* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 31 stycznia 2013

Andrzej Kozioł: Gorąc

WAM, Kraków 2012.

Zmysły dzieciństwa

W tej książce Andrzeja Kozioła znajdują odzwierciedlenie „zmysłowe” poszukiwania pamięci przeszłości. Autor chętnie przedstawiał smaki i zapachy zapamiętane z dzieciństwa, elementy najbardziej ulotne i jednocześnie najbardziej osobiste, właściwie pozbawione pamięci wspólnoty, chociaż powtarzalne. I w „Gorącu” utrzymuje się tendencja do odbudowywania minionego efemerycznymi wrażeniami – tyle że opowieść zmienia formę. Zamiast eseju pojawiają się tu bardzo krótkie opowiadania lub obrazki rodzajowe pozbawione fabuły, a układające się w mikropowieść. Wszystko przybiera kształt podróży – jedno wspomnienie natychmiast rozbudza następne, łańcuchowo połączone ze sobą migawki z lat powojennych służą przede wszystkim wskrzeszeniu pamięci – odzyskaniu świata, którego młodzi nie będą chcieli (i zapewne umieli) zrozumieć.

Bo „Gorąc” to przede wszystkim książka-sentyment, niby poetycka wyprawa do tego, co obiektywnie nie miałoby większej wartości, ale stanowi skarb jednego człowieka. To metaforyczna podróż do dzieciństwa – i ów zabieg usprawiedliwia wszystkie późniejsze decyzje autora. „Gorąc” to mikroświat widziany oczami dziecka – mały Maciek wyjeżdża właśnie na wakacje do babci, opuszcza Warszawę i trafia do niewielkiej mieściny. W niekończącym się upale dokonuje całej serii odkryć i sprawdza wszystkie zapachy i smaki, rozkoszuje się egzotyką najbliższego otoczenia, ale spotyka też (czasami tylko w opowieściach dorosłych) niezwykłych ludzi. Wie, że w lesie mieszka partyzant „Dzik”, z kolei sad babci daje schronienie pewnemu Żydowi, któremu wojna pomieszała zmysły. Jest milicjant Kossobudzki, jest pan Kuryłło, który na pamięć zna całe książki z przepisami kulinarnymi. Przez karty tej niepozornej objętościowo książeczki przewija się wiele postaci – a wszystkie są równie nieprawdopodobne – albo równie prawdopodobne – dla małego Maćka, który zdaje się chłonąć świat wszystkimi zmysłami. Miasteczko przedstawiane jest z perspektywy dziecka, a raczej precyzyjnie odtwarzane ze wspomnień i odarte z tej wiedzy, której kilkulatek mieć nie mógł. Jawi się zatem bardzo tajemniczo i bardzo niezwyczajnie, choć w rzeczywistości Kozioł przekazuje historię, jakich zapewne wiele.

Autor ogranicza akcję na rzecz migawek z „gorąca”. Każdy minirozdziałek dotyczy jednej kwestii związanej z życiem z dala od wielkiego miasta. To powrót do korzeni, sposób na oderwanie się od zabiegania i przypomnienie tego, co było ważne kiedyś. W oczach dziecka zwyczajność zyskuje magiczną atmosferę, a Andrzej Kozioł dba o to, by ta oprawa jednoczyła odbiorców w lekturze – i snuciu własnych synestezyjnych wspomnień. Stawia na proste przyjemności i zachwyty, na które nigdy nie pozwoliliby sobie dorośli. A dokładniej – przyjemnością jest w tej książce niespodziewany powrót do tego, co fascynowało kiedyś, do świata, na który dzisiaj nie ma już miejsca.

W pełnej niedopowiedzeń, bo przefiltrowanej przez dziecięcy umysł, narracji Kozioł nie musi bawić się w komplikowanie fabuły. Stawia na prostotę i w sferze wydarzeń, i w sferze języka, co sprawia, że całość nabiera nieco poetyckiego charakteru. Ta książka powstała po to, by przypominać, by wskrzesić rzeczywistość z dzieciństwa, a może też i po to, żeby sprawdzić ożywianą w esejach moc zmysłów. To miniaturka, która sprzeciwia się rozwojowi cywilizacyjnemu i konsumpcyjnemu trybowi życia. Autor sugeruje w niej rozmaite tęsknoty i uroki nieświadomej błogości dzieciństwa.

środa, 30 stycznia 2013

Karolina Prewęcka: Stanisława Celińska. Niejedno przeszłam

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Spowiedź

Opowieści znanych ludzi, którzy wyszli z nałogu lub poświęcili się ratowaniu bezdomnych zwierząt zawsze mają w sobie pewien boleśnie powtarzalny element: trudno dowiedzieć się czegoś nowego czy oryginalnego, co więcej – trudno nawet przedrzeć się przez światopogląd niedopuszczający odmiennych opinii. A że Stanisława Celińska należy do tych aktorek, których życiem w pewnym momencie zawładnął alkohol, pewne było, że temat będzie powracał w wywiadzie-rzece. Na szczęście dla czytelników – nie jest to powracanie obsesyjne – być może zasługa w tym Karoliny Prewęckiej. Do wywiadu dołączone są też drobne „rozmowy” aktorki z psem – jednozdaniowe, wyróżnione kursywą wstawki sporo powiedzą o stosunku Celińskiej do zwierząt – a nie powinny męczyć.

Chociaż wydawałoby się, że jest to kolejny szablonowy wywiad z rozpoznawaną postacią, dość szybko wychodzą na jaw kolejne różnice. Przede wszystkim widoczne jest tu wyraźne rozdzielenie życia prywatnego i zawodowego, a potem połączenie tych sfer za sprawą konkretnej, jasno określonej hierarchii wartości. Celińska decyduje się na ogromną szczerość i otwartość, sama dotyka spraw bolesnych czy trudnych – ale równie chętnie przechodzi w anegdotę. Dokonuje przeglądu – nie tyle ról, co pracy pod okiem różnych reżyserów i w różnych teatrach. A jednocześnie wciąga Karolinę Prewęcką w rozmowę, chce poznać jej opinie, czasem – wspomnienia czy doświadczenia. To nie jest wywiad z gwiazdą, raczej przekrojowa rozmowa o życiu. Uderza w tomie zwyczajność Celińskiej – nie skromność, raczej świadomość, że istnieją sprawy ważniejsze niż popularność.

Jak w przypadku wielu wywiadów-rzek, i tutaj pojawiają się krótkie wypowiedzi na temat bohaterki tomu. Zwykle to wypowiedzi kolegów po fachu, sław, głośnych nazwisk, które spieszą z zapewnieniem przyjaźni, szacunku, podziwu czy zawodowej zazdrości, wspominają przygody na planie i w garderobach i sprowadzają znajomość do kilku żartów. W książce „Niejedno przeszłam” na temat Stanisławy Celińskiej wypowiadają się m.in. „złota rączka” – spec od remontów, zaufany taksówkarz, koleżanka, sąsiadka, ksiądz, charakteryzatorka, weterynarz, dzieci… owszem, opinie aktorów i reżyserów też się tu znalazły, ale znacznie dalej – i często okazują się mniej trafne niż portrety stworzone przez anonimowych dla szerokiej publiczności ludzi. Ten pomysł pozwala na zbudowanie wielowymiarowego obrazu, pokazanie różnych oblicz aktorki i uzupełnienie jej opowieści. Wreszcie widać znaną z filmów, seriali i teatru postać nie przez pryzmat przyjaciół-celebrytów, a uchwyconą w zwyczajnym życiu, z dala od reflektorów i fleszy. To spodoba się czytelnikom zmęczonym wywiadami spod znaku pop – wywiad ze Stanisławą Celińską jest inny, bardziej szczery, czasem gorzki, niekiedy zabarwiony śmiechem – ale daleki od wielkiego świata sław.

Kończy tę książkę równie ciekawy jak dodanie opinii bliskich zabieg – to jest zestaw szeptanych minirecenzji. Prewęcka przez rok oglądała Stanisławę Celińską na scenie w różnych spektaklach i wystawiała jej własne oceny: nie są to teksty profesjonalne, a kilkuzdaniowe rejestry wrażeń, próby odnotowania, co obecność Celińskiej wniosła do przedstawienia. Ten motyw również wpisuje się w konwencję całego tomu, prywatne uwagi będą dla zwykłych czytelników mieć podobną wartość co wypowiedzi nieznanych ludzi – ale sporej części odbiorców uświadomią też, że Celińska pojawia się dzisiaj nie tylko w serialach obyczajowych.

wtorek, 29 stycznia 2013

Red. Gene Stone: Widelec zamiast noża. Droga do zdrowia usłana roślinami

Galaktyka, Łódź 2012.

Zdrowa dieta

Są chorzy, którzy szans na leczenie upatrują w osiągnięciach farmaceutyki i medycyny, są i tacy, którzy wierzą w potęgę odpowiedniego trybu życia. Pierwszych tom „Widelec zamiast noża” prawdopodobnie tylko zirytuje, dla drugich może stać się niemal biblią i sposobem na życie. U innych odbiorców wywoła skrajnie różne reakcje, a to ze względu na styl, jakim książka została napisana. Autorzy najwyraźniej nie potrafili się zdecydować, czy postawić na racjonalne argumenty czy na emocjonalną retorykę – a połączenie tych postaw i przedstawianie rzeczowych argumentów w prawie fanatyczny chwilami sposób niekoniecznie przypadnie do gustu nieprzekonanym. Inna rzecz, że „Widelec zamiast noża” to pozycja kierowana przede wszystkim do chcących zmienić tryb życia i zdecydowanych na przejście na roślinną dietę – a tym odbiorcom nachalne przekonywanie przeszkadzać nie powinno.

„Widelec zamiast noża” składa się z trzech części. Najobszerniejszą stanowią przepisy kulinarne na zdrowe i sycące dania: śniadania, zupy, dania główne, dodatki i desery, które nikomu nie zaszkodzą, a przyczynią się do poprawy stanu zdrowia. Zaczerpnięte są z różnych źródeł i czasem opatrywane drobnymi komentarzami, w których autorzy zachwalają swoje potrawy i jeszcze raz starają się zdobyć uwagę oraz zaufanie czytelników. Przepisy składają się z podania ilości porcji, zestawu potrzebnych składników, sposobu wykonania oraz – sporadycznie – modyfikacji (gdy jakiś składnik jest niedostępny w Polsce, w przypisach podaje się jego zamiennik). Nie ma informacji o stopniu trudności wykonania czy o zawartości kalorii – nic nie powinno zniechęcać do eksperymentowania w kuchni. Część „Twarze” oraz „Niezwykłe rezultaty” to krótkie (nieprzekraczające dwóch stron) portrety ludzi, którzy za sprawą roślinnej diety odmienili swoje życie. Są tu sylwetki lekarzy i byłych chorych, pojawiają się krótkie życiorysy i informacje o przyczynie kulinarnych wyborów, a także opisy zbawiennych skutków diety, czasem – ze zdjęciami. To jeden ze sposobów na przekonanie czytelników do zmian. Pierwsza część tomu, najbardziej nieobojętna stylistycznie, wzbudzić może najwięcej kontrowersji. Autorzy próbują tu wyliczyć choroby wynikające ze złej diety, przypominają o interesach koncernów farmaceutycznych, grają na emocjach odbiorców (pożywienie, które „nigdy nie posiadało ani twarzy, ani matki”) i rozwiewają ewentualne wątpliwości. Po pierwszej fazie przekonywania przychodzi czas na drugie uderzenie: tym razem od strony krzywdy, jaką wyrządza się zwierzętom hodowlanym. Czytelnicy muszą być przygotowani na zestaw okrucieństw, a przy okazji i zachowań w konsekwencji tragicznych dla środowiska. O stawianiu retoryki nad argumentami świadczy najlepiej rozdział „Czytanie etykiet” – zamiast rozszyfrowywania symboli i ich wpływu na zdrowie pojawią się tam tylko motywy z poprzedniego rozdziału, ogólniki i próby przekonywania do zdrowej diety.

Sama idea zdrowego odżywiania się jest jak najbardziej godna pochwały, podobnie zresztą jak sprzeciwianie się bestialskim praktykom w hodowlach zwierząt. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że nieprzezroczystym językiem i obfitością emocjonalnych quasi-argumentów autorzy podkopują swój autorytet i tracą szansę na dotarcie do części odbiorców. Zaangażowanie uczuciowe nie wychodzi im na dobre i mogą uzyskać efekt odwrotny do zamierzonego. Ale kto postanowił już przejść na dietę roślinną, może przyjrzeć się zawartym w tomie przepisom.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Michael Langford, Anna Fox, Richard Sawdon Smith: Fotografia według Langforda dla fotografów, czyli jak opanować tę sztukę

(współpraca: Peter Renn, Christian Nolle)

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2012.

Tajniki fotografii

„Fotografia według Langforda dla fotografów, czyli jak opanować tę sztukę” to obszerny podręcznik należący już – przynajmniej w oryginale (pierwsze wydanie ujrzało światło dzienne w 1965 roku) – do klasyki literatury przedmiotu, ale uzupełniany wraz z rozwojem myśli technicznej oraz ewolucją aparatów cyfrowych. Zgodnie z tytułem to tom, który na wiele nie przyda się przypadkowym pstrykaczom chcącym uatrakcyjnić rodzinne albumy fotograficzne – za to da solidne podstawy tym, którzy fotografii chcieliby się poświęcić. „Fotografia według Langforda” stanowi niemal biblię dla czytelników i użytkowników – znaleźć tu można odpowiedzi na wszystkie pytania nurtujące artystów i rzemieślników – jedynie poza zagadnieniem, co właściwie uwieczniać w kadrze. Nie jest to bowiem podręcznik kreatywności, a zestaw informacji na powiązane z fotografią tematy. Pojawiają się tu klasyczne aparaty (także te służące do tworzenia fitografii otworkowej) oraz lustrzanki cyfrowe, wywoływanie filmów i opracowywanie plików graficznych – wszystko ma na celu rozwiewanie wątpliwości odbiorców lub wskazanie im twórczego potencjału na etapie obróbki zdjęć. Podręcznikowy charakter sprawia, że tom można czytać od deski do deski (choć nie będzie to lektura rozrywkowa, jak w przypadku rozmaitych tematycznych albumów), lub kierować się od razu do odpowiedniego działu – nawigację ułatwi przejrzysty system odnośników i szczegółowy spis treści.

Pierwsze trzydzieści stron zajmują ogólne wiadomości na temat fotografii, osiągnięć, historii jej rozwoju (skróconej tak, by nie znużyć czytelników, ale ich zainteresować; bardziej szczegółowe kalendarium znalazło się na końcu książki), zapiski o znaczeniu kompozycji lub niebezpieczeństwach i zaletach płynących z własnego stylu. Dziś taki przegląd wydawać się może raczej konwencjonalny, ale stanowi dobre wprowadzenie do tematu i parę rzeczy odbiorcom uświadomi. Autorzy na początku rozprawiają się też z kwestiami fizyki światła – by potem nie rozpraszać się na elementarnych wywodach. Rozdział poświęcony obiektywom pomaga zrozumieć (tym, którzy jeszcze nie znają pojęć), czym jest wartość przysłony, na czym polega głębia ostrości czy – jak dbać o obiektyw. Autorzy przybliżają też budowę aparatów fotograficznych, analizują sprzęt oświetleniowy (bez zbytniego rozwodzenia się nad jego możliwościami w kształtowaniu atmosfery zdjęcia). Uczą, jak dokonywać pomiaru światła i ustawiać ekspozycję. Niewielki rozdział dotyczy komponowania kadru – i wskazuje na pułapki, których trzeba unikać. Dalsza część książki poświęcona jest już pracy z filmami: podręcznik pozwala na przygotowanie ciemni i wywoływanie różnych rodzajów filmów (kolorowe odbitki fotograficzne to temat następnego tomu z cyklu), wyjaśnia cechy papieru fotograficznego i techniki przygotowywania czarno-białych odbitek, zasady retuszu, uczy obróbki cyfrowej oraz przedstawia sposoby prezentacji własnych prac – można więc powiedzieć, że kompleksowo ujmuje niemal cały warsztat fotografa. Jeśli odbiorcy inspiracji i podpowiedzi tematycznych szukać będą gdzie indziej, tu zawsze wrócą – by rozwiać wątpliwości, opanować nowe umiejętności czy znaleźć błędy w swoim postępowaniu.

Z książki można jednak korzystać nie tylko jako ze źródła wiedzy i przydatnych (załączniki!) tabel i treści. Każdy rozdział bowiem kończy się na wzór poppublikacji, punktowym podsumowaniem oraz zestawem propozycji ćwiczeń. Nie są to przeważnie zadania, które da się wykonać szybko i od niechcenia, wymagają wkładu pracy, która bez wątpienia zaprocentuje poprawą jakości wykonywanych zdjęć. Autorzy w ćwiczeniach podsuwają nie tylko pomysły na fotograficzne wyzwania – ale również nazwiska fotografów, z których pracami warto się zapoznać. W tych miejscach podręcznik zamienia się w dobry przewodnik po intrygującym świecie fotografii i daje szansę na dokonywanie własnych ważnych odkryć, które nie pozostaną bez wpływu na sposób oglądania świata. Innym elementem wzbogacania wyobraźni odbiorców są fotografie. W tej książce nie pełnią one funkcji artystycznej, a są ilustracjami omawianych zjawisk – bywa, że i w nich skrywają się cenne wskazówki i drogi poszukiwań dla fotografów korzystających z tomu.

Stale aktualizowany podręcznik nie starzeje się zbyt szybko między innymi z powodu rezygnacji z omawiania konkretnego rodzaju sprzętu. Tu liczy się bardziej sam sposób powstawania i opracowywania fotografii, sedno tej sztuki, a nie zestaw marek i firm. „Fotografia według Langforda” gromadzi w jednym miejscu najważniejsze informacje przydające się specjalistom, ale i cenne dla laików. Rzeczowy język i sposób kondensowania wiadomości sprawiają, że można tu szybko odnaleźć potrzebne treści. W książce nie traci się czasu na pustosłowie, przegadanie czy fotograficzne anegdoty, nie ma zwierzeń fotografów ani drobiazgowego analizowania konkretnych dzieł. To tom, do którego będzie się często zaglądać – powinien znaleźć się w biblioteczce każdego fotografa.

niedziela, 27 stycznia 2013

Arthur Gordon: Przypływ zachwytu

WAM, Kraków 2012.

Piękno drobiazgów

Drobne scenki i oryginalne (lub nieprzewidywalne) historyjki z życia wzięte ubarwiają zwykle każdą powieść, zapadają w pamięć i umilają lekturę, choć dla fabuły mają dalszoplanowe znaczenie. Trudno sobie wyobrazić, by z takich drobiazgów udało się stworzyć całą książkę – a jednak Arthurowi Gordonowi za „Przypływ zachwytu” należą się wyrazy uznania. Efektu nie psuje ani nieco egzaltowany tytuł, ani podział na rozdziały „dary”. Bez żadnych zastrzeżeń przyjmą tom ci odbiorcy, którzy poszukują duchowych wskazówek, życiowych mądrości i podpowiedzi, jak reagować w określonych sytuacjach. Można „Przypływ zachwytu” potraktować jako przewodnik czy pomoc w samorozwoju – ale wcale nie trzeba tego robić, by dalej cieszyć się ciekawą lekturą. Niewykluczone, że i sceptycy znajdą tu fragmenty, do których zechcą wracać: pomocna w tym będzie tematyczna różnorodność, a i sposób wtopienia w tekst filozoficznych refleksji o człowieku.

Arthur Gordon przyjmuje w narracji strategię zwierzenia. Stara się wprowadzić czytelników we własny świat, w którym pojawiało się mnóstwo wartych opisania przypadków. Szczególny urodzaj na ludzi wygłaszających wartościowe uwagi czy wręcz życiowe mądrości pozwoliłby z łatwością podważyć prawdopodobieństwo relacji – ale przecież przyjęta konwencja umożliwia też odrzucenie nachalnej retoryki. Ton zwierzenia sprzyja zadumie – więc autor bez trudu osiągnąć może swój cel. Jego książka pozwala wierzyć w bezinteresowną dobroć i prawdziwe uczucia, osiąga mniej więcej to samo, co agresywnie promowane podręczniki samorozwoju – lecz zupełnie innymi chwytami. Tam pojawia się krzyk, tutaj – szept. Tam – natrętnie powtarzane frazy, których nie można poddać krytyce, tutaj – punkt wyjścia do zastanowienia się nad kolorami życia. Autor odwołuje się do swoich doświadczeń: krzepiących, dodających otuchy, optymistycznych, budzących nadzieję, czasem smutnych za to cennych… Przytacza kolejne historie osnute na konkretnych wydarzeniach, pokazując, jak łatwo w życiu o niezwykłość. Część opowieści zawiera ukryte, a część całkiem jawne przesłania dla wszystkich. Porady zostają niekiedy rozwinięte (jak w przypadku listu ze wskazówkami dla chrześniaka, chociaż to przykład ekstremalny) tak, by każdy, nawet pozbawiony potrzeby rozmyślania nad tekstem, pojął sens przesłań i spostrzeżeń autora; czasem są te porady wyróżnione w tekście dużymi literami, a czasem ukrywane w rodzajowych scenkach.

Ale Arthur Gordon daleki jest od mnożenia prostych zachwytów i skłania innych do wzruszeń. Pisze rzeczowo, jakby chciał opowiedzieć wydarzenie a nie wywołać emocje. Jest skoncentrowany na drobnych „akcjach” poszczególnych tekstów, za to nie próbuje zarzucać czytelników własnymi przeżyciami – ani tym bardziej przekonywać ich do podobnych postaw i reakcji. Unika egzaltacji i kaznodziejstwa, nic nie chce perswadować. W „Przypływie zachwytu” jest miejsce wyłącznie na drobne scenki połączone ze wspomnieniami autora – oraz na porady zwykle jemu udzielane. Te porady zyskują jednak rzadko spotykany w rubrykach psychologów kształt, są konkretne i spójne – i czasem chce się je wypróbować od razu, z czystej ciekawości. W taki właśnie sposób Gordon może dotrzeć do swoich odbiorców. Oczywiście czytelnicy o naturach romantyków czy idealistów, rozmiłowani w poezji i lubujący się w pięknie, zachwycać się też będą liryczną stroną tej narracji oraz wrażliwością autora – bo to zjawiska, których nie sposób pominąć w czytaniu. Arthur Gordon wydaje się być w swojej książce szczery – i to sprawia, że może sobie pozwolić na sugerowanie czytelnikom lekcji życia.

sobota, 26 stycznia 2013

Anna Czeplińska: Miłość - przed użyciem wstrząsnąć

Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Młodzieżowy trop

Na intrygę rodem z powieści dla młodzieży zdecydowała się Anna Czeplińska, uznając zapewne, że dorosłym odbiorczyniom przyda się trochę romantycznych (ale bez przesady) przygód. Typowych dla baśni marzeń, wrzuconych w prozaiczną codzienność. I tak „Miłość – przed użyciem wstrząsnąć” sięga po odrzucaną już konwencję i proponuje czytelniczkom historię o poszukiwaniu skarbów oraz życiowego partnera. Żeby nie było zbyt infantylnie, autorka odrabia lekcje z powieściowego świata, próbuje zgłębić tajniki pracy w redakcji kobiecego pisma, motyw nurkowania, temat zamków na Dolnym Śląsku czy sferę więzienną – wszystko po to, by urzeczywistnić historię pewnego związku.

W „Miłości” od początku daje się wyczuć specyficzną fabularną nerwowość. Jest tu Ola próbująca realizować dziennikarskie pasje w mało ambitnym periodyku, pojawia się i Kuba, życiowy nieudacznik. Tych dwoje miałoby się ku sobie od początku, gdyby nie cała seria przeszkód. Różnią się od siebie tak bardzo, że to aż dziwne, że zwrócili na siebie uwagę. Jednak autorka-demiurg nie zamierza nikomu ułatwiać zadania, zapewne w obawie przed powielaniem wzorców z łzawych romansideł. W związku z tym „Miłość” przeradza się w powieść akcji – z motywem poszukiwania skarbów. Czeplińska robi dużo, żeby oddalić się od schematów z popularnych czytadeł, nie chce być kojarzona z modnymi tematami czy fabułami, jej bohaterowie nie są idealni, nie radzą sobie ze zwyczajnym życiem. Ucieczką od codzienności będzie dopiero zagłębienie się w przeszłość. Tu Czeplińska robi jedyne ustępstwo na rzecz trendów w obyczajówkach: nawiązuje do sag czy powieści historycznych. Cofa się do powstania styczniowego i ukazuje zagmatwane losy przodków postaci. W końcu Ola i Kuba, by móc zacząć sobie radzić, muszą znaleźć punkt oparcia – najlepiej w dziejach, bo biegu historii nic już nie zmieni. W związku z tym rozdziały o perypetiach dwojga ludzi zagubionych w świecie przecinają obyczajowe doświadczenia przedstawicieli ich rodów. Kryje się w tym tajemnica do rozwiązania.

Mimo dość głębokich tematycznych analiz narracja Czeplińskiej okazuje się dosyć surowa. Po pierwsze – nie ma tu mowy o żadnych stylizacjach, a gdy takie mają szansę zaistnieć (rozmowy przestępców) – automatycznie przekreślają wiarygodność kreacji. Trzyma się więc raczej autorka jednego stylu i na dobre jej to wychodzi, chociaż partie historyczne wybrzmiewają przez to mniej przekonująco. Po drugie – opowieść prowadzona jest w czasie teraźniejszym. Zwiększa to jej dynamikę i pozwala skupić się na rozwoju akcji, ale też zamienia książkę w sensacyjno-obyczajowy filmik. Autorka stara się nie pozostawiać czasu na psychologiczne analizy czy szukanie podobieństw do bohaterów świata pop, narzuca szybkie tempo – bo tylko tak może przykuć uwagę odbiorczyń zmęczonych stereotypami. A że swoich bohaterów musi chronić przed złem i nieszczęściami, bo inaczej złamałaby reguły obyczajówek wzorowanych na komediach romantycznych, całość nabiera posmaku dawnych powieści przygodowych z literatury czwartej. Okazuje się, że i w takiej tradycji można umieścić historię o miłości. Bo jednak – mimo wątku szukania skarbów czy miłości, która pokona każdą przeszkodę. Anna Czeplińska daje swoim czytelniczkom narrację gęstą. Tu dzieje się wiele i właściwie bez przerwy – taki sposób znalazła autorka na historię mającą dostarczać rozrywki. A w końcu kto zabroni trzydziestolatkom przeżywać emocje właściwe dotąd ludziom o połowę od nich młodszym? Ta powieść nie wymaga od odbiorczyń zaangażowania emocjonalnego – w końcu już tytuł zapowiada rozwój wypadków. W trakcie lektury można domyślać się, co się stanie z bohaterami – i być może dlatego Czeplińska szuka scen mrożących krew w żyłach, by urozmaicić fabułę. Jednak i to nie wywoła większego wrażenia na zajętych śledzeniem historii odbiorczyniach.

piątek, 25 stycznia 2013

John Green: Gwiazd naszych wina

Bukowy Las, Wrocław 2013.

Instytucja do spełniania życzeń

Opowieści o walkach z chorobą – zwłaszcza jeśli dotyczą młodych ludzi – poruszają masową wyobraźnię i stanowią dzisiaj gwarancję emocjonalnego odbioru. Przy prostej, zerojedynkowej konstrukcji, liczy się w nich pomysł na rozwój fabuły – nawet mniej niż sam sposób opisu. Ale John Green tomem „Gwiazd naszych wina” rzuca wyzwanie wszystkim autorom i naśladowcom poruszającym się w ramach kuszącego subgatunku. Jeśli masowej publiczności wystarczą proste historie z ckliwymi zakończeniami, Green zapewnia swoim czytelnikom znacznie więcej. Nie odrzuca konwencji literackiej, chociaż czyni z niej momentami powód drwin i obiekt ironii – istniejąc w centrum subgatunkowego nurtu literatury „szpitalnej” czy literatury chorych, daje odbiorcom więcej, niż ci mogliby się spodziewać. Zdecydowanie „Gwiazd naszych wina” nie jest tanim wyciskaczem łez, ale trudno będzie tę książkę czytać z chłoną obojętnością.

Green nie wychodzi poza świat ludzi chorych. Narratorką jest szesnastoletnia Hazel, której rak zaatakował płuca. Dziewczyna znalazła eksperymentalny lek hamujący postęp nowotworu, ale nie może poruszać się bez butli z tlenem. W grupie wsparcia, do której musi uczęszczać Hazel mimo sztucznej atmosfery i małej przydatności spotkań, pojawia się Isaac – on w wyniku choroby stracił jedno oko, a wkrótce zostanie pozbawiony możliwości widzenia. Ale najważniejszy jest Augustus, siedemnastolatek z protezą nogi. To on jest najlepszym przyjacielem Isaaca, wsparciem w najcięższych chwilach i uosobieniem niezależności. Triumf nad chorobą obwieszcza światu paleniem niezapalonego papierosa. To Augustus zakochuje się w Hazel i zmienia jej życie.

Dostrzega John Green wszystkie powtarzalne punkty z opowieści o nieuleczalnie chorych dzieciach. Bohaterowie sami kpią ze swoich przywilejów („Bonusów Rakowych”) czy z motywu Ostatniego Dobrego Dnia. Ze świadomością konwencji robią wszystko, by zasmakować życia – a przez chorobę wzrasta nie tylko ich determinacja, lecz i siła wpływu na otoczenie. Odbijają się w sobie jak w lustrze – i dlatego u Greena liczy się nie dążenie do normalności, a troska o uczucia bliskich. W standardowych powieściach zbliżonych tematyką do „Gwiazd” zwykli ludzie istnieją po to, by pomagać w spełnianiu części pragnień bliskim. W tej książce jednak zmagania z chorobą zmuszają samych chorych do ogromnych wyrzeczeń. Autor ułatwia postaciom porozumienie.: każdy jest okaleczony i każdy zmaga się z różnymi problemami – skupienie na sobie oznaczałoby licytację w poziomie poczucia krzywdy i cierpieniu – skupienie na innych pozwala dostrzec prawdziwy heroizm. O którym, zresztą, otwarcie nie ma tu mowy, uniemożliwia jego komentowanie ironia.

Hazel i Augustus niemal żyją literaturą – i z literatury wypływa ich najśmielszy pomysł. Choroba nie może zatem do końca zdominować fabuły. Podstawą jest tu piękno pierwszej prawdziwej miłości, która rozkwita bez względu na niekorzystne warunki. Motyw miłości ukierunkowanej chorobą byłby tendencyjny, gdyby nie kreacja bohaterów. Augustus i Hazel to postacie nietuzinkowe – trudno przewidzieć ich pomysły i czyny, a zwłaszcza uczucia. Oboje kpiąco i z dystansem spoglądają na rzeczywistość, znajdują sobie płaszczyznę porozumienia niedostępną innym ludziom. Ich związek w niczym nie przypomina kiczowatych relacji z masowych powieści. Sam w sobie staje się interesujący – a to nie jedyne, co Green ofiaruje czytelnikom. Wzbogaca książkę o elementy typowe dla młodzieżowych historii (bunt, nieporozumienia z rodzicami), ale i o sceny, których długo się nie zapomni (Dzień Niszczenia Pucharów jako kwintesencja mądrej przyjaźni). Autor pokazuje, jak rozwiewają się złudzenia, ale też – jaką siłę potrafi dać obecność drugiego człowieka. Pisze tak, że okładkowy komentarz „absolutnie genialna” okazuje się jak najbardziej uzasadniony.

Przy tym nie troszczy się Green zupełnie o uwiarygodnienie postaci na planie języka (a czasem i postępków). Nastolatki wyrażają się kwieciście i mądrze, filozoficznie, wygłaszają trudne prawdy o życiu i porozumiewają się prawie książkowo. Augustus lubuje się w teatralnych gestach, oboje chętnie przerzucają się cytatami z sobie znanej książki. Green doskonale wie, że za nim przemawiać będzie potęga uczucia i świadomość choroby. Nie chce litości dla bohaterów – a oni jej wcale nie potrzebują.

Można tę książkę przedstawiać w samych superlatywach – ale i bez tego stanie się modna. Ważna jest już. Zasługuje na to, żeby dokonać kolejnej literackiej rewolucji w świecie pop. Masom da wzruszenia. Ale części odbiorców także refleksję.