Media Rodzina, Poznań 2020.
Uczucia
Maria Molicka sprawia wrażenie, jakby chciała do tematu wychowywania dzieci podchodzić strukturalistycznie – pisze książkę, która przypomina dawne poradniki w formie, jednak w treści jest na wskroś współczesna. Autorka tomu „Jak wychowywać dziecko. Próba odpowiedzi na odwieczne pytanie” stawia przede wszystkim na dobro najmłodszych i dorosłych chce przekonać do refleksji nad pociechą jako partnerem w rozmowach i w dzieleniu się uczuciami. Książka składa się z trzech części. W pierwszej Maria Molicka uczy budowania pozytywnych relacji z dzieckiem: oznacza to, że opowie, skąd biorą się emocje, w jakim stopniu rządzą ludźmi, jak działa empatia, kiedy emocje wpływają na ciało i jak zwracać uwagę na to, co przeżywa dziecko. Kiedy już temat podejścia do emocji malucha zostanie ze wszystkich stron omówiony, autorka zajmie się jeszcze jedną kwestią: rozwijaniem słownictwa u dzieci. Pokazuje, jak mowa wpływa między innymi na inteligencję emocjonalną – co ma niebagatelne znaczenie w procesie budowania wzajemnych relacji. W drugiej części autorka zajmuje się natomiast potrzebami dziecka i konsekwencjami ich zaspokojenia bądź niezaspokojenia – przestrzega i przypomina, jakie składniki muszą w dialogu zaistnieć, żeby stworzona relacja była stała i miała znaczenie dla dziecka. W trzeciej części zajmuje się Maria Molicka między innymi budowaniem odporności emocjonalnej dziecka, uczy, jak zamienić negatywne myślenie na pozytywne – i podaje szereg rad w tym zakresie.
Cała książka napisana jest w rytmie pytań i odpowiedzi, co momentami sprawia wrażenie wywiadu, ale znacznie łatwiej przyswajać się będzie czytelnikom kolejne wiadomości. Autorka wprowadza też system pogrubień – kiedy odwołuje się do lektur lub badań, tak, żeby zainteresowani tematem wiedzieli, gdzie szukać dalszych informacji (na takie rozwiązanie ma wpływ rezygnacja z przypisów, chodzi o to, żeby książka „Jak wychowywać dziecko” nie była odstraszająca w tonie dla zwykłych odbiorców. I tak autorka często wpada w język dość hermetyczny, jednak lektura wymaga uważności, więc takie odróżnienie jej od poradników kioskowych ma sens. Maria Molicka dużą wagę przykłada do „scenek” z życia – tak, żeby uświadamiać rodzicom, gdzie może leżeć źródło potencjalnych problemów. W tych przykładowych obrazkach da się znaleźć ślady własnych dylematów związanych z niezrozumiałym zachowaniem dziecka. Maria Molicka zajmuje się dokładnym opracowaniem tematu, a do sporej ilości teorii dodaje jeszcze rozszyfrowanie postaw malucha. „Jak wychowywać dziecko” to poradnik dla ambitniejszych rodziców – tych, którzy nie podążają ślepo za trendami i chcą, by zapewnić najmłodszym jak najlepszy start. Ta książka pokaże, jak postępować z dziećmi, a rodzicom pozwoli uniknąć błędów i problemów wychowawczych. Maria Molicka nie tworzy banalnego poradnika, jednak chce dotrzeć do odbiorców za sprawą rzetelności i konsekwencji w opisywaniu stanów emocjonalnych malucha.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 4 września 2020
czwartek, 3 września 2020
Elaine N. Aron: Naucz się kochać. Wysoka wrażliwość. Ćwiczenia
Feeria, Poznań 2020.
Odkrycia
Elaine N. Aron wchodzi w temat, który coraz bardziej zauważalny jest na rynku poradników do samorozwoju – po podręczniku dotyczącym ludzi wysoko wrażliwych stawia na potężny zestaw ćwiczeń dla przesadnych empatów. „Naucz się kochać. Wysoka wrażliwość. Ćwiczenia” to książka, która robi wrażenie samą swoją objętością – i kierowana jest do ludzi, którzy chcą nad sobą popracować, a i do tych, którzy popracować muszą, bo nadwrażliwość (teraz zwana wysoką wrażliwością) nie pozwala im normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Elaine N. Aron wie doskonale, w jakich sferach potrzebne są zmiany – jednak w kwestii wyboru tematów, ćwiczeń i zadań pozostawia czytelnikom wolną rękę. Można śledzić informacje (w innej formie przedstawione w jej podręczniku), ale można też pominąć je i skupić się na realizowaniu zadań, kolejność również nie jest ważna: wystarczy po prostu uczciwie analizować własne uczucia, można wybierać swoją drogę podążania po tekście. Fakt, że pozostawiane miejsca do wypełnienia trochę rozrzedzają książkę – jednak nie jest ich tyle co w kioskowych publikacjach, pozostaje jeszcze całkiem dużo rzeczowego tekstu, nie ma się więc co bać, że „ćwiczenia” to lektura gorsza czy mniej przydatna w życiu społecznym.
Elaine N. Aron chce, żeby czytelnicy nie mieli problemu z ocenianiem siebie i swoich doświadczeń. Od czasu do czasu może wprowadzać testy, które pokażą, czy w ogóle istnieje konieczność zajęcia się tematem wysokiej wrażliwości, znacznie częściej jednak polega na czytelnych przykładach. Nie oznacza to, że zadania, jakie wyznacza odbiorcom, należą do prostych. Wymaga uważnego zagłębienia się we własnych odczuciach i wspomnieniach – każe przywoływać sytuacje ważne i trudne, a następnie – podążać według przytoczonego schematu i nauczyć się pracować nad sobą. To na odbiorcach spoczywać będzie konieczność przeprowadzania zmian w myśleniu – te zmiany wynikać będą z wniosków wyciąganych po lekturze oraz po ćwiczeniach. Aron ma sporo zaufania do czytelników, ale wie też, że wysoko wrażliwi to ludzie, którzy preferują samodzielną pracę z książką niż choćby spotkania w grupach terapeutycznych (a nawet – sam na sam z terapeutą). Zdaje sobie sprawę z tego, że nie musi specjalnie przekonywać grup czytelników do działania: wysoka wrażliwość utrudnia funkcjonowanie i może nawet wywoływać choroby (na tle psychosomatycznym). Nie straszy, przestrzega, a do tego – odnotowuje charakterystyczne „objawy” problemów. Dzięki temu tom „Wysoka wrażliwość. Ćwiczenia”, mimo że nastawiony na praktyczne zajęcia, pozwoli zrozumieć bliskim osób wysoko wrażliwych, z czym mierzą się na co dzień – i dlaczego stronią od tłumów, hałasów czy imprez. Przyda się taka pomoc tym, którzy rzeczywiście nie wiedzą, co zrobić z własnymi emocjami – a ich bliskich nauczy mądrego postępowania z wysoko wrażliwymi (bo to też sztuka).
Odkrycia
Elaine N. Aron wchodzi w temat, który coraz bardziej zauważalny jest na rynku poradników do samorozwoju – po podręczniku dotyczącym ludzi wysoko wrażliwych stawia na potężny zestaw ćwiczeń dla przesadnych empatów. „Naucz się kochać. Wysoka wrażliwość. Ćwiczenia” to książka, która robi wrażenie samą swoją objętością – i kierowana jest do ludzi, którzy chcą nad sobą popracować, a i do tych, którzy popracować muszą, bo nadwrażliwość (teraz zwana wysoką wrażliwością) nie pozwala im normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Elaine N. Aron wie doskonale, w jakich sferach potrzebne są zmiany – jednak w kwestii wyboru tematów, ćwiczeń i zadań pozostawia czytelnikom wolną rękę. Można śledzić informacje (w innej formie przedstawione w jej podręczniku), ale można też pominąć je i skupić się na realizowaniu zadań, kolejność również nie jest ważna: wystarczy po prostu uczciwie analizować własne uczucia, można wybierać swoją drogę podążania po tekście. Fakt, że pozostawiane miejsca do wypełnienia trochę rozrzedzają książkę – jednak nie jest ich tyle co w kioskowych publikacjach, pozostaje jeszcze całkiem dużo rzeczowego tekstu, nie ma się więc co bać, że „ćwiczenia” to lektura gorsza czy mniej przydatna w życiu społecznym.
Elaine N. Aron chce, żeby czytelnicy nie mieli problemu z ocenianiem siebie i swoich doświadczeń. Od czasu do czasu może wprowadzać testy, które pokażą, czy w ogóle istnieje konieczność zajęcia się tematem wysokiej wrażliwości, znacznie częściej jednak polega na czytelnych przykładach. Nie oznacza to, że zadania, jakie wyznacza odbiorcom, należą do prostych. Wymaga uważnego zagłębienia się we własnych odczuciach i wspomnieniach – każe przywoływać sytuacje ważne i trudne, a następnie – podążać według przytoczonego schematu i nauczyć się pracować nad sobą. To na odbiorcach spoczywać będzie konieczność przeprowadzania zmian w myśleniu – te zmiany wynikać będą z wniosków wyciąganych po lekturze oraz po ćwiczeniach. Aron ma sporo zaufania do czytelników, ale wie też, że wysoko wrażliwi to ludzie, którzy preferują samodzielną pracę z książką niż choćby spotkania w grupach terapeutycznych (a nawet – sam na sam z terapeutą). Zdaje sobie sprawę z tego, że nie musi specjalnie przekonywać grup czytelników do działania: wysoka wrażliwość utrudnia funkcjonowanie i może nawet wywoływać choroby (na tle psychosomatycznym). Nie straszy, przestrzega, a do tego – odnotowuje charakterystyczne „objawy” problemów. Dzięki temu tom „Wysoka wrażliwość. Ćwiczenia”, mimo że nastawiony na praktyczne zajęcia, pozwoli zrozumieć bliskim osób wysoko wrażliwych, z czym mierzą się na co dzień – i dlaczego stronią od tłumów, hałasów czy imprez. Przyda się taka pomoc tym, którzy rzeczywiście nie wiedzą, co zrobić z własnymi emocjami – a ich bliskich nauczy mądrego postępowania z wysoko wrażliwymi (bo to też sztuka).
środa, 2 września 2020
Iwan Krastew: Nadeszło jutro. Jak pandemia zmienia Europę
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2020.
Komentarz
Iwan Krastew nie może prowadzić pełnej diagnostyki stanu, w którym znalazła się Europa. Nie daje sobie też prawa do prognozowania najbliższej przyszłości w gospodarce albo w sferze migracji ludności – wie, że sytuacja bez precedensu nie pozwala na podawanie pewników. Ale tomik „Nadeszło jutro. Jak pandemia zmienia Europę” jest po prostu szybką filozoficzną oceną sytuacji, z poziomu lockdownu – i przez działania bieżące. Krastew zastanawia się nad tym, czego uczy nas pandemia i co może się zdarzyć, nie próbuje natomiast wydawać radykalnych sądów. Wykorzystuje temat koronawirusa do przeanalizowania zachowań różnych rządów – przygląda się ustrojom demokratycznym i totalitarnym, zestawia sytuację pandemiczną z innymi wielkimi wyzwaniami początku XXI wieku dla gospodarki, polityki międzynarodowej czy społeczeństw. Niewielka objętościowo książeczka nadaje się na krótki komentarz do tego, co się dzieje. Iwan Krastew między innymi przytacza motyw uchodźców z 2015 roku – w czasach zamknięcia granic (jako jednego ze znanych i praktykowanych od bardzo dawna sposobów na zahamowanie rozwoju zarazy) zmienia się rozkład sił i zasad migrowania. Autor opowiada o zmianach w turystyce i w temacie nielegalnych emigrantów, sprawdza, jak sytuacja wpłynęła na tych, którzy podróżowali dla rozrywki lub w celach biznesowych. Wyszukuje nawiązania do dalszej przeszłości: dostrzega na przykład chęć ucieczki poza wielkie miasta (co umożliwiła praca zdalna) i przypomina, że takie zachowania dawało się zaobserwować również w pandemiach z innych czasów.
Osobną kwestią, którą Iwan Krastew porusza, a która powinna wywrzeć wielkie wrażenie na czytelnikach, jest temat nacjonalizmu. Zamykanie granic i nieufność wobec przybyszy z innych krajów oraz innych zakątków świata – wywołana przez wirusy – prowadzi do zwiększonej akceptacji ruchów narodowościowych. To z kolei pożywka dla nacjonalizmu, który może zyskiwać trudne do uzasadnienia poparcie. Krastew zaznacza takie pułapki i pokazuje, jak rządy w czasach pandemii kierują się w niebezpieczną stronę, pod pozorami troski o obywateli. Warto zwrócić uwagę na ten aspekt lektury – bo zagadnienie jest poruszające i uświadomienie czytelników w tym zakresie ma spore znaczenie. Krastew zajmuje się komentowaniem dość ogólnikowo decyzji różnych rządów – nie może w ramach tak niewielkiej publikacji przeanalizować dokładnie, na co i kto się zdecydował – jednak potrafi przyciągnąć do siebie tych, którzy wolą myśleć samodzielnie i potrzebują jedynie nakreślenia obszaru do refleksji. Przy okazji pandemii można znaleźć czas na podobne rozważania – i zastanowić się nad zmianami. Krastew wie jedno: proces owych zmian został już rozpoczęty i trzeba podejmować dyskusję, żeby lepiej zrozumieć stosowane rozwiązania. Nie ma w tej publikacji zbyt wielu sfer podlegających ocenie, jednak Iwan Krastew może trafić do przekonania czytelnikom, którzy potrzebują wskazówek.
Komentarz
Iwan Krastew nie może prowadzić pełnej diagnostyki stanu, w którym znalazła się Europa. Nie daje sobie też prawa do prognozowania najbliższej przyszłości w gospodarce albo w sferze migracji ludności – wie, że sytuacja bez precedensu nie pozwala na podawanie pewników. Ale tomik „Nadeszło jutro. Jak pandemia zmienia Europę” jest po prostu szybką filozoficzną oceną sytuacji, z poziomu lockdownu – i przez działania bieżące. Krastew zastanawia się nad tym, czego uczy nas pandemia i co może się zdarzyć, nie próbuje natomiast wydawać radykalnych sądów. Wykorzystuje temat koronawirusa do przeanalizowania zachowań różnych rządów – przygląda się ustrojom demokratycznym i totalitarnym, zestawia sytuację pandemiczną z innymi wielkimi wyzwaniami początku XXI wieku dla gospodarki, polityki międzynarodowej czy społeczeństw. Niewielka objętościowo książeczka nadaje się na krótki komentarz do tego, co się dzieje. Iwan Krastew między innymi przytacza motyw uchodźców z 2015 roku – w czasach zamknięcia granic (jako jednego ze znanych i praktykowanych od bardzo dawna sposobów na zahamowanie rozwoju zarazy) zmienia się rozkład sił i zasad migrowania. Autor opowiada o zmianach w turystyce i w temacie nielegalnych emigrantów, sprawdza, jak sytuacja wpłynęła na tych, którzy podróżowali dla rozrywki lub w celach biznesowych. Wyszukuje nawiązania do dalszej przeszłości: dostrzega na przykład chęć ucieczki poza wielkie miasta (co umożliwiła praca zdalna) i przypomina, że takie zachowania dawało się zaobserwować również w pandemiach z innych czasów.
Osobną kwestią, którą Iwan Krastew porusza, a która powinna wywrzeć wielkie wrażenie na czytelnikach, jest temat nacjonalizmu. Zamykanie granic i nieufność wobec przybyszy z innych krajów oraz innych zakątków świata – wywołana przez wirusy – prowadzi do zwiększonej akceptacji ruchów narodowościowych. To z kolei pożywka dla nacjonalizmu, który może zyskiwać trudne do uzasadnienia poparcie. Krastew zaznacza takie pułapki i pokazuje, jak rządy w czasach pandemii kierują się w niebezpieczną stronę, pod pozorami troski o obywateli. Warto zwrócić uwagę na ten aspekt lektury – bo zagadnienie jest poruszające i uświadomienie czytelników w tym zakresie ma spore znaczenie. Krastew zajmuje się komentowaniem dość ogólnikowo decyzji różnych rządów – nie może w ramach tak niewielkiej publikacji przeanalizować dokładnie, na co i kto się zdecydował – jednak potrafi przyciągnąć do siebie tych, którzy wolą myśleć samodzielnie i potrzebują jedynie nakreślenia obszaru do refleksji. Przy okazji pandemii można znaleźć czas na podobne rozważania – i zastanowić się nad zmianami. Krastew wie jedno: proces owych zmian został już rozpoczęty i trzeba podejmować dyskusję, żeby lepiej zrozumieć stosowane rozwiązania. Nie ma w tej publikacji zbyt wielu sfer podlegających ocenie, jednak Iwan Krastew może trafić do przekonania czytelnikom, którzy potrzebują wskazówek.
wtorek, 1 września 2020
Dorota Sumińska: Dość
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.
Sprzeciw
Ta książka objętościowo może jest niewielka, ale emocjonalną wartość ma ogromną – i być może to jedyna droga, żeby dotrzeć dzisiaj do ludzi, którzy uzurpują sobie prawo do bycia panami świata. Dorota Sumińska do tej pory na różne sposoby próbowała przekonać odbiorców, że zwierzęta zasługują na szacunek i dobre traktowanie, że mają swoje emocje i mogą przeżywać ból czy cierpienie tak samo jak ludzie. Że znacznie częściej będą czuć strach, bo nie da się im wytłumaczyć pewnych rzeczy. Jednak ponieważ nie przyniosło to oczekiwanych efektów, autorka postanawia krzyknąć. Krzyknąć porządnie i tak, żeby wreszcie dotarło. Krzyknąć – i wstrząsnąć czytelnikami. Powstaje pytanie, czy nie za późno, czy taka reakcja coś jeszcze może przynieść – wrażliwych na pewno przerazi i być może pchnie do bardziej zdecydowanych działań. Jednak tych, którzy krzywdę zwierząt mają za nic, w ogóle taka książka nie przyciąnie. Za to Dorota Sumińska ma szansę z takim pomysłem podbić także zagraniczne rynki, więc automatycznie – walczyć o zasięg i o uświadamianych odbiorców. „Dość” to manifest, a manifestów w sprawie zwierząt było już na rynku literackim trochę. I dlatego autorka rezygnuje z przytaczania po raz kolejny tych samych danych, z przyglądania się raz po raz miejscom i ludziom-katom. Wie, że to do niczego nie prowadzi, a co więcej – nie wyróżniłoby się na półkach księgarskich. Dlatego wybiera drogę pokrętną. Prowadzi narrację w imieniu kolejnych dręczonych zwierząt hodowlanych. W pierwszej części niewielkiej książki wciela się w krowę, konia, kurę, owcę, lisa fermowego, zwierzęta trzymane w domu dla przyjemności – papugę, kanarka czy chomika. Wciela się na krótko, zaledwie na kilka stron. Wciela się, żeby powiedzieć coś o sobie. Żeby przedstawić rzeczywistość, jakiej mogłaby zaznać – albo jaką ma na co dzień. Żeby z pozornej sielanki albo przynajmniej przyzwyczajenia zaprowadzić czytelników do momentu strasznej śmierci, okupionej wielkim cierpieniem. Żeby pokazać, jak traci to, co chciałaby przeżyć – i co chcieliby przeżywać ludzie, gdyby akurat byli zwierzętami, bo świat emocji jest u Doroty Sumińskiej wspólny dla ludzi i zwierząt. Po wstrząsającym obrazku wprowadza autorka jeszcze krótki komentarz zewnętrzny – a dotyczący ponurych szczegółów w złym traktowaniu zwierząt. Każdy rozdział tutaj kończy słowami „Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?”. W ten sposób próbuje zmusić czytelników do refleksji, która nie będzie się im podobała. Potem jeszcze zamienia się w ludzi – bezdusznych, świadomych tragedii, która rozgrywa się obok, a jednak biernych. W rzeźnika, który wykonuje tylko swoją pracę, w myśliwego (nie brakowało ich nawet wśród przodków autorki), w tresera. W tych, którzy zadają zwierzętom ból, zapominając o ich potrzebach i o ich godności. Ta książka powinna odbiorców zmusić do reakcji. Jest przejmująca.
Sprzeciw
Ta książka objętościowo może jest niewielka, ale emocjonalną wartość ma ogromną – i być może to jedyna droga, żeby dotrzeć dzisiaj do ludzi, którzy uzurpują sobie prawo do bycia panami świata. Dorota Sumińska do tej pory na różne sposoby próbowała przekonać odbiorców, że zwierzęta zasługują na szacunek i dobre traktowanie, że mają swoje emocje i mogą przeżywać ból czy cierpienie tak samo jak ludzie. Że znacznie częściej będą czuć strach, bo nie da się im wytłumaczyć pewnych rzeczy. Jednak ponieważ nie przyniosło to oczekiwanych efektów, autorka postanawia krzyknąć. Krzyknąć porządnie i tak, żeby wreszcie dotarło. Krzyknąć – i wstrząsnąć czytelnikami. Powstaje pytanie, czy nie za późno, czy taka reakcja coś jeszcze może przynieść – wrażliwych na pewno przerazi i być może pchnie do bardziej zdecydowanych działań. Jednak tych, którzy krzywdę zwierząt mają za nic, w ogóle taka książka nie przyciąnie. Za to Dorota Sumińska ma szansę z takim pomysłem podbić także zagraniczne rynki, więc automatycznie – walczyć o zasięg i o uświadamianych odbiorców. „Dość” to manifest, a manifestów w sprawie zwierząt było już na rynku literackim trochę. I dlatego autorka rezygnuje z przytaczania po raz kolejny tych samych danych, z przyglądania się raz po raz miejscom i ludziom-katom. Wie, że to do niczego nie prowadzi, a co więcej – nie wyróżniłoby się na półkach księgarskich. Dlatego wybiera drogę pokrętną. Prowadzi narrację w imieniu kolejnych dręczonych zwierząt hodowlanych. W pierwszej części niewielkiej książki wciela się w krowę, konia, kurę, owcę, lisa fermowego, zwierzęta trzymane w domu dla przyjemności – papugę, kanarka czy chomika. Wciela się na krótko, zaledwie na kilka stron. Wciela się, żeby powiedzieć coś o sobie. Żeby przedstawić rzeczywistość, jakiej mogłaby zaznać – albo jaką ma na co dzień. Żeby z pozornej sielanki albo przynajmniej przyzwyczajenia zaprowadzić czytelników do momentu strasznej śmierci, okupionej wielkim cierpieniem. Żeby pokazać, jak traci to, co chciałaby przeżyć – i co chcieliby przeżywać ludzie, gdyby akurat byli zwierzętami, bo świat emocji jest u Doroty Sumińskiej wspólny dla ludzi i zwierząt. Po wstrząsającym obrazku wprowadza autorka jeszcze krótki komentarz zewnętrzny – a dotyczący ponurych szczegółów w złym traktowaniu zwierząt. Każdy rozdział tutaj kończy słowami „Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?”. W ten sposób próbuje zmusić czytelników do refleksji, która nie będzie się im podobała. Potem jeszcze zamienia się w ludzi – bezdusznych, świadomych tragedii, która rozgrywa się obok, a jednak biernych. W rzeźnika, który wykonuje tylko swoją pracę, w myśliwego (nie brakowało ich nawet wśród przodków autorki), w tresera. W tych, którzy zadają zwierzętom ból, zapominając o ich potrzebach i o ich godności. Ta książka powinna odbiorców zmusić do reakcji. Jest przejmująca.
poniedziałek, 31 sierpnia 2020
Ewa Nowak: Elwirka na śnieżnej pustyni
Harperkids, Warszawa 2020.
O życiu
To motyw, który dzieci mogą poznać z filmów przyrodniczych, niemal bezpośrednio przełożony. Jednocześnie jest też otwarciem kolejnej podserii w Akademii Mądrego Dziecka – sygnowanej hasłem „Pomóż mi przetrwać”. Bardzo sensownie wyjaśnia przesłanie Ewa Nowak we wstępie: w dzieciństwie była zachwycona przyrodą, ale nikt nie wytłumaczył jej, jak o nią dbać. W efekcie dziecko zbierało kwiatki, próbowało łapać i przynosić do domu małe stworzenia spotkane na spacerze i beztrosko śmieciło. Dzisiaj Ewa Nowak przyznaje się do dawnych błędów i żałuje, że szkoła nie pokazywała kilkulatkom, jak właściwie troszczyć się o przyrodę: a kiedy widzi kolejne pokolenie, które – tak, jak ona dawniej – zamierza łapać małe zwierzęta i zabierać do domu – wie, że musi się zaangażować w edukowanie dzieci. Ten wstęp bardzo działa na wyobraźnię i powinien być obowiązkową lekturą dla wszystkich rodziców, którzy nie mają pojęcia, jak wytłumaczyć pociechom, czego nie robić. Jednak nie ma związku z dalszą treścią książki. „Elwirka na śnieżnej pustyni” to bowiem opowieść ze świata, w którym człowiek się raczej nie pojawia. Odpada zatem i problem zanieczyszczania planety, i – porywania maluchów od rodziców, przynajmniej w „ludzkiej” wersji. Nie ma też mowy o przeszkadzaniu przyrodzie przez człowieka. Na szczęście, bo emocji i tak nie zabraknie.
Bohaterami tej opowieści, pięknie zilustrowanej przez Annę Łazowską, są pingwiny cesarskie. Ptaki udają się na miejsce godów, a tam śpiewają i tańczą, łącząc się w pary. Po kilkudziesięciu dniach pojawiają się jaja. Mamy muszą przetoczyć je na stopy ojców, a każdy niewłaściwy ruch grozi wyziębieniem i w konsekwencji brakiem pisklęcia. Później samice wyruszają na łowy, samce zajmują się wysiadywaniem. Wreszcie na świat przychodzi Elwirka, małe i śliczne pingwiniątko od tej pory wychowywane przez troskliwych rodziców. Elwirka będzie musiała zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, zanim stanie się dorosłym i samodzielnym pingwinem. Opowieść jest bardzo zwyczajna, naturalna, a emocji dostarcza w niej po prostu życie pingwinów – Ewa Nowak nie proponuje bajki ani animizowania bohaterów, raczej daje dzieciom szansę podglądania pingwiniej codzienności i wyzwań, z jakimi mierzą się te ptaki. „Elwirka na śnieżnej pustyni” to zatem krótka i edukacyjna opowieść wypełniona silnymi uczuciami, które udzielą się maluchom. W tej historii to rytm przyrody staje się najważniejszy. Dzieci otrzymują wiadomości prawdziwe i jednocześnie fascynujące – same nie mogłyby obserwować pingwinów w ich naturalnym środowisku, ale dzięki Ewie Nowak mogą zainteresować się naturą. I, przy okazji, zrozumieć, dlaczego należy dbać o środowisko.
„Elwirka na śnieżnej pustyni” to książka pięknie ilustrowana, utrzymana w stonowanych barwach (trudno zresztą o inne w klimacie, w którym rozgrywa się opowieść), ale bohaterowie przykuwają wzrok i pozwalają się nacieszyć wspaniale uchwyconymi pejzażami. Tak przygotowany tomik może obudzić w dzieciach wrażliwość na przyrodę.
O życiu
To motyw, który dzieci mogą poznać z filmów przyrodniczych, niemal bezpośrednio przełożony. Jednocześnie jest też otwarciem kolejnej podserii w Akademii Mądrego Dziecka – sygnowanej hasłem „Pomóż mi przetrwać”. Bardzo sensownie wyjaśnia przesłanie Ewa Nowak we wstępie: w dzieciństwie była zachwycona przyrodą, ale nikt nie wytłumaczył jej, jak o nią dbać. W efekcie dziecko zbierało kwiatki, próbowało łapać i przynosić do domu małe stworzenia spotkane na spacerze i beztrosko śmieciło. Dzisiaj Ewa Nowak przyznaje się do dawnych błędów i żałuje, że szkoła nie pokazywała kilkulatkom, jak właściwie troszczyć się o przyrodę: a kiedy widzi kolejne pokolenie, które – tak, jak ona dawniej – zamierza łapać małe zwierzęta i zabierać do domu – wie, że musi się zaangażować w edukowanie dzieci. Ten wstęp bardzo działa na wyobraźnię i powinien być obowiązkową lekturą dla wszystkich rodziców, którzy nie mają pojęcia, jak wytłumaczyć pociechom, czego nie robić. Jednak nie ma związku z dalszą treścią książki. „Elwirka na śnieżnej pustyni” to bowiem opowieść ze świata, w którym człowiek się raczej nie pojawia. Odpada zatem i problem zanieczyszczania planety, i – porywania maluchów od rodziców, przynajmniej w „ludzkiej” wersji. Nie ma też mowy o przeszkadzaniu przyrodzie przez człowieka. Na szczęście, bo emocji i tak nie zabraknie.
Bohaterami tej opowieści, pięknie zilustrowanej przez Annę Łazowską, są pingwiny cesarskie. Ptaki udają się na miejsce godów, a tam śpiewają i tańczą, łącząc się w pary. Po kilkudziesięciu dniach pojawiają się jaja. Mamy muszą przetoczyć je na stopy ojców, a każdy niewłaściwy ruch grozi wyziębieniem i w konsekwencji brakiem pisklęcia. Później samice wyruszają na łowy, samce zajmują się wysiadywaniem. Wreszcie na świat przychodzi Elwirka, małe i śliczne pingwiniątko od tej pory wychowywane przez troskliwych rodziców. Elwirka będzie musiała zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, zanim stanie się dorosłym i samodzielnym pingwinem. Opowieść jest bardzo zwyczajna, naturalna, a emocji dostarcza w niej po prostu życie pingwinów – Ewa Nowak nie proponuje bajki ani animizowania bohaterów, raczej daje dzieciom szansę podglądania pingwiniej codzienności i wyzwań, z jakimi mierzą się te ptaki. „Elwirka na śnieżnej pustyni” to zatem krótka i edukacyjna opowieść wypełniona silnymi uczuciami, które udzielą się maluchom. W tej historii to rytm przyrody staje się najważniejszy. Dzieci otrzymują wiadomości prawdziwe i jednocześnie fascynujące – same nie mogłyby obserwować pingwinów w ich naturalnym środowisku, ale dzięki Ewie Nowak mogą zainteresować się naturą. I, przy okazji, zrozumieć, dlaczego należy dbać o środowisko.
„Elwirka na śnieżnej pustyni” to książka pięknie ilustrowana, utrzymana w stonowanych barwach (trudno zresztą o inne w klimacie, w którym rozgrywa się opowieść), ale bohaterowie przykuwają wzrok i pozwalają się nacieszyć wspaniale uchwyconymi pejzażami. Tak przygotowany tomik może obudzić w dzieciach wrażliwość na przyrodę.
niedziela, 30 sierpnia 2020
Agnieszka Olejnik: Jeszcze będzie przepięknie
Filia, Poznań 2020.
Pokrzepienie
Gdy wokół zło, w Miłosnej też musi wydarzyć się coś, co pokaże, że literacki azyl nie jest do końca wolny od zmartwień. Zresztą – gdyby tak było, Agnieszka Olejnik nie przyciągnęłaby czytelniczek do serii opowieści o Adzie zakochanej w mężu przyjaciółki. W tomie „Jeszcze będzie przepięknie” autorka chce ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię i podpowiedzieć najlepsze rozwiązanie niewiarygodnie trudnej pod względem emocji sytuacji. Tyle tylko, że perypetie sercowe bohaterki schodzą na dalszy plan w związku z rozterkami, jakie przeżywają inni mieszkańcy Miłosnej, ci młodsi i ci najstarsi. Przede wszystkim dworek odkrywa kolejne tajemnice, wśród których znalezienie pamiętników nieznanej ciotki Bogny to najlepsze z możliwych znalezisko. Ale i zamurowane pomieszczenie budzi ciekawość – zwłaszcza że rzecz wiąże się z czasami wojny i decyzjami pani dziedziczki, która o swoich postanowieniach nie rozmawiała z pracownikami. Dlatego też pan Antoni, stary ogrodnik, nie może wyjaśnić sprawy niecierpliwemu Dawidowi – i sam czeka na komentarz z zaświatów, żeby dowiedzieć się, co takiego działo się w Miłosnej podczas drugiej wojny światowej. Niewątpliwie było to coś, co wpłynęło na domowników – pamiętnik Bogny sporo w tej materii rozwiązuje.
Agnieszka Olejnik burzy ład przez szereg nieszczęść i wypadków. Najpierw krzywdę robi sobie pan Antoni, później nieszczęście spotyka Zuzę – dziewczynę z patologicznej rodziny, która obsesyjnie wręcz dba o młodszego brata i dopiero przy Dawidzie w Miłosnej próbuje się otworzyć na innych ludzi i uwierzyć w ich życzliwość. Najmłodsze pokolenie – brat Zuzy i syn Igora – znajduje własny sposób na wyjście z kryzysu. Dorośli mogą jedynie obserwować i nie wtrącać się do tego, co naprawia sam czas – oraz pies. Dawid przekonuje się z kolei, że serce nie zawsze podpowiada najlepsze rozwiązania: nie należy się wtrącać w zauroczenia nastolatków, jednak często przegapiają oni to, co cenne i blisko. Sama Ada nie może w tej kwestii pouczać syna, zwłaszcza że przeżywa swoje dylematy. Autorka robi wiele, żeby zatrzymać odbiorczynie przy powieści – i bardzo dobrze jej się to udaje, znajdą tu coś dla siebie miłośniczki powieści romantycznych, historycznych obyczajówek i ciepłych pokrzepiaczy. Mnożenie trudności sprawia tylko, że tym większą nadzieję uda się autorce obudzić w czytelniczkach. Delikatny humor w narracji nie znika pod wpływem mnogości nieszczęść. Może tylko raz budzą się pytania o zachowanie dorosłych: kiedy problem dotyka dzieci, a starsze pokolenie, zamiast wziąć się w garść i służyć wsparciem, zaczyna od lamentów i płaczu – kompletnie nieuzasadnionego w trudnej sytuacji. Jednak Agnieszka Olejnik wie, co chce osiągnąć – i dąży do swojego celu. „Jeszcze będzie przepięknie” to kolejna udana obyczajówka tej autorki – pełna ciepła i optymizmu mimo wszystko. Ta autorka potrafi dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i przekonać do swoich bohaterów – a przy okazji ma pomysły na wielokierunkowe fabuły, tak, żeby nie zamęczyć kwestią uczuciowości.
Pokrzepienie
Gdy wokół zło, w Miłosnej też musi wydarzyć się coś, co pokaże, że literacki azyl nie jest do końca wolny od zmartwień. Zresztą – gdyby tak było, Agnieszka Olejnik nie przyciągnęłaby czytelniczek do serii opowieści o Adzie zakochanej w mężu przyjaciółki. W tomie „Jeszcze będzie przepięknie” autorka chce ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię i podpowiedzieć najlepsze rozwiązanie niewiarygodnie trudnej pod względem emocji sytuacji. Tyle tylko, że perypetie sercowe bohaterki schodzą na dalszy plan w związku z rozterkami, jakie przeżywają inni mieszkańcy Miłosnej, ci młodsi i ci najstarsi. Przede wszystkim dworek odkrywa kolejne tajemnice, wśród których znalezienie pamiętników nieznanej ciotki Bogny to najlepsze z możliwych znalezisko. Ale i zamurowane pomieszczenie budzi ciekawość – zwłaszcza że rzecz wiąże się z czasami wojny i decyzjami pani dziedziczki, która o swoich postanowieniach nie rozmawiała z pracownikami. Dlatego też pan Antoni, stary ogrodnik, nie może wyjaśnić sprawy niecierpliwemu Dawidowi – i sam czeka na komentarz z zaświatów, żeby dowiedzieć się, co takiego działo się w Miłosnej podczas drugiej wojny światowej. Niewątpliwie było to coś, co wpłynęło na domowników – pamiętnik Bogny sporo w tej materii rozwiązuje.
Agnieszka Olejnik burzy ład przez szereg nieszczęść i wypadków. Najpierw krzywdę robi sobie pan Antoni, później nieszczęście spotyka Zuzę – dziewczynę z patologicznej rodziny, która obsesyjnie wręcz dba o młodszego brata i dopiero przy Dawidzie w Miłosnej próbuje się otworzyć na innych ludzi i uwierzyć w ich życzliwość. Najmłodsze pokolenie – brat Zuzy i syn Igora – znajduje własny sposób na wyjście z kryzysu. Dorośli mogą jedynie obserwować i nie wtrącać się do tego, co naprawia sam czas – oraz pies. Dawid przekonuje się z kolei, że serce nie zawsze podpowiada najlepsze rozwiązania: nie należy się wtrącać w zauroczenia nastolatków, jednak często przegapiają oni to, co cenne i blisko. Sama Ada nie może w tej kwestii pouczać syna, zwłaszcza że przeżywa swoje dylematy. Autorka robi wiele, żeby zatrzymać odbiorczynie przy powieści – i bardzo dobrze jej się to udaje, znajdą tu coś dla siebie miłośniczki powieści romantycznych, historycznych obyczajówek i ciepłych pokrzepiaczy. Mnożenie trudności sprawia tylko, że tym większą nadzieję uda się autorce obudzić w czytelniczkach. Delikatny humor w narracji nie znika pod wpływem mnogości nieszczęść. Może tylko raz budzą się pytania o zachowanie dorosłych: kiedy problem dotyka dzieci, a starsze pokolenie, zamiast wziąć się w garść i służyć wsparciem, zaczyna od lamentów i płaczu – kompletnie nieuzasadnionego w trudnej sytuacji. Jednak Agnieszka Olejnik wie, co chce osiągnąć – i dąży do swojego celu. „Jeszcze będzie przepięknie” to kolejna udana obyczajówka tej autorki – pełna ciepła i optymizmu mimo wszystko. Ta autorka potrafi dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i przekonać do swoich bohaterów – a przy okazji ma pomysły na wielokierunkowe fabuły, tak, żeby nie zamęczyć kwestią uczuciowości.
Disney: Pinokio
Harperkids, Warszawa 2020.
Chłopiec z drewna
W serii Disney Klasyka ukazują się baśnie doskonale znane, te, których nie brakuje nigdy w dziecięcych biblioteczkach i w świadomości najmłodszych – często także za sprawą ekranowych adaptacji. To książki, które znać po prostu trzeba, przedstawiane w wersji uproszczonej, w sam raz dla kilkulatków, które jeszcze nie są w stanie skupić się na pełnowymiarowych lekturach. Dlaczego te lektury muszą zaistnieć w świadomości kolejnych pokoleń? Bo stanowią ważny zestaw kulturowych kodów, są punktem odniesienia i jednocześnie zbiorem symboli, fundamentem kulturowym. Zdarza się oczywiście, że w przypadku nadmiernego uproszczenia tomik sporo traci – trudniej będzie się odbiorcom zagłębić w ekstremalnie sensacyjną fabułę. „Pinokio” wymaga od małych czytelników wzmożonej uwagi, ale też nastawienia na przygodowość w stylu, jakiego dzisiaj się już nie spotyka. Tutaj dzieje się bardzo dużo – co dorosłych nie zdziwi, dzieci za to przekonają się, że nie zawsze nad bohaterami rozpościera się parasol ochronny.
Historia znana powszechnie: Gepetto struga z drewna kukiełkę, marzy o tym, by stała się prawdziwym chłopcem. Życzenie prawie się spełnia, ale żeby się dokonało, bohater musi udowodnić, że jest odważny, prawdomówny i empatyczny. Pinokio nie zamierza specjalnie przejmoać się tym poleceniem, łatwo ulega wpływom – najpierw trafia do wędrownego teatrzyku, w którym zostaje uwięziony, później – między innymi – zapada na oślą gorączkę. Ponieważ jednak zyskuje szansę na odkupienie win i ratuje Gepetta z wnętrza wieloryba, może doprowadzić do spełnienia wyjściowego marzenia i stać się prawdziwym chłopcem. Oczywiście przedstawienie kolejnych wpadek Pinokia i opresji, z jakich musi go wyciągać wróżka, jest skrócone maksymalnie, co trochę odbiera nie tylko radość z lektury, ale też możliwość wysuwania odpowiednich wniosków przez dzieci – jednak nie jest to mankamentem opowieści w takiej wersji.
Złagodzona fabuła to trend charakterystyczny w baśniach i w literaturze czwartej obecnie, dzięki temu tomik nadaje się nawet dla najmłodszych dzieci. Historia – mocno ograniczana tekstowo – została za to ozdobiona ilustracjami disneyowskimi, cukierkowymi, ale też klasycznymi dzisiaj, więc łatwiej będzie zachęcić do czytania najmłodszych. Przygoda Pinokia mieści się tutaj na kilkudziesięciu stronach, bogato ilustrowanych – nie ma obaw, że dzieci uznają, że tekstu jest za dużo. Ograniczenie emocjonalnego charakteru historii także może wyjść na dobre małym czytelnikom – w końcu sensacji tu nie brakuje, a dzieci nie zdążą się zmartwić losami drewnianej „kukiełki”, więc też nie zniechęcą się do książki. Zgrabny tomik został zaprezentowany tak, by przynieść kilkulatkom odrobinę refleksji i sporo rozrywki. Tutaj najważniejsza staje się przemiana Pinokia, oczywista od początku, ale niepozbawiona komplikacji – drewniany bohater w ujęciu Disneya może nie zasługuje na zbyt wiele komentarzy, ale przyciąga do siebie niesfornością i talentem do wpadania w tarapaty.
Chłopiec z drewna
W serii Disney Klasyka ukazują się baśnie doskonale znane, te, których nie brakuje nigdy w dziecięcych biblioteczkach i w świadomości najmłodszych – często także za sprawą ekranowych adaptacji. To książki, które znać po prostu trzeba, przedstawiane w wersji uproszczonej, w sam raz dla kilkulatków, które jeszcze nie są w stanie skupić się na pełnowymiarowych lekturach. Dlaczego te lektury muszą zaistnieć w świadomości kolejnych pokoleń? Bo stanowią ważny zestaw kulturowych kodów, są punktem odniesienia i jednocześnie zbiorem symboli, fundamentem kulturowym. Zdarza się oczywiście, że w przypadku nadmiernego uproszczenia tomik sporo traci – trudniej będzie się odbiorcom zagłębić w ekstremalnie sensacyjną fabułę. „Pinokio” wymaga od małych czytelników wzmożonej uwagi, ale też nastawienia na przygodowość w stylu, jakiego dzisiaj się już nie spotyka. Tutaj dzieje się bardzo dużo – co dorosłych nie zdziwi, dzieci za to przekonają się, że nie zawsze nad bohaterami rozpościera się parasol ochronny.
Historia znana powszechnie: Gepetto struga z drewna kukiełkę, marzy o tym, by stała się prawdziwym chłopcem. Życzenie prawie się spełnia, ale żeby się dokonało, bohater musi udowodnić, że jest odważny, prawdomówny i empatyczny. Pinokio nie zamierza specjalnie przejmoać się tym poleceniem, łatwo ulega wpływom – najpierw trafia do wędrownego teatrzyku, w którym zostaje uwięziony, później – między innymi – zapada na oślą gorączkę. Ponieważ jednak zyskuje szansę na odkupienie win i ratuje Gepetta z wnętrza wieloryba, może doprowadzić do spełnienia wyjściowego marzenia i stać się prawdziwym chłopcem. Oczywiście przedstawienie kolejnych wpadek Pinokia i opresji, z jakich musi go wyciągać wróżka, jest skrócone maksymalnie, co trochę odbiera nie tylko radość z lektury, ale też możliwość wysuwania odpowiednich wniosków przez dzieci – jednak nie jest to mankamentem opowieści w takiej wersji.
Złagodzona fabuła to trend charakterystyczny w baśniach i w literaturze czwartej obecnie, dzięki temu tomik nadaje się nawet dla najmłodszych dzieci. Historia – mocno ograniczana tekstowo – została za to ozdobiona ilustracjami disneyowskimi, cukierkowymi, ale też klasycznymi dzisiaj, więc łatwiej będzie zachęcić do czytania najmłodszych. Przygoda Pinokia mieści się tutaj na kilkudziesięciu stronach, bogato ilustrowanych – nie ma obaw, że dzieci uznają, że tekstu jest za dużo. Ograniczenie emocjonalnego charakteru historii także może wyjść na dobre małym czytelnikom – w końcu sensacji tu nie brakuje, a dzieci nie zdążą się zmartwić losami drewnianej „kukiełki”, więc też nie zniechęcą się do książki. Zgrabny tomik został zaprezentowany tak, by przynieść kilkulatkom odrobinę refleksji i sporo rozrywki. Tutaj najważniejsza staje się przemiana Pinokia, oczywista od początku, ale niepozbawiona komplikacji – drewniany bohater w ujęciu Disneya może nie zasługuje na zbyt wiele komentarzy, ale przyciąga do siebie niesfornością i talentem do wpadania w tarapaty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






