* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Bartuszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Bartuszek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2012

Anna Katarzyna Bartuszek: Z widokiem na Mont Blanc

Tolknicko 2012.

Obyczajowo inaczej

W „BeStii ujarzMionej” Anna Bartuszek przedstawiała czytelnikom siebie i swoją chorobę, ale z całego tomu najbardziej zapadały w pamięć nietknięte przez redakcję fragmenty bloga, zapiski dziewczyny, która chce cieszyć się każdą chwilą. Z czasem autorka wzięła się za tworzenie powieści obyczajowej – czytadła dla tych, którzy lubią uśmiech, witalność i energię. Tak powstał tom „Z widokiem na Mont Blanc” – historia niepokornej Black, która z uporem szuka swojego miejsca na ziemi. Anna Katarzyna Bartuszek postawiła na self-publishing, choć tak naprawdę mogłaby poczekać na przychylną opinię któregoś z wydawców i zawojować rynek literatury rozrywkowej dla młodych ludzi – zyskałaby wtedy po pierwsze lepszą promocję, po drugie – lepszą redakcję (chociaż zaledwie kilka jest miejsc, w których trzeba by wygładzić stylistykę czy usunąć powtórzenia). Bo „Zwidok”, jak określa go na swoim blogu autorka, mocno różni się od mainstreamowych propozycji wśród obyczajówek.

Bohaterką książki jest prawie trzydziestoletnia Black, Anna, dziewczyna, która cierpi na SM, ale której choroba nie przeszkadza w zwykłej egzystencji. Czytelnicy poznać mogą wycinek z życia dziewczyny, która spontanicznie podejmuje decyzje, nie boi się podejmowania odważnych kroków, dziewczyny, która zawsze reaguje bardzo emocjonalnie i która lęka się zaangażowania. Black w niczym nie przypomina typowych bohaterek popularnych czytadeł, nie ucieka od zgiełku wielkich miast, nie szuka spokoju, nie przeżywa bajkowej miłości o kopciuszkowym scenariuszu. W zamian za to bierze sprawy w swoje ręce, nie zastanawia się nad trudnymi decyzjami, a co najważniejsze – nigdy nie rezygnuje z pozytywnego myślenia. Nie zarzuca innych tanim optymizmem, ale jej wewnętrzna radość na przekór trudnościom udziela się i odbiorcom. Dziś autorki obyczajówek wolą raczej bliskie czytelniczkom stany emocjonalne i zachowania bohaterek, lubią też karmić odbiorczynie marzeniami – Bartuszek natomiast stawia na akcję i na wyraziste charaktery. Jej Black przeżywa wszystko bardzo intensywnie, ale też sama inicjuje kolejne wydarzenia. Prowadzona przez Annę Bartuszek Black nie może nigdy zrezygnować z gwałtowności i lekko szalonego trybu życia, ale dzięki temu tak łatwo ją polubić.

Ciekawa jest konstrukcja książki i przypuszczam, że nie wszyscy odbiorcy będą sobie umieli z nią poradzić. „Podejście I” poprzedza bowiem „właściwą” opowieść. To rodzaj rozbudowanego (ponad 50 stron) prologu, w którym Black w skrócie przedstawia swoje sercowe i życiowe komplikacje, dokładając do nich i wątek autotematyczny: wplata do relacji i fragmenty pisanej książki. Anna Bartuszek znajduje w ten sposób miejsce na dookreślenie bohaterki i naszkicowanie, bez psychologicznych analiz, jej portretu. W „Podejściu I” mieści się też przyczyna późniejszych działań. Kolejne rozdziały przynoszą znaczne zwolnienie narracji (nie – akcji). Odtąd mniej będzie skrótów w relacjonowaniu historii, na dłużej natomiast zatrzyma się autorka nad kolejnymi faktami z życia Black. W tej formie powieści Anna Bartuszek daje się określić jako autorka niepokorna, lubiąca zabawy tekstem i książkowe eksperymenty. Prawdopodobnie klasyczny proces wydawniczy doprowadziłby do usunięcia tych smaczków, które w „Zwidoku” spodobają się czytelnikom.

Mimo drobnych potknięć stylistycznych książkę czyta się dobrze, a nawet więcej niż dobrze – przede wszystkim ze względu na fakt, że Anna Bartuszek jest w niej naturalna. Nie ma tu sztuczności czy niezręczności w rozbudowanych dialogach, postacie zostały stworzone konsekwentnie, autorka nie ma wątpliwości, do czego dążą i na co pozwolą ich charaktery. To pomaga: skoro fabuła nie przypomina znanych i powszechnych doświadczeń odbiorców, umiejętność wykreowania wiarygodnych postaci staje się bardzo przydatna.

poniedziałek, 13 września 2010

Anna Bartuszek: Bestia ujarzmiona. Moja walka z chorobą

Trio, Warszawa 2010.

Siła baby

Spodziewałam się po tomie „Bestia ujarzmiona” Anny Bartuszek kolejnej historii o tym, jak choroba – w tym wypadku stwardnienie rozsiane – zmienia egzystencję człowieka, jak wyglądają następujące po sobie etapy kuracji lub coraz bardziej beznadziejnej walki. W końcu nie jest to pierwsza diariuszowa pozycja o takiej tematyce – a większość publikacji z tej półki, chociaż przedstawia indywidualne zmagania chorego z codziennością, wykorzystuje jeden, nietrudny do wyłapania schemat. Anna Bartuszek jednak zaskakuje. Na początku wprawdzie pisze o tym, jak trudno było jej zrobić sobie zastrzyk, ale później…

Początkowo trudno jest się przyzwyczaić do sposobu pisania autorki: styl narracji bywa miejscami nierówny, zdarza się, że Bartuszek zapowiada dłuższy komentarz do jakiegoś wydarzenia, po czym w obiecanym rozdziale nie poświęca sprawie większej uwagi, powtarzając jedynie to, o czym czytelnicy już wiedzą. Walczy w niej wyraźnie chęć do lekko szalonego, zwariowanego i swobodnego stylu z koniecznością przekazania tego, co powiedzieć trzeba i – jakby było mało – ze świadomością tego, czego mogą oczekiwać potencjalni odbiorcy tej książki. Początek lektury staje się zatem próbą ogarnięcia chaosu, zebrania z porozrzucanych po opowieści fragmentów sensownej całości. Dochodzi do tego niedosyt, bo Anna Bartuszek wprowadza w swoje życie i swoją historię – ale momentami ma się wrażenie, że w niechęci do diariuszowego ekshibicjonizmu zatrzymuje się krok wcześniej niż by mogła. Jest od początku „Bestia ujarzmiona” tomem, któremu daleko do zwyczajowych wyznań chorych – także za sprawą rytmu narracji.

Wszystkie zastrzeżenia gasną jednak w momencie, kiedy Anna Bartuszek przechodzi od opowieści książkowej do serii blogowych notek (prowadzi bloga annablack.blox.pl) – internetowego pamiętnika z czasu spędzonego w sanatorium. Tu – bez redakcji i zewnętrznych ingerencji – może być w swoich wyznaniach naprawdę sobą: i blogowy fragment rzuca zupełnie inne światło na całą książkę. Pozwala zrozumieć autorkę, przyzwyczaić się do jej stylu – mało tego, polubić go i uczestniczyć w walce dziewczyny. Tu ujawnić się może w pełni nieco kąśliwe poczucie humoru (Bartuszek uwielbia bawić się słowem), autoironia, zachłanność w doświadczaniu życia, odwaga, upór… Tu wreszcie „Bestia ujarzmiona” zaczyna naprawdę tętnić życiem i na dobre rozstaje się ze stylem znanym już z wielu opowieści o zmaganiach z chorobą.

O czym jest ta publikacja? O dziewczynie, u której w wieku 19 lat zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Anna Bartuszek przez kilka lat nie chciała pogodzić się z oceną lekarzy, miała nadzieję, że kolejne rzuty choroby da się znieść i załagodzić przez stosowanie doraźnych środków. Pragnęła udowodnić sobie, że da radę żyć normalnie: ukrywając swój stan zdrowia podjęła pełnoetatową pracę, wyprowadziła się od rodziców. Dopiero coraz częstsze ataki nakłoniły ją do szukania leku, a potem – podjęcia leczenia i przyjęcia zdrowszego trybu życia. Jest „Bestia” opowieścią o poszukiwaniu pomocy, o trudnościach związanych z przełamaniem się przed prośbą o ratunek – owszem, te sprawy zajmują tu sporo miejsca. Ale w zapiskach autorki znajdzie się także bardzo energetyzująca radość, z każdej zebranej dzięki internetowym przyjaciołom kwoty, agresja wymierzona przeciwko utrudniającym życie przepisom, upór, by żyć normalnie w kraju, który na każdym kroku wprowadza utrudnienia, problem z przyznaniem się do choroby, praca z psychologiem… Jest nadzieja i siła, wiara w zwycięstwo. Blogowe notki z pobytu w sanatorium to opowieść o walce z nieposłusznym ciałem, które trzeba na nowo uczyć chodzić – ale Anna Bartuszek ani przez moment nie zastanawia się nad tym, czy ta sztuka jej się powiedzie. Ona wie, że innego wyjścia nie ma – i walczy z całych sił. Te zwierzenia z sanatoryjnych zmagań przeplatane są relacjami z flirtów kuracjuszy, dowcipnymi i celnymi uwagami na temat postaw miejscowych podrywaczy. Tu można się pośmiać i wzruszyć – tu też nawiązuje się więź z autorką, która nie kreuje siebie na bohaterkę, przeżywa wzloty i upadki, daje upust emocjom, lecz nie ma zamiaru użalać się nad sobą. To, nawet bardziej niż zapewnienia, że warto mieć nadzieję, działać będzie na wyobraźnię odbiorców.

Autorka dąży do samodzielności i pokonania choroby. Nie podporządkowuje się bestii, żyje pełnią życia i dodaje otuchy innym. Co pewien czas zwraca się bezpośrednio do chorych – wie, czego może być im potrzeba, bo w końcu opiera się na własnych doświadczeniach. Najlepiej zresztą charakteryzuje siebie i swój tekst w posłowiu: „Książka jest specyficzna, zdaję sobie z tego sprawę. To swobodny, chaotyczny dość potok myśli. Dla mnie miała stanowić coś w rodzaju terapii. Pozwolić mi wyrzucić z siebie wszystkie mocne przeżycia, pomóc nabrać dystansu do wielu kwestii (…)”. I jeszcze słowo o blogu: „Nie, nie jest to blog poświęcony chorobie. Jest to wirtualny pamiętnik pewnej dziewczyny, która, tak się składa, jest chora, ale poza tym drobnym szczegółem jest taką samą babą jak wszystkie”. Sięgnijcie po tę książkę: nie będziecie mogli się od niej oderwać.