz. Tymczasem sceny składające się na codzienną szarą egzystencję pobrzmiewają swojsko – raz jako stereotypowe migawki z czasów PRL-u bez odwołań do jego najbardziej charakterystycznych punktów, dwa – jako plamy „nudy” rozdzielające ważne czy warte zapamiętania wydarzenia. W świecie postaci z „Tej drugiej” nie ma miejsca na silne przeżycia i sensacje – to portret dążący do zwyczajności ludzi, ludzi, dla których najlepszym – bo wiarygodnym – punktem odniesienia są ich własne przekonania i wybory. Portret ludzi bezlitośnie ograniczonych przez to, co trzeba zrobić.

Żeby jeszcze bardziej podkreślić rutynowość działań postaci, Czupryńska do zwyczajnej, a miejscami lekko ironicznej, narracji dołącza czasem zestawy wyliczeń. To skrótowy przegląd tego, co staje się refrenem egzystencji kolejnych bohaterów – zestawy zadań, wymówek, zachowań, wyobrażeń i narzekań – bez skrupułów Czupryńska przypomina w nich odbiorcom o podstawowych zagrożeniach popadania w schematyzm. Dokonuje też ekwilibrystycznych przeskoków w opowieści, charakteryzując tym samym powołane do istnienia postacie.

poniedziałek, 6 maja 2013

Dariusz Rekosz: Skarb królów

W.A.B., Warszawa 2013.

Szybka akcja

Dariusz Rekosz pisze „Skarb królów” dla niecierpliwych poszukiwaczy przygód. Wyraźnie nie ma ochoty na celebrowanie atmosfery tajemniczości czy też na mnożenie pytań, woli przedstawić odbiorcom samo śledztwo pozbawione wszelkich ozdobników. Tłem dla rozwoju wydarzeń staje się zalążek związku taty bohatera oraz nauczycielki – ale i tu Rekosz nie próbuje zaangażować czytelników emocjonalnie, zależy mu za to na konkretach i sprincie narracyjnym. Nawet w samej sferze kryminalnej nie szuka prawdopodobieństwa: pozwala postaciom ratować Szczerbiec. Nie dość zatem, że wprowadza przestępstwa na wielką skalę i ogranicza grono niosących pomoc do laików, to jeszcze upraszczaniem codzienności osłabia więź z młodym bohaterem, Wojtkiem. Ale Rekoszowi nie chodzi o literaturę, która będzie zachwycać sposobem prowadzenia narracji, klimatem czy trafnością spostrzeżeń. Tu liczy się sensacyjność i akcja, na nic więcej autor nie ma czasu.

Bezwzględny Niemiec usiłuje wykraść z muzeum prawdziwy skarb. Informacje są zakodowane w starej książce znajdującej się w zbiorach antykwariusza, taty Wojtka. Rekosz wykorzystuje schematy znane już z młodzieżowych powieści przygodowych i wcale nie szuka dla nich nowego zastosowania. Wie, że to, co sprawdzone, nie zawiedzie i teraz. Nowatorskim akcentem w jego tomie staje się za to dość eksperymentalne odarcie fabuły z rozmaitych ozdobników i upiększaczy – a nawet upraszczanie samej kryminalnej intrygi. Nie oznacza to, że bohaterowie działają w próżni. Wojtek zyskuje poparcie zakochanej w nim Małgosi (rezolutna dziewczyna zupełnie traci głowę dla kolegi), a nauczycielka historii grawituje w kierunku samotnego taty Wojtka. Nikt nie zwraca uwagi na ewentualne przyszłe komplikacje, a związek dorosłych pozbawiony jest gestów romantycznych czy choćby wyjaśniających chęć wspólnego życia. Nauczycielka i antykwariusz zachowują się tak, jakby musieli zostać ze sobą: nie zastanawiają się nad tym, nie analizują uczuć i nie flirtują. Należą w końcu do pokolenia, które – według odbiorców – nie ma już szans na przeżywanie wielkich miłości (poza tym grupę docelową Rekosza obrazy romantyczne raczej by odstraszyły). Rekosz za to sięga po nieograny jeszcze motyw: mama Wojtka odeszła, nie przejmując się ani rodziną, ani własnym rozwodem. Chłopak nie ukrywa złości i rozczarowania, a autor zyskuje dzięki temu pewność, że bohater nie przeciwstawi się nowej partnerce ojca. Sercowe komplikacje są w kryminale dla młodzieży niepotrzebne.

Najpierw zagadki i stosunkowo szybkie rozwiązania, potem działania i śledztwo, jeszcze później konfrontacja z przestępcami, porwania i negocjacje – Dariusz Rekosz nie rozdrabnia się na mniej istotne zagadnienia. Tworzy książkę dla tych, którzy ogólnie za czytaniem nie przepadają, a już na pewno są przeciwni odchodzeniu od atrakcyjnych tematów na rzecz opisów czy charakterystyk. Szkielet fabuły owija Rekosz błyskawicznymi i prostymi scenkami, zdarza mu się, że zarzuca po drodze puenty do opowieści, nakreśla sytuacje zupełnie bez celu, by za chwilę zmienić miejsce akcji. Nie popisuje się pod względem stylistycznym – woli nie zwracać niczyjej uwagi na język, chce, by pomysły na intrygę broniły się same. Z jednej strony nawiązuje do klasyki literatury przygodowej, z drugiej natomiast upraszcza i odrzuca wszystko to, na co dzisiejszy odbiorca – przyzwyczajony do stylu pop i karmiony medialną papką – nie ma ochoty. Wydaje się, że Rekosz nawet nie chce wywoływać jasno określonych reakcji u czytelników – nie rozśmiesza ich i nie próbuje przestraszyć, podaje rozwiązania, nie wzrusza interpersonalnymi relacjami… Tworzy modelowy przykład opowieści akcji oddalającej się od typowych książkowych prezentacji wątków młodzieżowo-sensacyjnych. Przekona tych, którzy lubią telewizję – za to niekoniecznie ucieszy odbiorców, którzy nauczyli się przeżywać wydarzenia razem z postaciami. W narracji Rekosza przygody brzmią jak tworzone w laboratorium, odległe od zwykłego życia. Skoro jednak autor pisze dla mniej wyrobionej literacko publiczności, jego uproszczenia nie powinny przeszkadzać.

niedziela, 5 maja 2013

Joanna Olech: Pompon na wakacjach

Znak, Kraków 2013.

Przygody smoka

Smok w domu to zawsze zapowiedź niezwykłych przygód. Bo jeśli autor odchodzi od realizmu na tyle, by baśniową istotę wprowadzić w codzienne życie zwykłych ludzi, to przecież nie po to, by opowiadać o rutynowych czynnościach i nudzie. A Joanna Olech za nudą nie przepada. Lubi za to prowokować, rozśmieszać i ironizować. Jej historie o Pomponie, udomowionym smoku, należą do odkrywczych – zarówno pod względem fabuły, jak i językowej kreacji świata. Smok Pompon od małego wychowywany przez rodzinę Fisiów wyrósł na prawdziwego celebrytę. Uwielbiany przez media cieszy się z zainteresowania, jakie wzbudza. I za wszelką cenę próbuje podtrzymać popularność – ku utrapieniu rodziców. Nic dziwnego, że Fisiowie zarządzają wakacyjny wyjazd nawieś do dziadków. Tam Pompon nie będzie mógł wywołać żadnego skandalu. Przynajmniej taką wszyscy mają nadzieję. Babcia ma doktorat z fizyki i robi najlepsze przetwory na świecie, okolica jest spokojna… Przynajmniej dopóki nie pojawi się w niej Pompon. Na domiar złego Gniewosz zakochał się właśnie w pięknej sąsiadce i nie dostrzega jej oczywistych wad. Ale przecież są wakacje, można robić wszystko – łącznie z szukaniem skarbów i organizowaniem wspaniałych wydarzeń kulturalnych. Można nawet zostać bohaterem…

Joanna Olech z banału rezygnuje od razu. Nie obchodzą jej literackie szablony, sprawdzone w literaturze czwartej pomysły ani sztampowa narracja. W kolejnym tomie przygód Pompona wybiera absurdalny i chwilami ostry dowcip, kolokwialne zwroty i niegrzeczność w zachowaniu smoka (który beka, zjada muchy, obrzydza wszystkim posiłki i przezywa przeciwników). Odrzuca zdecydowanie autorka moralizatorskie zapędy, jest cudownie niewychowawcza. Nie tworzy wakacyjnej sielanki, bo dobrze wie, że ugrzecznioną lekturą nie będzie w stanie przyciągnąć do siebie dzieci. Na potrzeby bajki zmienia reguły postępowania: smoka nie da się okiełznać, trzeba więc ignorować niektóre jego wybryki i… pozwolić mu działać. To doprowadzi do arcyciekawych i niepowtarzalnych wakacji.

Siłą tomiku Joanny Olech, poza ciętym dowcipem, są wyraziste charaktery postaci. Babcia dość łatwo (i zupełnie nie jak babcie z bajek) pacyfikuje smoka, piękna Jola okazuje się prawdziwą zołzą, Pompon poza zaletami ma też sporo wad. W książce pojawia się zatem plejada atrakcyjnych osobowości, a z tego gąszczu cech i pomysłów wyłaniają się oryginalne przygody. Pompon swoją obecnością (i awersją do kotów) wyklucza nudę, za to wciąż przynosi powody do śmiechu. Przy okazji Joanna Olech uczy dzieci ironii, bo często zdarza się, że bohaterowie reagują na kolejne wyczyny sarkazmem, komentują wydarzenia kwieciście (bez wulgaryzmów, ale i bez cenzury czy tonowania emocji). Ekspresa w tomie ma spore znaczenie – podsyca akcję i nie daje wytchnienia odbiorcom, Joanna Olech każe swoim czytelnikom uczestniczyć w wydarzeniach i z zainteresowaniem śledzić przygody Pompona.

Książka okazuje się ciekawa również od strony językowej. Autorka przesyca wypowiedzi potocyzmami (nie wydumanymi, ale faktycznie zaczerpniętymi z młodzieżowego slangu, nieroszczącym sobie pretensji do elegancji) – przez co opowieść żyje i wyróżnia się spośród zwykłych opowiastek. Poza kolokwialnymi zwrotami Olech próbuje też bawić się w „wiązanki” w wiechowskim stylu (oczywiście dostosowanym do dziecięcej lektury). W odmalowywaniu sporów i kłótni jest bezkonkurencyjna, nic więc dziwnego, że postacie w tomiku bez przerwy popadają w rozmaite konflikty. Dzięki temu jest śmieszniej.

I jeszcze graficzny wizerunek Pompona tworzony (z natury) przez autorkę nadaje książce „Pompon na wakacjach” młodzieżowo-artystycznego charakteru. Zielona tonacja nie infantylizuje bajki, wszystko zresztą wskazuje na to, że Joanna Olech chce traktować odbiorców po dorosłemu, a dodatkowo dobrze się bawić przy tworzeniu historyjki. Niewielu jest na rynku wydawniczym podobnych autorów, o tomiku Olech będzie się długo pamiętać.

sobota, 4 maja 2013

Simon Spence: Depeche Mode. I just can't get enough. Narodziny ikony

Pascal, Bielsko-Biała 2013.

Do idola

Moda na biografie muzyków i monografie zespołów trwa – wydaje się, że odbiorcy pragną zebranych w jednym miejscu informacji o ulubionych grupach nawet wtedy, gdy historia zespołu tworzy się na ich oczach. Nie mają cierpliwości, by czekać na wyraźne cezury, wybierają materiały niedomknięte, pozbawione jeszcze wyrazistej puenty. To spore wyzwanie dla autorów takich publikacji – w kształtowaniu dramaturgii opowieści zabraknąć bowiem może finałowego akcentu, a dzieło za pewien czas będzie musiało zostać uzupełnione.

Simon Spence o Depeche Mode pisze z perspektywy dziennikarza muzycznego, fana i przyjaciela. Rezygnuje przy tym z najbardziej standardowych procedur badawczych i kwerend – to, co o zespole już napisano, a także wywiady, jakich muzycy z Depeche Mode udzielali, odrzuca. Nie chce z tomu zrobić zlepku wycinków prasowych i cudzych tez. Zamiast tego proponuje własną podróż przez historię zespołu, spojrzenie najbliższych i analizy miejsc, czasów oraz warunków do tworzenia.

Książka rozpoczyna się – jak na monografię zespołu – nietypowo, bo od historii miasta, w którym narodziła się grupa. Spence uważa, że nietypowe rozwiązania (społeczne i urbanistyczne) musiały mocno wpłynąć na pokolenie dorastające w nowych warunkach. Przygląda się więc z uwagą kolejnym pomysłom na zagospodarowanie przestrzeni, sprawdzając, jak warunkowały one życie kulturalne społeczności. Wyciąga daleko idące wnioski, gdy próbuje charakteryzować młodych ludzi właściwie pozbawionych szans na odnoszenie sukcesów. Z czasem w opowieść o mieście włącza głosy dotyczące muzyki. Nagle okazuje się, że nie ma większego znaczenia, co reprezentuje dany zespół: młodzieży wystarczy, że gra na żywo i zapewnia rozrywkę. na takim tle pokazuje pierwsze występy nastolatków, którzy niedługo zaczną grać jako Depeche Mode – i staną się ikoną kultury.

Wyjście z miejskiej przestrzeni oznacza dla autora przeskok do artystycznych decyzji grupy. Teraz może pokazywać, jak jego bohaterowie chcieli wpływać na repertuar, gdzie plasowały się ich muzyczne poszukiwania i inspiracje, a także – jak układały się relacje w zespole. Tu już rytm wyznaczają kolejne single i płyty, a także trasy koncertowe. Ale Simon Spence przez całą książkę ogląda zespół nie od strony publiczności, a zza kulis. Definiuje Depeche Mode dzięki rozmowom z ich bliskimi, kolegami, przyjaciółmi i dziewczynami. Często udziela im głosu i pozwala opowiadać o prywatnych kontaktach. Znajduje całkiem sporo miejsca na wspomnienia z czasów szkolnych, próbuje też dotrzeć do charakterystyk i charakterów postaci. Mniej za to skupia się na działaniach – niemożliwe byłoby odtworzenie kolejnych kroków w zakładaniu zespołu, więc rolę wypełniających przeszłość drobiazgów przejmują anegdoty przytaczane przez osoby z kręgu przyjaciół Depeche Mode. Dla autora istotna jest też atmosfera klubów, styl bycia artystów i ich twórcze poszukiwania – stawia to ponad sensacje czy niesnaski. W Depeche Mode interesuje go powiązanie muzyki z obrazem kultury oraz tendencjami społecznymi, chce odczytywać zespół jako kulturowe zjawisko – a przy okazji pokazać co ciekawsze artystyczne wybory, o których masowa publiczność zbyt chętnie zapomina. Precyzyjnie odtwarza również „techniczne” prace nad płytami czy koncertami, opowiada o sposobach rejestrowania dźwięku, o okładkach płyt, rozmawia oświetleniowcami, akustykami i grafikami. Uwolniony od bagażu tekstów i wywiadów, przeprowadza swoje rozmowy z lekkością i jasno określonym celem. Wypowiedzi rozmówców wplata do narracji tak, aby nie pojawiały się zgrzyty w spójnej i wartkiej opowieści.

A finał – przynajmniej polskim czytelnikom – dopowiada Piotr Metz, który swój krótki epilog kończy wyrazistym uderzeniem, trochę symbolicznym. Książka o Depeche Mode nie jest monografią ikony, nie jest też pomnikiem wystawianym zespołowi, który zrobił światową karierę. To opowieść o muzycznych poszukiwaniach i próbach odnalezienia własnego miejsca na scenie.

piątek, 3 maja 2013

Eliza Piotrowska: Tupcio Chrupcio. Idę do lekarza

Wilga, Warszawa 2013.

Upadek

Tupcio Chrupcio jest myszką, której dzieci ufają. Ma sympatyczny pyszczek, maskotkę – misia (z którym prawie się nie rozstaje), młodszą siostrę i sporo przygód z gatunku tych, które czekają w życiu każdego malucha. Tupcio Chrupcio na własnej skórze poznaje świat – a jego doświadczenia pozwalają dzieciom opanować lęk przed nieznanym, dowiedzieć się czegoś o relacjach z innymi czy zrozumieć konkretne sytuacje. Tupcio Chrupcio jest bardzo dobrym przewodnikiem dla najmłodszych. Bohater na polskim rynku opisywany przez Elizę Piotrowską szybko staje się przyjacielem kilkulatków.

Przygody Tupcia dorosłym mogą się czasem wydawać infantylne lub tendencyjne. W tytułach właściwie zawiera się podstawowy motyw krótkiej historyjki. To wskazówka dla rodziców, którzy chcieliby przygotować swoją pociechę na określone sytuacje. Bo wydarzenia wywołujące płacz u dziecka Tupcio Chrupcio z reguły przyjmuje jak prawdziwy bohater. W tomie „Idę do lekarza” strachu jest co niemiara – Tupcio spada ze zjeżdżalni i skręca łapkę, a że jego lekarz w tym dniu nie przyjmuje, myszka razem z mamą musi udać się na pogotowie. To bardzo stresujące i Tupcio wolałby uniknąć takiej wizyty, jednak na miejscu pomaga mu przemiła pani pielęgniarka – i równie sympatyczny lekarz. Opatrunek na nodze staje się powodem do dumy, a nawet przechwałek, bo przecież nikt nie ma podobnego. Tupcio przekonuje się, że nie było się czego bać, ale dowiaduje się też, że w przyszłości musi być bardziej ostrożny, bo nie każdy wypadek skończy się drobnym urazem. Oczywiście także maskotce Tupcia trzeba będzie założyć opatrunek, co ucieszy dzieci w trudnych chwilach i pozwoli im mniej poważnie potraktować przykre wydarzenia.

Mieści się w książce przestroga: Tupcio Chrupcio chciał się popisać, wspinał się na drabinkę, trzymając się tylko jedną łapką – popełnił zatem błąd, o którym bez przerwy rodzice przypominają maluchom. Jego strach i ból po upadku okazały się wystarczającą karą, a dla dzieci również doskonałą ilustracją tego, co może się wydarzyć, jeśli nie będą ostrożne. Na napomnienia dorosłych dzieci rzadko zwracają uwagę. Tu mogą zaobserwować konsekwencje lekkomyślności na swoim rówieśniku i literackim przyjacielu – nic dziwnego, że historyjka okaże się dla nich bardzo przekonująca.

Eliza Piotrowska dodatkowo dobrze radzi sobie z odzwierciedlaniem charakterów przedszkolaków. W poczekalni u lekarza dzieci przechwalają się, które zostało gorzej poturbowane i czyje rany i obrażenia wyglądały groźniej. W ten sposób autorka odwróci uwagę od strachu i nieprzyjemności, nagle w niepożądanym wydarzeniu daje się odkryć powód do dumy i metoda na wywołanie zazdrości rówieśników. Czasami Eliza Piotrowska stosuje też ironię, ale dowcip w tej akurat historyjce bardziej wyraźny będzie dla dorosłych, najmłodsi niekoniecznie wychwycą sarkazm w głosach bohaterów.

Cała seria „Wychowanie przez czytanie” sprzyja wychowawczym rozmowom z pociechą. Na karcie ze stopką wydawniczą znajduje się zestaw pytań, które można zadać maluchowi po lekturze, by przekonać się, że dobrze zrozumiał przesłanie książki. Tym razem więcej jest pytań zamkniętych, sugerujących poprawną odpowiedź – można je w rozmowie modyfikować, żeby poznać opinie i przemyślenia dziecka, a potem ewentualnie nakierować kilkulatka na właściwy tryb myślenia. Książka jest pretekstem do nawiązania dialogu i wyjaśniania stresujących sytuacji – przyda się rodzicom jako pomoc dydaktyczna. Dzieci natomiast, poza życiowymi prawdami płynącymi z tych historyjek, docenią także bez wątpienia stronę graficzną. Marco Campanella stworzył tu wielkoformatowe i kolorowe ilustracje, którym dzieci będą się chętnie przyglądać. To też pomysł na oswojenie sytuacji oraz opanowanie strachu. Książki o Tupciu Chrupciu powinny być obowiązkową lekturą dla najmłodszych odbiorców.

czwartek, 2 maja 2013

Richelle Mead: W mocy ducha

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Akcja życia

Piąta część „Akademii Wampirów”, cyklu paranormal, w którym Richelle Mead brawurowo łączy fantastykę z realistyczną psychologią, jest tomem akcji. „W mocy ducha” to powieść, w której bohaterowie zostają zmuszeni do intensywnego działania. Nawet ci, którzy dotąd mogli biernie przyglądać się biegowi wypadków, chcą aktywnie uczestniczyć w niebezpiecznych wydarzeniach. Rose próbuje pogodzić się z utratą Dymitra i wie, że jej były chłopak i nauczyciel chce ją zabić. Lissa, która dowiedziała się czegoś nowego o możliwościach mocy ducha, pragnie nauczyć się walczyć ze strzygami – co zakrawa na szaleństwo. Niebezpieczny przestępca, Wiktor Daszkow, jako jedyny wie, jak przywrócić strzygę do świata żywych. Rose zdaje egzaminy w Akademii… Richelle Mead tym razem postawiła na wciąż przyspieszającą fabułę. Istnieje w tej powieści kilka punktów, które pojedynczo wystarczyłyby na moment kulminacyjny całego tomu, ale Mead nie zwalnia, po każdym silnym akcencie przychodzi następny, nasycony jeszcze większą dawką adrenaliny. W końcówce cyklu autorka zdecydowanie odrzuca „puste” chwile, bez przerwy wikła bohaterów w kolejne niebezpieczeństwa i stawia przed nimi niemal niewykonalne zadania. Przy okazji też wykorzystuje sferę uczuć jako katalizator akcji: jedni działają z uwagi na niewygasłą miłość, inni w imię przyjaźni. Nowe znajomości mogą czasem zaowocować niespodziewanymi relacjami (procentującymi w przyszłości, zarówno w tej serii, jak i w kolejnej, „Kronikach krwi” – na szczęście, bo z postaciami powołanymi do życia przez Mead trudno jest się rozstać bez żalu).

Autorka wybrała świat wampirów, wstrzelając się w falę zainteresowania literaturą paranormal po „Zmierzchu”. Utworzyła przestrzeń silnie skonkretyzowaną, opartą na kilku istotnych przesłankach i zasadach, usiłując w dodatku pogodzić sferę fantastyki z ludzkim systemem wartości. Nie chce zniesmaczać ani tworzyć powieści grozy czy mrocznych fabuł, proponuje też alternatywę dla rozszczebiotanych poppowieści. Skupia się na dobrych wampirach, zwanych morojami: to poczciwe istoty, które szanują potrzeby i uprzedzenia innych. Jako że pochodzą z królewskich rodów (smaczek elitarności), zyskują pomoc ze strony oddanych strażników. Specjalizują się we władaniu żywiołami i nie krzywdzą niewinnych. Zło w tym świecie uosabiają strzygi – do książki wnoszą element zagrożenia pasujący do powieści akcji. Tyle że relacje między przedstawicielami pozaludzkich gatunków są dla autorki tylko tłem. Liczą się przeżycia bohaterów. Te natomiast da się bez problemu przełożyć na doznania czytelników.

Rose, od początku wpatrzona w Dymitra, daje odbiorczyniom obraz idealnej miłości, która pcha do działania nawet wbrew rozsądkowi. Jej związek z Adrianem (oraz Lissy z Christianem) to z kolei portret nastoletnich związków. Mead wprowadza do książki również oddanie, poświęcenie, gotowość do narażania życia w imię przyjaźni, próby zrozumienia motywacji bliskich, tęsknotę i wiele innych postaw. Na obfitość emocji i interpersonalnych relacji może sobie pozwolić zwłaszcza dzięki bardzo trafnym i przekonującym portretom psychologicznym. Autorka jest pewna tego, jak mogą postąpić jej postacie, by wypadło to naturalnie – i nie budziło wątpliwości. Nie nadużywa demiurgicznej mocy, by skłonić do działania bohaterów: wszystko wydaje się tu szczere i niewymuszone – uzasadnione są nawet interwencje magiczne, inaczej niż w przypadku wielu lektur, w których magia katalizuje akcję. Tutaj nie trzeba wierzyć w wykreowany przez Mead świat: przyjmuje się go bez wahania i ironii, bo literacka umowność skrywa się za mięsistymi scenami. Nastolatkom spodoba się zwłaszcza intensywność odczuwania tego, co dzieje się w otoczeniu Rose, Mead potrafi zarażać emocjami – a wydaje się też, że dysponuje niewyczerpywalnym źródłem pomysłów z różnorodnych dziedzin. Jej powieści są gęste treściowo i narracyjnie, sycą, chociaż nie przekarmiają, umożliwiają przebywanie trudnej drogi razem z bohaterami, kibicowanie im i cieszenie się naprawdę dobrym tekstem.

Richelle Mead trafi do przekonania również tym, którzy nie przepadają za powieściami o wampirach. Nie wampiry są tu bowiem ważne, i nie naiwne sceny potyczek. Autorka wprowadza wszystkich do idealnie obmyślonego świata, pozwalając na rozrywkę w najlepszym stylu. Potrafi snuć zajmujące historie i sprawi, że odbiorcy będą się dobrze bawić, lawirując między sensacją i sferą uczuć.

środa, 1 maja 2013

Jagoda Opalińska: Roman Kłosowski. Z Kłosem przez życie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Aktorskie zwierzenia

Gdyby nie krótki fragment rozmowy z końca tomu, na Jagodę Opalińską posypałyby się gromy. Przekroczyła bowiem uprawnienia ghostwritera i dziennikarza, a nawet redaktora – i stała się pisarką co niekoniecznie w biografii imitującej autobiografię powinno mieć miejsce. Prowadzi bowiem historię Romana Kłosowskiego w jego imieniu, lecz dokonuje przy tym słownej i stylistycznej ekwilibrystyki, w nieprzezroczystym języku skrywając charakter postaci. Próbuje oddać przedwojenną kindersztubę, za jaką tęskni część starszych odbiorców, decydując się na erudycyjne popisy. Zgrzyt pojawi się zatem na zestawieniu postaci Romka Maliniaka i eleganckiego, „profesorskiego” języka, z którym dzisiaj część odbiorców może mieć drobne problemy. Tak bardzo chciała Opalińska uciec od konwencji publikacji w stylu pop, prostej, łatwej i przyjemnej, że obdarzyła swojego bohatera skłonnością do oratorskich popisów i barokowej przesady w ozdabianiu wypowiedzi. Gdyby tom prezentowany był w formie wywiadu-rzeki, rozmówcy posługiwaliby się tym samym nienaturalnym stylem i tworzyliby wzajemnie swoje karykatury. Wybór jednoosobowej narracji podyktowany został więc nie tylko ucieczką od mód.

Tyle że Roman Kłosowski nie wypowiada się w tym tomie jak Roman Kłosowski, a jak Jagoda Opalińska. Kto wie, czy przy takiej narracyjnej wyrazistości nie byłoby bezpieczniej napisać po prostu książki o aktorze. Jednak wtedy Opalińska nie mogłaby do owej silnie intelektualizowanej narracji wtrącać kolokwialnych zwrotów charakterystycznych dla swobodnej rozmowy i dużo bardziej pasujących do wizerunku Kłosa. Nie można zatem aktora poznać od strony językowej – warto się skupić na treści.

Biografie aktorów i wywiady-rzeki w ostatnich latach powstają przede wszystkim jako publikacje okolicznościowe – z okazji kilkudziesięciu lat pracy artystycznej (lub urodzin). Nie inaczej jest i tym razem, a sposób ukoronowania artysty opowieścią o jego dorobku staje się też dla szerokiej publiczności szansą na dokładniejsze poznanie drogi twórczej. Tutaj Kłos piórem Opalińskiej opowiada o swoich zawodowych początkach w szkole teatralnej, o rolach i scenicznych doświadczeniach, o swoich nauczycielach, którym składa hołd. Jest też i odrobina prywatności: motyw żony, rodziny, psów. Swoją chorobę aktor zbywa jednym zdaniem, przyjaciołom dziękuje. Nie odsłania zbyt wiele ze sfery osobistej, a Opalińska też nie wydobywa na światło dzienne tematów mniej wygodnych, pozwala za to Kłosowskiemu na analizowanie dokonań i mierzenie się z legendarnymi (czy „kultowymi”) rolami. To bardziej opowieść o aktorze – czasami wzbogacona o drobną anegdotę ze sceny. Opalińska niezbyt dobrze czuje się w przekazywaniu humorystycznych doświadczeń, nie buduje napięć przed puentą, więc w anegdotach część czytelników znajdzie przede wszystkim uśmiech.

Mimo zasłon i kurtyn, którymi Jagoda Opalińska oddziela Romana Kłosowskiego od publiczności, aktor przyznaje się do rozmaitych słabostek czy przyzwyczajeń, pozwala sobie na ujawnianie swoich cech charakteru i poglądów na zwyczajne życie. Książka jest dla Kłosa okazją do podziękowań – sprawdza się zatem jako typowa publikacja okolicznościowa, tom napisany „z okazji”. Do półprywatnego wizerunku dochodzą tutaj zdjęcia z prywatnych albumów aktora – działają jak zachęta do wspólnego świętowania, przybliżają do artysty i pozwalają przełamać erudycyjny styl samej książki.

Tom „Z Kłosem przez życie” złożony jest z serii wspomnień. Nad chronologią dominuje tematyka, a aktor może powracać tylko do tych punktów swojej egzystencji, o których chciałby opowiedzieć szerszej publiczności. Do sposobu, w jaki publikacja została spisana, odnosi się w finale, nie pozostawiając czytelnikom wątpliwości, kto odpowiada za językowe poszukiwania. Ale odbiorców i tak najbardziej będzie interesować, co Roman Kłosowski opowie o swoim życiu.