* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 3 lutego 2012

Słowik, Kopciuszek i inne najpiękniejsze bajki

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2011.

Bajki pod ręką

Bajek i baśni, po które dzieci często chcą sięgać, nieczęsto szuka się w antologiach. Zwykle to rymowane historyjki trafiają do zbiorczych wydań, prozę natomiast prezentuje się małym czytelnikom uszeregowaną tematycznie (a jeszcze częściej pod kątem autorów). Tymczasem Drzewko Szczęścia przygotowuje zbiór, który ucieszy amatorów baśni i ludowych przekazów wzbogacony także o kilka współczesnych historii stylizowanych na archaiczne gawędy. Tom „Słowik, Kopciuszek i inne najpiękniejsze bajki” może zaskakiwać pomysłem konstrukcyjnym i kilkoma rozwiązaniami (w tym opowiadaniem znanych bajek na nowo przez kolejnych autorów), lecz pewne jest jedno: nie ma szans znudzić dziecka.

Książka dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich przynosi baśnie i legendy polskie, opowiadane przez pisarzy z minionych epok. Wśród autorów znajdują się między innymi Józef Ignacy Kraszewski, Jan Kasprowicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Artur Oppman. Wyraźne są tu nawiązania do kolejnych rejonów (pojawia się warszawska syrena, królowa Bałtyku, Podhale, kopalnia soli w Wieliczce czy rycerze w Tatrach). Stylizowane na ludową nutę historie niosą ze sobą nie tylko proste przesłania czy pouczenia, ale również elementy polskiej tradycji i kultury narodowej, z pewnością więc nie może zabraknąć tych opowieści w biblioteczce dziecka. Część druga to baśnie klasyczne z różnych stron świata – chociaż króluje tu Andersen (opracowywany przez Cecylię Niewiadomską i Lilianę Bardijewską), drugie miejsce zajmuje Charles Perrault (najczęściej według Hanny Januszewskiej). Jest i „Bajka o rybaku i rybce” w niedoścignionym przekładzie Tuwima i zupełnie nieznana „Miłość do trzech pomarańczy”, której autorem jest Carlo Gozzi. Maluchy spotkają się tu ze znanymi bohaterami: Kopciuszkiem, Śpiącą Królewną, Księżniczką na ziarnku grochu czy Królewną Śnieżką i krasnoludkami. Co zaskakujące, Calineczka została tu przemianowana na Odrobinkę. Wreszcie trzecią, najskromniejszą objętościowo część stanowią bajki nowe, które przygotowały Agnieszka Tyszka, Liliana Bardijewska, Małgorzata Strękowska-Zaremba i Dorota Suwalska.

W całym tomie bajki uzupełniane są piosenkami, lecz albo wystąpiły tu problemy ze składem, albo to celowy zabieg, pozwalający na nowo skupić uwagę na treści a nie na formie: właściwe klauzule wersów w dłuższych rymowanych utworach, oznaczane rymami, nie pokrywają się z klauzulami wersów w druku. W głośnej lekturze to rzecz dla słuchacza niezauważalna, przy zwykłym czytaniu za to wytrąca z rytmu. Najdziwniejsze, że to wcale nie musi być traktowane jako defekt, pozwala bowiem na odkrycie płaszczyzn zwykle zagłuszanych przez rytm i trochę uniezwykla opowieść.

Czas wreszcie na omówienie ilustracji. Marianna Jagoda-Mioduszewska zdecydowała się połączyć lekko naiwną kreskę z niemal barokowym przepychem w detalach. Uzupełnia swoje obrazki fantazyjnymi motywami, które sprawiają wrażenie obfitości detali i dopiero po bliższym przyjrzeniu się ujawniają swoją rzeczywistą prostot. Za sprawą tych małych elementów ilustracje na dłużej przyciągają wzrok.


czwartek, 2 lutego 2012

Jonas Jonasson: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Świat Książki, Warszawa 2012.

Popis humoru

Bardzo rzadko na rynku wydawniczym pojawiają się powieści do tego stopnia budowane na absurdzie i dowcipie, który służy parodii oraz czystej rozrywce. Książka Jonasa Jonassona będzie zdobywać coraz większe rzesze zachwyconych odbiorców – jest warta uznania i wyróżnia się wśród popularnych czytadeł – fantazją, odwagą w kreowaniu obejmującej wiek przygody, poziomem ironii i stylem narracji. Wreszcie – pomysłem, w którym naiwność bohatera dorównuje jego geniuszowi.

Tuż przed przyjęciem z okazji swoich setnych urodzin Allan Karlsson ucieka z domu spokojnej starości. Przez okno. Znika z oczu całemu personelowi, policji oraz dziennikarzom – co zresztą zdradza tytuł, wzorowany na bestsellerowej trylogii Stiega Larssona, a i parodiujący ją. Ale dla „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął” przygoda dopiero się zaczyna. Nie pierwsza w życiu dziarskiego staruszka i nie ostatnia, bo Allan ma miły zwyczaj działania bez większego zastanowienia. Zdaje się na los i wychodzi cało z każdej opresji – więc i tym razem zamiast wątpliwości czuje ulgę – w końcu wyrwał się z miejsca, którego nie cierpiał. Już sam gest ucieczki pokazuje, że Allan Karlsson to postać nietuzinkowa. To, że na dworcu zamiast popilnować walizki pewnego agresywnego młodzieńca, zdecydował się ją ukraść, było już pomysłem niegodnym wzmianki, jeśli wziąć pod uwagę cały życiorys Allana, który czytelnicy poznają jako serię arcyciekawych slajdów w przerwach pomiędzy kolejnymi widowiskowymi postępkami stulatka.

Z urodzonym w 1905 roku bohaterem przemierzą odbiorcy cały wiek i wiele krajów. Allan ma bowiem niezwykły talent do bycia tam, gdzie coś się dzieje – a często i sam staje się katalizatorem wydarzeń. Zaprzyjaźnia się z generałem Franco i z prezydentem Trumanem, poznaje Stalina, Kim Ir Sena oraz Mao Zedonga, a Kim Dzong Ila trzyma na kolanach. Ma swój udział w zdradzaniu Wschodowi i Zachodowi tajników broni atomowej (które zresztą sam wymyślił) i w ogromnym pożarze Władywostoku. Ma też talent do przyciągania rozmaitych dziwaków, z którymi się zaprzyjaźnia. Allan ukończył trzy klasy szkoły podstawowej, ale życiowego sprytu i mądrości nie można mu odmówić.

Z tak niezwykłą postacią fabuła nie może być nudna. Tu cały czas coś się dzieje, a im bardziej wydarzenia wydają się absurdalne i nieprawdopodobne, tym bardziej prawdziwie brzmią. Bowiem Jonasson konstruuje swój świat na bazie nieubłagalnej logiki absurdu. Nienazwane prawa Murphy’ego działają tu doskonale, bohatera nic nie chroni przed niebezpieczeństwami, w które sam się pakuje – poza jego dobrotliwą naiwnością. Allan pozwala wydarzeniom biec własnym trybem, biernie poddaje się im, gdy już nie ma wyjścia – a efekty takiej postawy zaskakują nie tylko bohatera. Jonasson nie daje szansy na wytchnienie, proponuje akcję niewiarygodnie przyspieszoną, pełną brawurowych pomysłów i absurdalnych wyjaśnień alternatywnych do rzeczywistych historycznych wydarzeń.

Jonas Jonasson ma dwóch genialnych poprzedników, którym w „Stulatku” dorównuje: Haška z przygodami Szwejka oraz Hellera z „Paragrafem 22”. Równie sprawnie operuje absurdem, ironią, satyrą i humorem, jest świadomy technik parodiowania i prowadzenia narracji tak, by nawet obojętne pod względem zawartości komizmu sytuacje okazały się zabawne. Duża w tym zasługa wprowadzenia mowy zależnej i komentarza w miejsce części dialogów, styl opowiadania tej historii mieści w sobie ogromny ładunek dowcipu. Przy wadze poruszanych tematów lekki styl i programowa naiwność przynoszą rozrywkę najwyższej próby.
„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” to książka, której nie da się przeczytać jednym tchem. Zbyt dużo tu smaczków, drobiazgów łatwych do stracenia w pośpiechu. Jonasson dostarcza lektury błyskotliwej i inteligentnej, a przy tym nie boi się humoru. Nie decyduje się na literackie kompromisy i ani przez moment nie nudzi.

środa, 1 lutego 2012

Borbála Pőcz, Dóra Csányi, Tibor Kárpáti: Masz prawo

Namas, Poznań 2011.

O prawach dla dzieci

„Masz prawo” to nie popis literatury dziecięcej, a publikacja stworzona po to, by przełożyć na zrozumiały dla maluchów język konwencję o prawach osób niepełnosprawnych. Bez fabularyzacji (która mogłaby pełnić jeszcze funkcję mnemotechniczną) i bez infantylizowania autorzy proponują uproszczoną wersję dokumentu, wzbogaconą o dodatkowe wyjaśnienie co bardziej skomplikowanych terminów.

Zaczyna się od opowiedzenia młodym czytelnikom, co to jest konwencja i w jakim celu stworzony został omawiany w tomiku dokument. Autorzy mówią również, co oznacza zwrot „mieć prawo” czy – czym jest niepełnosprawność (w kilku słowach i bez wchodzenia w szczegóły) – dochodzą także do zagadnienia „racjonalnego usprawnienia” i „uniwersalnego projektowania”. Dopiero po takim wprowadzeniu do tematu rozpoczyna się właściwa część książki, czyli wymienianie, do czego dzieci niepełnosprawne mają prawo. W większości punktów wyliczenia te zostały jeszcze wzbogacone o drobny komentarz, uzupełnienie, by wszystko stało się jasne dla maluchów.

Forma, w jakiej prawa są w tomiku przytoczone, nie ma pełnić żadnych innych funkcji poza informacyjną. Rozrywkę trzeba odłożyć do następnej lektury: tu liczą się suche wiadomości podane w prosty sposób, ale bez lekkości czy zabawy. Odrobinę infantylizmu, więc i wytchnienia, zapewnią natomiast ilustracje, o czym za chwilę. W tej książce autorzy postarali się, by nic nie przysłaniało ważnej treści i nie rozpraszało uwagi dzieci. Uważają na słowa, przez co tomik może wydać się suchy i bezosobowy. Za to nadaje się wyśmienicie na podjęcie rozmów z dzieckiem – kolejne punkty konwencji wymagają czasem dodatkowego rozwinięcia, wyjaśnień czy komentarzy, które mogą z powodzeniem wygłaszać rodzice. „Masz prawo” to nie tekst literacki – i nie da się traktować go w tych kategoriach. To po prostu przekład dokumentu z prawniczego języka na styl zrozumiały dla dzieci.

Dziwić mogą ilustracje zamieszczone w tej książce – do tego stopnia, że na pierwszym skrzydełku znajduje się charakterystyka odpowiedzialnego za nie człowieka i niby przypadkowa opinia o stylu „tak to każdy potrafi”. To nie obrazki, które wzbudzą estetyczne zachwyty. Koślawe linie, krzywe kształty niedokładnie wypełnione kolorem – to raczej niemal dziecięce bazgroły, zbyt proste i zbyt brzydkie, żeby przyciągały wzrok. Dopiero po chwili i po głębszej analizie okazuje się że Tibor Kárpáti miał pomysł na stronę graficzną i nie uprościł wszystkiego bezsensownie. Jego bohaterowie to nieforemne owale z nóżkami i obwisłymi nosami. Te istoty mają prawdopodobnie symbolizować dzieci. Wśród nich znajduje się dziecko niepełnosprawne – ładniejsze. Po pierwsze – wypełnione kolorem. Po drugie – z ozdobnymi kształtami na głowie. Ta postać wykonuje działania w tekście, działania powiązane z osobami niepełnosprawnymi. Styl rysowania sprawia, że nie ma tu mowy o wyjściu poza ewentualne drobne scenki, częściej pojawiają się symbole, proste kształty nawiązujące do treści wymienianych praw. Zapewnia więc ta publikacja ciekawe i oryginalne rozwiązania, ale pamiętać należy przede wszystkim o jej użyteczności, o próbie uświadomienia niepełnosprawnym dzieciom ich praw.


wtorek, 31 stycznia 2012

Krystyna Śmigielska: Zbieracz grzechów i inne opowiadania

Kraków 2010.

Życie realne

Krótkie formy zwykle obnażają warsztat autora – zmuszają przede wszystkim do podjęcia decyzji, co do elementu, który będzie przyciągał uwagę czytelników. Wyborów jest mnóstwo: od związanego z narracją, transparentnością języka lub stylizacją ze śladami gatunków „większych” czy z pomysłami na puentę po poszukiwanie właściwych tematów.

Krystyna Śmigielska w swoim „Zbieraczu grzechów” proponuje czytelnikom niewielki objętościowo, za to bogaty w pomysły zestaw opowiadań. Zgrabnie lawiruje pomiędzy bolesnym realizmem i obrazową fantastyką, tak, że tomik nie pozostawia niedosytu. Autorka wykazuje się raz wyobraźnią, raz talentem do celnych obserwacji, natomiast zawsze – głęboką znajomością ludzkich charakterów. Bo Śmigielska, bez względu na pomysł na krótką historię, w centrum jej umieszcza ludzi (bądź postacie człowiekopodobne, przenoszące zjawiska znane z ludzkiego świata). Tu nie ma obrazków powstających dla samego upajania się słowem czy atmosferą, owszem, autorka potrafi za sprawą klimatycznych akapitów – krótkich fragmentów małych próz – naszkicować oryginalne tło, które stanie się podstawą do scenki niecodziennej bądź też wyjętej z szarej rzeczywistości.

Dla Śmigielskiej właściwym tworzywem pisarskim w ramach opowiadań okazują się międzyludzkie relacje. Realne zawsze o tyle, że mocno oddalające się od ideału. Sens tych miniatur tkwi w przedstawianiu bohaterów, którzy nie potrafią na innych reagować tak, by doprowadzić do idealizowanych rozwiązań. Chociaż nadzieja pojawia się zwykle w momentach wolnych od baśniowości. Śmigielska dobrze czuje się w sytuacjach wyjętych z codzienności mrocznej, pozbawionej perspektyw i szans na ocalenie – a przynajmniej do takich scenek chce wracać co pewien czas. Jej postacie nie mają wyboru, muszą podporządkować się brutalnej rzeczywistości, na moment (który trwa) odsunąć od siebie marzenia i tęsknoty. Żyją z niezgodą na taki stan rzeczy, lecz nie podejmą działań, które by zmieniły ich los.

Autorka lubuje się w plastycznym opisywaniu świata z opowiadań. Swoje zdania wypełnia kolorem, zapachem, dźwiękiem i dotykiem, przez co do realistycznych dialogów dodaje opisy niej prawdziwe w brzmieniu. W tych opowiadaniach widać też fascynację możliwością literackiego kreowania przestrzeni. W partiach opisowych pojawia się tęsknota za poetyckością, czułość, na którą miejsca nie ma przy budowaniu powieściowych fabuł rozrywkowych, wręcz przesadna delikatność, która bardzo silnie kontrastuje z sylwetkami bohaterów. Ci istnieją jako zlepki odrębnych bytów – okruchy prawdziwych, uchwyconych w tekście a widzianych w prawdziwym życiu osób, tekstu jednoznacznie powiązanego z myślami (czasem na zasadzie powtórzenia, czasem – zaprzeczenia lub odwrócenia) i ciała w ruchu.

Śmigielska stara się swoje opowiadania zamykać ważnymi dla nich i dla współczesnych czasów puentami. Zdarza się, że są to zakończenia możliwe do przewidzenia (choć opowiadania raczej wymykają się tendencyjności i mogą poza popisem literackim stanowić też element rozrywkowy) – ale ważne, że ich siłę można podczas lektury odczuć.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Virginia C. Andrews: Kwiaty na poddaszu

Świat Książki, Warszawa 2012.

Grzech z przeszłości

Thriller Virginii C. Andrews „Kwiaty na poddaszu” do ostatniej strony będzie trzymać w napięciu i niepewności. Chociaż autorka sięga po nieakceptowane społecznie motywy i każe bohaterom porozumiewać się w sposób sztucznie literacki, konstruuje fabułę, która nie pozwala oderwać się od lektury. Zresztą zło zawsze fascynowało odbiorców i „Kwiaty na poddaszu” są tego dowodem. Ten tom hipnotyzuje, bez względu na oceny zachowań poszczególnych bohaterów. Łączy w sobie tajemnicę i nieuchronną karę za winy z przeszłości. W niebezpieczną grę dorosłych zostają wciągnięte nieświadome niczego dzieci.

Christopher Dollanganger ma czternaście lat, narratorka – jego siostra Cathy – dwanaście. Są jeszcze czteroletnie bliźnięta, Carrie i Cory. Cała czwórka zostaje osierocona przez ojca, który ginie w wypadku. Matka musi podjąć radykalne kroki i powrócić wraz z potomstwem do domu swoich rodziców. Szkopuł w tym, że to ludzie fanatycznie wręcz religijni i dotąd nie zaakceptowali faktu, że ich córka wyszła za mąż za brata ojca. Dzieci z kazirodczego związku muszą zostać ukryte przed bezwzględnym dziadkiem, babcia traktuje je wręcz z nienawiścią. Uwięzione na poddaszu ogromnego domu czekają na wybawienie – śmierć seniora rodu. Skazane na siebie muszą radzić sobie z nudą, strachem, chorobami i… dojrzewaniem.

W „Kwiatach na poddaszu” znaków zapytania jest mnóstwo. Deklaracje nie idą w parze z działaniami, trudno zrozumieć intencje dorosłych, zwłaszcza kiedy ma się naście lat i jeszcze uważa ich za autorytety. Kontakt z zamkniętymi dziećmi utrzymują tylko dwie osoby o skrajnie różnych charakterach: czuła i kochająca matka, która musi podporządkować się swojej rodzinie zanim zgromadzi oszczędności pozwalające całej piątce zacząć nowe życie gdzieś indziej oraz despotyczna babka. Ta wszędzie widzi grzech, nieustannie przestrzega dzieci przed cielesnością, szpieguje je, by sprawdzić, czy nie łączą ich zakazane stosunki. Nie pozwala na poufałość wobec siebie, jest złośliwa i okrutna. Wciąż nie może wybaczyć córce grzesznego uczucia, nic więc dziwnego, że nie potrafi zaakceptować zrodzonych z niego maluchów – widocznego następstwa nieakceptowanej miłości.

Do tego surowego i purytańskiego podejścia babci doskonale pasuje styl narracji, a dokładniej sposób konstruowania wypowiedzi bezpośrednich kolejnych postaci. Wiktoriańskie zasady (fakt, że mocno wynaturzone, tłumaczy brak społecznego i religijnego przyzwolenia na związki z członkami najbliższej rodziny) znajdują swoje odzwierciedlenie w języku. Tu nie ma miejsca na potocyzmy, postacie nie mówią do siebie, a przemawiają, górnolotnie i wzniośle. Używają okrągłych, gładkich zdań, zgodnych z etykietą. Treściowo pełnych emocji, formalnie natomiast zbyt dopracowanych, a przez to w zwykłej historii brzmiących nieszczerze. Lecz ta historia zwykła nie jest, przez co nieprzezroczysta narracja zamienia się w atut.

Trzy mocne punkty ma ta powieść. Po pierwsze – język. Po drugie temat, który rzadko kiedy może stać się motywem wiodącym w literaturze rozrywkowej ze względu na swoją kontrowersyjność i poważne naruszenie społecznego tabu, zyskuje usprawiedliwienie i nie odrzuca czytelników. Po trzecie wreszcie mocnym punktem „Kwiatów na poddaszu” jest rozwój fabuły. Autorka nie daje odkryć więcej niż wiedzą dzieci, przez co odbiorcy, uwodzeni i niepewni, przeżywać będą silniej emocje, które stają się udziałem bohaterów. Od strony konstrukcyjnej ta powieść zachwyca, nawet jeśli komuś nie przypadnie do gustu wizja usprawiedliwianego kazirodztwa.

niedziela, 29 stycznia 2012

Krystyna Chiger, Daniel Paisner: Dziewczyka w zielonym sweterku. W ciemności

PWN, Warszawa 2011.

Świadectwo

Tom, który został rozsławiony przez film Agnieszki Holland, nie różniłby się niczym od martyrologicznych opowieści z czasów drugiej wojny światowej, gdyby nie zawarty w nim portret dwóch dorosłych mężczyzn, zapewniających małej dziewczynce poczucie bezpieczeństwa w najtrudniejszych chwilach. Krystyna Chiger przedstawia też życie w warunkach, jakie trudno sobie wyobrazić – zdaje relację z ukrywania się w kanałach przez czternaście miesięcy.

Wojna opowiedziana z perspektywy dziecka zawsze ma w sobie coś wstrząsającego. Tym razem dzieci jest dwoje: kilkuletnia Krysia opiekuje się małym braciszkiem, Pawełkiem. Krysia mówi o utrudnieniach w codziennej egzystencji, niemym rozstaniu z babcią czy życiu w getcie. Początkowo zatruwające normalność sprawy zaczynają przybierać niespodziewany obrót. Ojciec autorki przygotowuje dla dzieci drewniane schowki, w których zamyka maluchy na całe dnie. Ale prawdziwa historia rozpoczyna się z momentem ucieczki do kanałów.

Jednym z bohaterów dla Krysi jest tata – Ignacy Chiger. Utalentowany i pomysłowy, dla córki zawsze pozostaje autorytetem – nawet gdy ta widzi, jak upokorzony i nagi ma wejść na szubienicę ustawioną pod domem. Obecność rodziców uspokaja Krysię i pozwala jej wierzyć w ocalenie. W końcu na scenie pojawia się drugi bohater, Leopold Socha, Polak pracujący jako kanalarz. Socha proponuje grupie Żydów schronienie w kanałach i pomoc – za sporą opłatą. Tyle że pieniądze w pewnym momencie się skończą, a Socha, zaprzyjaźniony już z Chigerami, będzie musiał coś postanowić.

Krystyna Chiger utrwala na kartach tej książki zachowane w pamięci obrazy, utrzymując prosty – nie naiwny, ale i nie do końca dorosły – sposób patrzenia na rzeczywistość oraz opisywania kolejnych sytuacji. Nie odpowiada w o innych Żydach, koncentruje się tylko na swojej rodzinie: z chwilą zejścia do kanałów może rozszerzyć zakres obserwacji, prezentuje wydarzenia bez emocji, stara się skupiać na relacji, a nie na własnych emocjach, chociaż w przywoływanych migawkach nie brakuje i wyczulenia na uczucia innych. Dziewczyna staje się świadkiem śmierci i szantaży wśród zdesperowanych dorosłych. Wie, że wokół są robaki i szczury – i w związku z tym pogrążenie się w ciemności wydaje się nie najgorszym rozwiązaniem.

Nieustający strach, poczucie zagrożenia i brak nadziei zmienia obecność Poldka Sochy, który chce odpokutować za dawne grzechy. Lwowski kanalarz jest prawdziwym autorytetem dla Krysi i szybko staje się jej przyjacielem. Zrobi wiele, by ochronić rodzinę Chigerów, a jego pomysłowość i odwaga nie mają właściwie granic. W zapiskach Krystyny Chiger Socha jawi się jako człowiek bez skazy, jego portret jednak nie należy do wybielanych czy idealizowanych: w oczach małej dziewczynki to wizerunek w pełni uzasadniony. Przy „Poldziu” bledną wszelkie trudności i nawet kilkuletnie dziecko jest w stanie wytrzymać nieludzkie warunki życia.

Historia Krysi kończy się z wyjściem z kanałów i zamieszkaniem w domu, który znalazł uratowanym przez siebie Żydom Leopold Socha. Ale w życiu opowieść ta ma dalszy ciąg – to przedstawienie losów poszczególnych postaci. To im poświęcone zostało post scriptum – pod względem narracyjnym słabsze niż książka (przede wszystkim ze względu na faktograficzność i skrótowość w opisach), ale momentami nie mniej przejmujące. Zaspokaja też ciekawość czytelników co do wyboru dróg życiowych przez bohaterów i członków ich rodzin – a to z kolei przypomina, że „Dziewczynka w zielonym sweterku” to literatura faktu. Niekiedy wręcz trudnego do przyswojenia.

sobota, 28 stycznia 2012

Kuferek pełen wierszy

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2011.

Skarb w kuferku

Są takie utwory, którymi dzieci kolejnych pokoleń niezmiennie się cieszą. Wiersze, które bronią się treścią, rytmem, melodyjnością, pomysłem, żartem czy po prostu dokonaniami autorów. Są wiersze, których po prostu nie wypada nie znać – bo kształtują kulturę i tożsamość narodową, a bez nich ciężko byłoby zrozumieć liczne współczesne odwołania międzytekstowe. Wiersze, których fragmenty trafiły do języka potocznego lub cytowane są jako komentarze do rzeczywistości, ciągle trafne i przydatne.

Takie właśnie utwory znaleźć można w książce „Kuferek pełen wierszy”. To zestaw utworów znalezionych u twórców od oświecenia po współczesność, dający przekrojowy obraz rozwoju literatury czwartej od czasów, w których nikt szczególnie mocno o twórczości dla dzieci nie myślał. Nie znaczy to, że pojawią się tu utwory przebrzmiałe – nawet jeśli będą męczyć śpiewnymi spieszczeniami, to uwiodą przyjemnym dla ucha rytmem, sylabicznym rozkołysaniem czy po prostu stroną brzmieniową.

Zaczyna się od Fredry i obrazu małpy w kąpieli oraz Pawła i Gawła. Książkę można podzielić na dwie części – w pierwszej znajdują się teksty składające się już na tradycję literacką, utwory z kanonu literatury pięknej, czasem tylko łączone z twórczością dla maluchów. Obok Fredry pojawiają się tu wiersze Mickiewicza i Słowackiego, Konopnickiej, Ignacego Krasickiego, Jachowicza, Czechowicza czy Józefa Ignacego Kraszewskiego. Część druga reprezentowana jest przez Wandę Chotomską, Natalię Usenko, Danutę Wawiłow, Tuwima, Kulmową, Papuzińską, Dorotę Gellner, Zofię Beszczyńską i Wierę Badalską. W części klasycznej wystąpi osiołek, któremu w żłoby dano, Stefek Burczymucha, Pani Twardowska, kotek, który był chory i leżał w łóżeczku czy dziad i baba (bardzo starzy oboje). Obok nich – serie bajek mniej znanych, więc również, chociaż z innych względów, atrakcyjnych dla dzieci. Owszem, zdarzają się tu bajki trudniejsze ze względu na brak jednoznacznego nakierowania na młodego odbiorcę, pojawią się i utwory o wyraźnej dydaktycznej wymowie. Z częścią współczesną wkracza do wierszy wyobraźnia – pojawiają się Rupaki i Słoń Trąbalski, król daje sobie zawiązać pod brodą różową kokardę, a kotek śni o mleczku.

„Kuferek pełen wierszy” jest jak kuferek pełen skarbów, tych najcenniejszych, bo literackich, skarbów, które zostaną w dziecku na całe życie. Z tymi utworami trzeba się zapoznać, a będzie się do nich wracać. Wydawnictwo proponuje krótki (choć przecież nie – zbyt krótki) przegląd historii literatury dziecięcej i zaledwie drobny wybór tekstów nowszych, lecz już klasyczniejących. To zestaw wierszy, które rozbudzają wyobraźnię.

To tom pięknie i starannie wydany, ale wydawca nie chce podlizywać się odbiorcom nadmiarem grafiki. Bartek Drejewicz, ilustrator, nie miał łatwego zadania: musiał połączyć w rysunkach tendencje literackie kilku wieków. Zdecydował się na pojedyncze motywy, tak, by obraz nie przytłoczył tekstu – wyłuskanego ze skarbnicy literatury pięknej. Lawiruje Drejewicz między symbolem, wyobraźnią i dosłownością, żeby nie zastępować maluchom kreskówek, a stymulować ich pomysłowość i kreatywność.

Ten tomik gromadzi utwory, z którymi niemal każdy spotkał się w dzieciństwie – zapewnia łatwy dostęp do arcydzieł literatury, trzeba więc wziąć go pod uwagę przy kontemplowaniu dziecięcej biblioteczki. Co ważne – ilość autorów i reprezentowanych epok literackich sprawia, że każde dziecko znajdzie tu coś dla siebie.