* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Kisielewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Kisielewski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 czerwca 2014

Stefan Kisielewski: Felietony. Tom 4. Felietony zdjęte przez cenzurę

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Gorycz

Zupełnie inaczej wyglądało kiedyś prowadzenie inteligentnych polemik na łamach prasy, do czego zresztą parę razy w swoich felietonach Stefan Kisielewski się odwołuje. Nie pusta retoryka, a zestaw głębokich przemyśleń i starannie dobieranych argumentów, nie satyryczne i efektowne oskarżanie przeciwnika, a rzeczowa dyskusja – nawet jeśli ubarwiana dowcipem, to nigdy dowcipowi nie podporządkowana. Kisiel do dzisiaj uczyć może kultury pisania felietonów, myślowej dokładności i stylu łączącego fachowość z mądrą rozrywką. Czwarty tom felietonów to „Felietony zdjęte przez cenzurę” – ale nie ma co spodziewać się po tej książce tekstowych wstrząsów czy skandali. Przyczyny, które nakazywały odrzucić felieton, dawno już zbladły i tylko z haseł-kluczy można czasem domyślać się zakazów druku. Kisiel bardzo rzadko decyduje się zresztą na bezpośrednią (personalną bądź ukierunkowaną) krytykę, z reguły woli bardziej zawoalowane wywody – to także rodzaj umysłowej szarady dla piszącego i jego odbiorców. W tej części od czasu do czasu pojawiają się jednak teksty, w których gorycz dominuje i przekreśla gry z czytelnikami. Zdarza się, że Kisiel chce coś wyjaśnić wprost, jednoznacznie wskazać sprawcę aktualnych udręk – i w tych momentach widać w lekturze niebezpieczną rezygnację. Zresztą Stefan Kisielewski o wartości słów wspomina nieraz, wyczulając swoich odbiorców na treści skrywane. Uczy rozszyfrowywania zapisków – i ustala zasady porozumienia.

„Felietony zdjęte przez cenzurę” nie są wyznaniami dowcipnisia, mimo że maski satyryka autor do końca nie zrzuca. Coraz mniej jest natomiast żartów ubarwiających wywody, jakby Kisiel nie miał już ochoty błaznować, widząc, że tego typu zabiegi i tak nie przynoszą określonych efektów. Zamiast wygłupów proponuje teraz krytykę, zamiast śmiechu – narzekanie. Polskę zaczyna postrzegać jako krainę bezradnych nerwusów – a w owej bezradności sam się zanurza, coraz częściej skupiając się na pozornie nieistotnych detalach i drobiazgach. Twierdzi, że „przywilejem felietonu jest, że nie musi spraw rozwiązywać, wystarczy, jeśli je sygnalizuje” – ale ta rola czasem wywołuje niemal literacką apatię. W tych tekstach nie ma już chęci walki, ani przekonania, że gorące emocje przyczynią się do zmian. Kisielewski reaguje, bo to jego zadanie, tego oczekują od niego czytelnicy – ale koncentracja na szczegółach – oraz na konieczności dokładnego analizowania faktów – osłabia formę. Kisiel stopniowo przestaje filozofować i uogólniać. Poczucie odpowiedzialności zmusza go do pisania, poczucie bezradności odbiera twórczą radość i energię.

Zdarzają się tu spostrzeżenia trafne do dziś (na przykład rodzajowe obrazki z Warszawy, motyw religii i katolicyzmu czy uwagi o rzemieślnikach), sporo jest też odpowiedzi na artykuły prasowe pozbawione dzisiaj znaczenia. W dalszym ciągu felietony Kisiela pozostają natomiast gatunkowym przykładem połączenia stylistycznej sprawności oraz zmysłu obserwacji, a także silnego zaangażowania w sprawy rodaków. Zupełnie inaczej czyta się teksty zdjęte przez cenzurę po latach i w nagromadzeniu, które niemal wyklucza tony sensacyjne – ale „Felietony zdjęte przez cenzurę” stanowią doskonałe uzupełnienie edycji i przynoszą czytelnikom pełniejszy obraz publicystycznej działalności Kisiela. Stefan Kisielewski przestrzega, napomina i wytyka – świadomy już, że nie uda mu się poderwać czytelników do działania. Chce za to prowokować do samodzielnego myślenia i wypracowywania własnych stanowisk w różnych sprawach. W swoich felietonach udowadnia, że nie trzeba odwoływać się do głośnych lub modnych tematów, by snuć atrakcyjne dla odbiorców rozważania. A że po latach wymowa tekstów walczących słabnie – to w końcu normalne zjawisko.

niedziela, 29 grudnia 2013

Stefan Kisielewski: Felietony. Tom 3. Wołanie na puszczy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Gorycz i polityka

Trudno o trafniejszy tytuł trzeciego tomu felietonów Kisiela niż „Wołanie na puszczy”. Autor, wyraźnie zmęczony bezowocnymi wysiłkami, przestaje wierzyć w swój wpływ na odbiorców – decyduje się zatem na rezygnację z retorycznych ozdobników, prób przekonywania do własnych spostrzeżeń. Opisuje to, na co się nie zgadza, lub też to, co trzeba czytelnikom wytłumaczyć, ale już bez poprzedniej zaciętości i z o wiele chłodniejszą głową. Wie, że dotarcie do możliwości rozmowy utrudnia mu maska prześmiewcy i dlatego też w „Wołaniu na puszczy” niemal całkowicie odrzuca dowcipne tony i literackie wygłupy. Śmiertelnie poważny Stefan Kisielewski może się już zająć zgłębianiem tajników polityki – bo tematy polityczne (zwłaszcza w ujęciu polityki międzynarodowej) wymagają skupienia, precyzji i raczej uroczystych tonów. Kisielewski czuje, że żart nie sprawdzi się tu jako nośnik argumentów – dopasowuje zatem język artykułów i felietonów do tematyki – i odwrotnie. Oddala tym razem motywy społeczne, nie interesuje się zbytnio zwykłym życiem, a próbuje wprowadzić do świadomości czytelników fakty (i ich interpretacje) niemieszczące się w peerelowskiej codzienności. Kisiel w „Wołaniu na puszczy” jest już stańczykiem zrezygnowanym i pozbawionym nadziei. Nie chce dostarczać rozrywki, woli zmusić do refleksji – a te dwa cele wzajemnie by się wykluczały.

Trzeci tom felietonów Stefana Kisielewskiego przepełniony jest goryczą. Znalazło się tu kilka dłuższych artykułów, teksty publikowane w kraju oraz felietony z paryskiej „Kultury”, co pewien czas zwarte wywody przetykane są seriami spostrzeżeń o zacięciu aforystycznym. Kisiel zajmuje się teraz przede wszystkim przypominaniem o tym, co już kiedyś opublikował (i co przeważnie się sprawdzało), popada w kasandryczne tony, świadomy, że i tak jego głos niewiele znaczy. W „Wołaniu na puszczy” ujawnia się jego samotność – płynąca nie tyle z głoszenia radykalnych sądów, co z braku oczekiwanego odzewu. W swojej walce Kisiel jest sam, robi się więc coraz bardziej zmęczony i nieco rozżalony. Nie rezygnuje z komentowania rzeczywistości – ale o słabościach i nierównym rozkładzie szans w tej walce nie może już zapomnieć. W tej książce bardzo wyraźnie pojawia się także oskarżenie słane w kierunku cenzury. Do tematu przekształcania tekstów i myśli w nich zawartych Kisiel wraca wielokrotnie, ubolewając nad przeinaczaniem wyjściowych założeń – i nad odpowiedzialnością za słowa.

W „Wołaniu na puszczy” widać wielkie zaangażowanie autora w sprawy kraju, ale też i stale rosnącą niechęć do systemu. Felietony zaczynają zamieniać się w wyliczenia bezsensów, surowe oceny sytuacji na scenie politycznej i notowanie utrudnień stawianych przed ludźmi. Znacznie rzadziej Kisiel zatrzymuje się nad kwestiami kultury, stara się w ogóle unikać lekkich tematów – by nie okazać się znów „tylko” prześmiewcą. Żart jako metoda na przekonanie społeczeństwa nie sprawdził się w tej walce, uniemożliwił poważne traktowanie autora, wić Kisielewski wycofuje się ze stylu, który przyniósł mu wielką popularność. Nie oznacza to, że całkowicie odrzuca złośliwą ironię – zdarza mu się jeszcze ozdabiać felietony anegdotami czy obiegowymi żartami, ale już tylko dla utrzymania czytelników. Trzeci tom felietonów ukazuje kierunek publicystyki Stefana Kisielewskiego i jest ściśle powiązany z wiadomościami dziś już historycznymi – często teksty dotyczą aktualiów i wyjaśniają mechanizmy lub kulisy istotnych dawniej spraw. A jednak mięsistość tego stylu i sposób formułowania opinii to elementy, które nie pozwolą odłożyć lektury do końca.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Stefan Kisielewski: Felietony. Tom 2. 100 razy głową w ściany

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Gorycz i bezradność słowa

Gorzki jest autorski wybór felietonów Kisiela z lat 1945–1971, wydany teraz pod tytułem „100 razy głową w ściany” – gorzki, a przy tym mocno prowokujący. Nie znajdą tu czytelnicy oczyszczającego śmiechu, za to po raz kolejny zetkną się z ciętym piórem i inteligencją autora. Szkoda jedynie, że kolejne pokolenia czytają ten zbiór już w oderwaniu od realiów, jako zestaw gatunkowych popisów, a nie jako komentarz do rzeczywistości. Gry z cenzurą, aluzje, inspiracje – to wszystko zatraca się w dzisiejszej lekturze, o czym zresztą we wstępie z odcieniem wyższości przypomina Jan Gondowicz. Ale chociaż jedna z płaszczyzn felietonów, postawa walcząca, znika przez dezaktualizację odniesień, pozostaje zbiór tekstów, nad którymi nie sposób przejść obojętnie. Mimo że Stefan Kisielewski tym razem ze swoich wywodów wyklucza dowcip i ironię, nie chce już przysłaniać tego, co ważne, prostymi żartami, w dalszym ciągu przykuwa uwagę czytelników stylem pisania, bezpośredniością, nastawieniem na drobiazgi („rzeczy małe”), które mają ogromne znaczenie w codzienności. To wciąż uwielbiany i chętnie czytany autor.

Drugi tom felietonów stanowi silne odniesienie do życia społecznego i politycznego. Rozważania o brzemiennych w skutki decyzjach władz przenikają się tutaj z komentarzami poświęconymi ludziom sztuki i nauki. Co ciekawe, w tym środowisku Kisielewski znacznie chętniej sięga po złośliwości i drwiny, próbując przypomnieć czytelnikom, że podobny ton nie jest możliwy w przypadku tekstów agitacyjnych. Autor świadomy jest tego, że dobra satyra zawsze musi być „kontra”, rezygnuje zatem z dowcipu lekkiego i komicznego, kiedy nie może prawdziwie kąsać. Wiele razy w tomie powraca zagadnienie działalności cenzury: Kisielewski próbuje przypominać swoim odbiorcom o odgórnych ograniczeniach, nie chce się tłumaczyć, ale też uderza w poważniejsze tony zamiast walczyć śmiechem. Skąd bierze się ta postawa – chętnie wyjaśnia w tekstach. Nie oznacza to całkowitej rezygnacji z żartu, bywa, że Kisielewski ozdabia niektóre akapity humorystycznymi anegdotami, ale zaznacza niemal zawsze, że to stare dowcipy – jakby czuł się nieswojo z powodu odrzucenia frywolnych i pożądanych przez odbiorców tonów, a jednocześnie nie był przekonany do kontynuowania uśmiechniętego stylu.

Rzadko w tej książce pojawiają się felietony ściśle obyczajowe. Autora zbyt zajmują kwestie Polaków, haseł propagandowych, decyzji rządu czy dyskusji w światku artystyczno-kulturowym, by miał przyglądać się zwykłemu życiu. Wyraźnie rezygnuje też z autotematyzmu – a fragmenty, które przebijają się do całości, bywają wstrząsające – jak felieton o bezradności słowa. W dalszym ciągu teksty są dla Kisielewskiego okazją do „ćwiczenia inteligencji” i prowokowania intelektualnych potyczek, zdradzają erudycję i wprawne pióro autora, tworząc tym samym niedościgniony wzór gatunku – ale przestają być błahostkami. Sam Kisiel zrzuca czapkę błazna, zależy mu na tym, żeby ludzie zaczęli myśleć. Nie chce tworzyć drobnych interwencyjnych kawałków, uwiera go etykietka wesołka. Przez kolejne strony przebija się gorycz – tym silniejsza, że nawet zrodzone z buntu metafory czytelnicy próbują odbierać na wesoło, zaprzeczając intencjom autora. Stefan Kisielewski, prezentujący pewną bezradność (czy może tylko brak wiary w moc słowa pisanego) ma jednak wiele do powiedzenia – i mimo upływu lat oraz przemian ustrojowych warto go posłuchać. „100 razy głową w ściany” to również popis erystyczno-retoryczny, cenna lekcja pisania (i wygłaszania sądów) dla dzisiejszych dziennikarzy. Na przykładzie tej książki warto przestudiować znaczenie felietonu oraz potencjał tego gatunku w kształtowaniu opinii czy świadomości społecznej. Bez względu na zmiany Kisiela zawsze czyta się dobrze – nawet gdy czas zniszczy część przesłań i znaczeń wywodów. To po prostu styl, którego nie da się zapomnieć.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Stefan Kisielewski: Felietony. Tom I. Rzeczy małe

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Wielkie myśli

Takich felietonistów próżno by dzisiaj szukać. Na tekstach Stefana Kisielewskiego dziennikarze mogliby uczyć się rzemiosła. Dobrze więc, że na rynek powraca pierwszy tom jego felietonów, zatytułowany „Rzeczy małe”: to lektura wciąż żywa i uniwersalna, choć książka gromadzi zapiski z lat 1945–1953. Skomponowany przez autora zestaw okazuje się jednak nie tylko świadectwem powojennego życia, ale również literackim popisem połączonym z pełną ironii zabawą. Kisiel celowo odchodzi od poważnej tematyki i wielkich spraw, unika patosu, który grozi śmiesznością – ale kiedy przygląda się drobnym i większym zmartwieniom jednostki, potrafi docierać do filozoficznych sensów. Jego uwagi nie tracą na aktualności, a dodatkowo „Rzeczy małe” przedstawiają twórczy potencjał użytkowego gatunku. To lektura bez wątpienia wielowymiarowa.

Zmieniają się priorytety odbiorców – tom dzisiaj przez nielicznych będzie odczytywany przez pryzmat polityki czy wątków agitacyjnych. Z polemik i krytyk pozostają jedynie znaczniki warsztatu, erystyczne chwyty – przeciętny czy przypadkowy czytelnik nie musi ich nawet rozszyfrowywać (choć gdyby zechciał, ma pomóc mu w tym obszerny wstęp Adama Michnika, akcentujący tę właśnie sferę tekstów). Znacznie ważniejsze jednak dla szerokiej publiczności literackiej będą dzisiaj uwagi o znaczeniu ogólnoludzkim – zarówno te dotyczące każdego człowieka (temat śmierci, niepokoju, tęsknot i pragnień), jak i te odnoszące się do świata artysty, związane z kreatywnością, powinnościami sztuki i sensem tworzenia. Od samego początku Kisielewski zaznacza, że jego celem będzie walka, walka o cokolwiek, potyczka na argumenty dla samej przyjemności buntowania się. Najlepsze felietony wyrastają z niezgody, z pójścia pod prąd – i to autor przez cały czas udowadnia. Nie zależy mu jednak na przekonywaniu tłumów do własnych racji, agresywna retoryka nie ma prawa wstępu na karty tej książki. Kisiel chce ujmować odbiorców ogromem wplatanych w krótkie teksty ciekawostek, lekkim piórem, a przede wszystkim cynizmem, który w połączeniu z poczuciem humoru i autoironią zapewnia czytelnikom lekturową ucztę.

Humor jest dla Kisiela wartością – i nie chodzi tu o rubaszne czy ludyczne dowcipy, które wywołują falę rechotu obserwatorów (nad czym zresztą autor wielokrotnie ubolewa, tworząc przewrotne rodzajowe scenki gloryfikujące tego typu komizm). Cenny jest dystans zapewniający poczucie niezależności, wolność zapewnia umiejętność wyszydzania własnych wad. Kisielewski nie chce używać żartu jako broni, za to docenia humor bezinteresowny, służący dobrej rozrywce. Taki też znajdzie się na kartach „Felietonów”. Autor lubi kontrasty, zestawianie spraw poważnych z drobiazgami: ujmuje czytelników stałą gotowością do inteligentnego rozśmieszania. Nie przekracza przy tym nigdy granic dobrego smaku, co zwłaszcza przy dzisiejszym poziomie masowej rozrywki wydaje się nie lada wyczynem. „Rzeczy małe” to pokaz śmiechu kulturalnego, wartościowego i… wciąż atrakcyjnego. Kiedy natomiast kończy się zabawa, często zaczyna się ironia granicząca z sarkazmem – ale ostrzejszy dowcip nie przechodzi w wojującą satyrę, a co za tym idzie nie uzależnia się od społeczno-politycznego kontekstu, co w oczywisty sposób wpływa na przedłużenie żywotności książki. Bywa Kisiel i melancholijny, skłonny do dzielenia się delikatnym smutkiem.

Trzech ludzi pióra spotyka się u Kisielewskiego: Karol Irzykowski, Tadeusz Boy Żeleński i Stefan Wiechecki. Stanowią oni czasem punkt odniesienia dla tekstów, czasem źródło interesujących refleksji, wyznaczają kierunki rozważań i oddziałują na styl. A przy tym przekonują autora dowcipem i konceptem. Takie zestawienie twórców musi wpłynąć na kształt książki.

Końcowe strony to zbiory myśli i cytatów Stefana Kisielewskiego. Ponieważ jednak autor nie dąży raczej do aforystycznego konstruowania wypowiedzi, a chętniej buduje dowcipy, przygotowując na nie czytelników, lepiej odbiera się Kisiela w pełnych, zamkniętych całostkach. Najlepszy dowód, że potężny tom „Felietonów” czyta się bardzo szybko: to książka, która dostarczy lekturowej satysfakcji i przez kolejne dekady będzie dalej budzić zainteresowanie odbiorców.