* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 4 stycznia 2013

Ramona Bădescu: Pomelo jest zakochany

Zakamarki, Poznań 2012.

Uczucia małego słonia

Kto sięgnie po tomik „Pomelo jest zakochany”? Na pewno dziewczynki – bo skusi je różowa okładka i sympatyczna mina bohatera na rysunku. I oczywiście tytuł. Być może też chłopcy w wieku przedprzedszkolnym nie będą mieli nic przeciwko takiej lekturze. I dobrze, bo kto zajrzy do książki, przekona się, że nie jest ona o ckliwej i mdławej miłości, a przedstawia rozmaite uczucia małego bohatera – które z braku lepszych określeń da się nazywać jednakowo, mimo ich różnorodności. A poza tym tom prezentuje postać bardzo sympatyczną, bo trudno nie polubić malutkiego (niewiększego od ślimaka, za to większego od żuczków) różowego słonia z rumieńcami na policzkach i długą trąbą powiewającą na wietrze.

Mieszczą się w tym tomie trzy historyjki, bajki-niebajki o Pomelo – tytułowa „Pomelo jest zakochany”, zimowa „Wszystko znika” i portretowa „Pomelo jest fantasłoniczny”. Każda opowiastka została podzielona na jednozdaniowe informacje połączone z obrazkami – tu nie ma miejsca na żadną akcję, jedynie na przedstawianie rozmaitych wrażeń, z każdą stroną innych (do wyjątków należy nadejście zimy, ale i tu zmiany w przyrodzie służą tylko zilustrowaniu zdziwienia bohatera). Pomelo po prostu jest, a wszystko dzieje się w nim. I chociaż nie ma tutaj klasycznej fabuły, sporo emocji będą przeżywać maluchy utożsamiając się z niezwykłym bohaterem. Bo na przykład dla kilkulatków będzie oczywiste, że zakochać się można w kamieniu czy deszczu. Spis „zakochań” Pomela to rejestr rzeczy, które sprawiają radość i dają poczucie szczęścia bez żadnych racjonalnych podstaw. Bajka zimowa wychodzi od zdumiewających zjawisk przyrody, a kończy się wykazaniem zabawowych uroków zimy – Pomelo testuje je kolejno i tym samym przegania smutki związane z „utratą” roślin czy błękitu nieba. Ostatnia bajka jest najbardziej kreatywna i oryginalna, a przy tym cechuje się też największym poczuciem humoru – to opis samego bohatera i próba udowodnienia jego niezwykłości. Według tego portretu właściwie każdy jest wyjątkowy, a przy okazji można lepiej poznać małego różowego słonia.

Każde opowiadanie składa się z sekwencji prostych zdań, czasem nasyconych emocjonalnie – i z odpowiadających im obrazków, na widok których trudno się nie uśmiechnąć (uśmiech słonia szczególnie przypadnie do gustu dzieciom, ale i rodziców wprawi w dobry humor). Pomelo zrobi tym większe wrażenie, że na ilustracjach zestawiany jest zwykle z elementami „normalnymi” – rzodkiewką, kwiatkiem czy owadami – przy których nie może imponować rozmiarem. To bardzo kuszący absurd i jednocześnie wskazówka, że gdzieś istnieje bajkowy, ledwo dostrzegalny świat, w którym obecność miniaturowego różowego słonika nikogo nie zdziwi. Dzieci odnajdą się tu bez problemu, a zamiast ciekawości, co się dalej zdarzy, pojawi się ciekawość, co jeszcze charakteryzuje Pomela. Bo z każdą stroną musi przybyć coś nowego. Z tą książką maluchy nie będą się nudzić. Warto też zauważyć, że zaokrąglone brzegi przywodzą na myśl kartonowe bajeczki dla najmłodszych – ale w tomiku „Pomelo jest zakochany” znajdzie się więcej treści niż w standardowych publikacjach tego typu. Książeczka nakłania też do rozmowy z kilkulatkami – o odczuciach małego słonia. Tom wspomaga rozwój emocjonalny maluchów, jest dostosowany do sposobu postrzegania świata przez najmłodszych i budzi pozytywne uczucia.

czwartek, 3 stycznia 2013

Manula Kalicka, Zbigniew Zawadzki: Tutto bene

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Strzelanina i żar(t)

Manula Kalicka to jedna z tych autorek, które potrafią pisać dość pogodnie i nawet największy scenariuszowy banał zamienią w ciekawą historyjkę w sam raz na zabicie czasu. Teraz razem ze Zbigniewem Zawadzkim tworzy – w obiecującej serii wydawnictwa Prószyński i S-ka – atrakcyjny kryminał, nieco w duchu Joanny Chmielewskiej, gatunkowo pożeniony jeszcze z powieścią obyczajową i komedią romantyczną, słowem – czytadło nie tylko dla pań. I chociaż poruszają tu autorzy tematy trudne i niezbyt wygodne (strzelanina w restauracji, traktowanie imigrantów, zaginione dziecko), to przecież czynią to w sposób, który nie męczy przez ciężar psychologicznych wynurzeń, a dostarcza lekturowej rozrywki. Mimo że czasem w „Tutto bene” poleje się krew, książkę można polecić nawet tym, którzy kryminałów nie lubią.

W „Tutto bene” jeden z klientów strzela do kelnerki – młodej Ukrainki. Nad sprawą zastanawia się Zosia, pracownica restauracji. Dzięki temu może choć na moment oderwać myśli od Grzegorza, w którym jest beznadziejnie zakochana. A że Grzegorz też angażuje się w śledztwo, a raczej w pomoc komisarzowi Górzyańskiemu, pojawi się okazja do zrealizowania marzeń. Sporo postaci przewija się przez „Tutto bene”, a każda obdarzona została wyrazistym charakterem i ciekawą przeszłością lub przynajmniej atrakcyjną i tajemniczą teraźniejszością. Autorzy zręcznie lawirują pomiędzy postaciami, wplątując je w całą intrygę.

To nie jest jednokierunkowy kryminał o przewidywalnej akcji. Kalicka i Zawadzki pozwalają odbiorcom przeskakiwać od sceny do sceny, nigdy nie zwalniają akcji i nie wpadają w dłużyzny. Żeby nie wprowadzić chaosu przy wielotematycznej powieści, dzielą historię na dni i godziny, dzięki czemu bez zbędnych tłumaczeń mogą zmieniać plany opowieści i relacjonować równoległe wydarzenia. To jeszcze przyspiesza akcję. W „Tutto bene” dzieje się wiele i na kilku płaszczyznach emocjonalnych.

Trudne wydarzenia – katalizatory kryminalnej fabuły – są tu łagodzone przez kreacje bohaterów prowadzących śledztwo. Kalicka i Zawadzki na marginesie przedstawiają rodzinę komisarza Górzyańskiego, co bardzo ociepla wizerunek profesjonalnego śledczego (a dlaczego – nie zdradzę), Zosię prezentują jako kobietę nieco naiwną, lekko infantylną i dobrą, Grzegorza – jako zwyczajnego faceta, który da się lubić. Przywiązanie do tych postaci nie pozwoli odbiorcom oderwać się od lektury – a „Tutto bene” rzeczywiście wciąga.

Powieść została napisana z pomysłem i humorem. Intryga kryminalna stanowi zaledwie jedną jej część i nie powinna odstraszać miłośniczek historii obyczajowych. Manula Kalicka i Zbigniew Zawadzki opisują losy postaci żartobliwie i z zapałem – ten nastrój będzie się podczas czytania udzielał. To jeden z kryminałów pisanych z przymrużeniem oka, a przy tym i książka, do której chce się wracać. „Tutto bene” można polecić tym, którzy szukają dobrej rozrywki i udanej narracji – bo chociaż styl opowieści wpada czasem w mocno potoczny, to jest to zabieg celowy, a służy wzbudzaniu uśmiechu w odbiorcach. Kalicka i Zawadzki proponują tom atrakcyjny i dla wymagających czytelników, tu dobra zabawa liczy się najbardziej. W książce tej każdy znajdzie coś dla siebie i nie wątpię, że „Tutto bene” trafi na listy bestsellerów. Jako masowa powieść rozrywkowa – zasługuje na to.

środa, 2 stycznia 2013

Václav Čtvrtek: Hanka. Czyta Wiktor Zborowski

Świat Książki, Warszawa 2012.

Żona rozbójnika

Na początku w przygodach Rumcajsa Hanka byłą przede wszystkim ozdobą, wsparciem dla rozbójnika, źródłem piękna i motywacji, a jednocześnie dowodem na słuszność i sensowność patriarchatu. Na przemian prała i gotowała (ewentualnie sprzątała w jaskini), by Rumcajs nie musiał martwić się o przyziemne sprawy i mógł się zająć uczciwym rozbójnictwem oraz podjazdową walką z księciem panem. Nawet kiedy Hanka próbowała wtrącić się w sprawy ukochanego męża, była grzecznie proszona o jedyny skuteczny rodzaj wsparcia: przyglądanie się z podziwem i pięknym uśmiechem – co też zresztą robiła, zawsze posłuszna Rumcajsowi. A przecież to Hanka troszczyła się o rozbójnika i dbała, by niczego mu nie brakowało, czasem nawet pomagała mu w ucieczkach.

I Hanka, ta posłuszna, wierna, gospodarna i dobra żona rozbójnika doczekała się literackiej rehabilitacji – z biernej postaci i tła Rumcajsa wybija się na pierwszy plan na płycie zatytułowanej „Hanka”. Nie może być inaczej – z cichej, idealnej jaskiniowej pani domu staje się wojowniczką o wolność swoją i Rumcajsa – pomijając całkowicie naturalny fakt, że jako matka Cypiska zamienia się w lwicę, gdy ktoś chce skrzywdzić jej synka. Hanka przeciwniczkę znajduje w księżnej pani – skarykaturalizowanej, złej i głupiej kobiecie, której przecież nie można zaangażować w bezpośrednie konfrontacje z Rumcajsem, bo byłby to dyshonor dla rozbójnika. Księżna pani jest zazdrosna o umiejętności Hanki i stawia bohaterce żądania, których ta nie ma zamiaru spełnić. To jedna płaszczyzna konfliktów. Hanka z potulnej żony w cieniu męża zamienia się w bohaterkę, która ma swój honor i potrafi sama się obronić, a do tego popisuje się sprytem, bogatą wyobraźnią i odwagą – zupełnie jak niegdyś Rumcajs. Rumcajsa oczywiście nie można włączyć w spory kobiet, więc rozbójnik ma tu niewiele do powiedzenia. Drugą płaszczyznę konfliktów tworzy natomiast autor przez chęć ratowania skóry Rumcajsowi. Rozbójnik nie wszędzie może się pokazać (gdyż grozi mu więzienie), a czasem po prostu trafia do aresztu i mimo nadludzkich mocy nie da rady sam się wydostać. Wtedy na scenę wkracza Hanka – bez wahania porzuca swoje gospodarskie zajęcia i z rozmachem ratuje Rumcajsa z opresji. Nie boi się niczego, a siły dodaje jej jeszcze świadomość słuszności własnego postępowania. Rezolutna bohaterka bez trudu pokonuje przeciwników – a potem spokojnie wraca do zajęć żony i matki. Trzecim punktem wyjścia dla konfliktów stają się zagrożenia czyhające na Cypiska – i tu już Hanka postępuje zgodnie ze stereotypem matki.

Kiedy w centrum zainteresowania odbiorców pojawi się Hanka, nie ma miejsca na nudę. Ta postać łączy w sobie pierwiastek tradycyjnie męski – odwagę, mądrość, siłę, logikę postępowania, honor – oraz cechy stereotypowo kobiece (w dodatku w ujęciu krytykowanym przez feministki). Autor wcale nie łagodzi sytuacji, w które wplątuje Hankę, a że w konwencji, którą przyjmuje, nie ma miejsca na rozwiązania siłowe, proponuje całe serie atrakcyjnych dla czytelników potyczek na spryt.

Wiktor Zborowski czyta kolejne rozdziały w sposób, o którym nie da się zapomnieć. Akcentuje każde słowo, w chwilach największych emocji spowalnia czytanie i buduje napięcie, do tego gra głosem, wyposażając parę postaci w bardziej charakterystyczne brzmienia – i tak można z przyjemnością śledzić losy Hanki, żony Rumcajsa. Dla najmłodszych będzie to dobra okazja do zapoznania się z przygodami rozbójnickiej rodziny, dla starszych – powrót do dawnych lat i znanych z dzieciństwa bajek.

wtorek, 1 stycznia 2013

Lotta Olsson: Dziwne zwierzęta

Zakamarki, Poznań 2012.

Absurd o życiu

Rzadko pojawiają się tak piękne, zabawne i mądre historie – a kiedy już się pojawią, naprawdę warto o nich głośno mówić. „Dziwne zwierzęta” zachwycą wszystkich, którzy lubią absurd w stylu „Kubusia Puchatka”, a do tego uzmysłowią najmłodszym, że każdy jest inny, a owa inność nie oznacza wcale gorszości. A wszystko przez zrozpaczonego mrówkojada, który czuje, że za bardzo różni się od zwyczajnych zwierząt i nie umie sobie z tym poradzić. Na szczęście mrówkojad ma całkiem mądrą przyjaciółkę, orzesznicę – ta potrafi na problem spojrzeć z dystansu, a czasami nawet niechcący podpowiedzieć mrówkojadowi dobre rozwiązania. Z dyskusji mrówkojada i orzesznicy nad dziwnością zwierząt rodzi się pomysł o konkursie na najdziwniejsze zwierzę. Zgłoszenia napływają ze wszystkich stron, a każde stworzenie chętnie opowiada o swojej inności. Świat jest pełen dziwnych zwierząt. Mało tego – nawet najzwyklejsze zwierzęta okazują się całkiem dziwne.

Mrówkojad i orzesznica wychodzą od prostego sposobu na zażegnanie smutków – chcą znaleźć najdziwniejsze zwierzę, by mrówkojad poczuł się lepiej – ale też aby podnieść na duchu innych. Dla autorki to nie tylko sposób na rozbudzenie ciekawości dzieci, lecz na wprowadzenie do tomu warstwy edukacyjnej – rozmaite przyrodnicze informacje wplata do zgłoszeń zwierząt. Dzieci dowiedzą się czegoś o dziobaku, mrówkach, krowie, o nosaczu, jętce i wielu innych stworzeniach. Przykład żuka gnojarza rozbawi maluchy za sprawą ludyczności i rubaszności, za to jętka stanowić będzie dobry pretekst do zadumy nad kruchością życia – ale to i tak kwestie poboczne, bo przede wszystkim liczy się dziwność i oryginalność zwierząt. Dzieci w zawoalowany sposób przekonają się o tym, że każdy jest wyjątkowy i oryginalność nie może być uznawana za wadę – to dla nich dobra lekcja. Zestaw zwierzęcych ciekawostek dopełnia całego obrazu.

Ale warstwa edukacyjna to nie jedyna zaleta książki. Jej podstawowym atutem staje się absurdalny humor. Dialogi mrówkojada i orzesznicy zostały silnie skarykaturalizowane, przede wszystkim przez indywidualizację języka bohaterów i stawianie na funkcję fatyczną. W tych rozmowach kryje się naiwność maskowana powagą i rzekomą mądrością orzesznicy i niedomyślnością mrówkojada. Nie widać tu celu autorki, morały płyną z wniosków odbiorców. Same dyskusje rozśmieszą każdego – jest tu humor słowny i sytuacyjny, a obok nich i komizm charakterów. Żadnego wymuszania śmiechu za pomocą ogranych metod, tylko czysty absurd w najlepszym możliwym wydaniu – naprawdę Lotta Olsson operuje tym środkiem mistrzowsko i przez całą książkę nie obniża poziomu, udaje jej się przez cały czas zachwycać czytelników – dużych i małych, nikt nie będzie się tu nudził. Agnieszka Stróżyk w tłumaczeniu dostosowuje się do tego stylu i dodaje niekiedy odrobinę komicznego słowotwórstwa – całość robi ogromne wrażenie. Rzadko spotyka się tak pomysłowe bajki dla dzieci. Tu nawet aspekt edukacyjno-wychowawczy nie psuje efektu.

Proste a zabawne rysunki Marii Nilsson Thore uzupełniają tekst i nadają mu pozorów naturalności (zwłaszcza gdy mowa jest o listach przysyłanych przez zwierzęta oraz o zdjęciach najdziwniejszych stworzeń). Sympatyczni bohaterowie wypadają na nich bardzo przekonująco, a i radośnie przy okazji. Ilustracje humorem dostosowują się do ładnej historii i sprawiają, że książkę ogląda się z przyjemnością podobną do tej lekturowej. Takich opowieści powinno się ukazywać jak najwięcej.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Joe McNally: Świat błysku. CLS i TTL na nieznanych wodach

Galaktyka, Łódź 2012.

Przeciw regułom

StAK, czyli Statyw Akustycznie Kontrolowany przewija się stale przez potężny tom „Świat błysku”. Statyw Akustycznie Kontrolowany to asystent, który w razie potrzeby pełnić będzie funkcję statywu lub zastawki, przytrzyma lampę, podejmie walkę z wiatrem, a czasem po prostu potowarzyszy w trudnym zleceniu. Joe McNally bowiem, chociaż zaprasza do podróży po świecie lamp błyskowych, nie lubi pracować sam. StAK natomiast jest jednym z wielu dowodów na poczucie humoru autora i niebanalną narrację. Kreatywność przejawia się tu nie tylko w pomysłach na kolejne portrety, ale i w samych próbach zachęcania do lektury.

W tomie „Z pamiętnika lampy błyskowej” McNally udowadniał, że w korzystaniu z małych przenośnych fleszy tkwi ogromny potencjał. Teraz mniej skupia się na przekonywaniu do lamp błyskowych, za to pokazuje, jak twórczo je wykorzystywać. Na początku już odżegnuje się od liczb i ustawień aparatu, bardziej chce skupiać się na ogólnych zasadach robienia zdjęcia, bo wie dobrze, od jak wielu czynników niezależnych od ustawień zależy sukces. Obszerny „Świat błysku” zawiera zatem zbiór pomysłów dla amatorów fotografii – i stanowi zachętę do pracy dla tych wszystkich, którzy nie lubią obliczać i stosować skomplikowanych reguł, za to chętnie by poeksperymentowali.

Jedna rzecz staje się w tomie powtarzalnym refrenem – chociaż w samym tekście znika. To oczywista niechęć do „płaskich” zdjęć, zwykłych pstryknięć z lampą. Joe McNally rozpoczyna rozbudowaną podróż po świecie błysku od możliwości, jakie daje flesz, w prościutkim portrecie wykonywanym w warunkach studyjnych. W całej serii zdjęć przedstawia sposoby tworzenia klimatu ujęcia, przy pomocy tylko jednej lampy (oraz modyfikatorów światła). To dobry punkt do późniejszych, wykonywanych w bardzo różnych warunkach, prac. Zauważyć trzeba, że w „Świecie błysku” nie ma powracania do znanych i wielokrotnie omawianych tematów związanych z zachowaniem światła czy rodzajami oświetlenia. A zresztą autor do teoretyków nie należy i bardzo szybko rozpoczyna fotograficzną przygodę – na własnym przykładzie omawia zalety i wady pracy z minimalną ilością sprzętu, a przy tym daje upust felietonowo-satyrycznemu spojrzeniu na świat. Ubarwia teksty dowcipami, sypie anegdotami, prowokuje oryginalnymi śródtytułami („jak nauczyć światło skakania przez płotki i innych sztuczek”).

Nie ma tu podziału tematycznego, to kolejne ujęcia nadają kształt opowieści. Autor przy okazji recenzuje sprzęt, z którego korzysta, fachowo omawia jego przydatność w określonych warunkach. Snuje subiektywny wywód, odwołuje się do własnych przeżyć niemal bez przerwy; czasem omawia szczegóły sesji, przedstawia modeli lub opisuje swoją walkę z siłami przyrody. Nawet ci, którzy fotografami być nie chcą, ubawiliby się przy lekturze. McNally nie trzyma się kurczowo przedstawianych reguł, zdarza mu się zupełnie odrzucić wszelkie wskazówki i wykonać zdjęcie, które przeczy podręcznikowym zasadom. Takie prace też tu przedstawia. Nie chce nikogo zniechęcać, za to pokazuje fotografowanie jako niekończącą się zabawę i piękną przygodę. Po raz kolejny w tej przygodzie liczy się przede wszystkim światło – odbiorcy, którzy chcą zgłębiać tajniki dobrych ujęć będą zatem usatysfakcjonowani. Tom stawia bardziej na kreatywność niż na naukę, ale kto przyswoił sobie już reguły związane ze światłem, ten właśnie takiej publikacji będzie szukać. To książka o portretach i świetle flesza – a przez ponad czterysta stron czyta się ją i ogląda z niesłabnącą ciekawością.

niedziela, 30 grudnia 2012

Virginia C. Andrews: A jeśli ciernie

Świat Książki, Warszawa 2012.

Życie dla nienawiści

W pierwszym tomie sagi o Dollangangerach kryminał, thriller i erotyczne kazirodcze wątki występowały w dość podobnych proporcjach. W drugim ostatni temat przeważył i splótł się z kwestią nienawiści. „A jeśli ciernie” rozbudowują tę właśnie nienawiść, jednocześnie łagodząc i tonując sferę erotyki. Znów narratorami są dzieci, tym razem – Bart i Jory, synowie Cathy, która próbuje odbudować kruche szczęście u boku brata. Chłopcy prowadzą opowieść na zmianę i z dwóch bardzo różnych perspektyw. Jory stara się obiektywnie oceniać fakty. Bart natomiast, zawsze nieco odrzucany z powodu swoich dziwactw, najpierw zaprzyjaźnia się z tajemniczą sąsiadką, a potem przechodzi pranie mózgu u jej lokaja. Tłumioną dotąd agresję i wszystkie swoje traumy może wreszcie z siebie wyrzucić. Dziecko powoli staje się katem.

Temat dzieci z poddasza powraca bez przerwy, ma bowiem stałe miejsce w psychice Cathy – bohaterka chwilami traci nad sobą kontrolę, a przez cały czas daje się zdominować silnej nienawiści. Dąży do normalności, lecz nie chce i nie potrafi podzielać poglądów Chrisa, który na swój sposób najlepiej uporał się z koszmarem i tu wygląda w miarę zwyczajnie (zwłaszcza że jest odsuwany na margines destrukcyjnych zdarzeń). Virginia C. Andrews przygląda się natomiast problemom dziecka, z początku lekceważonym i niedostrzeganym, wreszcie przybierającym monstrualne rozmiary. Katalizatorem nieszczęść jest Bart, który nie rozumie uczuć. Emocjonalną pustkę chłopiec przekuwa w agresję i niszczy wszystko i wszystkich. Działa automatycznie, nie dopuszcza do siebie myśli o tym, co robi i jakie to będzie miało konsekwencje – i jest bardzo wygodną maszyną do niszczenia, gdy tylko wpadnie w ręce kogoś, kto od dana planował zemstę. Zemsta owa podbudowana jest silnie fanatyzmem religijnym, więc autorka, urozmaicając tekst, powraca do motywów z pierwszego tomu.

Od strony psychologicznej to bardzo ciekawe studium. W „A jeśli ciernie” obserwuje się stopniowy rozwój choroby psychicznej – Barta – od drobnych sygnałów, które niepokoją jedynie jego brata, przez coraz poważniejsze wykroczenia a nawet drobne i całkiem spore tragedie. Autorka skontrastowała tu niewinność dziecka z zaślepieniem i zaciętością w nienawiści u kilkulatka. Grozę potęguje jeszcze brak świadomości kolejnych uczynków, a z czasem i wprowadzenie okrutnego przewodnika, który nie zna litości i bez skrupułów posłuży się i tak już zepsutym dzieckiem. Dla Cathy i Chrisa nie ma zatem końca cierpień i strachu, mimo starań o normalny i ciepły dom.

Co ciekawe, w porównaniu z monotonią drugiego tomu, „A jeśli ciernie” prezentują też ewoluujące uczucia. Nienawiść Barta jest katalizatorem akcji, więc to naturalne, że ulega przeobrażeniom. Ale Andrews zmienia też Cathy, do jej wrogości wobec sprawczyń całego zła wprowadza elementy modyfikujące zachowanie i oceny. Nie bez znaczenia okazują się też dawne doświadczenia, które teraz w zasadzie regulują egzystencję bohaterki.

Virginia C. Andrews proponuje swoim czytelnikom powieść z pogranicza thrillera i mrocznej obyczajówki, a chociaż ponad trzydzieści lat minęło od powstania tej książki, w dalszym ciągu może ona budzić żywe emocje i sprawiać wrażenie przełamywania obyczajowego tabu. Dziś stawia się bardziej na kryminalne wydarzenia, by zaszokować czytelników – Andrews głęboko wchodzi w sferę psychiki i zastanawia się, jak może funkcjonować skrajnie patologiczny ród. Złem oraz brakiem nadziei na zwyczajne życie kusi odbiorców – zaprasza ich do świata zakazanego i ukrywanego, pozbawiając rzeczywistość życzliwości i zrozumienia ze strony wszystkich jej uczestników.

sobota, 29 grudnia 2012

Gunilla Bergström: Dobranoc, Albercie Albertsonie

Zakamarki, Poznań 2012.

Sposób na sen

Temat-samograj w bajkach dla najmłodszych to operacja przygotowywania do snu. Wielu małych bohaterów chce odwlec ten przykry dla siebie moment, a każdy ma swoje pomysły, jak to zrobić. Cierpią na tym z reguły dorośli, którzy muszą dopełnić cowieczornego rytuału – ale też nabierają się oni na sprytne sztuczki potomków. Na tym polega cała lekturowa zabawa. Łatwy do przewidzenia dla rodziców humor z pewnością trafi do przekonania maluchom, doskonale znającym motywacje postaci. A że przy okazji robi się śmiesznie – niegroźna i sympatyczna historyjka przeczytana przed snem przyniesie nie tylko rozluźnienie, lecz również pozwoli pogodzić się z nieuchronną koniecznością pójścia spać.

Jednym z bohaterów, którzy od dawna objaśniają dzieciom świat (powołany do życia został w latach 70. XX wieku) jest Albert Albertson, kilkulatek. W dziedzinie odwlekania snu to bohater bardzo pomysłowy, chociaż wykorzystuje środki dostępne wszystkim dzieciom – kolejne czynności, które wykonuje się przed pójściem do łóżka. Albert Albertson ma bardzo cierpliwego tatę, który nie złości się, że dziecko jeszcze nie śpi, a towarzyszy chłopcu w różnych zadaniach. Dla małych odbiorców ta cierpliwość, wręcz niespotykana u dorosłych, będzie źródłem radości, a i rozbudzi ciekawość, co jeszcze wymyśli kilkuletni rezolutny i psocący bohater.

Książeczka „Dobranoc, Albercie Albertsonie” oparta jest na prostym wyliczaniu sytuacji, które prowokuje chłopiec przed nocą. Przy okazji może też posłużyć za źródło wychowawczych wskazówek (Albert między innymi przed snem dokładnie myje zęby, wprawdzie nie dlatego, że należy tak robić, ale motywacja wydaje się mniej istotna niż fakt) – dodatkiem do wyliczenia jest zaskakująca maluchy puenta – równie zabawna część prostej historyjki. Tu nie ma miejsca na efekty działania wyobraźni (choć Albert Albertson wymyśla sobie lwa w szafie, by mieć pretekst do kolejnego zawołania taty), ale stały rytm i powtarzalność stosowanego przez chłopca zabiegu sprawia, że lektura spełni swoje zadanie przygotowania dzieci do snu.

Gunilla Bergström tworzy postać Alberta Albertsona w tekście i nadaje jej kształt w ilustracjach – o momentami bardzo infantylnej, a momentami ciekawej komiksowej kresce. Charakterystyczne są dla niej twarze rysowane w górnej części głowy i nieskomplikowana mimika bohaterów (tata Alberta ma w dodatku wyrysowaną w kąciku ust fajkę, której prawie nigdy nie wyjmuje). Część – mniej ważna – elementów na obrazkach widnieje tylko jako kontury lub czarno-białe przedmioty, część z kolei doczekała się nawet własnych faktur wykonywanych metodą kolażową – to urozmaica obrazki i na dłużej przyciągać będzie uwagę dzieci, a jednocześnie odsuwa wrażenie nadmiernych czasem rysunkowych uproszczeń. Zresztą w historii o Albercie Albertsonie w tekście zawiera się więcej niż na obrazkach, oglądanie ilustracji nie zastąpi lektury.

Książeczka – jedna z wielu w serii – nie próbuje zmuszać dzieci do snu, ani przekonywać ich, jak ważny dla człowieka jest odpoczynek. Sprytnie za to ujawnia fakt, że nie da się bawić i pracować w nieskończoność i nawet seria najlepszych pomysłów kiedyś skończy się kapitulacją. Albert Albertson może przekonać się o tym, co często stanowi tajemnicę i fakt nie do sprawdzenia dla przeciętnych kilkulatków. Swoją wiedzę przekazuje dalej, w dowcipnej bajce, która urzeknie zwłaszcza najmłodsze dzieci, dla których jest przeznaczona. Albert Albertson, chociaż rodzicom może wydać się zbyt rozbrykany, zyska uznanie rówieśników – a przy okazji przyczyni się do wyjaśnienia paru zwyczajnych spraw.