Trio, Warszawa 2010.
Zwykła historia
Zwykle w podręcznikach z serii „Historia państw świata w XX i XXI wieku” na pierwszy plan wysuwa się sfera polityki. Analizy układu sił partyjnych, a także rozwiązań stosowanych przez rządzących, mają przybliżyć odbiorcom podstawowe problemy współczesnego świata. Ale w tomie „Dania” Grażyny Szelągowskiej zauważyć można odejście od tych schematów na rzecz opisywania samego narodu. Tom różni się od innych publikacji wydawanych w tym cyklu, między innymi ze względu na wybierane przez autorkę jako istotne dla historii kwestie, a co za tym idzie – na ciekawszy dla zwykłych, niezainteresowanych dziejopisarstwem czytelników, układ tematów.
Szelągowska wychodzi od charakterystyki ustroju w XVIII i XIX wieku i sporo miejsca poświęca na wprowadzenie do dziejów współczesnych. Chociaż przedmiotem jej książki powinno być przede wszystkim dwudzieste stulecie, dwa poprzednie wieki omawia dość szczegółowo i nie pomija nawet „złotego wieku kultury”. To ważny sygnał, bowiem dla Szelągowskiej zagadnienia związane ze sztuką będą powtarzały się regularnie. Autorka charakteryzuje życie codzienne mieszkańców i zatrzymuje się nad rozwojem przemysłu. Cały czas korzysta z danych statystycznych i usiłuje za ich pomocą odtworzyć jak najpełniej obraz społeczeństwa. Kwestie polityczne interesują ją przeważnie w przypadku dużych reform i zmian konstytucji. Sporo ciekawostek przynoszą dobrze dobrane zdjęcia (na jednym z nich widnieje na przykład szosa z lat 30., która każdemu użytkownikowi zapewniała osobny pas ruchu). Szelągowska nawiązuje też do wiadomości, które zwykle badacze traktują jako mniej istotne – omawia na przykład typowy dla Danii początku XX wieku styl w architekturze i wzornictwie.
Nie przemilcza autorka tematu wojen światowych, ale też nie poświęca im zbyt wiele uwagi, skupia się raczej na ich konsekwencjach dla kraju, lakoniczne informacje kwitując biernością państwa. Przez chwilę opisuje stosunki dyplomatyczne z Polską, by już za parę akapitów przejść do kolejnych spraw z dziedziny gospodarki i ekonomii. Druga wojna światowa zajmuje ją raczej ze względu na postawy i zachowania mieszkańców. Opisuje życie po okupacji, szczegóły cudu gospodarczego i problem uchodźców, nie pomija tematu zalegalizowania pornografii i zagadnienia modelu rodziny. Jako osobne rozdziały traktuje Grenlandię i Wyspy Owcze, w dużym skrócie streszcza ich dzieje. Autorka stawia na bezpieczny i sprawdzony neutralny styl, naukowy – ale nie utrudniany przez specjalistyczną terminologię – dyskurs, idealny do prezentowania faktów i wniosków z nich płynących. Sprawia przez to, że książka okazuje się rzetelna i stonowana.
Do tomu dołączone zostało kalendarium wydarzeń oraz słowniczek partii politycznych – rzecz przydatna, zwłaszcza że w tekście głównym politykę przyćmiewa socjologia. Szelągowska bibliografię prezentuje opisowo, tworzy też wykaz osób, sprawujących najważniejsze urzędy w państwie. Autorka woli prezentować w podstawowej narracji losy narodu i historię od strony obyczajowości. Tom „Dania” jest historią oglądaną przez pryzmat zwykłych mieszkańców, przez co staje się lekturą dość ciekawą.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 7 marca 2011
niedziela, 6 marca 2011
Philip Roth: Wzburzenie
Czytelnik, Warszawa 2011.
Zniewolenie
Świat, w który wprowadza swoich czytelników Philip Roth przez „Wzburzenie” nie jest światem spokojnym, chociaż zagrożenia dotyczą przeważnie skali mikro, mimo rozwijającego się w tle konfliktu koreańskiego. Marcus Messner, młody bohater tej powieści, jest synem koszernego rzeźnika, od początku przygotowywanym do ciężkiej pracy – i do widoku krwi, obrazu, którego nie może zaakceptować. Chłopak nie sprawia problemów: uczy się pilnie, rzadko spotyka się z dziewczynami, nie interesują go żadne rozrywki. Czas dzieli na naukę i pracę. Jednak to nie uspokaja jego ojca – stary rzeźnik nie może opędzić się od katastroficznych wizji, w których traci ukochane dziecko; jego troskliwość powoli zamienia się w obsesję. Marcus przed zaborczością ze strony rodzica ucieka na studia do innego miasta, lecz nie potrafi odnaleźć się w szkolnej społeczności. Tymczasem wojna toczy się dalej…
Philip Roth napisał książkę, w której kwestie żydowskie (lub szerzej – wyznaniowe) i aspekty seksualności zeszły na trochę dalszy plan, pozostawiając miejsce na literacką analizę buntu i wyobcowania. W jego ujęciu rytm codziennym wydarzeniom i pozornie zwykłym sprawom dojrzewania nadają pełne wściekłości słowa chińskiego hymnu, wzburzenie staje się wartością, która kieruje głównym bohaterem i nakazuje mu odrzucać skostniałe poglądy potencjalnych autorytetów. Marcus w swojej rzeczywistości próbuje być idealistą: wierzy w czystą i niewinną miłość, stara się być posłuszny wobec rodziców, ale jednocześnie spiera się z dziekanem i kolegami z akademika. Samotność to nie jedyna cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za pragnienie spokoju i wolności.
„Wzburzenie” to powieść o zniewoleniu. Chłopak nie ma praktycznie szans, by pokierować swoim życiem tak, jakby chciał, mało tego – nie może nawet brać odpowiedzialności za własne błędy. Wina zawsze spadnie na kogoś innego – na chorego psychicznie ojca i udręczoną matkę, na wybrankę serca, którą powinni zająć się psychiatrzy, na spokojnego współlokatora, czy na akademickich dręczycieli. Marcus uzależniony jest od innych, chociaż na taki stan rzeczy się nie zgadza: nie może jednak nic zmienić, jego drobne buntownicze gesty nie przyniosą poprawy sytuacji, mało tego – nie zostaną nawet dostrzeżone przez odpowiedzialnych za taki stan rzeczy. Młody chłopak zostaje pozbawiony szansy na dorosłość – co pogłębia tylko jego frustrację.
Przez dużą część książki akcja rozgrywa się dość spokojnie, dramaturgii nadają jej kolejne konflikty, istotne dla samego bohatera – bądź bunty na szerszą skalę (Orgia Białych Majtek), a odwrócona perspektywa sprawia, że na długi czas blednie groza wojny. Tyle że piekła, które zapewniają sobie nawzajem postacie, bez większego trudu dałoby się uniknąć: źródła większości problemów znajdą się w psychice bohaterów. U Rotha łatwo – zbyt łatwo – zacząć wydawać pochopne sądy, tymczasem prosta opowieść obyczajowa staje się tylko atrakcyjną przykrywką dla dramatów natury psychologicznej. We „Wzburzeniu” to właśnie podskórna warstwa tekstu najbardziej przyciąga, kusi i przeraża. Ale i od strony literackiej Roth proponuje powieść piękną: mocno rozbudowane zdania urzekają swoją płynnością – i prostotą, mimo pozorów stylistycznych komplikacji.
Jest „Wzburzenie” książką, która łączy atrakcyjną dla zwykłych czytelników fabułę z podwojonym przekazem, literackość z wewnętrznym niepokojem. Historia Marcusa Messnera zrobi na odbiorcach spore wrażenie – ale równie silne emocje wywołać mogą polekturowe refleksje.
Zniewolenie
Świat, w który wprowadza swoich czytelników Philip Roth przez „Wzburzenie” nie jest światem spokojnym, chociaż zagrożenia dotyczą przeważnie skali mikro, mimo rozwijającego się w tle konfliktu koreańskiego. Marcus Messner, młody bohater tej powieści, jest synem koszernego rzeźnika, od początku przygotowywanym do ciężkiej pracy – i do widoku krwi, obrazu, którego nie może zaakceptować. Chłopak nie sprawia problemów: uczy się pilnie, rzadko spotyka się z dziewczynami, nie interesują go żadne rozrywki. Czas dzieli na naukę i pracę. Jednak to nie uspokaja jego ojca – stary rzeźnik nie może opędzić się od katastroficznych wizji, w których traci ukochane dziecko; jego troskliwość powoli zamienia się w obsesję. Marcus przed zaborczością ze strony rodzica ucieka na studia do innego miasta, lecz nie potrafi odnaleźć się w szkolnej społeczności. Tymczasem wojna toczy się dalej…
Philip Roth napisał książkę, w której kwestie żydowskie (lub szerzej – wyznaniowe) i aspekty seksualności zeszły na trochę dalszy plan, pozostawiając miejsce na literacką analizę buntu i wyobcowania. W jego ujęciu rytm codziennym wydarzeniom i pozornie zwykłym sprawom dojrzewania nadają pełne wściekłości słowa chińskiego hymnu, wzburzenie staje się wartością, która kieruje głównym bohaterem i nakazuje mu odrzucać skostniałe poglądy potencjalnych autorytetów. Marcus w swojej rzeczywistości próbuje być idealistą: wierzy w czystą i niewinną miłość, stara się być posłuszny wobec rodziców, ale jednocześnie spiera się z dziekanem i kolegami z akademika. Samotność to nie jedyna cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za pragnienie spokoju i wolności.
„Wzburzenie” to powieść o zniewoleniu. Chłopak nie ma praktycznie szans, by pokierować swoim życiem tak, jakby chciał, mało tego – nie może nawet brać odpowiedzialności za własne błędy. Wina zawsze spadnie na kogoś innego – na chorego psychicznie ojca i udręczoną matkę, na wybrankę serca, którą powinni zająć się psychiatrzy, na spokojnego współlokatora, czy na akademickich dręczycieli. Marcus uzależniony jest od innych, chociaż na taki stan rzeczy się nie zgadza: nie może jednak nic zmienić, jego drobne buntownicze gesty nie przyniosą poprawy sytuacji, mało tego – nie zostaną nawet dostrzeżone przez odpowiedzialnych za taki stan rzeczy. Młody chłopak zostaje pozbawiony szansy na dorosłość – co pogłębia tylko jego frustrację.
Przez dużą część książki akcja rozgrywa się dość spokojnie, dramaturgii nadają jej kolejne konflikty, istotne dla samego bohatera – bądź bunty na szerszą skalę (Orgia Białych Majtek), a odwrócona perspektywa sprawia, że na długi czas blednie groza wojny. Tyle że piekła, które zapewniają sobie nawzajem postacie, bez większego trudu dałoby się uniknąć: źródła większości problemów znajdą się w psychice bohaterów. U Rotha łatwo – zbyt łatwo – zacząć wydawać pochopne sądy, tymczasem prosta opowieść obyczajowa staje się tylko atrakcyjną przykrywką dla dramatów natury psychologicznej. We „Wzburzeniu” to właśnie podskórna warstwa tekstu najbardziej przyciąga, kusi i przeraża. Ale i od strony literackiej Roth proponuje powieść piękną: mocno rozbudowane zdania urzekają swoją płynnością – i prostotą, mimo pozorów stylistycznych komplikacji.
Jest „Wzburzenie” książką, która łączy atrakcyjną dla zwykłych czytelników fabułę z podwojonym przekazem, literackość z wewnętrznym niepokojem. Historia Marcusa Messnera zrobi na odbiorcach spore wrażenie – ale równie silne emocje wywołać mogą polekturowe refleksje.
sobota, 5 marca 2011
Tomasz Jachimek: Handlarze czasem
Świat Książki, Warszawa 2010.
Zagubieni w czasie
Tomasz Jachimek na swoją pierwszą powieść znalazł pomysł tak prosty, że aż dziwne, że oryginalny – a wszystkie wydarzenia zaprezentowane w „Handlarzach czasem” są naturalną konsekwencją wyjściowego założenia. Zastanowił się mianowicie autor nad tym, co by było, gdyby ktoś wynalazł maszynę do handlowania czasem – i sprawdził to, budując absurdalną, a mimo to mocno zakorzenioną w codziennym i zwykłym życiu fabułkę. W literackim tu i teraz przenika się satyra na teraźniejszość, trafne obserwacje polskiej rzeczywistości i… wyobraźnia rodem z Kastnera. A wszystko to przedstawione zostaje w prosty sposób – tak, że czytelnicy będą się wciąż zastanawiać, dlaczego nikt na to jeszcze nie wpadł.
Jest sobie zwyczajna rodzina. Jak w każdej rodzinie – i tu pojawiają się drobne dziwactwa i przyzwyczajenia, składające się na małą wspólnotę. Prym w galerii oryginałów wiedzie wuj Franciszek, nieszkodliwy maniak i wynalazca. To on pewnego dnia tworzy coś, co zrewolucjonizuje cały świat: w garażu konstruuje maszynę do handlowania czasem. Jachimek nie wnika w szczegóły techniczne – proponuje prostą drewnianą skrzynkę, do której wchodzą dwie zainteresowane osoby – i już po chwili doba jednej trwa 25 godzin, a doba drugiej – 23. Co stanie się ze światem, w którym poza możliwością handlowania czasem nie zmieniło się nic – trudno sobie wyobrazić. Więc Jachimek sugeruje możliwe scenariusze, prezentując konsekwencje wynalazku z punktu widzenia rodziny wuja Franciszka, ale też całego zestawu typowych dla współczesności (popwspółczesności?) postaci – pracoholika, plastikowej panienki, obiboka czy seniorów nauczonych kombinowania. Maszyna do handlowania czasem zmienia życie ich wszystkich, a udoskonalanie prototypu prowadzi do bezpowrotnego zniszczenia dotychczasowego porządku.
Jachimek okazał się w tej książce absolutnym mistrzem tworzenia i opanowywania chaosu. Bez większego wysiłku szkicuje dantejskie sceny sprzed garażu wuja – i z lekkością proponuje nieprzewidywalne rozwiązania. Panuje nad wykreowanym przez siebie światem bez trudu – a to ważne, bo musi być przewodnikiem dla pozbawionych punktu odniesienia odbiorców. Ani na chwilę nie gubi się w żywiołowej akcji – dzięki czemu nie zgubią się w niej także czytelnicy, zadziwia za to prawdopodobieństwem wyrosłych na absurdzie scenariuszy. Ze zwyczajnych obserwacji obyczajowych i znajomości ludzkich charakterów czyni Jachimek swoją broń – i ogromny atut tej książki. Jego bohaterowie zachowują się dokładnie tak, jak – najprawdopodobniej – zachowaliby się ludzie, gdyby otrzymali dzisiaj możliwość panowania nad czasem. Nieubłagalna logika trzyma w ryzach całą opowieść, czerpiącą przecież także z nonsensu.
Wydaje się, że przy odkrywczym pomyśle, katalizującym akcję, a wywodzącym się z wyobraźni, Tomasz Jachimek stara się pozostałe elementy książki mocno uprzyziemnić. Nie dba o upiększanie opowieści, wybiera za to jej realizm. Zabrzmi tu satyryczna nuta znana przecież z monologów Jachim Presents, tym razem jednak nie tylko służąca rozbawianiu odbiorców, ale i konstruowaniu oparcia dla historii. Imponuje mi Jachimek swobodą w kreowaniu alternatywnej rzeczywistości przy połączeniu z wyraźnymi odwołaniami do postaw społeczeństwa. Podoba mi się połączenie dowcipu z przebijającą spod niego refleksją. Do tego dochodzi jeszcze zabawa formą (zmiany bohaterów i gatunków) – kolejny dowód na swobodę pisarską.
Język – potoczny. Charakterystyczny dla krótszych form Jachimka. Zachowujący typowy dla tego autora rytm i sposób akcentowania puent. „Handlarze czasem” przypominają stylem i konstrukcją bardziej rozbudowane monologi, pełne zaskakujących zwrotów akcji i odważnych rozwiązań. Całość świetnie uzupełniają satyryczne rysunki Henryka Sawki. To publikacja dla czytelników, którzy chcą się pośmiać i odprężyć, ale też zastanowić nad kondycją współczesnego człowieka, dowód na siłę wyobraźni.
Zagubieni w czasie
Tomasz Jachimek na swoją pierwszą powieść znalazł pomysł tak prosty, że aż dziwne, że oryginalny – a wszystkie wydarzenia zaprezentowane w „Handlarzach czasem” są naturalną konsekwencją wyjściowego założenia. Zastanowił się mianowicie autor nad tym, co by było, gdyby ktoś wynalazł maszynę do handlowania czasem – i sprawdził to, budując absurdalną, a mimo to mocno zakorzenioną w codziennym i zwykłym życiu fabułkę. W literackim tu i teraz przenika się satyra na teraźniejszość, trafne obserwacje polskiej rzeczywistości i… wyobraźnia rodem z Kastnera. A wszystko to przedstawione zostaje w prosty sposób – tak, że czytelnicy będą się wciąż zastanawiać, dlaczego nikt na to jeszcze nie wpadł.
Jest sobie zwyczajna rodzina. Jak w każdej rodzinie – i tu pojawiają się drobne dziwactwa i przyzwyczajenia, składające się na małą wspólnotę. Prym w galerii oryginałów wiedzie wuj Franciszek, nieszkodliwy maniak i wynalazca. To on pewnego dnia tworzy coś, co zrewolucjonizuje cały świat: w garażu konstruuje maszynę do handlowania czasem. Jachimek nie wnika w szczegóły techniczne – proponuje prostą drewnianą skrzynkę, do której wchodzą dwie zainteresowane osoby – i już po chwili doba jednej trwa 25 godzin, a doba drugiej – 23. Co stanie się ze światem, w którym poza możliwością handlowania czasem nie zmieniło się nic – trudno sobie wyobrazić. Więc Jachimek sugeruje możliwe scenariusze, prezentując konsekwencje wynalazku z punktu widzenia rodziny wuja Franciszka, ale też całego zestawu typowych dla współczesności (popwspółczesności?) postaci – pracoholika, plastikowej panienki, obiboka czy seniorów nauczonych kombinowania. Maszyna do handlowania czasem zmienia życie ich wszystkich, a udoskonalanie prototypu prowadzi do bezpowrotnego zniszczenia dotychczasowego porządku.
Jachimek okazał się w tej książce absolutnym mistrzem tworzenia i opanowywania chaosu. Bez większego wysiłku szkicuje dantejskie sceny sprzed garażu wuja – i z lekkością proponuje nieprzewidywalne rozwiązania. Panuje nad wykreowanym przez siebie światem bez trudu – a to ważne, bo musi być przewodnikiem dla pozbawionych punktu odniesienia odbiorców. Ani na chwilę nie gubi się w żywiołowej akcji – dzięki czemu nie zgubią się w niej także czytelnicy, zadziwia za to prawdopodobieństwem wyrosłych na absurdzie scenariuszy. Ze zwyczajnych obserwacji obyczajowych i znajomości ludzkich charakterów czyni Jachimek swoją broń – i ogromny atut tej książki. Jego bohaterowie zachowują się dokładnie tak, jak – najprawdopodobniej – zachowaliby się ludzie, gdyby otrzymali dzisiaj możliwość panowania nad czasem. Nieubłagalna logika trzyma w ryzach całą opowieść, czerpiącą przecież także z nonsensu.
Wydaje się, że przy odkrywczym pomyśle, katalizującym akcję, a wywodzącym się z wyobraźni, Tomasz Jachimek stara się pozostałe elementy książki mocno uprzyziemnić. Nie dba o upiększanie opowieści, wybiera za to jej realizm. Zabrzmi tu satyryczna nuta znana przecież z monologów Jachim Presents, tym razem jednak nie tylko służąca rozbawianiu odbiorców, ale i konstruowaniu oparcia dla historii. Imponuje mi Jachimek swobodą w kreowaniu alternatywnej rzeczywistości przy połączeniu z wyraźnymi odwołaniami do postaw społeczeństwa. Podoba mi się połączenie dowcipu z przebijającą spod niego refleksją. Do tego dochodzi jeszcze zabawa formą (zmiany bohaterów i gatunków) – kolejny dowód na swobodę pisarską.
Język – potoczny. Charakterystyczny dla krótszych form Jachimka. Zachowujący typowy dla tego autora rytm i sposób akcentowania puent. „Handlarze czasem” przypominają stylem i konstrukcją bardziej rozbudowane monologi, pełne zaskakujących zwrotów akcji i odważnych rozwiązań. Całość świetnie uzupełniają satyryczne rysunki Henryka Sawki. To publikacja dla czytelników, którzy chcą się pośmiać i odprężyć, ale też zastanowić nad kondycją współczesnego człowieka, dowód na siłę wyobraźni.
piątek, 4 marca 2011
Jan Błoński: Błoński przekorny. Dziennik. Wywiady
Znak, Kraków 2011.
Literatura - polityka - teatr
Błoński przekorny czy raczej zupełnie przewidywalny? Pełen niespodzianek i zaskoczeń dla odbiorców, czy konsekwentnie prowadzący swoją opowieść przez literaturę i życie? Z lektury tomu „Błoński przekorny” każdy zapewne wyniesie coś innego: jednym spodobają się memuarystyczne wywody, innym tematy polityczne, jeszcze innym – refleksje nad kulturą literacką: tematów nie zabraknie, zwłaszcza że książka złożona została z trzech części. Pierwszą z nich tworzą prywatne zapiski Błońskiego, które jednak miejscami sugerują przygotowanie do ewentualnego druku. W drugiej części zgromadzone zostały wywiady, jakie Błoński przeprowadzał z uznanymi artystami. Trzecią partię tomu stanowią z kolei rozmowy z Janem Błońskim i dyskusje, w których bohater publikacji brał udział.
Notatki Błońskiego różnią się od diariuszy wydawanych w ostatnich latach. Przede wszystkim – objętością. Chociaż „Dziennik” Błońskiego nie zawiera zbyt dużo miejsca, poszczególne jego fragmenty stanowią rozbudowane i wyraźnie zaplanowane całostki. Nie ma tutaj typowych i monotonnych zapisków dla pamięci, krótkich komentarzy o wizytach znajomych czy o poczynionych zakupach: żaden element zwyczajnej codzienności nie przedziera się do diariuszowych zwierzeń, jedynym wyjątkiem są tu czasem wstawiane wzmianki o żonie. Pamiętnikarską prezentację przodków przesyca Błoński żartobliwymi uwagami („Jest więc u moich początków romans sierżanta ze służącą, co zresztą napawa mnie raczej przewrotnym zadowoleniem”), ale szybko rezygnuje z kronikarskich nadziei, notując: „mojemu pisaniu brak tej chytrości szczegółu, bez której trudno o dobrego memorialistę”. Faktycznie zaplanowany pamiętnik przechodzi wkrótce w dziennik, a ten dziennik staje się miejscem na literackie rozważania na tematy rozmaite – Błoński zastanawia się nad związkami literatury i podróży, roli religii czy znaczenia polskości dawniej i dzisiaj. Przewija się przez zapiski motyw konspiracji podczas drugiej wojny światowej – i sposoby podrywania dziewczyn przez starszych kolegów Janka. Potem dziennik przesycają między innymi spostrzeżenia z prowadzonych zajęć, refleksje na temat poezji, humanistyczne poszukiwania czy opowieści o Gombrowiczu.
W wywiadach przeplatają się dwie pasje Jana Błońskiego – literatura i teatr. Rozmowy z pisarzami (Staff, Tuwim, Wiech, Iwaszkiewicz, Słonimski, Kruczkowski, Szaniawski, Nałkowska czy Dąbrowska) zwracają uwagę niezwykłą, subiektywna oprawą: Błoński przedstawia w nietypowych didaskaliach okoliczności przeprowadzania wywiadów, opisuje miejsca i zachowania artystów (przy Piotrze Skrzyneckim pojawia się zaznaczony symbolem x śmiech, stale przerywający wypowiedzi, przy Ionesco – fragmenty jego rozmyślań, które doskonale dopełniają rozmowę). Błoński zwraca tu często uwagę na humor, często rozmawia o satyrze i śmiechu – co w kontekście upolitycznienia twórczości PRL-u nie jest pozbawione znaczenia. Kiedy natomiast zamienia się miejscami z gośćmi i sam staje się rozmówcą-bohaterem wywiadu, koncentruje się przede wszystkim na literaturze, zadaniach kultury, analizuje sytuację na rynku wydawniczym (dziś to dla czytelników ciekawostka, historyczne prawie spojrzenie na literaturę lat 80.), ocenia poetów i grupy poetyckie, daje się też namówić na opowieści o Swinarskim. Zdarzają się też wywiady, w których zamienia się Błoński w publicystykę i podejmuje się oceny sytuacji politycznej – i jej wpływu na literaturę.
Jest to publikacja kierowana przede wszystkim do humanistów: mało w niej Błońskiego prywatnie (choć znajdzie się, zwłaszcza w dzienniku, kilka interesujących anegdot i dowcipnych opowieści), w podstawowym kręgu zainteresowania leżą literatura, polityka i teatr. Poszukiwania metatekstowej refleksji czy analiz roli krytyka przyniesie ciekawe efekty – dlatego do „Błońskiego przekornego” zajrzeć mogą ci, dla których krytyka literacka to nie przygodne opisywanie książek, a umiejętność poruszania się w kulturze i fachowego oceniania dzieł.
Literatura - polityka - teatr
Błoński przekorny czy raczej zupełnie przewidywalny? Pełen niespodzianek i zaskoczeń dla odbiorców, czy konsekwentnie prowadzący swoją opowieść przez literaturę i życie? Z lektury tomu „Błoński przekorny” każdy zapewne wyniesie coś innego: jednym spodobają się memuarystyczne wywody, innym tematy polityczne, jeszcze innym – refleksje nad kulturą literacką: tematów nie zabraknie, zwłaszcza że książka złożona została z trzech części. Pierwszą z nich tworzą prywatne zapiski Błońskiego, które jednak miejscami sugerują przygotowanie do ewentualnego druku. W drugiej części zgromadzone zostały wywiady, jakie Błoński przeprowadzał z uznanymi artystami. Trzecią partię tomu stanowią z kolei rozmowy z Janem Błońskim i dyskusje, w których bohater publikacji brał udział.
Notatki Błońskiego różnią się od diariuszy wydawanych w ostatnich latach. Przede wszystkim – objętością. Chociaż „Dziennik” Błońskiego nie zawiera zbyt dużo miejsca, poszczególne jego fragmenty stanowią rozbudowane i wyraźnie zaplanowane całostki. Nie ma tutaj typowych i monotonnych zapisków dla pamięci, krótkich komentarzy o wizytach znajomych czy o poczynionych zakupach: żaden element zwyczajnej codzienności nie przedziera się do diariuszowych zwierzeń, jedynym wyjątkiem są tu czasem wstawiane wzmianki o żonie. Pamiętnikarską prezentację przodków przesyca Błoński żartobliwymi uwagami („Jest więc u moich początków romans sierżanta ze służącą, co zresztą napawa mnie raczej przewrotnym zadowoleniem”), ale szybko rezygnuje z kronikarskich nadziei, notując: „mojemu pisaniu brak tej chytrości szczegółu, bez której trudno o dobrego memorialistę”. Faktycznie zaplanowany pamiętnik przechodzi wkrótce w dziennik, a ten dziennik staje się miejscem na literackie rozważania na tematy rozmaite – Błoński zastanawia się nad związkami literatury i podróży, roli religii czy znaczenia polskości dawniej i dzisiaj. Przewija się przez zapiski motyw konspiracji podczas drugiej wojny światowej – i sposoby podrywania dziewczyn przez starszych kolegów Janka. Potem dziennik przesycają między innymi spostrzeżenia z prowadzonych zajęć, refleksje na temat poezji, humanistyczne poszukiwania czy opowieści o Gombrowiczu.
W wywiadach przeplatają się dwie pasje Jana Błońskiego – literatura i teatr. Rozmowy z pisarzami (Staff, Tuwim, Wiech, Iwaszkiewicz, Słonimski, Kruczkowski, Szaniawski, Nałkowska czy Dąbrowska) zwracają uwagę niezwykłą, subiektywna oprawą: Błoński przedstawia w nietypowych didaskaliach okoliczności przeprowadzania wywiadów, opisuje miejsca i zachowania artystów (przy Piotrze Skrzyneckim pojawia się zaznaczony symbolem x śmiech, stale przerywający wypowiedzi, przy Ionesco – fragmenty jego rozmyślań, które doskonale dopełniają rozmowę). Błoński zwraca tu często uwagę na humor, często rozmawia o satyrze i śmiechu – co w kontekście upolitycznienia twórczości PRL-u nie jest pozbawione znaczenia. Kiedy natomiast zamienia się miejscami z gośćmi i sam staje się rozmówcą-bohaterem wywiadu, koncentruje się przede wszystkim na literaturze, zadaniach kultury, analizuje sytuację na rynku wydawniczym (dziś to dla czytelników ciekawostka, historyczne prawie spojrzenie na literaturę lat 80.), ocenia poetów i grupy poetyckie, daje się też namówić na opowieści o Swinarskim. Zdarzają się też wywiady, w których zamienia się Błoński w publicystykę i podejmuje się oceny sytuacji politycznej – i jej wpływu na literaturę.
Jest to publikacja kierowana przede wszystkim do humanistów: mało w niej Błońskiego prywatnie (choć znajdzie się, zwłaszcza w dzienniku, kilka interesujących anegdot i dowcipnych opowieści), w podstawowym kręgu zainteresowania leżą literatura, polityka i teatr. Poszukiwania metatekstowej refleksji czy analiz roli krytyka przyniesie ciekawe efekty – dlatego do „Błońskiego przekornego” zajrzeć mogą ci, dla których krytyka literacka to nie przygodne opisywanie książek, a umiejętność poruszania się w kulturze i fachowego oceniania dzieł.
czwartek, 3 marca 2011
Polly Williams: Bezradnik małżeński
Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.
Mąż nieznany
Historie o rozpadzie szczęśliwego dotąd małżeństwa, opowieści o kryzysach, których w związku nie udało się przezwyciężyć, obrazy wyzwolenia nieszczęśliwych dotąd mężatek – to tematy, które dominowały ostatnio przez pewien czas w literaturze rozrywkowej dla pań i które chyba powoli zaczynają się nawet najbardziej wytrwałym wielbicielkom gatunku przejadać, bez względu na wpisany w fabułę obowiązkowy happy end. I Polly Williams w swoim „Bezradniku małżeńskim” modyfikuje tę konwencję, proponując odbiorczyniom zabawną powieść obyczajową z baśniowym oczywiście finałem, lekką i ciekawą, dzięki odkrywczemu spojrzeniu na schematy.
Sadie Drew, bohaterka i narratorka „Bezradnika” zauważa, że coś psuje się w jej małżeństwie. Tom, dotąd kochający i czuły, staje się zapracowany i jakby obcy – jego nowi koledzy z pracy mają żony idealne: wiedzące, jak zachować się w każdej sytuacji, eleganckie i zadbane. Tymczasem Sadie stroni od makijażu, ma brudne paznokcie (pracuje jako florystka) i nie dba o modne ciuchy. Jakby tego było mało, niefortunne zbiegi okoliczności sprawiają, że zawala zwykle wszystko, na czym zależy Tomowi. Kompromituje się w oczach jego znajomych – i teściowej, która wykorzysta każdą sytuację, by dokuczyć kobiecie. Do tego dochodzi jeszcze piękna Anette, specjalistka od ratowania związków, która najwyraźniej uwodzi Toma… Sadie próbuje się zmienić i stać się żoną idealną – pomaga jej w tym wierna przyjaciółka i… poznana w parku staruszka. Przeszkadza – los.
Jest w tej książce energia, która dodaje otuchy i rozpogodzi czytelniczki. Chociaż Sadie raz za razem pakuje się w sytuacje (niektóre – mocno przerysowane, w stylu amerykańskich seriali komediowych) koszmarne i kończące się klęską, nigdy się nie załamuje, z podniesioną głową walczy dalej. Nie rozumie, co dzieje się z jej mężem (i prawie do samego końca nie będą tego rozumiały czytelniczki, zwodzone stereotypami w tego typu powieściach), ale cały czas próbuje uratować swoje małżeństwo. Nie poddaje się nawet w chwilach, w których jej literackie poprzedniczki rezygnowały. Entuzjazm bohaterki, choć czasem niezbyt prawdopodobny, udziela się odbiorczyniom. Ta książka dodaje siły. To już sporo.
Nie ma tu sentymentalnych i łzawych rozwiązań, zamiast nich pojawia się komizm w wielu odsłonach – przeważnie sytuacyjny. Akcja rozgrywa się, jak na obyczajowe czytadło, bardzo szybko i widać, że autorka, mimo sięgania po sprawdzone w literaturze kobiecej schematy, ma na nią pomysł. Sadie budzi sympatię. Nie jest idealna, ale w tej powieści brakuje idealnych bohaterek, każda ma swoje małe sekrety i tajemnice. Williams nakreśla tu kilka intrygujących żon – perfekcyjną Pam, Enid, która przymykała oko na homoseksualny romans męża, Tarę, szukającą wrażeń poza małżeństwem, czy Ruth, której mąż właśnie przestał być panią domu i usiłuje się odnaleźć w brutalnej rzeczywistości: charakterów i typów, choćby szkicowanych szybko, będzie w „Bezradniku” sporo, co sprawi, że lektura nie ma szans się ciągnąć. Bo chociaż jest „Bezradnik” zestawieniem kolejnych przykrości i niepowodzeń, jakie spotykają główną bohaterkę, to przecież nie przygnębią one i czytelniczek. Polly Williams proponuje książkę-pocieszajkę, zawierającą jednak głębsze przesłanie, nad którym warto się zatrzymać.
„Bezradnik małżeński” wyróżnia się na tle zwykłych czytadeł dla kobiet – wyróżnia się bardzo pozytywnie. Znajome koleiny nie prowadzą do oczywistych wniosków, a dystans, jaki bohaterka ma do siebie – praktycznie wyklucza smutek, przygnębienie czy melancholię. Przygody Sadie wciągają – więc będzie to lektura dobra na złapanie oddechu po ciężkim dniu.
Mąż nieznany
Historie o rozpadzie szczęśliwego dotąd małżeństwa, opowieści o kryzysach, których w związku nie udało się przezwyciężyć, obrazy wyzwolenia nieszczęśliwych dotąd mężatek – to tematy, które dominowały ostatnio przez pewien czas w literaturze rozrywkowej dla pań i które chyba powoli zaczynają się nawet najbardziej wytrwałym wielbicielkom gatunku przejadać, bez względu na wpisany w fabułę obowiązkowy happy end. I Polly Williams w swoim „Bezradniku małżeńskim” modyfikuje tę konwencję, proponując odbiorczyniom zabawną powieść obyczajową z baśniowym oczywiście finałem, lekką i ciekawą, dzięki odkrywczemu spojrzeniu na schematy.
Sadie Drew, bohaterka i narratorka „Bezradnika” zauważa, że coś psuje się w jej małżeństwie. Tom, dotąd kochający i czuły, staje się zapracowany i jakby obcy – jego nowi koledzy z pracy mają żony idealne: wiedzące, jak zachować się w każdej sytuacji, eleganckie i zadbane. Tymczasem Sadie stroni od makijażu, ma brudne paznokcie (pracuje jako florystka) i nie dba o modne ciuchy. Jakby tego było mało, niefortunne zbiegi okoliczności sprawiają, że zawala zwykle wszystko, na czym zależy Tomowi. Kompromituje się w oczach jego znajomych – i teściowej, która wykorzysta każdą sytuację, by dokuczyć kobiecie. Do tego dochodzi jeszcze piękna Anette, specjalistka od ratowania związków, która najwyraźniej uwodzi Toma… Sadie próbuje się zmienić i stać się żoną idealną – pomaga jej w tym wierna przyjaciółka i… poznana w parku staruszka. Przeszkadza – los.
Jest w tej książce energia, która dodaje otuchy i rozpogodzi czytelniczki. Chociaż Sadie raz za razem pakuje się w sytuacje (niektóre – mocno przerysowane, w stylu amerykańskich seriali komediowych) koszmarne i kończące się klęską, nigdy się nie załamuje, z podniesioną głową walczy dalej. Nie rozumie, co dzieje się z jej mężem (i prawie do samego końca nie będą tego rozumiały czytelniczki, zwodzone stereotypami w tego typu powieściach), ale cały czas próbuje uratować swoje małżeństwo. Nie poddaje się nawet w chwilach, w których jej literackie poprzedniczki rezygnowały. Entuzjazm bohaterki, choć czasem niezbyt prawdopodobny, udziela się odbiorczyniom. Ta książka dodaje siły. To już sporo.
Nie ma tu sentymentalnych i łzawych rozwiązań, zamiast nich pojawia się komizm w wielu odsłonach – przeważnie sytuacyjny. Akcja rozgrywa się, jak na obyczajowe czytadło, bardzo szybko i widać, że autorka, mimo sięgania po sprawdzone w literaturze kobiecej schematy, ma na nią pomysł. Sadie budzi sympatię. Nie jest idealna, ale w tej powieści brakuje idealnych bohaterek, każda ma swoje małe sekrety i tajemnice. Williams nakreśla tu kilka intrygujących żon – perfekcyjną Pam, Enid, która przymykała oko na homoseksualny romans męża, Tarę, szukającą wrażeń poza małżeństwem, czy Ruth, której mąż właśnie przestał być panią domu i usiłuje się odnaleźć w brutalnej rzeczywistości: charakterów i typów, choćby szkicowanych szybko, będzie w „Bezradniku” sporo, co sprawi, że lektura nie ma szans się ciągnąć. Bo chociaż jest „Bezradnik” zestawieniem kolejnych przykrości i niepowodzeń, jakie spotykają główną bohaterkę, to przecież nie przygnębią one i czytelniczek. Polly Williams proponuje książkę-pocieszajkę, zawierającą jednak głębsze przesłanie, nad którym warto się zatrzymać.
„Bezradnik małżeński” wyróżnia się na tle zwykłych czytadeł dla kobiet – wyróżnia się bardzo pozytywnie. Znajome koleiny nie prowadzą do oczywistych wniosków, a dystans, jaki bohaterka ma do siebie – praktycznie wyklucza smutek, przygnębienie czy melancholię. Przygody Sadie wciągają – więc będzie to lektura dobra na złapanie oddechu po ciężkim dniu.
środa, 2 marca 2011
David Black: Graj lepiej na gitarze
Muza SA, Warszawa 2011.
Dla muzyków-amatorów
Dla chcącego nic trudnego – na rynku pojawia się coraz więcej publikacji, które mają pomagać laikom w rozwijaniu rozmaitych umiejętności – i w cieszeniu się swoim hobby. Do wszystkiego można dojść samodzielnie i zamiast poświęcać czas i pieniądze na prywatne lekcje, wystarczy sięgnąć po kierowane do amatorów publikacje, pełne fachowych porad i wskazówek. Tom „Graj lepiej na gitarze” to jedna z lepszych pozycji dla tych, którzy chcą poznać tajniki komponowania i akompaniamentu – ale także zdobyć podstawowe wiadomości z dziedziny muzyki. David Black proponuje odbiorcom zestaw podpowiedzi, umożliwiających doskonalenie gry, serie przydatnych – i niezbyt trudnych – ćwiczeń, a także szybki kurs czytania zapisu nutowego – zbędny, jeśli kogoś interesuje wyłącznie brzdąkanie w grupie znajomych przy ognisku, potrzebny w rozwijaniu własnych umiejętności.
David Black kieruje swoją książkę do początkujących gitarzystów, lecz nie stosuje taryfy ulgowej – posługuje się profesjonalnym językiem i wplata w tekst mnóstwo wiadomości, bez których samouk może się spokojnie obejść – zresztą sam autor uprzedza, że znajomość prezentowanej przez niego teorii nie jest konieczna do wirtuozerskiej gry, pozwala natomiast zaspokoić ciekawość odbiorców. Układ książki umożliwia dotarcie do zupełnie niezorientowanych w temacie gry na gitarze, do tych, którzy już przygodę z muzyką rozpoczęli oraz do tych, którzy mają zamiar samodzielnie tworzyć muzykę do własnych tekstów bądź ulubionych wierszy. Tom podzielony został na trzy części. Na początku David Black podpowiada, na co zwracać uwagę przy wyborze gitary – i jak dbać o instrument. Zabrakło mi trochę schematu wiązania strun nylonowych – to zwykle zadanie, które sprawia drobne problemy początkującym – sam opis może stanowić małe wyzwanie. Po niezbędnych komentarzach, dotyczących prawidłowej pozycji ciała, czy strojenia gitary, nadchodzi czas na zestaw najprostszych chwytów i ich zmian. Cenne dla czytelników staną się podpowiedzi związane z biciem – schematy uderzeń prawej ręki zwykle nastręczają trudności tym, którzy zaczynają grać. Sekwencje akordów pozwalają już na proste akompaniowanie – ale autor książki nie poprzestaje na tym: proponuje jeszcze naukę gry na pojedynczych strunach (i czytanie tabulatur), by przejść do łączenia akordów z linią melodyczną.
Druga część tomu rozpoczyna się od chwytów barre – czyli elementu, który teoretycznie znaleźć się powinien w pierwszym rozdziale, ale że zniechęca zwykle początkujących, ma sugerować kolejny stopień gitarowego wtajemniczenia. Potem Black koncentruje się już na rozmaitych technikach gry, dochodząc nawet do samodzielnego improwizowania i prostych solówek. Modyfikowanie akordów i brzmień za pomocą niezbyt skomplikowanych sztuczek przyniesie świetne efekty – gra nie będzie się już kojarzyć z amatorszczyzną. Czytanie nut stanowi z kolei wstęp do wiadomości poszerzających przeciętne muzyczne wykształcenie zwykłego odbiorcy. Znalazło się nawet trochę miejsca na efekty do gitary elektrycznej.
I wreszcie trzecia część tomu dla najambitniejszych: to tu mieszczą się podpowiedzi, dotyczące kompozycji, trudniejsze techniki gry, niestandardowe stroje. Całość zamykają tabele akordów. Od strony merytorycznej to rewelacyjnie przygotowany podręcznik, który może być uzupełnieniem dla prywatnych lekcji – bądź jedynym źródłem podpowiedzi dla początkujących muzyków. Ciekawie wygląda też opracowanie techniczne. Kartki są spięte na wzór kołonotatników, dzięki czemu książka nie zamknie się (ani nie wyłamie) w trakcie ćwiczeń (podawanych przez autora często i pomocnych w nauce). Sporo tu poglądowych zdjęć i schematów, które przydadzą się początkującym. Małym mankamentem może być natomiast mikroskopijna wielkość czcionki w ćwiczeniowych tabulaturach – chociaż to utrudnienie przyczyni się do szybszego zapamiętywania wskazówek autora. „Graj lepiej na gitarze” to jeden z najlepszych poradników, dotyczących samodzielnego muzykowania – jeśli ktoś marzy o tym, by nauczyć się grać na gitarze, może po tę książkę spokojnie sięgnąć.
Dla muzyków-amatorów
Dla chcącego nic trudnego – na rynku pojawia się coraz więcej publikacji, które mają pomagać laikom w rozwijaniu rozmaitych umiejętności – i w cieszeniu się swoim hobby. Do wszystkiego można dojść samodzielnie i zamiast poświęcać czas i pieniądze na prywatne lekcje, wystarczy sięgnąć po kierowane do amatorów publikacje, pełne fachowych porad i wskazówek. Tom „Graj lepiej na gitarze” to jedna z lepszych pozycji dla tych, którzy chcą poznać tajniki komponowania i akompaniamentu – ale także zdobyć podstawowe wiadomości z dziedziny muzyki. David Black proponuje odbiorcom zestaw podpowiedzi, umożliwiających doskonalenie gry, serie przydatnych – i niezbyt trudnych – ćwiczeń, a także szybki kurs czytania zapisu nutowego – zbędny, jeśli kogoś interesuje wyłącznie brzdąkanie w grupie znajomych przy ognisku, potrzebny w rozwijaniu własnych umiejętności.
David Black kieruje swoją książkę do początkujących gitarzystów, lecz nie stosuje taryfy ulgowej – posługuje się profesjonalnym językiem i wplata w tekst mnóstwo wiadomości, bez których samouk może się spokojnie obejść – zresztą sam autor uprzedza, że znajomość prezentowanej przez niego teorii nie jest konieczna do wirtuozerskiej gry, pozwala natomiast zaspokoić ciekawość odbiorców. Układ książki umożliwia dotarcie do zupełnie niezorientowanych w temacie gry na gitarze, do tych, którzy już przygodę z muzyką rozpoczęli oraz do tych, którzy mają zamiar samodzielnie tworzyć muzykę do własnych tekstów bądź ulubionych wierszy. Tom podzielony został na trzy części. Na początku David Black podpowiada, na co zwracać uwagę przy wyborze gitary – i jak dbać o instrument. Zabrakło mi trochę schematu wiązania strun nylonowych – to zwykle zadanie, które sprawia drobne problemy początkującym – sam opis może stanowić małe wyzwanie. Po niezbędnych komentarzach, dotyczących prawidłowej pozycji ciała, czy strojenia gitary, nadchodzi czas na zestaw najprostszych chwytów i ich zmian. Cenne dla czytelników staną się podpowiedzi związane z biciem – schematy uderzeń prawej ręki zwykle nastręczają trudności tym, którzy zaczynają grać. Sekwencje akordów pozwalają już na proste akompaniowanie – ale autor książki nie poprzestaje na tym: proponuje jeszcze naukę gry na pojedynczych strunach (i czytanie tabulatur), by przejść do łączenia akordów z linią melodyczną.
Druga część tomu rozpoczyna się od chwytów barre – czyli elementu, który teoretycznie znaleźć się powinien w pierwszym rozdziale, ale że zniechęca zwykle początkujących, ma sugerować kolejny stopień gitarowego wtajemniczenia. Potem Black koncentruje się już na rozmaitych technikach gry, dochodząc nawet do samodzielnego improwizowania i prostych solówek. Modyfikowanie akordów i brzmień za pomocą niezbyt skomplikowanych sztuczek przyniesie świetne efekty – gra nie będzie się już kojarzyć z amatorszczyzną. Czytanie nut stanowi z kolei wstęp do wiadomości poszerzających przeciętne muzyczne wykształcenie zwykłego odbiorcy. Znalazło się nawet trochę miejsca na efekty do gitary elektrycznej.
I wreszcie trzecia część tomu dla najambitniejszych: to tu mieszczą się podpowiedzi, dotyczące kompozycji, trudniejsze techniki gry, niestandardowe stroje. Całość zamykają tabele akordów. Od strony merytorycznej to rewelacyjnie przygotowany podręcznik, który może być uzupełnieniem dla prywatnych lekcji – bądź jedynym źródłem podpowiedzi dla początkujących muzyków. Ciekawie wygląda też opracowanie techniczne. Kartki są spięte na wzór kołonotatników, dzięki czemu książka nie zamknie się (ani nie wyłamie) w trakcie ćwiczeń (podawanych przez autora często i pomocnych w nauce). Sporo tu poglądowych zdjęć i schematów, które przydadzą się początkującym. Małym mankamentem może być natomiast mikroskopijna wielkość czcionki w ćwiczeniowych tabulaturach – chociaż to utrudnienie przyczyni się do szybszego zapamiętywania wskazówek autora. „Graj lepiej na gitarze” to jeden z najlepszych poradników, dotyczących samodzielnego muzykowania – jeśli ktoś marzy o tym, by nauczyć się grać na gitarze, może po tę książkę spokojnie sięgnąć.
wtorek, 1 marca 2011
Bryan Peterson: Kreatywna fotografia bez tajemnic
Galaktyka, Łódź 2008 (2010 dodruk).
Wyobraźnia w kadrze
„Nieumiejętność widzenia jest prawdopodobnie największą przeszkodą, jaką powinien pokonać każdy fotograf” – pisze Bryan Peterson w książce poświęconej kreatywnemu podejściu do sztuki robienia zdjęć. Ale przekonuje także, że wbrew powszechnym opiniom, dość łatwo można wyćwiczyć dostrzeganie oryginalnych kompozycji, posiłkując się kilkoma zaledwie prostymi ćwiczeniami oraz – otwarciem wyobraźni na szalone czasem pomysły. Jest więc „Kreatywna fotografia bez tajemnic” nie tylko źródłem przydatnych podpowiedzi, ale i publikacją bogatą w niebanalne pomysły samego autora, efekty zadawanego sobie ważnego pytania – „co by było, gdyby” w połączeniu z odwagą potrzebną do realizacji co śmielszych wizji. Kaskaderskie dla zwykłego odbiorcy popisy owocują tu przecież dobrym zarobkiem, stanowią też źródło niezapomnianych przygód – i Peterson dobrze wie, że może w ten sposób przekonać czytelników swojej książki do innego niż zazwyczaj spojrzenia na rzeczywistość.
Poszukiwanie tematów do zdjęć schodzi tu jednak momentami na dalszy plan: wiąże się w końcu ze zwykłym, niekoniecznie fotograficznym, twórczym myśleniem, które wyćwiczyć można i za sprawą typowych podręczników do samorozwoju. Znacznie ważniejsze okazuje się ćwiczenie w wynajdowaniu przykuwających wzrok (choć niekoniecznie przez widza uświadamianych) detali – układu linii, zaakcentowania nietypowej faktury, dobrania atrakcyjnego zestawu kolorów, intrygowania kształtem czy szukania powtarzającego się wzoru i elementu zaburzającego regularność. Zaskakujące, że poprawa przynajmniej jednego z tych szczegółów, pociąga za sobą zwiększenie atrakcyjności samego zdjęcia, nie mówiąc już o wyćwiczeniu wyobraźni fotografa. Bryan Peterson nie zmusza do żmudnych powtórek nieudanych ujęć czy do pracy ponad siły – proponuje za to sztuczki tak dyskretne, że niemal niezauważalne. Na początku – z samej ciekawości – można jego wskazówki wypróbować, by potem już od nich nie odchodzić. Klasyczne uwagi na temat komponowania zdjęć stają się już tylko dodatkiem do całości.
Peterson wychodzi z założenia, że „Kreatywność najlepiej opisać jako kombinację twórczego myślenia, wyobraźni, natchnienia i wnikliwości”. Uczy zatem patrzenia na potencjalne zdjęcie i wydobywania z kadru najlepszych jego cech. Książka pełna jest wyzwań – ciągłe zmiany tematu mogą posłużyć jako podpowiedzi dla tych, którzy chcą wzbogacić swoje portfolio, ale każde zaprezentowane tu zdjęcie wiąże się bezpośrednio z tematem – problemem do rozwiązania bądź wyeliminowania. W ten sposób, na swoich doświadczeniach, uczy autor czytelników, jak robić dobre, kreatywne zdjęcia.
Można ten tom potraktować jako wyjątkowe wydawnictwo albumowe, przygotowane, by cieszyć oko zestawem niebanalnych i atrakcyjnych fotografii, można też faktycznie skorzystać z dobrze przemyślanych wskazówek i uwag. Bryan Peterson pisze bowiem lekko i ciekawie, a przy tym jest rzeczowy, nie korzysta ze specjalistycznego żargonu, będzie zatem rozumiany przez wszystkich odbiorców.
Wyobraźnia w kadrze
„Nieumiejętność widzenia jest prawdopodobnie największą przeszkodą, jaką powinien pokonać każdy fotograf” – pisze Bryan Peterson w książce poświęconej kreatywnemu podejściu do sztuki robienia zdjęć. Ale przekonuje także, że wbrew powszechnym opiniom, dość łatwo można wyćwiczyć dostrzeganie oryginalnych kompozycji, posiłkując się kilkoma zaledwie prostymi ćwiczeniami oraz – otwarciem wyobraźni na szalone czasem pomysły. Jest więc „Kreatywna fotografia bez tajemnic” nie tylko źródłem przydatnych podpowiedzi, ale i publikacją bogatą w niebanalne pomysły samego autora, efekty zadawanego sobie ważnego pytania – „co by było, gdyby” w połączeniu z odwagą potrzebną do realizacji co śmielszych wizji. Kaskaderskie dla zwykłego odbiorcy popisy owocują tu przecież dobrym zarobkiem, stanowią też źródło niezapomnianych przygód – i Peterson dobrze wie, że może w ten sposób przekonać czytelników swojej książki do innego niż zazwyczaj spojrzenia na rzeczywistość.
Poszukiwanie tematów do zdjęć schodzi tu jednak momentami na dalszy plan: wiąże się w końcu ze zwykłym, niekoniecznie fotograficznym, twórczym myśleniem, które wyćwiczyć można i za sprawą typowych podręczników do samorozwoju. Znacznie ważniejsze okazuje się ćwiczenie w wynajdowaniu przykuwających wzrok (choć niekoniecznie przez widza uświadamianych) detali – układu linii, zaakcentowania nietypowej faktury, dobrania atrakcyjnego zestawu kolorów, intrygowania kształtem czy szukania powtarzającego się wzoru i elementu zaburzającego regularność. Zaskakujące, że poprawa przynajmniej jednego z tych szczegółów, pociąga za sobą zwiększenie atrakcyjności samego zdjęcia, nie mówiąc już o wyćwiczeniu wyobraźni fotografa. Bryan Peterson nie zmusza do żmudnych powtórek nieudanych ujęć czy do pracy ponad siły – proponuje za to sztuczki tak dyskretne, że niemal niezauważalne. Na początku – z samej ciekawości – można jego wskazówki wypróbować, by potem już od nich nie odchodzić. Klasyczne uwagi na temat komponowania zdjęć stają się już tylko dodatkiem do całości.
Peterson wychodzi z założenia, że „Kreatywność najlepiej opisać jako kombinację twórczego myślenia, wyobraźni, natchnienia i wnikliwości”. Uczy zatem patrzenia na potencjalne zdjęcie i wydobywania z kadru najlepszych jego cech. Książka pełna jest wyzwań – ciągłe zmiany tematu mogą posłużyć jako podpowiedzi dla tych, którzy chcą wzbogacić swoje portfolio, ale każde zaprezentowane tu zdjęcie wiąże się bezpośrednio z tematem – problemem do rozwiązania bądź wyeliminowania. W ten sposób, na swoich doświadczeniach, uczy autor czytelników, jak robić dobre, kreatywne zdjęcia.
Można ten tom potraktować jako wyjątkowe wydawnictwo albumowe, przygotowane, by cieszyć oko zestawem niebanalnych i atrakcyjnych fotografii, można też faktycznie skorzystać z dobrze przemyślanych wskazówek i uwag. Bryan Peterson pisze bowiem lekko i ciekawie, a przy tym jest rzeczowy, nie korzysta ze specjalistycznego żargonu, będzie zatem rozumiany przez wszystkich odbiorców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






