* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 3 stycznia 2012

Alexandra Lapierre: Ludzie honoru

WAM, Kraków 2011.

Prawdziwa powieść

Wielką historię buduje się z czynów jednostek – ale rzadko kiedy do zbiorowej świadomości przebijają się informacje o zachowaniach i decyzjach drugoplanowych postaci. Od czasu do czasu zapomniani w ten sposób przez pokolenia ludzie inspirują pisarzy i zyskują drugie życie w powieściach historycznych. „Ludzie honoru” to książka wyrosła na faktach i studiowaniu źródeł – zawiera między innymi fragmenty pamiętników, dotyczy rzeczywistych wydarzeń i chociaż momentami brzmi, jakby była opowieścią fikcyjną, podrasowaną na potrzeby współczesnej literatury rozrywkowej, oparta jest wyłącznie na zjawiskach prawdziwych. Alexandra Lapierre tworzy książkę dla tych, którzy tęsknią za tradycyjnym kodeksem wartości, czasami, w których honor nie był pustym hasłem a sprawą życia i śmierci. I chociaż przenosi odbiorców na Kaukaz, uczucia i emocje, które przywołuje, mają charakter uniwersalny.

Uwaga autorki koncentruje się na Dżamal al-Dinie, najstarszym synu Szamila – imama Dagestanu i Czeczenii. Dżamal al-Din staje się pretekstem do opowiedzenia cząstki związanej z czeczeńsko-rosyjskimi konfliktami, ale też katalizatorem obyczajowej warstwy tomu, brzmiącej jak fabularyzowana relacji. Bohater na skutek wymian zakładników trafia na dwór cara Mikołaja. Już jako dziecko postępuje według wpajanych przez ojca zasad, honor jest dla niego najważniejszy – bardziej istotny niż wolność. Jednak powoli przekonuje się do cara: nie ma pojęcia o jego okrucieństwie, skoro poznaje tylko dobroć i wyrozumiałość. W dodatku etap dojrzewania nieuchronnie wiąże się z sercowymi dylematami. Dżamal al-Din może nawet, wbrew przeciwnościom losu, poślubić rosyjską arystokratkę, którą z wzajemnością pokochał. Nie odetnie się jednak od swojej przeszłości.

Książka Alexandry Lapierre wyraźnie dzieli się na dwie części. Pierwsza związana jest z kaukaskim dzieciństwem bohatera. To świat gór, skalistych pustkowi, surowego krajobrazu i równie surowych zasad obowiązujących wśród ludzi Szamila. To rzeczywistość, którą współczesnym czytelnikom trzeba dobrze wytłumaczyć, obce jest w niej bowiem wszystko, od rytmu dnia po obyczaje i zasady rządzące życiem wspólnoty. Mnóstwo tu walk (opisywanych jednak przeważnie bez epatowania zbędnym okrucieństwem), lęku i niepewności. Druga część przenosi odbiorców do carskiej Rosji i to już obrazy znane między innymi z arcydzieł literatury. W tej partii wiele będzie opisów pięknych strojów, wystawnych przyjęć i sytuacji z otoczenia cara. Sam Dżamal al-Din po początkowym buncie i milczeniu także zacznie się angażować w nowe życie, a że car postanawia zapewnić mu dobrą opiekę, chłopiec nie zmarnuje nauk ojca. Poza różnicami tematycznymi te części książki dają się także podzielić z uwagi na narrację, bardzo podporządkowaną prezentowanym środowiskom. Lapierre subtelnie i już na planie tekstu potrafi zasygnalizować treść i atmosferę książki. Czerpie ze źródeł historycznych, które są dla niej wyraźnym natchnieniem, a nie więzami – prowadzi opowieść zgodnie z prawdą, ale jednocześnie wlewa w swojego bohatera życie, umie zaangażować czytelników w przygody odległego pod względem czasowym, kulturowym i terytorialnym człowieka. „Ludzie honoru” to powieść mięsista i barwna.


poniedziałek, 2 stycznia 2012

Agata Widzowska-Pasiak: Myszka Precelka szuka przyjaciela

Wilga, Warszawa 2011.

Potrzeba bliskości

Agata Widzowska-Pasiak to kolejna autorka, która w literaturze czwartej proponuje serię opowiastek o małej zwierzęcej bohaterce, poznającej dopiero świat. Bohaterką jest tu Myszka Precelka – myszka razem z całą rodziną mieszka w bibliotece w Orzeszkowie i przeżywa rozmaite przygody – a wszystko po to, by na własnej skórze doświadczyć tego, co ma jej do zaoferowania rzeczywistość. W przyjaznym dzieciom cyklu (sygnowanym pomysłowo „babcia Krysia poleca”) niebezpieczeństw jest tylko tyle, by opowieści nie wionęły nudą, ale wszystko musi skończyć się dobrze – choć nie zawsze po myśli małej bohaterki.

Autorka nawiązuje do tradycji opowiadania dzieciom wymyślonych na poczekaniu bajek, jej książka przypomina historię osnutą na takiej właśnie fabule i ubraną w bardziej literacką, dopracowaną i ozdobną narrację, która powinna szybciej uśpić malucha. Do właściwego nurtu opowieści dołączane są wtręty tak charakterystyczne przy dobranocnych rozmowach z dzieckiem; Widzowska-Pasiak bardzo pomaga rodzicom w nawiązywaniu z pociechami kontaktu podczas wieczornej lektury: jej książka właściwie czyta się sama. Owszem, zdarza się, że w ferworze ślicznego opowiadania autorka przestaje się kontrolować i zaczyna wszystko zdrabniać – na krótki czas – ale cukierkowy ton rozpuszcza się w ogólnym brzmieniu całości i raczej nie przeszkadza, chyba że ktoś zwraca szczególną uwagę na jakość pisania dla najmłodszych.

W tomie „Myszka Precelka szuka przyjaciela” mieści się kilka drobnych opowiadań. Zawarty w tytule komentarz uzasadnia decyzję bohaterki o wyjściu w świat, bez względu na obecne w nim stale niebezpieczeństwo. Jak na mysz przystało, na samym początku wyprawy trafi na groźnego kota. Potem jednak będzie już tylko lepiej. Precelka spotka się z ukochanym dziadkiem, pomoże koniowi, uratuje też z pomocą wiewiórki pisklę, które wypadło z gniazda – spędzi zatem bardzo pracowity dzień, a czy znajdzie to, czego szukała? To rozwiązanie autorka przedstawi do rozstrzygnięcia czytelnikom.

Widzowska-Pasiak w swoją opowieść wplata także wierszyki. Myszka Precelka bardzo lubi poezję, lecz nie ma się z kim podzielić urokiem odkrywanych strof. Gdy tylko znajdzie wiernego słuchacza, recytuje mu rymowankę. I tu autorka zasługuje na uznanie, bo tworzy zgrabne wierszyki (chociaż czasami przydałyby się w nich bardziej wyraziste zakończenia lub dowcip), widać, że rymuje z wprawą i w sposób niewymuszony – w odróżnieniu zatem od twórców, którym jedynie wydaje się, że układanie rymowanek to nic trudnego, proponuje dzieciom całkiem wartościowe gry z formą.

Na obrazkach Aleksandry Michalskiej-Szwagierczak zwierzęta wyglądają raczej realistycznie, jedna Myszka Precelka wyróżnia się na tym tle „ludzkimi” akcesoriami. Wydaje się sympatyczna, choć nie jest zbyt piękna – za to wydanie tego tomu zachwyca. Cechą charakterystyczną serii jest brak napisów na grzbietach książek: nawet najmłodsze dzieci będą zatem mogły po kolorze odnaleźć swoje ulubione historyjki, z którymi chciałyby zasypiać.

niedziela, 1 stycznia 2012

Martin Widmark: Tajemnica biblioteki

Zakamarki, Poznań 2011.

Zagadka książkowa

Lasse i Maja, mali bohaterowie książek Martina Widmarka, rozwiązali już wspólnie kilkanaście detektywistycznych zagadek i tak naprawdę powinni już łapać przestępców na moment przed popełnieniem przez nich pierwszych złych uczynków. Ale autor cyklu dba o to, by młodzi detektywi za każdym razem musieli się trochę natrudzić i sporo nagłowić, żeby zrozumieć, co się stało.

W „Tajemnicy biblioteki”, chociaż tomy nie mają określonej kolejności i można je czytać jako opowiastki samodzielne, komisarz policji w Valleby sam zwraca się z prośbą o pomoc do dwójki wyjątkowo rozgarniętych dzieciaków. Pomogły mu już przecież w wielu sprawach – teraz mają obserwować bibliotekę, z której znikają cenne książki. Jak zwykle, wyłania się troje podejrzanych o kradzież – tym Widmark nie zaskoczy. Zaskoczy natomiast ich profesjami. Oto bowiem wśród potencjalnych złodziei znajdzie się życzliwy wszystkim elektryk, pani profesor oraz… pastor. Dzieci muszą sprawdzić wszystkie tropy i odkryć, w jaki sposób ktoś wynosi z dobrze strzeżonej biblioteki cenne dzieła. Poza metodą dedukcji, dzięki zaangażowaniu komisarza – trzeciego i, przyznajmy, mniej uzdolnionego detektywa, Lasse i Maja sprawdzą, jakie zabezpieczenia posiada biblioteka, a także sprytnie poznają zawartość toreb podejrzanych, nie łamiąc przy tym prawa. Reszta będzie już bardzo zaskakująca.

Martin Widmark nigdy nie tworzył przestępców o skomplikowanej psychice – w konwencji minipowieści detektywistycznych wystarczy przecież analiza trzech motywów postępowania. Jednak w „Tajemnicy biblioteki” motywacje złodzieja są chyba najbardziej w całej serii naiwne, a i cel kradzieży może rozbawić. Autor całkowicie zarzucił prawdopodobieństwo akcji i uruchomił wyobraźnię, zakrawając o absurd – co, oczywiście, ma rację bytu w historyjce dla kilkulatków.

Nie stracił za to Widmark posmaku sensacyjności w kolejnym tomie cyklu. Skandal na miarę małego miasteczka jest poważny, bibliotekarka rozpacza, bo nie wie, jak ma uchronić cenny księgozbiór przed złodziejami, a policja jest bezradna, bo komisarza współpraca z dziećmi jednak w dalszym ciągu nie wybystrza. To wystarczające powody, by emocjonalnie zaangażować w opowieść odbiorców. Pytania i zagadki się mnożą, atmosfera gęstnieje, do końca nie wiadomo, kogo oskarżać, a kto jest niewinny. Ten nastrój, namiastka dorosłych kryminałów, aura sensacyjności – to ogromny sukces Widmarka, który bez większego trudu przekona do siebie dzieci i zachęci je do samodzielnej lektury. Zdania są proste i krótkie, autor konsekwentnie stosuje czas teraźniejszy i wprowadza sporo dialogów, więc dzieci chcące samodzielnie czytać nie powinny mieć z tym problemów. Zwłaszcza że to dla nich wydawnictwo proponuje duży druk.
Wiadomo, że Lasse i Maja odniosą sukces. Wszystkie historie przebiegają według jednego schematu – to jednak wcale nie przeszkadza w czytaniu i śledzeniu przygód małych detektywów. Zwłaszcza gdy ma się kilka lat.

sobota, 31 grudnia 2011

Arnulf Zitelmann: Tobit. Powieść z czasów Jezusa

WAM, Kraków 2011.

Apokryf

Z apokryficznymi opowieściami bywa czasem tak, że próba uwiarygodnienia wydarzeń jest w nich zbyt silna i przesłania samą fabułę. Tego problemu nie ma z książką „Tobit. Powieść z czasów Jezusa”. Arnulf Zitelmann bowiem, chociaż chciał napisać powieść o Jezusie, nie przegrał walki o zaintrygowanie czytelników wątkami pozareligijnymi. Postawił przede wszystkim na obyczajowość żydowską, nieco bardziej w tle sytuując znane z Biblii motywy.

Tobit z Aleksandrii, grecki żyd, próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest. Jego niepokój budzi dziwny guz na ręce. Tobit obawia się, że tajemnicza narośl zwiastuje początek trądu – a nie chciałby podzielić losu innych chorych. Wędruje zatem w poszukiwaniu własnej tożsamości i życiowej drogi, aż spotyka Jeszuę – młodego i jeszcze mało znanego człowieka, który jednak ma ogromny wpływ na innych – i który bez słowa uleczył rękę Tobita. Tobit ma szansę skonfrontować sens zasad głoszonych przez interpretatorów Tory z prostymi prawdami Jeszuy. Przygląda się coraz większej ilości absurdów w postępowaniu izraelitów i obserwuje uczniów Jeszuy, coraz bardziej pewny tego, w którą stronę chciałby podążyć. Tyle że decyzja o wyznawaniu nauk Jeszuy nie oznacza jeszcze prostego sukcesu. Tobit popełnia błąd, za który zapłaci słono.

U Zitelmanna warstwą najważniejszą wydaje się być obyczajowość. Autorowi udało się bardzo przekonująco zaprezentować klimat Jerozolimy, zachowania jej mieszkańców ze szczególnym uwzględnieniem religijnych obrządków i prób podporządkowywania każdego elementu życia Torze. Kolejne decyzje i kroki Tobita – nieortodoksyjnego żyda – spotykają się z niechęcią i krytyką ze strony napotkanych ludzi. Bohater nigdy nie wie, czy drobny czyn, który popełnił, mając dobre intencje, nie obróci się przeciwko niemu, nie wywoła obrazy czy irytacji. Coraz trudniej mu orientować się w rzeczywistości rządzonej przez gorliwych lub nadgorliwych współwyznawców. Tak naprawdę, chociaż Zitelmann stara się wędrówkę Tobita ożywiać silnymi akcentami, największą siłę przebicia mają tutaj drobiazgi, z pozoru nieistotne przystanki na drodze do odkrywania siebie. Z czasem ich rolę przejmą natomiast opowieści znane z Biblii, ale obserwowane przez przybysza z zewnątrz, ujęte pod nieco innym kątem. Tu już Zitelmann nie pozwala sobie wprawdzie na odejście od kanonicznych wersji, ale przedstawia je jakby bez świadomości dalszego ciągu, nie umożliwia swoim postaciom przedwczesnego odkrycia tajemnic przyszłości.

Cała moc tej powieści kumuluje się w dialogach, nacechowanych stylistycznie, barwnych i nieobojętnych – z kart tej książki niemal słychać gwar minionego świata, postacie, chociaż odległe o tysiące lat, są bohaterami z krwi i kości, mają swoje przyzwyczajenia i nawyki, akcentują siebie w bogobojnych wypowiedziach i bardzo dobrze budują klimat opowieści. To raczej prosta i krótka historia, ale dzięki stylizacji na archaiczną – od strony literackiej całkiem sporo zyskuje.


piątek, 30 grudnia 2011

Christoph Drösser: Muzyka. Daj się uwieść!

PWN, Warszawa 2011.

Relaks naukowo

Christoph Drösser w tomie „Muzyka. Daj się uwieść” nie próbuje nauczyć czegoś amatorów w tej dziedzinie. Nie cofa się do wiadomości ze szkoły, czy do wtajemniczania odbiorców-laików w tajniki nutowego zapisu. Nie proponuje podręcznika muzyki dla dorosłych: wszyscy, którzy chcieliby uporządkowanych podstawowych wiadomości, sięgnąć muszą po inne kompendium. Za to ci odbiorcy, którzy zdecydują się na lekturę książki „Muzyka. Daj się uwieść” zyskają dostęp do ciekawych i jeszcze podbarwionych refleksjami autobiograficznymi esejów, dotyczących przede wszystkim tego, co w XXI wieku w muzyce się odkrywa. Bo autor nie ma wątpliwości, że muzyka ważna jest dla każdego człowieka – nawet bez względu na jego rzekomą niemuzykalność. Podąża zatem tym tropem i opowiada o zjawiskach, o których przeciętni czytelnicy nie spodziewaliby się usłyszeć.

Autor jest matematykiem, który w dodatku śpiewa w pięcioosobowym zespole i czerpie radość z amatorskiego muzykowania. Jak się okazuje, w książce całkiem udanie łączy te dwie pasje – potrafi o muzyce mówić z matematyczną precyzją, nie interesują go filozoficzne dywagacje, a ścisła wiedza, fakty i doświadczenia. W kolejnych rozdziałach pyta o to, co pozwala przywrócić muzyce jej właściwą rangę, a przy okazji zajmuje się też podejściem ludzi do tej dziedziny sztuki. Wychodzi od sprawdzenia czemu ma służyć muzyka i porównuje pod tym względem świat ludzi i zwierząt, wyjaśnia, jak działa słuch i czym jest (oraz co umożliwia) słuch absolutny. Koncentruje się na rytmach i harmonii w muzyce, sporo miejsca poświęca też reakcjom ludzi poproszonych o zaśpiewanie czegoś. Pyta wreszcie o talent do zapamiętywania melodii i rozpoznawania ich różnych wersji, a także o komputerowe możliwości tworzenia dźwięków i całych utworów. Często odnosi się do obiegowych opinii i obala mity (na przykład ten o wpływie muzyki Mozarta na dziecko w łonie matki). Interesuje go odpowiedź na pytanie, czy dorosły człowiek może się nauczyć gry na jakimś instrumencie i sprawdza, w czym tkwi źródło sukcesu niektórych dzieci, od małego uczonych gry. Wiele rozwiązań przez autora proponowanych urzeka swoją prostotą, ale podawanie wniosków zawsze łączy się z zajmującymi historiami. Drösser proponuje czytelnikom inne mówienie o muzyce. Niemal całkowicie odrzuca klasyczne tematy, stanowiące niemal rdzeń języka muzyki – jeśli już musi powiedzieć o czymś, co wiąże się z odległościami między dźwiękami, z rozkładem rytmów w różnych kulturach, czy z „niedokończonymi” taktami, chętnie posługuje się metaforami zaczerpniętymi z innych dziedzin nauki. Robi wszystko, by trafić nie do specjalistów z dziedziny muzyki (choć i ci znajdą tu z pewnością sporo ciekawostek), ale do osób, które uważają się za niewykształcone muzycznie. Sądząc po zainteresowaniu, z jakim czyta się tę publikację, to mu się uda.

Autor stosuje własne metody prezentowania muzyki. Ikonka z głośnikiem w tekście jest odsyłaczem do niemieckiej strony internetowej z przykładami omawianymi w książce. Drösser rezygnuje też z… zapisu nutowego – zamiast niego przywołuje tabelki z zaznaczanymi dźwiękami i ich długością. Może szkoda, że nie zdecydował się na podwojony zapis – tradycyjny i „uproszczony”. Poza tym natomiast pozwala cieszyć się niebanalnymi wiadomościami na temat muzyki towarzyszącej odbiorcom na co dzień.


czwartek, 29 grudnia 2011

Andrzej Krauze: III wieża Babel w budowie

Zysk i S-ka, Poznań 2011.

Polityka uniwersalnie(j)

Andrzej Krauze to jeden z rysowników satyrycznych, których sława wychodzi poza granice naszego kraju. Współpracuje z pismami w Londynie czy w Paryżu, a co za tym idzie – ćwiczy zdolność obserwacji uniwersalnych i prostego, skrótowego przekazu. Chociaż nie stroni od nawiązań aktualnych i satyry agitacyjnej, w jego pracach widać zawsze rys uogólnienia, dążenie do (nie zawsze oczywistej) bardziej ponadczasowej prawdy. Do tego dołączyć należy grę stereotypami i umiejętne podrabianie języka mediów, skłonność do refleksyjnej drwiny i złożonego dowcipu oraz upodobanie do drugiego dna w każdym niemal rysunkowym przesłaniu – tak mniej więcej wygląda styl Krauzego. Indywidualny, wolny od powielających się pomysłów, szukający oryginalnego i wciąż dla odbiorców czytelnego skojarzenia, za to nienastawiany na czysty lub rubaszny śmiech. Krauzemu zawsze chodzi o coś poza czystą rozrywką, dzięki temu powstają często rysunki metaforyczne. Autor nie narzuca swoich interpretacji – prowadzi odbiorców tak, by ci sami zorientowali się w dostrzeżonych a dowcipnych analogiach: tym większa przyjemność płynie z oglądania tomu „III wieża Babel w budowie”.

Dość obszerny album polityczny nie jest zbiorem rysunków jednorazowych czy efemerycznych. Chociaż nie ulega wątpliwości, że Krauzego nie kusi satyra obyczajowa a zaangażowana gałąź twórczości niepoważnej, w tomie znajdą się nie komentarze do konkretnych drobnych gestów rządzących, a podszyte narodowymi schematami całostki. To sprawia, że wystarczy ogólna świadomość sytuacji w kraju, by zorientować się w pomysłach i intencjach autora – i aby uzyskać satyryczny ogląd świata polityki oraz jego wpływu na przeciętnych ludzi. „III wieża Babel w budowie” to obraz chaosu, którego kolejne absurdy wydobywane są na światło dzienne i konsekwentnie wyśmiewane – nie przez deprecjonowanie ich twórców, a przez akcent kładziony na wewnętrzne sprzeczności. Krauzego nie interesuje satyra personalna, konkretne postacie ukrywa raczej pod mglistymi i niedookreślonymi sytuacjami. To rozwiązanie pozwala mu na grę stereotypami oraz na wyśmiewanie charakterów, nie jednostek – dzięki czemu zyskuje na uniwersalności. Posługuje się domniemanymi cechami przedstawicieli rządu, symbolami i odniesieniami do skarbnicy bajek, czy do wizji zaświatów, do świata zwierząt i toposów. Jego rysunki można zatem przyporządkować często do większej liczby decyzji, postaw czy działań polityków – czytelne są nawet po upływie lat. To rzadka umiejętność wśród rysowników parających się satyrą polityczną, tym bardziej więc warto do albumu Krauzego zajrzeć i powoli wertować apetyczną książkę.

Rysunki Krauzego są czarno-białe, nie ma tu odcieni szarości – tylko kontur, ewentualnie czerń cieni. Autor wybiera kreskę pozornie niestaranną, momentami infantylną, przekaz jest tu bardziej istotny niż realizm postaci – stąd spore uproszczenia w wielu obrazkach, rezygnacja z ukazywania szczegółów mimiki czy zaburzenia perspektywy. Pod tym względem Krauzemu dużo bliżej do Sawki niż do Miklaszewskiego. Jednak satyra polityczna kojarzy się z takim właśnie, odzwierciedlanym również w kresce, pośpiechem: w końcu liczy się tutaj tempo reakcji i przesłanie, a nie wartości estetyczne. Krauze decyduje się przeważnie na karykaturalnie deformowane sylwetki, rezygnację detali w tle – wszystko, by pierwszy plan rysunków mógł przynieść wymyśloną puentę.

W tym albumie każdy rysunek ma swoją własną historię, ale każdy też przywołuje wiele skojarzeń i czytelniczych odkryć. Autor pozwala bawić się politycznymi motywami i odkrywać w nich coraz to nowe aluzje i komentarze do różnych momentów rozwoju państwa.

środa, 28 grudnia 2011

E. T. A. Hoffmann: Dziadek do Orzechów i Król Myszy

Media Rodzina, Poznań 2011.

Baśń nie z tego świata

Opowieść o dziadku do orzechów i wielkiej bitwie lalek z myszami funkcjonuje w kulturze już od ponad stu lat (pierwszy przekład romantycznej baśni pojawił się w Polsce na początku XX wieku) i istnieje raczej na prawach znajomości motywu czy przesłania, nie – odwołań do konkretnego tekstu. Media Rodzina proponuje teraz nowe wydanie baśni Hoffmanna, najbliższe oryginałowi, pozbawione spolszczeń wątków i moralizatorskiego tonu, który dodawali poprzedni tłumacze. Autorka przekładu, Eliza Pieciul-Karmińska, postanowiła zatrzymać w tekście wszelkie różnice w obyczajowości (te mniej czytelne dla dzisiejszych maluchów opatrując przypisami); zresztą ze swoich decyzji tłumaczy się w dość ciekawym posłowiu, w nim także skrótowo przedstawia cechy charakterystyczne poprzednich wersji opowieści. „Dziadek do Orzechów i Król Myszy” zaczyna wybrzmiewać zatem bardziej egzotycznie, a stylistyczna ekwilibrystyka w tomie sugeruje jeszcze bardziej czasowy i obyczajowy dystans od świata przedstawionego.

Stereotypowo naszkicowane dzieci zaczynają we współczesnym nam świecie funkcjonować jako istoty niezwykle oryginalne. Mały Fryc dowodzi armią zabawkowych żołnierzy i czuje się jak ich generał, jego młodsza siostrzyczka, Maria, wybiera typowo dziewczyńskie zabawy lalkami i pięknymi figurkami z ciasta. Tę naturalną dla bohaterów rzeczywistość burzy znalezienie pod choinką dziadka do orzechów. Fryc żąda od niego żołnierskiej postawy i spełniania rozkazów (przyczynia się też do zniszczenia figurki), Maria opiekuje się dziadkiem do orzechów – i staje się świadkiem wielkiej bitwy martwych za dnia zabawek. Dla ukochanego dziadka do orzechów może poświęcić wiele – tylko z jej pomocą bohater będzie mógł pokonać groźnego króla myszy. W niezwykłych tych wydarzeniach tkwi jeszcze tajemnicza postać Drosselmeiera, ojca chrzestnego, który potrafi ożywiać mechanizmy zabawek.

Tym, co wysuwa się na pierwszy plan podczas lektury baśni Hoffmanna, jest inność bohaterów i pomysłów fabularnych. Chociaż bohaterami książki są dzieci, ich zachowania w niczym nie przypominają postaw typowych maluchów: postacie z „Dziadka do Orzechów” nigdy nie pozwalają sobie na infantylizm czy dziecięce psoty: bardzo poważnie traktują swoje role, przez co obecnie przy całym rozwoju literatury czwartej jawią się nieco sztucznie. Wysławiają się również w sposób, który przypomina mowę dorosłych z minionej epoki – Hoffmann nie dbał o uwiarygodnienie dziecięcych kreacji, zresztą to nie było mu potrzebne do wypracowania rdzenia opowieści. O braku rozróżnienia między dorosłymi i dziećmi świadczyć też może fakt, że siedmioletnia Maria chciałaby wyjść za mąż i zastanawia się nad tym krokiem. Dystans czy urzekająca dzisiaj archaiczność książki przejawia się w stylu narracji: autor sugeruje tu opowieść mówioną, zwraca się do swoich czytelników, powtarza niektóre motywy. Jednocześnie stosuje rozbudowane konstrukcje składniowe i w niczym nie upraszcza zadania czytelnikom, którzy będą musieli zmierzyć się z dość trudnym językiem. To jednak nie wada czy niedopatrzenie – dzięki pozostawieniu klasycznej formy dzieci będą mogły poczuć klimat historii sprzed wieków.

Aleksandra Kucharska-Cybuch zaproponowała do tego wydania naprawdę piękne ilustracje. Staranne i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, czasem ukazują świat z nietypowej perspektywy, cały czas natomiast budzą podziw – to małe dzieła sztuki w sklasyczniałej historii.