PWN, Warszawa 2014.
Epizody legend
Wojciech Kałużyński bardzo ułatwia zadanie tym wszystkim, którzy z sentymentu – lub ze względu na modę – chcą poznawać PRL, lub przypominać sobie dawne czasy po latach. Jego tom „Niebieskie ptaki PRL-u” to swoista podróż do tego, co wyłamywało się z codziennej szarzyzny. Autor przedstawia ludzi mających odwagę żyć po swojemu i sprzeciwiających się schematom. Pokazuje artystów – oryginałów, dziwaków i outsiderów, którzy własną egzystencją udowadniali, że mimo wszystko da się kształtować rzeczywistość po swojemu – nawet jeśli przychodzi zapłacić za to wysoką cenę. Ci, którzy okrzyknięci byli niebieskimi ptakami, stawali się wentylem bezpieczeństwa dla mas, dawali nadzieję i podsycali marzenia. Sami jednak też spalali się w pościgu za szczęściem, o czym Kałużyński nie zapomina.
Seria portretów przybliża sylwetki tych, o których wszyscy pamiętają – w barwnych i anegdotycznych (mimo że często też gorzkich) narracjach. Pojawiają się w tomie artyści świadomie kształtujący własną legendę – tym razem oglądani właśnie od strony kreacyjnej, jako ci, którzy odważyli się żyć inaczej. Kałużyński nie chce prezentować wszystkich niebieskich ptaków – ze środowiska wybiera tych najbardziej znanych, odrobinę traktując ich jak dzisiejszych celebrytów. Przegląd oryginałów rozpoczyna Marek Hłasko – i w tym przypadku Kałużyński bardzo dokładnie analizuje kolejne życiowe wybory pisarza. Nie do końca jest pewny, jakie decyzje najlepiej charakteryzowały jego odrębność, więc próbuje wyliczać różne postawy luźno ze sobą powiązane. Sprawdza też, jak legendę Hłaski podsycali jego biografowie czy znajomi. W porównaniu z Hłaską bohater kolejnego szkicu, Tyrmand, okazuje się tylko dodatkiem opowieści o jazzie. Przy klubach studenckich pojawiają się Cybulski, Osiecka i Frykowski – już bez biograficznych podróży, raczej na prawach drobnych wspomnień i skojarzeń. To nie portrety, a postacie, które przewijają się przez opisywane zjawiska, jakby Kałużyński zrezygnował z przyglądania się niebieskim ptakom na rzecz przemian w kulturze i obyczajowości. Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach to z kolei – nie mogło być inaczej – bohaterowie szeregu barwnych anegdot, tu mniej ważne stają się ich artystyczne dokonania oraz życiorysy – fakty przegrywają z plotką. Jeszcze kilka słów o Stachurze i odrobina o Piotrze Skrzyneckim – i Kałużyński zamyka ten kolorowy pochód. Zamyka, pozostawiając czytelników w pewnej, trudnej do racjonalnego wyjaśnienia, nostalgii. Jest bowiem tom „Niebieskie ptaki PRL-u” także książką o wolności jednostki, o rezygnacji z podporządkowywania się odgórnym zaleceniom.
Dobrze, że Kałużyński nie traktuje swoich esejów jako nośników biografii, a z życiorysów bohaterów wybiera tylko to, czego potrzebuje do podkreślenia oryginalności. Jego tom to ciekawostka, dopisek do strukturalistycznych opowieści o życiu w PRL-u i próba zainteresowania czytelników tymi, którzy nie bali się manifestować własnego zdania. Lektura „Niebieskich ptaków” niemal musi doprowadzić do samodzielnych dalszych poszukiwań – przynajmniej odbiorców, którzy nie znali dotąd przedstawianych tu historii. Czytelnikom świadomym prezentowanych tu faktów przypomni kilka barwnych opowieści. Czasami – jak w przypadku Osieckiej – lepiej zajrzeć do bezpośrednich źródeł. Ale Kałużyński w roli przewodnika potrafi też rozbawić i przenieść do zapomnianego niemal świata. „Niebieskie ptaki PRL-u” nie pozwalają ucichnąć indywidualnym legendom – i stanowią niemęczący zestaw atrakcyjnych do dzisiaj epizodów z biografii sław. A wszystko w zgrabnym stylu.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 12 lipca 2014
Eliza Piotrowska: Ciocia Jadzia w Rzymie
Media Rodzina, Poznań 2014.
Wyprawa
Jaka jest ciocia Jadzia, to już chyba wszyscy wiedzą. Jej charakterystyka powraca zawsze w kolejnych tomach Elizy Piotrowskiej co rozdział, jako specyficzny podtytuł. Ciocia Jadzia to jedna z tych bohaterek, które nie pozwalają się nudzić. Zabiera tym razem swoją małą bratanicę i jej przyjaciółkę Wiktorię na wycieczkę do Rzymu. Rodzice dziewczynki są sceptycznie nastawieni do wyjazdu – uważają, że dzieci nic nie wyniosą z takiej wyprawy (a kieruje nimi zwykła zazdrość o przygodę). Jednak ciocia Jadzia stawia na swoim.
Tom „Ciocia Jadzia w Rzymie” to kolejny zestaw przygód – pobrzmiewa bardzo wakacyjnie za sprawą wycieczki. We Włoszech dziewczynki oglądają miejsca warte odwiedzenia, typowe turystyczne atrakcje, ale poza nimi poznają też kulturę i zwyczaje ludzi. Dowiadują się między innymi, że włoskie rozmowy brzmią jak kłótnie, a po obiedzie przychodzi czas na drzemkę, bo jest zbyt gorąco, żeby robić cokolwiek innego. Eliza Piotrowska na tym nie poprzestaje – samo zwiedzanie Rzymu, choć może dla części odbiorców przez swoją egzotykę atrakcyjne, pobrzmiewałoby raczej nudnawo i to mimo obecności włoskiego kolegi dziewczynek. Ciocia Jadzia wplątuje się natomiast w prawdziwą aferę kryminalną – pomaga w złapaniu złodzieja „Damy z łasiczką” i ma nawet dostać za to medal. To już wydarzenia podsycające ciekawość podczas lektury – nie pozwolą dzieciom oderwać się od opowieści.
Eliza Piotrowska wybiera dziecięcą i pełną ciekawostek narrację – bohaterka, która opowiada o wydarzeniach, nie szczędzi czytelnikom emocji i rozrywki. Zwraca uwagę nie tylko na zjawiska doceniane przez dorosłych, ale i na elementy ważne dla dziecięcej fabuły. Obie dziewczynki dodatkowo prowadzą swoje dzienniki podróży – tutaj widać różnice w zainteresowaniach oraz w umiejętnościach: Wiktoria, która większą wagę przywiązuje do swojego wyglądu, robi dużo więcej błędów ortograficznych, za to mniej zagłębia się w wartościowe tematy. Subtelnie Eliza Piotrowska przemyca krytykę tego, niestety dość powszechnego, sposobu wychowywania dzieci.
W Rzymie dzieje się bardzo wiele, a nawet krótki spacer staje się przygodą. Autorka funduje swoim małym czytelnikom niebanalną podróż, przenosi ich do miejsca, w którym ciocia Jadzia nie musi przejmować się opiniami rodziców i zapewni dziewczynkom szereg atrakcji. W końcu ciocia Jadzia to jedna z tych bohaterek, które nigdy do końca nie dorosły – i stanowią zawsze odskocznię od rodzicielskich nakazów. Piotrowska na marginesie swojej bajki przemyca też garść informacji o Rzymie – więc odbiorcy mogą mimochodem przyswajać turystyczno-kulturowe wiadomości.
Nie można też zapominać o humorystycznych ilustracjach – Eliza Piotrowska imponuje jako autorka grafik do tomu. W obrazkach łączy dowcip i dziecięcy charakter, jej postacie przypominają bohaterów dawnych polskich kreskówek, są bardzo sympatyczne i przykuwają wzrok. Tekst mieści się zresztą na tłach z rysunków – nie ma zatem wrażenia, że Piotrowska rozgranicza te dwie sfery. I chociaż dużo więcej tu opowieści niż w standardowych picture bookach, nie da się pominąć atrakcyjnej i barwnej warstwy graficznej. Piotrowska niemal przenosi odbiorców do świata swoich bohaterek, zachęca ich do lektury przez stałe uwodzenie ilustracjami. „Ciocia Jadzia w Rzymie” to jedna z tych publikacji, do których nie trzeba dzieci długo przekonywać. Autorka kusi poczuciem humoru, pomysłami i sympatycznym klasycznym brzmieniem historii. Ciocia Jadzia to dla maluchów odskocznia od zwyczajności – świetna przewodniczka po lekko zwariowanej wakacyjnej codzienności.
Wyprawa
Jaka jest ciocia Jadzia, to już chyba wszyscy wiedzą. Jej charakterystyka powraca zawsze w kolejnych tomach Elizy Piotrowskiej co rozdział, jako specyficzny podtytuł. Ciocia Jadzia to jedna z tych bohaterek, które nie pozwalają się nudzić. Zabiera tym razem swoją małą bratanicę i jej przyjaciółkę Wiktorię na wycieczkę do Rzymu. Rodzice dziewczynki są sceptycznie nastawieni do wyjazdu – uważają, że dzieci nic nie wyniosą z takiej wyprawy (a kieruje nimi zwykła zazdrość o przygodę). Jednak ciocia Jadzia stawia na swoim.
Tom „Ciocia Jadzia w Rzymie” to kolejny zestaw przygód – pobrzmiewa bardzo wakacyjnie za sprawą wycieczki. We Włoszech dziewczynki oglądają miejsca warte odwiedzenia, typowe turystyczne atrakcje, ale poza nimi poznają też kulturę i zwyczaje ludzi. Dowiadują się między innymi, że włoskie rozmowy brzmią jak kłótnie, a po obiedzie przychodzi czas na drzemkę, bo jest zbyt gorąco, żeby robić cokolwiek innego. Eliza Piotrowska na tym nie poprzestaje – samo zwiedzanie Rzymu, choć może dla części odbiorców przez swoją egzotykę atrakcyjne, pobrzmiewałoby raczej nudnawo i to mimo obecności włoskiego kolegi dziewczynek. Ciocia Jadzia wplątuje się natomiast w prawdziwą aferę kryminalną – pomaga w złapaniu złodzieja „Damy z łasiczką” i ma nawet dostać za to medal. To już wydarzenia podsycające ciekawość podczas lektury – nie pozwolą dzieciom oderwać się od opowieści.
Eliza Piotrowska wybiera dziecięcą i pełną ciekawostek narrację – bohaterka, która opowiada o wydarzeniach, nie szczędzi czytelnikom emocji i rozrywki. Zwraca uwagę nie tylko na zjawiska doceniane przez dorosłych, ale i na elementy ważne dla dziecięcej fabuły. Obie dziewczynki dodatkowo prowadzą swoje dzienniki podróży – tutaj widać różnice w zainteresowaniach oraz w umiejętnościach: Wiktoria, która większą wagę przywiązuje do swojego wyglądu, robi dużo więcej błędów ortograficznych, za to mniej zagłębia się w wartościowe tematy. Subtelnie Eliza Piotrowska przemyca krytykę tego, niestety dość powszechnego, sposobu wychowywania dzieci.
W Rzymie dzieje się bardzo wiele, a nawet krótki spacer staje się przygodą. Autorka funduje swoim małym czytelnikom niebanalną podróż, przenosi ich do miejsca, w którym ciocia Jadzia nie musi przejmować się opiniami rodziców i zapewni dziewczynkom szereg atrakcji. W końcu ciocia Jadzia to jedna z tych bohaterek, które nigdy do końca nie dorosły – i stanowią zawsze odskocznię od rodzicielskich nakazów. Piotrowska na marginesie swojej bajki przemyca też garść informacji o Rzymie – więc odbiorcy mogą mimochodem przyswajać turystyczno-kulturowe wiadomości.
Nie można też zapominać o humorystycznych ilustracjach – Eliza Piotrowska imponuje jako autorka grafik do tomu. W obrazkach łączy dowcip i dziecięcy charakter, jej postacie przypominają bohaterów dawnych polskich kreskówek, są bardzo sympatyczne i przykuwają wzrok. Tekst mieści się zresztą na tłach z rysunków – nie ma zatem wrażenia, że Piotrowska rozgranicza te dwie sfery. I chociaż dużo więcej tu opowieści niż w standardowych picture bookach, nie da się pominąć atrakcyjnej i barwnej warstwy graficznej. Piotrowska niemal przenosi odbiorców do świata swoich bohaterek, zachęca ich do lektury przez stałe uwodzenie ilustracjami. „Ciocia Jadzia w Rzymie” to jedna z tych publikacji, do których nie trzeba dzieci długo przekonywać. Autorka kusi poczuciem humoru, pomysłami i sympatycznym klasycznym brzmieniem historii. Ciocia Jadzia to dla maluchów odskocznia od zwyczajności – świetna przewodniczka po lekko zwariowanej wakacyjnej codzienności.
piątek, 11 lipca 2014
Grażyna Jeromin-Gałuszka: Długie lato w Magnolii
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Tajemnica w Bieszczadach
Grażyna Jeromin-Gałuszka pozostaje w swojej prozie wierna klimatom, które raz się sprawdziły – dopuszcza do małomiasteczkowej przestrzeni elementy kryminału a nawet thrillera, ale zawsze pamięta o psychologii postaci oraz o zwolnieniu tempa życia – które nie jest wolne nigdy od potężnych zmartwień. „Długie lato w Magnolii” oznacza powrót do znanego już czytelniczkom pensjonatu w Bieszczadach. Sporo w nim kobiet, a każda obdarzona silnym charakterem. Bohaterki nigdy nie załamują rąk, zawsze znajdują remedium na troski i wspierają się nawzajem bez wielkich słów. Życzliwość objawia się tu w czynach – nie dlatego, że tak wypada lub trzeba – kobiety ani nie chcą się nad swoją dobrocią zastanawiać, ani rozwodzić. Szorstka pomoc nie ma nic wspólnego z litością, więc też nie obraża potrzebujących. Magnolia to azyl dla wszystkich.
I do tego pensjonatu, który w finale poprzedniego tomu stał się miejscem drobnego (w skali światowej, bo ogromnego w mikrokosmosie bohaterek) dramatu, przyjeżdża teraz Maurycy Morawski, autor powieści kryminalnych. Trafia do miejsca zarządzanego przez kobiety i może obserwować bogatą galerię charakterów. Jedna z pań codziennie odwiedza grób ukochanego i opowiada mu o wszystkim, czym żyją mieszkańcy, inna dochodzi do siebie po chemioterapii. Trzynastoletnia Tuśka wie wszystko o wszystkich, a do tego zapewnia byt młodszemu rodzeństwu i pogrążonej w apatii matce. W Magnolii nie ma sielanki – to nie jest miejsce, które – wzorem wielu literackich pensjonatów oddalonych od cywilizacji – zapewnia spokój i beztroskę. Wprost przeciwnie – problemy atakują tu każdego i nie sposób od nich uciec. Doświadczone bohaterki wiedzą, że buntowanie się nic nie da- i próbują samodzielnie zapracować na poprawę bytu. Dla Murawskiego, człowieka z zewnątrz, pensjonat może jednak stać się oazą spokoju. Dlaczego zatem mężczyzna trafia na miejscowy komisariat?
Grażyna Jeromin-Gałuszka odrobinę podąża śladami Fannie Flagg. W pozornie sielskich obrazkach przemyca prawdziwe tragedie, krwawe zbrodnie i mroczne tajemnice z przeszłości. Co ciekawe, obecność kryminalnych motywów w fabule zupełnie nie wpływa na kształt narracji. Językowo autorka stara się pozostawać blisko swoich bohaterek, tworzy opowieść lekko gderającą, rozplotkowaną i pozbawioną sentymentów, szorstką, silną i czułą zarazem. Udaje jej się w języku zawrzeć atmosferę miejsca, tak, żeby nikt nie miał wątpliwości co do autentyzmu opowieści. Nie ma tu sztuczności, rozbieżności między tym, co postacie mówią, a tym, kim są. I nawet w narracji ogólnej daje się bez trudu wyczuć specyficzny klimat bieszczadzkiego zacisza.
Do języka dochodzą udane również pod względem psychologicznym kreacje bohaterek. Łatwo uwierzyć w te charaktery, a nawet we wszelkie dziwactwa czy przyzwyczajenia. Każdy zyskuje tutaj indywidualne rysy, co dobrze wpływa na wymowę całości. „Długie lato w Magnolii” łatwo uwieść może samymi kreacjami postaci – a przecież autorka funduje jeszcze czytelnikom potężny kryminalny wstrząs. Cenna jest umiejętność prezentowania wydarzeń z jednego gatunku językiem należącym do zupełnie innej sfery – Jeromin-Gałuszka bardzo się przez to wśród powieściopisarek wyróżnia – nie podąża utartymi szlakami, ale szuka innych sposobów na opowiadanie historii oraz na samą fabułę. W swojej książce pozostaje niepokojąca i tajemnicza, ale oprócz tego daje się poznać jako dobra obserwatorka. Proponuje kryminał, który wymyka się kategoryzacjom, a jednocześnie bardzo wpasowuje się w indywidualny styl tej autorki – i stanowi wyraźną kontynuację wybranej przez nią drogi.
Tajemnica w Bieszczadach
Grażyna Jeromin-Gałuszka pozostaje w swojej prozie wierna klimatom, które raz się sprawdziły – dopuszcza do małomiasteczkowej przestrzeni elementy kryminału a nawet thrillera, ale zawsze pamięta o psychologii postaci oraz o zwolnieniu tempa życia – które nie jest wolne nigdy od potężnych zmartwień. „Długie lato w Magnolii” oznacza powrót do znanego już czytelniczkom pensjonatu w Bieszczadach. Sporo w nim kobiet, a każda obdarzona silnym charakterem. Bohaterki nigdy nie załamują rąk, zawsze znajdują remedium na troski i wspierają się nawzajem bez wielkich słów. Życzliwość objawia się tu w czynach – nie dlatego, że tak wypada lub trzeba – kobiety ani nie chcą się nad swoją dobrocią zastanawiać, ani rozwodzić. Szorstka pomoc nie ma nic wspólnego z litością, więc też nie obraża potrzebujących. Magnolia to azyl dla wszystkich.
I do tego pensjonatu, który w finale poprzedniego tomu stał się miejscem drobnego (w skali światowej, bo ogromnego w mikrokosmosie bohaterek) dramatu, przyjeżdża teraz Maurycy Morawski, autor powieści kryminalnych. Trafia do miejsca zarządzanego przez kobiety i może obserwować bogatą galerię charakterów. Jedna z pań codziennie odwiedza grób ukochanego i opowiada mu o wszystkim, czym żyją mieszkańcy, inna dochodzi do siebie po chemioterapii. Trzynastoletnia Tuśka wie wszystko o wszystkich, a do tego zapewnia byt młodszemu rodzeństwu i pogrążonej w apatii matce. W Magnolii nie ma sielanki – to nie jest miejsce, które – wzorem wielu literackich pensjonatów oddalonych od cywilizacji – zapewnia spokój i beztroskę. Wprost przeciwnie – problemy atakują tu każdego i nie sposób od nich uciec. Doświadczone bohaterki wiedzą, że buntowanie się nic nie da- i próbują samodzielnie zapracować na poprawę bytu. Dla Murawskiego, człowieka z zewnątrz, pensjonat może jednak stać się oazą spokoju. Dlaczego zatem mężczyzna trafia na miejscowy komisariat?
Grażyna Jeromin-Gałuszka odrobinę podąża śladami Fannie Flagg. W pozornie sielskich obrazkach przemyca prawdziwe tragedie, krwawe zbrodnie i mroczne tajemnice z przeszłości. Co ciekawe, obecność kryminalnych motywów w fabule zupełnie nie wpływa na kształt narracji. Językowo autorka stara się pozostawać blisko swoich bohaterek, tworzy opowieść lekko gderającą, rozplotkowaną i pozbawioną sentymentów, szorstką, silną i czułą zarazem. Udaje jej się w języku zawrzeć atmosferę miejsca, tak, żeby nikt nie miał wątpliwości co do autentyzmu opowieści. Nie ma tu sztuczności, rozbieżności między tym, co postacie mówią, a tym, kim są. I nawet w narracji ogólnej daje się bez trudu wyczuć specyficzny klimat bieszczadzkiego zacisza.
Do języka dochodzą udane również pod względem psychologicznym kreacje bohaterek. Łatwo uwierzyć w te charaktery, a nawet we wszelkie dziwactwa czy przyzwyczajenia. Każdy zyskuje tutaj indywidualne rysy, co dobrze wpływa na wymowę całości. „Długie lato w Magnolii” łatwo uwieść może samymi kreacjami postaci – a przecież autorka funduje jeszcze czytelnikom potężny kryminalny wstrząs. Cenna jest umiejętność prezentowania wydarzeń z jednego gatunku językiem należącym do zupełnie innej sfery – Jeromin-Gałuszka bardzo się przez to wśród powieściopisarek wyróżnia – nie podąża utartymi szlakami, ale szuka innych sposobów na opowiadanie historii oraz na samą fabułę. W swojej książce pozostaje niepokojąca i tajemnicza, ale oprócz tego daje się poznać jako dobra obserwatorka. Proponuje kryminał, który wymyka się kategoryzacjom, a jednocześnie bardzo wpasowuje się w indywidualny styl tej autorki – i stanowi wyraźną kontynuację wybranej przez nią drogi.
James Patterson i Chris Tebbetts: Gimnazjum. Najgorsze lata mojego życia
Albatros, Warszawa 2014.
Gra w szkole
James Patterson nie cieszy się najlepszą sławą jako pisarz, który zatrudnia dla siebie ghostwriterów. Przy tytule „Gimnazjum. Najgorsze lata mojego życia” – powieści dla młodzieży – widnieje jednak także nazwisko Chrisa Tebbettsa, współautora tomu (i najprawdopodobniej – właściwego autora narracji). Zawirowania wokół procesu twórczego tracą tu jednak na znaczeniu – autorzy kierują tom do czytelników z reguły zbuntowanych i niechętnie nastawionych do lekturowych wysiłków. Ale „Gimnazjum” kusi. Kusi między innymi nawiązaniami do poczytnych serii (Cwaniaczek Kinneya to postać wyraźnie inspirująca bohatera) – a i obietnica wielkiego skandalu.
Zaczyna się od sceny intrygującej – Rafe trafia do wozu policyjnego. O finale zapowiedzianym na pierwszej stronie czytelnicy szybko zapomną ze względu na natłok kolejnych wydarzeń. Rafe w gimnazjum otrzymuje zestaw zasad obowiązujących każdego ucznia. Tajemniczy przyjaciel bohatera, Leo, podpowiada mu, by potraktował ów kodeks jako wyzwanie – i złamał wszystkie jego zasady. Za to będzie dostawał od Leo punkty. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, Leo zaostrza reguły wyzwania i przydziela koledze trzy życia. Teraz rzeczywistość zamienia się w ekscytującą grę komputerową. Rafe dodatkowo musi uważać na szkolnych prześladowców, zwrócić na siebie uwagę pewnej piękności i nie zaogniać sytuacji w domu. W zasadzie to motywy zawsze obecne w tomach dla młodzieży. Tu kryje się jednak kilka fabularnych niespodzianek – bonusów, bo czytelnikom zapewne wystarczyłby popis łamania zasad.
Tłumaczka próbuje wracać tu do „starego” systemu szkolnictwa – pierwsza klasa gimnazjum to dla niej szóstoklasiści (tyle że na początku gimnazjum) – wprowadza to trochę zamieszania i nie wiadomo, czy jest potrzebne. Narracja ma silne punkty (między innymi język i pomysły fabularne), ale też kilka słabszych stron – do tych należy zwłaszcza rozwlekanie historii na początku. W kilku pierwszych rozdziałach Rafe nie mówi, co się dzieje, a zapowiada, co będzie się działo. Zamiast podsycać ciekawość, trochę tym męczy – z czasem na szczęście się rozkręca. Jak w „Dzienniku Cwaniaczka”, tak i tu czasem opisy przejmowane są przez rysunki. Laura Park decyduje się jednak na ilustracje bardzo bogate w szczegóły i zmusza odbiorców do uważnego śledzenia kolejnych fragmentów obrazka – inaczej nie dowiedzą się, jak Rafe zdobył swoje punkty w grze. Zdarza się, że dodaje też znaczące ilustracje do samej historii – podkreślając humor tomu. Zwłaszcza rozwiązanie z przeniesieniem złamania reguł do kadrów opowieści wydaje się bezpieczniejsze dla autorów i mniej realistyczne dla odbiorców – to swoiste zabezpieczenie przed podsuwaniem czytelnikom głupich pomysłów.
Rafe stopniowo wpada w coraz większe tarapaty – o ile Luzak czy Cwaniaczek nie komplikowali sobie przesadnie życia, o tyle Rafe naprawdę traci grunt pod nogami i to na wielu płaszczyznach. W efekcie odbiorcy śledzą jego poczynania już nie dla śmiechu, a z ciekawości – jak też bohater wybrnie z tak potężnego galimatiasu. Cel zatem, czyli przekonanie młodych ludzi do czytania, zostanie osiągnięty.
Patterson i Tebbetts posługują się czasem fabularnymi oczywistościami i schematami w scenariuszu, a do tego nawiązują do pomysłów z bestsellerowych tomów literatury czwartej. Ale kilka razy przedstawią też pomysły, które mogą się spodobać młodzieży – sięgają po satyrę i elementy paranormal. Cały czas pamiętają o grupie docelowej, przez co można im wybaczać uproszczenia. To w końcu powieść rozrywkowa dla gimnazjalistów i jako taka zadziała.
Gra w szkole
James Patterson nie cieszy się najlepszą sławą jako pisarz, który zatrudnia dla siebie ghostwriterów. Przy tytule „Gimnazjum. Najgorsze lata mojego życia” – powieści dla młodzieży – widnieje jednak także nazwisko Chrisa Tebbettsa, współautora tomu (i najprawdopodobniej – właściwego autora narracji). Zawirowania wokół procesu twórczego tracą tu jednak na znaczeniu – autorzy kierują tom do czytelników z reguły zbuntowanych i niechętnie nastawionych do lekturowych wysiłków. Ale „Gimnazjum” kusi. Kusi między innymi nawiązaniami do poczytnych serii (Cwaniaczek Kinneya to postać wyraźnie inspirująca bohatera) – a i obietnica wielkiego skandalu.
Zaczyna się od sceny intrygującej – Rafe trafia do wozu policyjnego. O finale zapowiedzianym na pierwszej stronie czytelnicy szybko zapomną ze względu na natłok kolejnych wydarzeń. Rafe w gimnazjum otrzymuje zestaw zasad obowiązujących każdego ucznia. Tajemniczy przyjaciel bohatera, Leo, podpowiada mu, by potraktował ów kodeks jako wyzwanie – i złamał wszystkie jego zasady. Za to będzie dostawał od Leo punkty. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, Leo zaostrza reguły wyzwania i przydziela koledze trzy życia. Teraz rzeczywistość zamienia się w ekscytującą grę komputerową. Rafe dodatkowo musi uważać na szkolnych prześladowców, zwrócić na siebie uwagę pewnej piękności i nie zaogniać sytuacji w domu. W zasadzie to motywy zawsze obecne w tomach dla młodzieży. Tu kryje się jednak kilka fabularnych niespodzianek – bonusów, bo czytelnikom zapewne wystarczyłby popis łamania zasad.
Tłumaczka próbuje wracać tu do „starego” systemu szkolnictwa – pierwsza klasa gimnazjum to dla niej szóstoklasiści (tyle że na początku gimnazjum) – wprowadza to trochę zamieszania i nie wiadomo, czy jest potrzebne. Narracja ma silne punkty (między innymi język i pomysły fabularne), ale też kilka słabszych stron – do tych należy zwłaszcza rozwlekanie historii na początku. W kilku pierwszych rozdziałach Rafe nie mówi, co się dzieje, a zapowiada, co będzie się działo. Zamiast podsycać ciekawość, trochę tym męczy – z czasem na szczęście się rozkręca. Jak w „Dzienniku Cwaniaczka”, tak i tu czasem opisy przejmowane są przez rysunki. Laura Park decyduje się jednak na ilustracje bardzo bogate w szczegóły i zmusza odbiorców do uważnego śledzenia kolejnych fragmentów obrazka – inaczej nie dowiedzą się, jak Rafe zdobył swoje punkty w grze. Zdarza się, że dodaje też znaczące ilustracje do samej historii – podkreślając humor tomu. Zwłaszcza rozwiązanie z przeniesieniem złamania reguł do kadrów opowieści wydaje się bezpieczniejsze dla autorów i mniej realistyczne dla odbiorców – to swoiste zabezpieczenie przed podsuwaniem czytelnikom głupich pomysłów.
Rafe stopniowo wpada w coraz większe tarapaty – o ile Luzak czy Cwaniaczek nie komplikowali sobie przesadnie życia, o tyle Rafe naprawdę traci grunt pod nogami i to na wielu płaszczyznach. W efekcie odbiorcy śledzą jego poczynania już nie dla śmiechu, a z ciekawości – jak też bohater wybrnie z tak potężnego galimatiasu. Cel zatem, czyli przekonanie młodych ludzi do czytania, zostanie osiągnięty.
Patterson i Tebbetts posługują się czasem fabularnymi oczywistościami i schematami w scenariuszu, a do tego nawiązują do pomysłów z bestsellerowych tomów literatury czwartej. Ale kilka razy przedstawią też pomysły, które mogą się spodobać młodzieży – sięgają po satyrę i elementy paranormal. Cały czas pamiętają o grupie docelowej, przez co można im wybaczać uproszczenia. To w końcu powieść rozrywkowa dla gimnazjalistów i jako taka zadziała.
czwartek, 10 lipca 2014
Paul Heiney: Czy krowy mogą schodzić po schodach? Odpowiedzi na kłopotliwe pytania
Czarna Owca, Warszawa 2014.
Ciekawostki z humorem
Co pewien czas pojawiają się publikacje tego typu – i zawsze cieszą się zrozumiałą popularnością wśród odbiorców. Chociaż bowiem niewielu czytelników chciałoby zgłębiać wiedzę dla rozrywki, miło znaleźć szereg zabawnych lub intrygujących ciekawostek podanych w krótkich, przystępnych wyjaśnieniach. Tom „Czy krowy mogą schodzić po schodach? Odpowiedzi na kłopotliwe pytania” zbudowany został jako zestaw pytań i komentarzy. Pytania zadawali słuchacze naukowej infolinii, a odpowiedzi udzielali akademiccy specjaliści – nierzadko z humorem i w lekkim tonie, by uprzyjemnić przyswajanie wiedzy, zaspokoić ciekawość i zareklamować swoją dziedzinę nauki. Dorośli mogli zatem poczuć się jak dzieci odkrywające świat. Z najbardziej interesujących zagadnień zostały wybrane te do tomu – Paul Heiney przywołuje je, również kierowany ciekawością i chęcią dobrej zabawy.
Książka została podzielona na części tematyczne – i chociaż tematy wskazują na różne obszary zainteresowań, tu sygnalizowane są przez związki z codziennym życiem. Wśród motywów znajduje się zagadnienie wszechświata oraz liczb, ale większa część tomu wolna jest od abstrakcyjnych rozważań. Pojawiają się tu za to pytania związane z człowiekiem (cena ludzkiego ciała, czkawka, kac, długość palców u rąk), ze zwierzętami (czy kangury potrafią pływać) i z owadami. Autorzy zaglądają do kuchni oraz do lustra, by wyjaśniać intrygujące ludzi kwestie – i bardzo rzadko muszą przyznawać się do niewiedzy.
Zdarzają się w tym tomie pytania dosyć naiwne i takie, na które odpowiedzi są powszechnie znane lub łatwo dostępne – tych jest jednak stosunkowo niewiele. Przeważają zagadnienia, które świadczą o kreatywności pytających i faktycznej ciekawości świata – znajdą się w książce pytania, które jeszcze przed przeczytaniem odpowiedzi wzbudzą uśmiech i każą zastanowić się nad dziwnością życia na Ziemi. To dla czytelników miła lekturowa przygoda, a i pokazanie, jak wiele jest tematów, które zasługują na uwagę.
Zadający pytania bawią się tu jak dzieci, a odpowiadający zwracają się bezpośrednio do nich. To nadaje całości charakteru familiarnego, oddalającego relację uczeń-nauczyciel, za to podkreślającego motyw zabawy. Ważne jest to, że eksperci nie zachowują śmiertelnej powagi ani dostojnych tonów, co więcej, w swoje odpowiedzi wplatają czasem nawet i dobroduszne piny (bywa, że i z pytających). To sprawia, że wyjaśnienia lepiej się czyta – i łatwiej zapadają w pamięć. Przypomina również o rozrywkowym charakterze popularnonaukowego tomu. Oczywiście swoista teleturniejowa konwencja – krótkie i błyskotliwe odpowiedzi – uniemożliwia dokładne przeanalizowanie tematu czy zagłębianie się w zagadnienie, choćby najbardziej intrygujące. „Czy krowy mogą schodzić po schodach” funkcjonuje raczej jako zaproszenie do świata nauki, próba zachęcenia odbiorców do poszukiwania wiedzy.
Paul Heiney wybiera spośród szeregu pytań te, które wydają mu się najciekawsze, najbardziej twórcze i z różnych powodów ważne. Wie dobrze, że jego publikacji nie da się traktować jako źródła wiedzy, a jedynie jako ciekawostkę. Stara się zatem sygnalizować kwestie warte rozwinięcia i dalszych poszukiwań, dostarcza czytelnikom impulsu do działania. Pozwala im poczuć się dziećmi na moment i w niewielkim zakresie, ale jednak do końca umożliwia czerpanie radości z lektury. „Czy krowy mogą schodzić po schodach” to jedna z wielu publikacji tego rodzaju – i jak każda znajdzie grono zwolenników wśród różnych grup odbiorców. Wiedza przecież nie musi być nudna.
Ciekawostki z humorem
Co pewien czas pojawiają się publikacje tego typu – i zawsze cieszą się zrozumiałą popularnością wśród odbiorców. Chociaż bowiem niewielu czytelników chciałoby zgłębiać wiedzę dla rozrywki, miło znaleźć szereg zabawnych lub intrygujących ciekawostek podanych w krótkich, przystępnych wyjaśnieniach. Tom „Czy krowy mogą schodzić po schodach? Odpowiedzi na kłopotliwe pytania” zbudowany został jako zestaw pytań i komentarzy. Pytania zadawali słuchacze naukowej infolinii, a odpowiedzi udzielali akademiccy specjaliści – nierzadko z humorem i w lekkim tonie, by uprzyjemnić przyswajanie wiedzy, zaspokoić ciekawość i zareklamować swoją dziedzinę nauki. Dorośli mogli zatem poczuć się jak dzieci odkrywające świat. Z najbardziej interesujących zagadnień zostały wybrane te do tomu – Paul Heiney przywołuje je, również kierowany ciekawością i chęcią dobrej zabawy.
Książka została podzielona na części tematyczne – i chociaż tematy wskazują na różne obszary zainteresowań, tu sygnalizowane są przez związki z codziennym życiem. Wśród motywów znajduje się zagadnienie wszechświata oraz liczb, ale większa część tomu wolna jest od abstrakcyjnych rozważań. Pojawiają się tu za to pytania związane z człowiekiem (cena ludzkiego ciała, czkawka, kac, długość palców u rąk), ze zwierzętami (czy kangury potrafią pływać) i z owadami. Autorzy zaglądają do kuchni oraz do lustra, by wyjaśniać intrygujące ludzi kwestie – i bardzo rzadko muszą przyznawać się do niewiedzy.
Zdarzają się w tym tomie pytania dosyć naiwne i takie, na które odpowiedzi są powszechnie znane lub łatwo dostępne – tych jest jednak stosunkowo niewiele. Przeważają zagadnienia, które świadczą o kreatywności pytających i faktycznej ciekawości świata – znajdą się w książce pytania, które jeszcze przed przeczytaniem odpowiedzi wzbudzą uśmiech i każą zastanowić się nad dziwnością życia na Ziemi. To dla czytelników miła lekturowa przygoda, a i pokazanie, jak wiele jest tematów, które zasługują na uwagę.
Zadający pytania bawią się tu jak dzieci, a odpowiadający zwracają się bezpośrednio do nich. To nadaje całości charakteru familiarnego, oddalającego relację uczeń-nauczyciel, za to podkreślającego motyw zabawy. Ważne jest to, że eksperci nie zachowują śmiertelnej powagi ani dostojnych tonów, co więcej, w swoje odpowiedzi wplatają czasem nawet i dobroduszne piny (bywa, że i z pytających). To sprawia, że wyjaśnienia lepiej się czyta – i łatwiej zapadają w pamięć. Przypomina również o rozrywkowym charakterze popularnonaukowego tomu. Oczywiście swoista teleturniejowa konwencja – krótkie i błyskotliwe odpowiedzi – uniemożliwia dokładne przeanalizowanie tematu czy zagłębianie się w zagadnienie, choćby najbardziej intrygujące. „Czy krowy mogą schodzić po schodach” funkcjonuje raczej jako zaproszenie do świata nauki, próba zachęcenia odbiorców do poszukiwania wiedzy.
Paul Heiney wybiera spośród szeregu pytań te, które wydają mu się najciekawsze, najbardziej twórcze i z różnych powodów ważne. Wie dobrze, że jego publikacji nie da się traktować jako źródła wiedzy, a jedynie jako ciekawostkę. Stara się zatem sygnalizować kwestie warte rozwinięcia i dalszych poszukiwań, dostarcza czytelnikom impulsu do działania. Pozwala im poczuć się dziećmi na moment i w niewielkim zakresie, ale jednak do końca umożliwia czerpanie radości z lektury. „Czy krowy mogą schodzić po schodach” to jedna z wielu publikacji tego rodzaju – i jak każda znajdzie grono zwolenników wśród różnych grup odbiorców. Wiedza przecież nie musi być nudna.
Monika Kowaleczko-Szumowska: Galop `44
Egmont, Warszawa 2014.
Historia do przeżycia
Podróże w czasie w dzisiejszej literaturze czwartej zawsze są ryzykowne, zwłaszcza gdy mają w fabule posłużyć celom nie tylko rozrywkowym. Monice Kowaleczko-Szumowskiej przez pierwsze strony „Galopu `44” zaufać trudno – wydaje się, że autorka próbuje stworzyć edukacyjno-patriotyczną pogadankę, dla niepoznaki obudowaną codziennością bohaterów. Zresztą – codziennością też dosyć obcą zwykłym odbiorcom, bo który nastolatek bez mrugnięcia okiem daje się zabierać rodzicom na kolejne patriotyczne uroczystości… Wojtek i Mikołaj od najmłodszych lat oswajani są z historią Polski, biorą udział w spotkaniach w Muzeum Powstania Warszawskiego, w defiladach i obchodach rocznicowych. Dla ich rodziców to ważne do tego stopnia, że gdy wyjeżdżają na kilka tygodni do Londynu, wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego w rocznicę wybuchu powstania znajduje się na pierwszym miejscu na liście spraw do załatwienia. To już aż za mocno wskazuje zainteresowania autorki i pobrzmiewa nieco tendencyjnie. Kiedy więc Mikołaj i Wojtek odkrywają „magiczne” przejście z muzeum w sam środek powstania, przyjmuje się to raczej bez entuzjazmu – i nawet nie chodzi o prawdopodobieństwo, a o kolejną furtkę do mało subtelnego poruszenia tematu.
Ale „Galop `44” z czasem zaczyna się rozkręcać. Wojtek na początku zmuszany do podróży w czasie szybko zmienia motywacje i coraz bardziej angażuje się w pomoc powstańcom. To prowadzi do sprawdzania na własnej skórze, co oznacza przedzieranie się kanałami i przenoszenie broni, przemykanie się przez ostrzeliwane ulice, co oznacza bliskość śmierci i żegnanie kolegów. Wojtek próbuje zatrzeć pierwsze złe wrażenie, bo zaczyna mu zależeć na pewnej czarnowłosej Lidce. Mikołaj za to ma inne powody, żeby zostać – znalazł tu prawdziwego przyjaciela. Na szczęście Kowaleczko-Szumowska pamięta, że powstanie to nie zabawa czy symulator gry komputerowej – z czasem coraz bardziej bohaterowie wrastają w obcy sobie świat. Mają misję, o której nie wiedzą: potrzebna jest żywa pamięć, by o wydarzeniach z przeszłości opowiadać następnemu pokoleniu. Jednak na razie nikt nie myśli o dawaniu świadectwa… poza korespondentami przygotowującymi depesze dla polskich i brytyjskich radiostacji.
„Galop `44” to książka niezwykła między innymi dlatego, że składa się z faktycznych opowieści powstańców – ale to historie poskładane tak, że w fabule nie ma między nimi luk. Warstwa dydaktyczna nie jest nachalna, co więcej – autorka zdaje sobie sprawę, że musi przekazywać wiadomości dokładnie, żeby wyjaśnić czytelnikom reguły rzeczywistości, do której wysłała bohaterów. Sceny z powstania zapewniają odbiorcom adrenalinę (a ubocznym skutkiem jest też ich wyedukowanie), za to spójność opowieści ukrywa się w emocjach i motywacjach postaci. Czego Wojtek nie dowiedział się w szkole, od rodziców lub w Muzeum, to pozna bezpośrednio – a siła przeżyć wbije mu wydarzenia w pamięć. Jednak chłopięca tęsknota za przygodą, motyw kiedyś w literaturze czwartej właściwie bezdyskusyjny, tu nie ma takiego znaczenia jak bardziej zrozumiałe dla młodych doświadczenia. Bohater chce zrobić wrażenie na Lidce, nie zamierza odmawiać prośbom przełożonych – gdyby złamał reguły, zbyt sztucznie brzmiałoby jego przebywanie w powstańczej Warszawie.
„Galop `44” po pierwszych rozbiegowych rozdziałach bardzo zyskuje i staje się publikacją nie tylko ciekawą jako powieść dla młodzieży, ale i przyjemnym dla tej grupy docelowej uzupełnieniem wiadomości z historii. Nie ma tu zbędnych sentymentów ani martyrologii, ale Monika Kowaleczko-Szumowska nie przypochlebia się starszym czytelnikom nadmiernym patosem. Rytmem ta powieść nawiązuje do atrakcyjnych przez lata przygodówek. Autorka szukała sposobu, jak mówić do nastolatków o historii – i właśnie ten sposób znalazła.
Historia do przeżycia
Podróże w czasie w dzisiejszej literaturze czwartej zawsze są ryzykowne, zwłaszcza gdy mają w fabule posłużyć celom nie tylko rozrywkowym. Monice Kowaleczko-Szumowskiej przez pierwsze strony „Galopu `44” zaufać trudno – wydaje się, że autorka próbuje stworzyć edukacyjno-patriotyczną pogadankę, dla niepoznaki obudowaną codziennością bohaterów. Zresztą – codziennością też dosyć obcą zwykłym odbiorcom, bo który nastolatek bez mrugnięcia okiem daje się zabierać rodzicom na kolejne patriotyczne uroczystości… Wojtek i Mikołaj od najmłodszych lat oswajani są z historią Polski, biorą udział w spotkaniach w Muzeum Powstania Warszawskiego, w defiladach i obchodach rocznicowych. Dla ich rodziców to ważne do tego stopnia, że gdy wyjeżdżają na kilka tygodni do Londynu, wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego w rocznicę wybuchu powstania znajduje się na pierwszym miejscu na liście spraw do załatwienia. To już aż za mocno wskazuje zainteresowania autorki i pobrzmiewa nieco tendencyjnie. Kiedy więc Mikołaj i Wojtek odkrywają „magiczne” przejście z muzeum w sam środek powstania, przyjmuje się to raczej bez entuzjazmu – i nawet nie chodzi o prawdopodobieństwo, a o kolejną furtkę do mało subtelnego poruszenia tematu.
Ale „Galop `44” z czasem zaczyna się rozkręcać. Wojtek na początku zmuszany do podróży w czasie szybko zmienia motywacje i coraz bardziej angażuje się w pomoc powstańcom. To prowadzi do sprawdzania na własnej skórze, co oznacza przedzieranie się kanałami i przenoszenie broni, przemykanie się przez ostrzeliwane ulice, co oznacza bliskość śmierci i żegnanie kolegów. Wojtek próbuje zatrzeć pierwsze złe wrażenie, bo zaczyna mu zależeć na pewnej czarnowłosej Lidce. Mikołaj za to ma inne powody, żeby zostać – znalazł tu prawdziwego przyjaciela. Na szczęście Kowaleczko-Szumowska pamięta, że powstanie to nie zabawa czy symulator gry komputerowej – z czasem coraz bardziej bohaterowie wrastają w obcy sobie świat. Mają misję, o której nie wiedzą: potrzebna jest żywa pamięć, by o wydarzeniach z przeszłości opowiadać następnemu pokoleniu. Jednak na razie nikt nie myśli o dawaniu świadectwa… poza korespondentami przygotowującymi depesze dla polskich i brytyjskich radiostacji.
„Galop `44” to książka niezwykła między innymi dlatego, że składa się z faktycznych opowieści powstańców – ale to historie poskładane tak, że w fabule nie ma między nimi luk. Warstwa dydaktyczna nie jest nachalna, co więcej – autorka zdaje sobie sprawę, że musi przekazywać wiadomości dokładnie, żeby wyjaśnić czytelnikom reguły rzeczywistości, do której wysłała bohaterów. Sceny z powstania zapewniają odbiorcom adrenalinę (a ubocznym skutkiem jest też ich wyedukowanie), za to spójność opowieści ukrywa się w emocjach i motywacjach postaci. Czego Wojtek nie dowiedział się w szkole, od rodziców lub w Muzeum, to pozna bezpośrednio – a siła przeżyć wbije mu wydarzenia w pamięć. Jednak chłopięca tęsknota za przygodą, motyw kiedyś w literaturze czwartej właściwie bezdyskusyjny, tu nie ma takiego znaczenia jak bardziej zrozumiałe dla młodych doświadczenia. Bohater chce zrobić wrażenie na Lidce, nie zamierza odmawiać prośbom przełożonych – gdyby złamał reguły, zbyt sztucznie brzmiałoby jego przebywanie w powstańczej Warszawie.
„Galop `44” po pierwszych rozbiegowych rozdziałach bardzo zyskuje i staje się publikacją nie tylko ciekawą jako powieść dla młodzieży, ale i przyjemnym dla tej grupy docelowej uzupełnieniem wiadomości z historii. Nie ma tu zbędnych sentymentów ani martyrologii, ale Monika Kowaleczko-Szumowska nie przypochlebia się starszym czytelnikom nadmiernym patosem. Rytmem ta powieść nawiązuje do atrakcyjnych przez lata przygodówek. Autorka szukała sposobu, jak mówić do nastolatków o historii – i właśnie ten sposób znalazła.
środa, 9 lipca 2014
Brunonia Barry: Powrót do Salem
Albatros, Warszawa 2014.
Odrzucenie
Z „Powrotem do Salem” jest tak: to powieść dla czytelniczek ceniących tajemniczość, atmosferę magii i niedopowiedzeń przy jednoczesnym narracyjnym ukojeniu. Brunonia Barry sięga po klimatyczne przestrzenie i nastrojowe pejzaże, lekko senne – po to, by w to otoczenie wprowadzić ludzkie dramaty, ale i wielkie uczucia. Od początku obiecuje, że będzie niebanalnie – zaczyna książkę od przeszłości Zee. W młodości Zee… kradła łodzie – na jedną noc. To dawało jej poczucie wolności i siły, a także pozwalało zaprzyjaźnić się z oceanem. Po latach Zee nie ma już tej swobody ani chęci do naruszania prawa – nie musi też zaleczać traumy wyzwalającymi adrenalinę akcjami. Kobieta ma za to równie trudne zadanie – powinna ostatecznie zdefiniować swój związek i zająć się coraz bardziej schorowanym ojcem. Na domiar złego jej pacjentka popełnia samobójstwo. Zee jako psychoterapeutka sama zaczyna potrzebować pomocy.
Barry nakreśla w tej powieści mikrokosmos Zee – ale odwołuje się do szerokiego wachlarza emocji. Jednym z ciekawszych motywów w książce jest homoseksualny związek ojca Zee i jego partnera – ten temat wypada tu niemal staroświecko, nie ma w sobie nic ze skandalu czy sensacyjności. Barry pokazuje za to, jak silna może być miłość. Stopniowo wydobywa na światło dzienne ponure tajemnice z przeszłości – i przez to nakazuje inaczej spojrzeć na relacje między bohaterami. Ale w orbicie Zee jest jeszcze jeden temat, który poruszy czytelników – to choroba Parkinsona. W jej ostatnim stadium znajduje się ojciec bohaterki. Choroba coraz bardziej przeszkadza w codziennym życiu, zmusza do podejmowania niezrozumiałych decyzji i staje się źródłem wielu krzywd. Brunonia Barry proponuje w ten sposób ważne studium odchodzenia – i mimo wagi zagadnienia, wcale nie przygnębia odbiorców. Zee trwa w swoim świecie, raniona z różnych stron – lecz zawsze znajduje w sobie siłę na mierzenie się z kolejnymi niespodziankami.
„Powrót do Salem” to książka krzepiąca mimo wszystko. Autorka mnoży problemy wielkiej wagi, ale w samej narracji zapewnia kojący rytm i spokój. To połączenie sprawdza się między innymi dzięki fabularnym pomysłom – otoczenie Zee okazuje się na tyle oryginalne, by nie przenosiło zwyczajnych trosk i zmartwień z codzienności czytelników – pomaga w tym i egzotyka problemów (przynajmniej pozorna), i odwołania do miejsca z dala od gwaru oraz pośpiechu. „Powrót do Salem” to obyczajówka o pogodzeniu się z losem – ale nie ma w niej bierności i poczucia przegranej, co staje się siłą całego tomu. Podobnie zresztą jak gęsta i wielokierunkowa narracja – tutaj autorka nie zatrzymuje się na popularnych i charakterystycznych dla obyczajówek tematach, angażuje się w egzystencję swoich postaci i to samo zapewni odbiorcom.
Dodatkowo „Powrót do Salem” ma kusić aurą – w zwyczajne życie zawsze może wkraść się odrobina magii, tajemnice z przeszłości znakomicie doprawiają relację i przywiązują do samej historii. Do tego wystarczy jeszcze przedstawić ponadczasowe i bardzo silne uczucia o różnych zabarwieniach emocjonalnych, by uzyskać dobrą powieść rozrywkową. Brunonia Barry nie szuka taniego optymizmu, który zjednałby jej masy – w zamian za to proponuje komplikowaną akcję i zamknięcie w małym świecie bohaterki. To historia całkiem zgrabnie skonstruowana – sprawdzi się więc jako powieść rozrywkowa, a przez odwołanie do niełatwych doświadczeń z parkinsonizmem pokazuje, jakie wyzwania nieść może życie. Brunonia Barry w sposób godny zaufania prowadzi tu swoje postacie.
Odrzucenie
Z „Powrotem do Salem” jest tak: to powieść dla czytelniczek ceniących tajemniczość, atmosferę magii i niedopowiedzeń przy jednoczesnym narracyjnym ukojeniu. Brunonia Barry sięga po klimatyczne przestrzenie i nastrojowe pejzaże, lekko senne – po to, by w to otoczenie wprowadzić ludzkie dramaty, ale i wielkie uczucia. Od początku obiecuje, że będzie niebanalnie – zaczyna książkę od przeszłości Zee. W młodości Zee… kradła łodzie – na jedną noc. To dawało jej poczucie wolności i siły, a także pozwalało zaprzyjaźnić się z oceanem. Po latach Zee nie ma już tej swobody ani chęci do naruszania prawa – nie musi też zaleczać traumy wyzwalającymi adrenalinę akcjami. Kobieta ma za to równie trudne zadanie – powinna ostatecznie zdefiniować swój związek i zająć się coraz bardziej schorowanym ojcem. Na domiar złego jej pacjentka popełnia samobójstwo. Zee jako psychoterapeutka sama zaczyna potrzebować pomocy.
Barry nakreśla w tej powieści mikrokosmos Zee – ale odwołuje się do szerokiego wachlarza emocji. Jednym z ciekawszych motywów w książce jest homoseksualny związek ojca Zee i jego partnera – ten temat wypada tu niemal staroświecko, nie ma w sobie nic ze skandalu czy sensacyjności. Barry pokazuje za to, jak silna może być miłość. Stopniowo wydobywa na światło dzienne ponure tajemnice z przeszłości – i przez to nakazuje inaczej spojrzeć na relacje między bohaterami. Ale w orbicie Zee jest jeszcze jeden temat, który poruszy czytelników – to choroba Parkinsona. W jej ostatnim stadium znajduje się ojciec bohaterki. Choroba coraz bardziej przeszkadza w codziennym życiu, zmusza do podejmowania niezrozumiałych decyzji i staje się źródłem wielu krzywd. Brunonia Barry proponuje w ten sposób ważne studium odchodzenia – i mimo wagi zagadnienia, wcale nie przygnębia odbiorców. Zee trwa w swoim świecie, raniona z różnych stron – lecz zawsze znajduje w sobie siłę na mierzenie się z kolejnymi niespodziankami.
„Powrót do Salem” to książka krzepiąca mimo wszystko. Autorka mnoży problemy wielkiej wagi, ale w samej narracji zapewnia kojący rytm i spokój. To połączenie sprawdza się między innymi dzięki fabularnym pomysłom – otoczenie Zee okazuje się na tyle oryginalne, by nie przenosiło zwyczajnych trosk i zmartwień z codzienności czytelników – pomaga w tym i egzotyka problemów (przynajmniej pozorna), i odwołania do miejsca z dala od gwaru oraz pośpiechu. „Powrót do Salem” to obyczajówka o pogodzeniu się z losem – ale nie ma w niej bierności i poczucia przegranej, co staje się siłą całego tomu. Podobnie zresztą jak gęsta i wielokierunkowa narracja – tutaj autorka nie zatrzymuje się na popularnych i charakterystycznych dla obyczajówek tematach, angażuje się w egzystencję swoich postaci i to samo zapewni odbiorcom.
Dodatkowo „Powrót do Salem” ma kusić aurą – w zwyczajne życie zawsze może wkraść się odrobina magii, tajemnice z przeszłości znakomicie doprawiają relację i przywiązują do samej historii. Do tego wystarczy jeszcze przedstawić ponadczasowe i bardzo silne uczucia o różnych zabarwieniach emocjonalnych, by uzyskać dobrą powieść rozrywkową. Brunonia Barry nie szuka taniego optymizmu, który zjednałby jej masy – w zamian za to proponuje komplikowaną akcję i zamknięcie w małym świecie bohaterki. To historia całkiem zgrabnie skonstruowana – sprawdzi się więc jako powieść rozrywkowa, a przez odwołanie do niełatwych doświadczeń z parkinsonizmem pokazuje, jakie wyzwania nieść może życie. Brunonia Barry w sposób godny zaufania prowadzi tu swoje postacie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






