Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 12 sierpnia 2015

Marcin Prokop: Longin. Tu byłem

Znak, Kraków 2015.

Wycieczki

Marcin Prokop nie wyczerpał jeszcze Longinowych przygód z PRL-u i w tomiku „Longin. Tu byłem” ponownie przywołuje Martusia – dziecko, które opowiada o swojej codzienności. Ale tym razem to codzienność wakacyjna, bo bohater trafia w różne miejsca i zapewnia sobie różne rozrywki. Najpierw wybiera się z rodzicami do Paryża: u wujka i cioci z kuzynami i młodszym bratem – Bracholem – będzie poznawać najwspanialsze zabawy w parku Asteriksa (bo inne atrakcje nawet nie umywają się do polskich: Wieża Eiffla chyba zaraz się rozpadnie ze starości, a Wenus z Milo nawet nie ma rąk, nie to, co Szklana Panienka z Muzeum Techniki). Z Paryża Longin przenosi się na Mazury: tu znajduje sposób na zarobienie paru groszy, miejscowym daje lekcję przedsiębiorczości (mało kojarzy się to z zabawami z PRL-u, ale może stanowić podpowiedź dla odbiorców wychowanych już w innych czasach). Ostatnim etapem podróży Longina stają się kolonie nad morzem. Tu dzieci przeżywają najbardziej klasyczne przygody, wywodząc w pole opiekunów – służbistów. Mogą ubłocić się od stóp do głów, pobawić na dyskotekach czy płatać sobie nawzajem rozmaite psikusy – biada temu, kto podpadnie kreatywnemu Longinowi. Sam bohater prezentuje postawę typowego, niezbyt grzecznego dziecka – ale gdy na przykład ktoś dokucza nieśmiałemu i grubemu koledze, Longin bez wahania staje w obronie pokrzywdzonego i zyskuje oddanego przyjaciela. Jest jeszcze pierwsze zauroczenie…

A ponieważ Longin przedstawia swoje doświadczenia z czasów, których dzisiejsze maluchy nie znają, stara się nieco przybliżyć codzienność PRL-u. Co parę akapitów, niezbyt często, żeby nie męczyć odbiorców, wprowadza element dziś już przez dzieci niekojarzony. A to grę w kapsle lub w sznura, a to Pewex, a to Fasolki… opowiada o podróżowaniu przepełnionymi pociągami i zupie mlecznej, o plastikowych żołnierzykach i o przerwach w dostawie prądu. Żeby nie rozbijać zgrabnego i wartko toczącego się tekstu, lepszego niż w pierwszym tomie, wykorzystuje słowniczek. Hasła, które są znakami czasu z PRL-u, wyróżnia w tekście pogrubioną czcionką: to rodzaj odnośnika na tył książki. Tutaj, w dodatkowych, zwykle półstronicowych komentarzach, Prokop wyjaśnia fenomen swoich zabaw lub peerelowskich motywów. Te fragmenty nieco odróżniają się od reszty książki, są bardziej wspomnieniowe, podczas gdy tomik utrzymany jest w stylistyce powieści przygodowej dla dzieci. Longin w ten sposób buduje porozumienie między pokoleniami i wyjaśnia najmłodszym dzieciństwo ich rodziców. Zyskuje tym samym na oryginalności i wpisuje się również w modę na teksty o PRL-u.

„Longin. Tu byłem” to książka w stylistyce dużo spokojniejsza niż „Jego wysokość Longin”: autor znalazł metodę na prezentowanie swojego bohatera i czasów, w których rozgrywały się jego przygody. Pisze dowcipnie i wybiera mniej rozbudowane historie. Daje Longinowi szansę bycia zwyczajnym dzieckiem, które cieszy się z przejażdżek na karuzeli, próbuje zahartować brata, a swój pobyt w różnych miejscach zaznacza scyzorykiem o pięciu ostrzach. Longin wcale nie musi uczyć czytelników historii, wystarczy, że pobudzi ich ciekawość. A że tym razem jest bardziej chłopakiem niż wspominającym dorosłym, niejednego malucha ta lektura naprawdę ucieszy. Longin to bohater, który na rynku literatury czwartej nie ma zbyt wielu konkurentów. Marcin Prokop opowiada bajkę, która bajką wcale być nie musiała, ale tak zabrzmi dla dzisiejszych kilkulatków. Po przygody Longina chętnie sięgną również dorośli, dla których będzie to powrót do rozrywek z podwórka. Longin pokazuje, jak wygląda świat bez komputerów i komórek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com