Mova, Białystok 2024.
Lekcje zabijania
Rupert Holmes rzuca wyzwanie wszystkim przypadkowym autorom kryminałów – postanawia nauczyć ich zawodu, a przynajmniej budowania przekonujących wyjaśnień dotyczących samych zbrodni. „Akademia zbrodni. Jak zamordować swojego szefa” to prawdziwy popis w kreowaniu wielopłaszczyznowych planów – doprawiony sporą dozą ironii. Świetna pozycja dla wszystkich tych, którym znudziła się powtarzalność masowo produkowanych thrillerów i kryminałów – tu zyskają odświeżające spojrzenie i nie mniej zbrodniczych intencji. W zasadzie Rupert Holmes wziął z rynku dwa nurty: po pierwsze modę na kryminały, nieodłączny składnik literatury rozrywkowej – a po drugie – i to już, o dziwo, z rynku literatury młodzieżowej – trend związany z tworzeniem środowisk zamkniętych, szkół i uczelni, które automatycznie wpływają na dobór przyjaciół i wrogów. Oba te trendy jednak zyskują tu zupełnie nowy wymiar, inny niż wyjściowe możliwości. Rupert Holmes bowiem bardzo poważnie traktuje temat, który wykorzysta w celach satyrycznych. Oto Cliff Iverson zostaje złapany w momencie, gdy próbuje radykalnie rozwiązać problem z koszmarnym szefem. Wydaje się, że nie uda mu się wybronić: sytuacja jest jednoznaczna, a śledczy przyłapali Cliffa na gorącym uczynku – usiłowanie zabójstwa to wystarczający powód utraty wolności. Tyle tylko, że funkcjonariusze wcale nie zamierzają oddać Iversona w ręce wymiaru sprawiedliwości, zależy im natomiast na zwerbowaniu kolejnego adepta Akademii zbrodni.
Akademia zbrodni to miejsce ściśle tajne. Ale poza tym, że nie można do niej trafić przypadkowo, jest jeszcze cały szereg warunków i zasad tu obowiązujących. Każdy, kto zamierza zrealizować swoją pracę magisterską – to znaczy zlikwidować cel – czyli zamordować kogoś, musi przyswoić sobie kilka reguł, których ma przestrzegać. Wiadomo, że nie uniknie potem wyrzutów sumienia – jednak gdyby się okazało, że można uniknąć morderstwa, warto z niego zrezygnować. I do kontrolowania tego typu sytuacji potrzebny jest regulamin. Tu nic nie wolno zostawić przypadkowi. A każdy moment do trenowania mordowania innych jest dobry. Co oznacza, że w Akademii cały czas trzeba się mieć na baczności – każdy może okazać się wrogiem, nawet jeśli tylko ćwiczy swoje umiejętności.
Cliff Iverson do Akademii zbrodni trafia dzięki sponsorowi: komuś zależy na tym, żeby bohater zrealizował swoje zamiary. Cliff zatem składa sprawozdania swojemu – nieznanemu – darczyńcy, co pozwala na sprawdzanie, co dzieje się za murami Akademii. Ale nie jest to jedyna osoba, która studiuje, żeby rozwiązać swoje problemy. Jest tu między innymi także Dulcie – sympatyczna i doprowadzona do skrajności aktorka mobbingowana przez reżysera. Torpedowanie kariery gwiazdy (i proponowanie jej w zamian dubbingowania świnki niekoniecznie zaspokoi ambicje zawodowe. Rupert Holmes pozwala na sprawdzanie, jak kolejni uczniowie przygotowują się do zbrodni – jak opracowują wielopoziomowe plany (chociaż nikt nie zna ich pośrednich celów), jak poszukują najlepszej metody na likwidację przeciwnika. Przeskakuje między bohaterami i formami, ale najlepiej wypadają tutaj kolejne skomplikowane pomysły. To, że autor przedstawia rozmaite sposoby popełnienia zbrodni w detalach ucieszy fanów kryminałów – pokaże im, jak precyzyjnie można planować morderstwo idealne. Jest to powieść gęsta i przesycona humorem – śmiech odgrywa tu ważną rolę, pozwala bowiem osłabić lęk przed ostatecznością i odrobinę odciążyć struktury zbrodniczych rozwiązań. Jest tu sporo ironii i czarnego humoru w najlepszym wydaniu. Rupert Holmes pisze w sposób sycący, jego narracja jest wypełniona detalami, ale dzięki śmiechowi – nie męczy.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mova. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 grudnia 2024
piątek, 23 sierpnia 2024
Katniss Hsiao: Zanim zostaliśmy potworami
Mova, Kobiece, Białystok 2024.
Przez nos
Wielopiętrową charakterystykę swojej bohaterki buduje Katniss Hsiao w powieści „Zanim zostaliśmy potworami” – bo też i chce powiedzieć odbiorcom kilka gorzkich słów o ludzkiej naturze i o działaniach umysłów czy instynktów seryjnych morderców. Nie jest to książka wygodna i nie może taka być – dla autorki najważniejszy jest zmysł powonienia i zestaw impulsów, ale nie tych wywołujących przyjemne skojarzenia i reakcje, a takich, które odrzucają zwykłych ludzi. Tyle że Yang Ning do zwyczajnych nie należy. W jej przeszłości zdarzyło się coś, co pozbawiło ją praktycznie możliwości odczuwania zapachów. Jedyny bodziec, który uruchamia zmysł węchu to odór na miejscu zbrodni lub w pobliżu zwłok. Yang Ning dopiero wtedy może poczuć, że naprawdę żyje. Jej przypadłości nikt nie rozumie, więc też i bohaterka może czuć się wyobcowana. Nie tylko zresztą z tego powodu. Yang Ning łamie konwencje, wchodzi tam, gdzie inni baliby się nawet zajrzeć, zawiera znajomości, które jawią się jako niebezpieczne. A wszystko to, bo nie potrafi się pogodzić z przeszłością. W zapachach widzi szansę na rozszyfrowanie pewnej tajemnicy – ale nawet supermoc, jaką jest jej wybiórczy czasowo węch nie pozwala na wykonanie całej pracy samodzielnie. Yang Ning potrzebuje wsparcia, a wsparcie to może jej zapewnić wyłącznie ktoś o równie wyjątkowym darze. „Zanim zostaliśmy potworami” to thriller, w którym dość duży nacisk kładzie się na kwestie psychologiczne. Autorka dokonuje wiwisekcji bohaterów, pokazuje, co wyzwala ich działania i jak dążą do zaspokojenia własnych żądz. Rezygnuje – zupełnie świadomie – z rozwiązań banalnych, w zamian za to powołuje do istnienia świat, który musi od podstaw objaśniać. Stwierdza zresztą, że nie ma języka przystosowanego do opisywania zapachów – tu zawsze pojawiają się odwołania do innych zmysłów i skojarzeń. A jednak to zapachy mają być najbardziej pierwotnymi czynnikami wpływającymi na człowieka. I to zapachy mogą nieść zniszczenie. Sporo tu turpistycznych opisów, scen, w których autorka z nadnaturalistyczną ciekawością pochyla się nad tym, co obrzydza i odpycha. Żeby jak najpełniej zagłębić się w rzeczywistości pokaleczonej psychicznie bohaterki, musi przecież prezentować jej perspektywę – a to wymaga narracyjnych poświęceń. Hsiao oddala to, co przyjemne – tylko od czasu do czasu odwołuje się do zapachów spoza palety fetoru, przeważnie czerpie satysfakcję z prezentowania tego, co zwykle spychane na margines. Ma jednak do zaoferowania nie tylko inną konstrukcję postaci i opisów, ale – cały zestaw fabularnych rozwiązań. Snuje kryminalną intrygę i wprowadza długofalowe efekty traum. Karmi czytelników strachem i niepewnością, by za chwilę zburzyć ich przekonania i podsunąć im mylne tropy. Podrzuca inny sposób na gromadzenie danych, sposób, który wymaga dobrego rozumienia postaci i wnikania w ich umysły – inaczej przecież nie dałoby się odtworzyć przeżywanych przez nie kwestii. „Zanim zostaliśmy potworami” to powieść dla szukających mocnych wrażeń – i dla czytelników znudzonych schematami.
Przez nos
Wielopiętrową charakterystykę swojej bohaterki buduje Katniss Hsiao w powieści „Zanim zostaliśmy potworami” – bo też i chce powiedzieć odbiorcom kilka gorzkich słów o ludzkiej naturze i o działaniach umysłów czy instynktów seryjnych morderców. Nie jest to książka wygodna i nie może taka być – dla autorki najważniejszy jest zmysł powonienia i zestaw impulsów, ale nie tych wywołujących przyjemne skojarzenia i reakcje, a takich, które odrzucają zwykłych ludzi. Tyle że Yang Ning do zwyczajnych nie należy. W jej przeszłości zdarzyło się coś, co pozbawiło ją praktycznie możliwości odczuwania zapachów. Jedyny bodziec, który uruchamia zmysł węchu to odór na miejscu zbrodni lub w pobliżu zwłok. Yang Ning dopiero wtedy może poczuć, że naprawdę żyje. Jej przypadłości nikt nie rozumie, więc też i bohaterka może czuć się wyobcowana. Nie tylko zresztą z tego powodu. Yang Ning łamie konwencje, wchodzi tam, gdzie inni baliby się nawet zajrzeć, zawiera znajomości, które jawią się jako niebezpieczne. A wszystko to, bo nie potrafi się pogodzić z przeszłością. W zapachach widzi szansę na rozszyfrowanie pewnej tajemnicy – ale nawet supermoc, jaką jest jej wybiórczy czasowo węch nie pozwala na wykonanie całej pracy samodzielnie. Yang Ning potrzebuje wsparcia, a wsparcie to może jej zapewnić wyłącznie ktoś o równie wyjątkowym darze. „Zanim zostaliśmy potworami” to thriller, w którym dość duży nacisk kładzie się na kwestie psychologiczne. Autorka dokonuje wiwisekcji bohaterów, pokazuje, co wyzwala ich działania i jak dążą do zaspokojenia własnych żądz. Rezygnuje – zupełnie świadomie – z rozwiązań banalnych, w zamian za to powołuje do istnienia świat, który musi od podstaw objaśniać. Stwierdza zresztą, że nie ma języka przystosowanego do opisywania zapachów – tu zawsze pojawiają się odwołania do innych zmysłów i skojarzeń. A jednak to zapachy mają być najbardziej pierwotnymi czynnikami wpływającymi na człowieka. I to zapachy mogą nieść zniszczenie. Sporo tu turpistycznych opisów, scen, w których autorka z nadnaturalistyczną ciekawością pochyla się nad tym, co obrzydza i odpycha. Żeby jak najpełniej zagłębić się w rzeczywistości pokaleczonej psychicznie bohaterki, musi przecież prezentować jej perspektywę – a to wymaga narracyjnych poświęceń. Hsiao oddala to, co przyjemne – tylko od czasu do czasu odwołuje się do zapachów spoza palety fetoru, przeważnie czerpie satysfakcję z prezentowania tego, co zwykle spychane na margines. Ma jednak do zaoferowania nie tylko inną konstrukcję postaci i opisów, ale – cały zestaw fabularnych rozwiązań. Snuje kryminalną intrygę i wprowadza długofalowe efekty traum. Karmi czytelników strachem i niepewnością, by za chwilę zburzyć ich przekonania i podsunąć im mylne tropy. Podrzuca inny sposób na gromadzenie danych, sposób, który wymaga dobrego rozumienia postaci i wnikania w ich umysły – inaczej przecież nie dałoby się odtworzyć przeżywanych przez nie kwestii. „Zanim zostaliśmy potworami” to powieść dla szukających mocnych wrażeń – i dla czytelników znudzonych schematami.
środa, 21 sierpnia 2024
Seo Dongwon: Księgarnia Napojów Księżyca
Mova, Białystok 2024.
Prawda
Człowiek, który ma niebieskie włosy, nikogo w tym miejscu nie dziwi. Mun, chociaż kojarzony z księżycem, pokazuje wyjścia – drogi do poznawania siebie. Robi to w nietuzinkowy sposób, zresztą przecież nie należy do typowych postaci. Seo Dongwon uruchamia wyobraźnię i to, co niemożliwe, żeby opowiadać historie ludzi szukających ukojenia w barze. Do lokalu przychodzą osoby w różnym wieku: nawet dzieci mogą tu przypadkiem zajrzeć i równie przypadkiem wypić napój – nikogo to nie będzie szokowało, a może zszokuje wszystkich. I o to właśnie chodzi. O prozę, która wywraca dotąd stosowane schematy, która szuka miejsca dla siebie i ucieka od prawdopodobieństwa na rzecz historii jako takich. Mun prowadzi bar, ale chociaż zatrudnia pewną potrzebującą pomocy kobietę – dostrzega w niej coś, czego ona sama dostrzec na początku nie może – nie wyznacza jasnych reguł panujących w tym miejscu. Nawet cennik pozostaje kwestią umowną, bo też każdy może zapłacić za przygotowywane dla niego drinki tym, co ma najcenniejszego – opowieściami. Mun każdorazowo dobiera ofertę do potrzeb i dążeń klientów. Jeśli już ktoś zapuści się w tak odległe rejony, jeśli trafi do księgarni, która jest barem – musi przyjąć panujące tu zasady, czy może raczej brak zasad w klasycznym stylu. I tylko pytanie, czy to, co dzieje się później, jest kwestią upojenia alkoholowego, czy może innego sposobu dotarcia do wnętrza, pozostaje otwarte.
Mun racjonalnie myślącym wydaje się szarlatanem lub kuglarzem. Ale racjonalizm nie ma sensu w podejściu do tej onirycznej prozy, nie sprawdza się zupełnie. Niebieskowłosy bohater zaprasza do siebie tych, którzy potrzebują zrozumieć siebie – zanurzyć się w przeszłość, obejrzeć to, co ich spotkało i z dystansu ocenić sytuację. Przeżyć jeszcze raz największe traumy, żeby móc znaleźć receptę, poznać siebie dogłębnie i bez hamulców kulturowych czy obyczajowych. A na to pozwala alkohol. Nigdy nie ma tu składu drinków, zresztą one same wyglądają jak wyjęte z baśni – kolorowe i o wyrazistych smakach ujawniają jedynie efekty działań, nigdy przepisy. Bo też i nazwy alkoholi niczemu by tu nie służyły, skoro w grę wchodzi nieuchwytna i nienazywana magia. Mun nie ma problemu z rozszyfrowaniem przychodzących do baru – każdemu podsunie to, co dla niego najbardziej odpowiednie, nawet gdyby klient uważał inaczej. Z reguły też stara się nie rozpijać nikogo i nie serwować kolejnych, innych drinków. Nad jednym rodzajem alkoholu toczą się bowiem wewnętrzne walki, zwierzenia i odkrycia, na jakie nikt nie jest przygotowany. A ponieważ Seo Dongwon odchodzi od realizmu, może sobie na wiele pozwolić. I tak sięga nie tylko po oceny kondycji społeczeństwa czy po rozliczenia w relacjach międzyludzkich, wykorzystuje też bowiem motywy bardziej magiczne, nie do wyjaśnienia na drodze rozumowej. Jest przenikliwym obserwatorem, podobnie jak jego bohater – ale nie chce dopowiadać wszystkiego, nie zamierza ujawniać sekretów warsztatu ani tajników kolejnych sztuczek. Odbiorcy muszą po prostu uwierzyć w wyjątkowo utalentowanego barmana, który bezbłędnie odczytuje potrzeby bohaterów i podsuwa im rozwiązania problemów, ukrywane w nich samych.
Prawda
Człowiek, który ma niebieskie włosy, nikogo w tym miejscu nie dziwi. Mun, chociaż kojarzony z księżycem, pokazuje wyjścia – drogi do poznawania siebie. Robi to w nietuzinkowy sposób, zresztą przecież nie należy do typowych postaci. Seo Dongwon uruchamia wyobraźnię i to, co niemożliwe, żeby opowiadać historie ludzi szukających ukojenia w barze. Do lokalu przychodzą osoby w różnym wieku: nawet dzieci mogą tu przypadkiem zajrzeć i równie przypadkiem wypić napój – nikogo to nie będzie szokowało, a może zszokuje wszystkich. I o to właśnie chodzi. O prozę, która wywraca dotąd stosowane schematy, która szuka miejsca dla siebie i ucieka od prawdopodobieństwa na rzecz historii jako takich. Mun prowadzi bar, ale chociaż zatrudnia pewną potrzebującą pomocy kobietę – dostrzega w niej coś, czego ona sama dostrzec na początku nie może – nie wyznacza jasnych reguł panujących w tym miejscu. Nawet cennik pozostaje kwestią umowną, bo też każdy może zapłacić za przygotowywane dla niego drinki tym, co ma najcenniejszego – opowieściami. Mun każdorazowo dobiera ofertę do potrzeb i dążeń klientów. Jeśli już ktoś zapuści się w tak odległe rejony, jeśli trafi do księgarni, która jest barem – musi przyjąć panujące tu zasady, czy może raczej brak zasad w klasycznym stylu. I tylko pytanie, czy to, co dzieje się później, jest kwestią upojenia alkoholowego, czy może innego sposobu dotarcia do wnętrza, pozostaje otwarte.
Mun racjonalnie myślącym wydaje się szarlatanem lub kuglarzem. Ale racjonalizm nie ma sensu w podejściu do tej onirycznej prozy, nie sprawdza się zupełnie. Niebieskowłosy bohater zaprasza do siebie tych, którzy potrzebują zrozumieć siebie – zanurzyć się w przeszłość, obejrzeć to, co ich spotkało i z dystansu ocenić sytuację. Przeżyć jeszcze raz największe traumy, żeby móc znaleźć receptę, poznać siebie dogłębnie i bez hamulców kulturowych czy obyczajowych. A na to pozwala alkohol. Nigdy nie ma tu składu drinków, zresztą one same wyglądają jak wyjęte z baśni – kolorowe i o wyrazistych smakach ujawniają jedynie efekty działań, nigdy przepisy. Bo też i nazwy alkoholi niczemu by tu nie służyły, skoro w grę wchodzi nieuchwytna i nienazywana magia. Mun nie ma problemu z rozszyfrowaniem przychodzących do baru – każdemu podsunie to, co dla niego najbardziej odpowiednie, nawet gdyby klient uważał inaczej. Z reguły też stara się nie rozpijać nikogo i nie serwować kolejnych, innych drinków. Nad jednym rodzajem alkoholu toczą się bowiem wewnętrzne walki, zwierzenia i odkrycia, na jakie nikt nie jest przygotowany. A ponieważ Seo Dongwon odchodzi od realizmu, może sobie na wiele pozwolić. I tak sięga nie tylko po oceny kondycji społeczeństwa czy po rozliczenia w relacjach międzyludzkich, wykorzystuje też bowiem motywy bardziej magiczne, nie do wyjaśnienia na drodze rozumowej. Jest przenikliwym obserwatorem, podobnie jak jego bohater – ale nie chce dopowiadać wszystkiego, nie zamierza ujawniać sekretów warsztatu ani tajników kolejnych sztuczek. Odbiorcy muszą po prostu uwierzyć w wyjątkowo utalentowanego barmana, który bezbłędnie odczytuje potrzeby bohaterów i podsuwa im rozwiązania problemów, ukrywane w nich samych.
niedziela, 4 sierpnia 2024
Monica Brashears: Dom pogrzebowy Cottona
Mova, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2024.
Oswajanie
Magnolia jest postacią, której nie da się nie lubić, chociaż robi wiele, żeby na niechęć odbiorców zapracować. Jednak to dziewiętnastolatka, która próbuje poradzić sobie z przytłaczającą rzeczywistością. Właśnie umarła jej babka - więc Magnolia czuje się samotna. Zagubienie zresztą nie opuszczało jej i wcześniej, ale teraz już idzie na całość w autodestrukcyjnych działaniach. Magnolia stres rozładowuje przez seks z przypadkowymi mężczyznami poznawanymi na Tinderze - sprowadza ich do siebie tylko po to, żeby jej alter ego mogło zaspokoić swoje żądze i w ten sposób przynieść ukojenie. Oczywiście ukojenia nie przynosi, przynosi za to trochę kłopotów. Największe zmartwienie to brak pieniędzy. I tu z pomocą przychodzi właściciel domu pogrzebowego, który oferuje rodzinom zmarłych nietypową usługę. Dobra charakteryzacja i odrobina aktorskiego talentu - to wystarczy, żeby pogrążonym w żałobie pozwolić na pożegnanie z bliskimi - jeszcze na żywo. Magnolia ma pracować jako modelka, która udaje medium: ma przekazywać zrozpaczonym krewnym wiadomości z zaświatów. Oznacza to ogrom emocji i bardzo silnych wzruszeń - ale Magnolia jest już osobą mocno doświadczoną przez życie i nie ulega zbyt często sentymentom. Może konfrontować się z cierpiącymi rodzinami i wcielać się w rozmaite postacie - da sobie radę z tak nietypowym zadaniem, bo potrafi znieczulać emocje. Ale poza występami w domu pogrzebowym pojawia się jeszcze jeden motyw dotyczący przemijania: babka, która objawia się bohaterce w różnych chwilach (i w różnych stopniach rozkładu). Ma do przekazania informacje, które mogłyby zmienić egzystencję Magnolii - tyle że dziewczyna niekoniecznie chce słuchać. Musi spotykać się z krewną - bo to nie ona dyktuje warunki.
W tej powieści seks przeplata się ze śmiercią, nie ma żadnych granic ani zahamowań, a zdarzyć się może absolutnie wszystko. Monica Brashears nie kieruje się bowiem ani oczekiwaniami czytelników, ani stereotypami czy schematami w fabułach. Podąża za własnymi pomysłami i przez to może częstować odbiorców zupełnie nieoczekiwanymi rozwiązaniami. "Dom pogrzebowy Cottona" w zwyczajnym świecie budziłby mnóstwo wątpliwości o etyczne strony oferty - jednak w tym wypadku nie ma mowy o psychologicznych dylematach. Można bohaterom zafundować dowolne zestawy doświadczeń bez zastanawiania się, jak to wpłynie na ich mentalność. Monica Brashears zajmuje się raczej uatrakcyjnianiem fabuły niż pogłębianiem charakterów - wystarczająco wyraziste są same przygody. "Dom pogrzebowy Cottona" to książka, która nie zapewni azylu - raczej będzie szarpać nerwy, przypominać o tym, co niewygodne i niechciane - i właśnie dzięki temu tak bardzo przyciąga. Monica Brashears zapewnia odbiorcom przygody z pogranicza rzeczywistości (i bardzo nieprawdopodobne), dzięki czemu może zwrócić uwagę na inne aspekty funkcjonowania w społeczeństwie. "Dom pogrzebowy Cottona" to rozedrgana narracja, zestaw trudnych doświadczeń i komplikacji - ale jako całość bardzo uwodzi. To propozycja idealna dla wszystkich zmęczonych schematami fabularnymi - tu się ich nie znajdzie. Monica Brashears pisze lekko i z pazurem, stawia na dramaty i na sytuacje bez wyjścia - i jest w tym bardzo dobra.
Oswajanie
Magnolia jest postacią, której nie da się nie lubić, chociaż robi wiele, żeby na niechęć odbiorców zapracować. Jednak to dziewiętnastolatka, która próbuje poradzić sobie z przytłaczającą rzeczywistością. Właśnie umarła jej babka - więc Magnolia czuje się samotna. Zagubienie zresztą nie opuszczało jej i wcześniej, ale teraz już idzie na całość w autodestrukcyjnych działaniach. Magnolia stres rozładowuje przez seks z przypadkowymi mężczyznami poznawanymi na Tinderze - sprowadza ich do siebie tylko po to, żeby jej alter ego mogło zaspokoić swoje żądze i w ten sposób przynieść ukojenie. Oczywiście ukojenia nie przynosi, przynosi za to trochę kłopotów. Największe zmartwienie to brak pieniędzy. I tu z pomocą przychodzi właściciel domu pogrzebowego, który oferuje rodzinom zmarłych nietypową usługę. Dobra charakteryzacja i odrobina aktorskiego talentu - to wystarczy, żeby pogrążonym w żałobie pozwolić na pożegnanie z bliskimi - jeszcze na żywo. Magnolia ma pracować jako modelka, która udaje medium: ma przekazywać zrozpaczonym krewnym wiadomości z zaświatów. Oznacza to ogrom emocji i bardzo silnych wzruszeń - ale Magnolia jest już osobą mocno doświadczoną przez życie i nie ulega zbyt często sentymentom. Może konfrontować się z cierpiącymi rodzinami i wcielać się w rozmaite postacie - da sobie radę z tak nietypowym zadaniem, bo potrafi znieczulać emocje. Ale poza występami w domu pogrzebowym pojawia się jeszcze jeden motyw dotyczący przemijania: babka, która objawia się bohaterce w różnych chwilach (i w różnych stopniach rozkładu). Ma do przekazania informacje, które mogłyby zmienić egzystencję Magnolii - tyle że dziewczyna niekoniecznie chce słuchać. Musi spotykać się z krewną - bo to nie ona dyktuje warunki.
W tej powieści seks przeplata się ze śmiercią, nie ma żadnych granic ani zahamowań, a zdarzyć się może absolutnie wszystko. Monica Brashears nie kieruje się bowiem ani oczekiwaniami czytelników, ani stereotypami czy schematami w fabułach. Podąża za własnymi pomysłami i przez to może częstować odbiorców zupełnie nieoczekiwanymi rozwiązaniami. "Dom pogrzebowy Cottona" w zwyczajnym świecie budziłby mnóstwo wątpliwości o etyczne strony oferty - jednak w tym wypadku nie ma mowy o psychologicznych dylematach. Można bohaterom zafundować dowolne zestawy doświadczeń bez zastanawiania się, jak to wpłynie na ich mentalność. Monica Brashears zajmuje się raczej uatrakcyjnianiem fabuły niż pogłębianiem charakterów - wystarczająco wyraziste są same przygody. "Dom pogrzebowy Cottona" to książka, która nie zapewni azylu - raczej będzie szarpać nerwy, przypominać o tym, co niewygodne i niechciane - i właśnie dzięki temu tak bardzo przyciąga. Monica Brashears zapewnia odbiorcom przygody z pogranicza rzeczywistości (i bardzo nieprawdopodobne), dzięki czemu może zwrócić uwagę na inne aspekty funkcjonowania w społeczeństwie. "Dom pogrzebowy Cottona" to rozedrgana narracja, zestaw trudnych doświadczeń i komplikacji - ale jako całość bardzo uwodzi. To propozycja idealna dla wszystkich zmęczonych schematami fabularnymi - tu się ich nie znajdzie. Monica Brashears pisze lekko i z pazurem, stawia na dramaty i na sytuacje bez wyjścia - i jest w tym bardzo dobra.
czwartek, 1 lutego 2024
Joanna Bagrij: Nadbrzeżnik
Mova, Białystok 2024.
Zwłoki na plaży
Przede wszystkim Joanna Bagrij wierzy w siłę narracji – do tego stopnia, że nie zamierza różnicować sposobu prowadzenia opowieści, bez względu na to, czy wypowiada się transparentny i „właściwy” narrator, czy głos zabierają poszczególni bohaterowie – nie rozróżnia ich ze względu na płeć czy wiek. I tak rodzi się pytanie o znaczenie synestezyjności „męskiej” opowieści i o zbyt dużą wiedzę (o zasobie leksykalnym nie wspominając) u kilkulatka – owszem, ten ostatni będzie stawiać na zdrobnienia i akcentowanie roli członków rodziny, ale gdzieś rozbrzmiewa tu sama kreacja. „Nadbrzeżnik” to bowiem kryminał, w którym odzywać się ma wiele głosów, tak, żeby czytelnicy poczuli się wrzuceni w centrum opowieści – i zmuszeni do podążania za poszczególnymi tropami. Joanna Bagrij wybiera – mimo tej drobiazgowej narracji wypełnionej wrażeniami zmysłowymi – dość surowy sposób opowiadania. Nie koncentruje się przesadnie na życiu osobistym bohaterów, chociaż bez tego trudno sobie dzisiaj wyobrazić akcję – w związku z tym rozsnuwa powiązania łączące bohaterów w przeszłości, sugeruje, że Lena Dobrowicz, specjalistka od zwłok, ma w swojej przeszłości bolesne rysy na tle damsko-męskim (co dzisiaj owocuje między innymi otwartym podejściem do spraw seksu – jednak kiedy zbyt wielu potencjalnych towarzyszy łóżkowych ekscesów pojawia się w pobliżu, bohaterka woli się wycofać) i co pewien czas wprowadza wzmiankę przypminającą o codziennych – czyli poza sprawą – problemach postaci. To niewiele, ale musi wystarczyć, bo resztę portretów charakterologicznych wypełnia codzienność. A w niej mnóstwo jest prostych gestów, ostrych i ascetycznych w wymowie. Każdy ze swoimi demonami zostaje sam i każdy rozprawia się z nimi jak umie – taki standard dla zaznaczenia, że nie jest to cosy crime. Szorstkość w opisach ma przykuwać uwagę do zbrodni – a zbrodni trochę tu będzie. „Nadbrzeżnik” bazuje na legendzie stworzonej stosunkowo niedawno i zapładniającej umysły miejscowych – postacią ze świata fantazji łatwo wytłumaczyć kolejne zbrodnie, zwłaszcza jeśli komuś zależy na budzeniu odpowiednich skojarzeń. Joanna Bagrij w światek nadmorskich śledczych wrzuca kobietę o tajemniczej przeszłości – wyjątkowo dobrze radzącą sobie z odczytywaniem kryminalnych tropów. Z obecności ciała w konkretnym miejscu może wyczytać wiele – i to bez uciekania się do podpowiedzi z jakichkolwiek źródeł. Nie szwankuje jej logiczne myślenie, a w sytuacjach zagrożenia (bo i takich będzie dużo) Lena Dobrowicz wie, jak sobie poradzić. To niemal żeński odpowiednik stereotypu „zabili go i uciekł”: przechodzi sporo i to bez śladów na psychice. Ale właśnie o to w „Nadbrzeżniku” chodzi – żeby nie przejmować się przesadnie przemyśleniami tych, którzy mają tylko rozwiązać zagadkę. W ową zagadkę autorka angażuje czytelników, przedstawia im cały szereg informacji, z których powieściowi śledczy będą w stanie ułożyć całą historię – a nawet częstuje ich wiadomościami, do których kryminalni dostępu nie mają, czytelnicy poznają bowiem także narracje z perspektywy mordercy. Jest „Nadbrzeżnik” kryminałem nastawionym właśnie na śledztwo i gorycz wynikającą z braku zaufania – autorka rezygnuje za to z rozbudowywania warstwy obyczajowej i wchodzenia w zwyczajność śledczych. Ascezę charakterologiczną zestawia jednak z wyczuleniem na detale i z drobiazgowością w przedstawianiu otoczenia.
Zwłoki na plaży
Przede wszystkim Joanna Bagrij wierzy w siłę narracji – do tego stopnia, że nie zamierza różnicować sposobu prowadzenia opowieści, bez względu na to, czy wypowiada się transparentny i „właściwy” narrator, czy głos zabierają poszczególni bohaterowie – nie rozróżnia ich ze względu na płeć czy wiek. I tak rodzi się pytanie o znaczenie synestezyjności „męskiej” opowieści i o zbyt dużą wiedzę (o zasobie leksykalnym nie wspominając) u kilkulatka – owszem, ten ostatni będzie stawiać na zdrobnienia i akcentowanie roli członków rodziny, ale gdzieś rozbrzmiewa tu sama kreacja. „Nadbrzeżnik” to bowiem kryminał, w którym odzywać się ma wiele głosów, tak, żeby czytelnicy poczuli się wrzuceni w centrum opowieści – i zmuszeni do podążania za poszczególnymi tropami. Joanna Bagrij wybiera – mimo tej drobiazgowej narracji wypełnionej wrażeniami zmysłowymi – dość surowy sposób opowiadania. Nie koncentruje się przesadnie na życiu osobistym bohaterów, chociaż bez tego trudno sobie dzisiaj wyobrazić akcję – w związku z tym rozsnuwa powiązania łączące bohaterów w przeszłości, sugeruje, że Lena Dobrowicz, specjalistka od zwłok, ma w swojej przeszłości bolesne rysy na tle damsko-męskim (co dzisiaj owocuje między innymi otwartym podejściem do spraw seksu – jednak kiedy zbyt wielu potencjalnych towarzyszy łóżkowych ekscesów pojawia się w pobliżu, bohaterka woli się wycofać) i co pewien czas wprowadza wzmiankę przypminającą o codziennych – czyli poza sprawą – problemach postaci. To niewiele, ale musi wystarczyć, bo resztę portretów charakterologicznych wypełnia codzienność. A w niej mnóstwo jest prostych gestów, ostrych i ascetycznych w wymowie. Każdy ze swoimi demonami zostaje sam i każdy rozprawia się z nimi jak umie – taki standard dla zaznaczenia, że nie jest to cosy crime. Szorstkość w opisach ma przykuwać uwagę do zbrodni – a zbrodni trochę tu będzie. „Nadbrzeżnik” bazuje na legendzie stworzonej stosunkowo niedawno i zapładniającej umysły miejscowych – postacią ze świata fantazji łatwo wytłumaczyć kolejne zbrodnie, zwłaszcza jeśli komuś zależy na budzeniu odpowiednich skojarzeń. Joanna Bagrij w światek nadmorskich śledczych wrzuca kobietę o tajemniczej przeszłości – wyjątkowo dobrze radzącą sobie z odczytywaniem kryminalnych tropów. Z obecności ciała w konkretnym miejscu może wyczytać wiele – i to bez uciekania się do podpowiedzi z jakichkolwiek źródeł. Nie szwankuje jej logiczne myślenie, a w sytuacjach zagrożenia (bo i takich będzie dużo) Lena Dobrowicz wie, jak sobie poradzić. To niemal żeński odpowiednik stereotypu „zabili go i uciekł”: przechodzi sporo i to bez śladów na psychice. Ale właśnie o to w „Nadbrzeżniku” chodzi – żeby nie przejmować się przesadnie przemyśleniami tych, którzy mają tylko rozwiązać zagadkę. W ową zagadkę autorka angażuje czytelników, przedstawia im cały szereg informacji, z których powieściowi śledczy będą w stanie ułożyć całą historię – a nawet częstuje ich wiadomościami, do których kryminalni dostępu nie mają, czytelnicy poznają bowiem także narracje z perspektywy mordercy. Jest „Nadbrzeżnik” kryminałem nastawionym właśnie na śledztwo i gorycz wynikającą z braku zaufania – autorka rezygnuje za to z rozbudowywania warstwy obyczajowej i wchodzenia w zwyczajność śledczych. Ascezę charakterologiczną zestawia jednak z wyczuleniem na detale i z drobiazgowością w przedstawianiu otoczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






