Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.
Codzienność
Lucy przeżywa scenariusz znany kolejnym pokoleniom kobiet, o tyle dramatyczny, że w środowisku drobnomieszczańskim i małomiasteczkowym, jeszcze przed rewolucją seksualną. Spędza czas z chłopakiem, który jej się podoba, nie dopuszcza do siebie myśli o rozpoczęciu współżycia, ale kiedy już do tego dochodzi, dziewczyna nie podejrzewa nawet, jak bardzo zmieni się jej życie. O ciąży musi porozmawiać z lekarzem – więc przełamać swój wstyd. Jako nieślubna partnerka nie ma żadnych praw, nie może nawet odwiedzać ukochanego w jego wynajętym pokoju. Nie mają znaczenia chęci kobiety ani jej plany: Lucy początkowo nie zamierza nawet poślubić Roya, ale inaczej trudno byłoby jej rozwiązać problem. W ten sposób życie układa się wbrew jej woli. Wprawdzie Lucy może liczyć na wsparcie ze strony swoich bliskich, ale też w zakresie wyznaczonym przez kodeks obyczajowy. Tym zwyczajom nie wolno się przeciwstawiać, nie ma ratunku dla tych kobiet, które chciałyby żyć po swojemu. Philip Roth pokazuje szereg sytuacji bez wyjścia, decyzji wymuszanych przez okoliczności. Bardzo szczegółowo omawia codzienność postaci z uwzględnieniem damsko-męskich relacji i międzyludzkich konfliktów. W tej rzeczywistości każdy musi sobie radzić sam – na zewnątrz wszystko musi pasować do wyznaczonych standardów.
Philip Roth często w swoich powieściach zajmuje się kwestiami intymnymi, przygląda się scenom seksu, pożądaniu i (nie)spełnieniu. Tym razem nieprzyzwoite tematy wręcz omija, przymyka oczy, gdy bohaterowie przeżywają chwile upojenia. W zamian dostarcza jednak czytelnikom o wiele bardziej intymnej relacji. Obserwuje to, co ukryte w czterech ścianach domu, z dala od oczu wszystkich postronnych. Willard, głowa rodziny, wie, czego się od niego oczekuje. Przygarnie na przykład chorą umysłowo siostrę, która z Lucy czuje niewytłumaczalną więź. Nikogo nie zdziwi, że dach nad głową zapewni również Lucy oraz zięciowi, któremu nie można zaufać. W życiu Lucy po niechcianej ciąży namiętności ustępują powinnościom. Kobieta musi podporządkować się życiu społeczności, nawet gdyby miała tym samym zarzucić własne ideały. Ale w „Kiedy była porządną dziewczyną” o marzeniach i nadziejach można zapomnieć. Plany są zawsze wynikiem kompromisów, a nie tęsknot. W świecie, który nie akceptuje swobody seksualnej, wszystko okazuje się bardziej skomplikowane.
Roth bardzo szczegółowo omawia losy Lucy i jej rodziny. Stara się nie wyręczać czytelników w ocenianiu sytuacji, podsuwa im za to cały zestaw danych, z których mogą już samodzielnie wyciągać wnioski. Powieść ta ukazała się po raz pierwszy w 1967 roku, dziś stanowi zatem ciekawostkę obyczajową i kulturową. Przedstawia rzeczywistość, jaką trudno sobie obecnie wyobrazić – ze wszystkimi jej pułapkami i trudnościami dla tych, którzy chcieliby normalnie żyć. „Kiedy była porządną dziewczyną” to psychologiczne studium ograniczeń płynących z umów społecznych. Dla odbiorców obecnie – nawiązanie do zamierzchłej przeszłości, szansa na zrozumienie, a przynajmniej na prześledzenie bezdusznych zasad. Philip Roth portretuje codzienność w warunkach wymagających cierpliwości i dyscypliny – tyle tylko, że bohaterowie tego tomu innego świata nie znają i nie mają pojęcia, że mogą o sobie decydować bez względu na opinie innych. Jest to książka o starannie przemyślanej narracji – i dopracowanej konstrukcji, meandry psychiki eksponująca kosztem akcji. W tej historii dzieje się to, co w wielu podobnych scenariuszach – ale dla Rotha to sam przebieg wydarzeń ma być przedmiotem analizy.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip Roth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip Roth. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 września 2017
sobota, 21 maja 2011
Philip Roth: Fakty. Autobiografia powieściopisarza
Czytelnik, Warszawa 2011.
Powieść życia
Philip Roth słynie z prozy bezkompromisowej, drażniącej i ostrej, przełamuje schematy i porusza się najchętniej w obrębie dwóch wielkich tematów: w motywie bycia Żydem i w zagadnieniu seksu. Ale w „Faktach” chce zaproponować czytelnikom kilka migawek ze swojego życia, tematów, które niejeden raz się w jego tomach przewijały. Obiecujący podtytuł „Autobiografia powieściopisarza” wprowadza odbiorców do świata podporządkowanego pisarskiej manierze Rotha, pofragmentowanego i usystematyzowanego – w odróżnieniu od zwykłej egzystencji. Philip Roth wielokrotnie udowadniał, że doświadczenia i przeżycia autora mogą zostać przekute w literackie tworzywo. W „Autobiografii” proponuje kilka kluczy lekturowych, nakazujących weryfikację kolejnych powieści. Wierni czytelnicy Rotha znajdą tu naprawdę wiele odniesień do zatrzymanych w fikcji pomysłów. Odbiór tego tomu będzie przebiegał zatem dwupoziomowo: po pierwsze – jako zestaw reinterpretacji wcześniejszych dzieł. Po drugie – jako przegląd podpowiedzi fabularnych. Dodatkową przyjemność stanowi śledzenie wyrazistej prozy, a także mała gra z konwencjami, jaką w autorecenzji interesującej pod względem genologicznym funduje swoim wielbicielom Roth.
Autor zdecydował się na opisanie kilku punktów ze swojego życia: prezentuje czas dzieciństwa, wrażenia z college’u, związek z kobietą, która usiłowała wykreować własną biografię przez destrukcyjne czyny, ostre reakcje środowiska żydowskiego na prowokacyjne wątki w prozie Rotha, wreszcie – otwarcie się na przedstawianie tematyki seksu. Po zakończeniu właściwej części tomu pojawia się natomiast coś, co ucieszy fanów twórczości Rotha: list od Nathana Zuckermana. Sygnał do tego, by jeszcze raz zastanowić się nad kompozycją całego tomu i nad szczerością samego pisarza. Roth krytykuje samego siebie, wytyka błędy i przemilczenia, nakazuje powtórną lekturę i weryfikowanie tez, jakie ta przynosi. Autobiografia, zamiast konwencjonalnego utworu, przeradza się w kolejną powieść, tyle że polifoniczność zamienia się tu w mnogość tematów.
Motywy, które w tomie Roth rozwija, nie mogą nikogo zaskoczyć – ale przyznać trzeba, że mimo to potrafi autor pokusić się o celne puenty czy punkty, które wywołają zdumienie czytelników. Usypia czujność odbiorców w miarę spokojnym, logicznym i przejrzystym tekstem, w którym wspomnienia z domu rodzinnego przeplatają się z silnymi doznaniami – po to, by za chwilę zaproponować oryginalne spojrzenie na wątki banalizowane. Nie da się chyba czytać tej książki bez zakodowanych w pamięci fraz i elementów fabuły z poprzednich tomów: każdy akapit uruchamia odpowiednie skojarzenia, „Autobiografia powieściopisarza” przesuwa się w stronę przewodnika po twórczości Rotha.
Philip Roth patrzy na swoje życie jak na zestaw gotowych do wykorzystania scenariuszy – i nie ma zamiaru odtwarzać jego pierwotnej formy, widać, że powrót do chaosu i nieprzewidywalności w ogóle go nie kusi. Jednym z największych atutów „Faktów” okazuje się nieustająca gra z czytelnikami i wizja samego twórcy. Rothowi nie można wierzyć do końca – chociaż wiele tu jego prawdziwych wspomnień. Największym kłamstwem i zarazem źródłem lekturowej przyjemności będzie zatem forma całej historii. To na styku treści i formy kryje się najwięcej pułapek dla odbiorców. Przy Rothu nie sposób się nudzić – kto ma ochotę na apetyczną i ciekawą opowieść, daleką od zwyczajności i rutyny, po „Fakty” powinien sięgnąć.
Powieść życia
Philip Roth słynie z prozy bezkompromisowej, drażniącej i ostrej, przełamuje schematy i porusza się najchętniej w obrębie dwóch wielkich tematów: w motywie bycia Żydem i w zagadnieniu seksu. Ale w „Faktach” chce zaproponować czytelnikom kilka migawek ze swojego życia, tematów, które niejeden raz się w jego tomach przewijały. Obiecujący podtytuł „Autobiografia powieściopisarza” wprowadza odbiorców do świata podporządkowanego pisarskiej manierze Rotha, pofragmentowanego i usystematyzowanego – w odróżnieniu od zwykłej egzystencji. Philip Roth wielokrotnie udowadniał, że doświadczenia i przeżycia autora mogą zostać przekute w literackie tworzywo. W „Autobiografii” proponuje kilka kluczy lekturowych, nakazujących weryfikację kolejnych powieści. Wierni czytelnicy Rotha znajdą tu naprawdę wiele odniesień do zatrzymanych w fikcji pomysłów. Odbiór tego tomu będzie przebiegał zatem dwupoziomowo: po pierwsze – jako zestaw reinterpretacji wcześniejszych dzieł. Po drugie – jako przegląd podpowiedzi fabularnych. Dodatkową przyjemność stanowi śledzenie wyrazistej prozy, a także mała gra z konwencjami, jaką w autorecenzji interesującej pod względem genologicznym funduje swoim wielbicielom Roth.
Autor zdecydował się na opisanie kilku punktów ze swojego życia: prezentuje czas dzieciństwa, wrażenia z college’u, związek z kobietą, która usiłowała wykreować własną biografię przez destrukcyjne czyny, ostre reakcje środowiska żydowskiego na prowokacyjne wątki w prozie Rotha, wreszcie – otwarcie się na przedstawianie tematyki seksu. Po zakończeniu właściwej części tomu pojawia się natomiast coś, co ucieszy fanów twórczości Rotha: list od Nathana Zuckermana. Sygnał do tego, by jeszcze raz zastanowić się nad kompozycją całego tomu i nad szczerością samego pisarza. Roth krytykuje samego siebie, wytyka błędy i przemilczenia, nakazuje powtórną lekturę i weryfikowanie tez, jakie ta przynosi. Autobiografia, zamiast konwencjonalnego utworu, przeradza się w kolejną powieść, tyle że polifoniczność zamienia się tu w mnogość tematów.
Motywy, które w tomie Roth rozwija, nie mogą nikogo zaskoczyć – ale przyznać trzeba, że mimo to potrafi autor pokusić się o celne puenty czy punkty, które wywołają zdumienie czytelników. Usypia czujność odbiorców w miarę spokojnym, logicznym i przejrzystym tekstem, w którym wspomnienia z domu rodzinnego przeplatają się z silnymi doznaniami – po to, by za chwilę zaproponować oryginalne spojrzenie na wątki banalizowane. Nie da się chyba czytać tej książki bez zakodowanych w pamięci fraz i elementów fabuły z poprzednich tomów: każdy akapit uruchamia odpowiednie skojarzenia, „Autobiografia powieściopisarza” przesuwa się w stronę przewodnika po twórczości Rotha.
Philip Roth patrzy na swoje życie jak na zestaw gotowych do wykorzystania scenariuszy – i nie ma zamiaru odtwarzać jego pierwotnej formy, widać, że powrót do chaosu i nieprzewidywalności w ogóle go nie kusi. Jednym z największych atutów „Faktów” okazuje się nieustająca gra z czytelnikami i wizja samego twórcy. Rothowi nie można wierzyć do końca – chociaż wiele tu jego prawdziwych wspomnień. Największym kłamstwem i zarazem źródłem lekturowej przyjemności będzie zatem forma całej historii. To na styku treści i formy kryje się najwięcej pułapek dla odbiorców. Przy Rothu nie sposób się nudzić – kto ma ochotę na apetyczną i ciekawą opowieść, daleką od zwyczajności i rutyny, po „Fakty” powinien sięgnąć.
niedziela, 6 marca 2011
Philip Roth: Wzburzenie
Czytelnik, Warszawa 2011.
Zniewolenie
Świat, w który wprowadza swoich czytelników Philip Roth przez „Wzburzenie” nie jest światem spokojnym, chociaż zagrożenia dotyczą przeważnie skali mikro, mimo rozwijającego się w tle konfliktu koreańskiego. Marcus Messner, młody bohater tej powieści, jest synem koszernego rzeźnika, od początku przygotowywanym do ciężkiej pracy – i do widoku krwi, obrazu, którego nie może zaakceptować. Chłopak nie sprawia problemów: uczy się pilnie, rzadko spotyka się z dziewczynami, nie interesują go żadne rozrywki. Czas dzieli na naukę i pracę. Jednak to nie uspokaja jego ojca – stary rzeźnik nie może opędzić się od katastroficznych wizji, w których traci ukochane dziecko; jego troskliwość powoli zamienia się w obsesję. Marcus przed zaborczością ze strony rodzica ucieka na studia do innego miasta, lecz nie potrafi odnaleźć się w szkolnej społeczności. Tymczasem wojna toczy się dalej…
Philip Roth napisał książkę, w której kwestie żydowskie (lub szerzej – wyznaniowe) i aspekty seksualności zeszły na trochę dalszy plan, pozostawiając miejsce na literacką analizę buntu i wyobcowania. W jego ujęciu rytm codziennym wydarzeniom i pozornie zwykłym sprawom dojrzewania nadają pełne wściekłości słowa chińskiego hymnu, wzburzenie staje się wartością, która kieruje głównym bohaterem i nakazuje mu odrzucać skostniałe poglądy potencjalnych autorytetów. Marcus w swojej rzeczywistości próbuje być idealistą: wierzy w czystą i niewinną miłość, stara się być posłuszny wobec rodziców, ale jednocześnie spiera się z dziekanem i kolegami z akademika. Samotność to nie jedyna cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za pragnienie spokoju i wolności.
„Wzburzenie” to powieść o zniewoleniu. Chłopak nie ma praktycznie szans, by pokierować swoim życiem tak, jakby chciał, mało tego – nie może nawet brać odpowiedzialności za własne błędy. Wina zawsze spadnie na kogoś innego – na chorego psychicznie ojca i udręczoną matkę, na wybrankę serca, którą powinni zająć się psychiatrzy, na spokojnego współlokatora, czy na akademickich dręczycieli. Marcus uzależniony jest od innych, chociaż na taki stan rzeczy się nie zgadza: nie może jednak nic zmienić, jego drobne buntownicze gesty nie przyniosą poprawy sytuacji, mało tego – nie zostaną nawet dostrzeżone przez odpowiedzialnych za taki stan rzeczy. Młody chłopak zostaje pozbawiony szansy na dorosłość – co pogłębia tylko jego frustrację.
Przez dużą część książki akcja rozgrywa się dość spokojnie, dramaturgii nadają jej kolejne konflikty, istotne dla samego bohatera – bądź bunty na szerszą skalę (Orgia Białych Majtek), a odwrócona perspektywa sprawia, że na długi czas blednie groza wojny. Tyle że piekła, które zapewniają sobie nawzajem postacie, bez większego trudu dałoby się uniknąć: źródła większości problemów znajdą się w psychice bohaterów. U Rotha łatwo – zbyt łatwo – zacząć wydawać pochopne sądy, tymczasem prosta opowieść obyczajowa staje się tylko atrakcyjną przykrywką dla dramatów natury psychologicznej. We „Wzburzeniu” to właśnie podskórna warstwa tekstu najbardziej przyciąga, kusi i przeraża. Ale i od strony literackiej Roth proponuje powieść piękną: mocno rozbudowane zdania urzekają swoją płynnością – i prostotą, mimo pozorów stylistycznych komplikacji.
Jest „Wzburzenie” książką, która łączy atrakcyjną dla zwykłych czytelników fabułę z podwojonym przekazem, literackość z wewnętrznym niepokojem. Historia Marcusa Messnera zrobi na odbiorcach spore wrażenie – ale równie silne emocje wywołać mogą polekturowe refleksje.
Zniewolenie
Świat, w który wprowadza swoich czytelników Philip Roth przez „Wzburzenie” nie jest światem spokojnym, chociaż zagrożenia dotyczą przeważnie skali mikro, mimo rozwijającego się w tle konfliktu koreańskiego. Marcus Messner, młody bohater tej powieści, jest synem koszernego rzeźnika, od początku przygotowywanym do ciężkiej pracy – i do widoku krwi, obrazu, którego nie może zaakceptować. Chłopak nie sprawia problemów: uczy się pilnie, rzadko spotyka się z dziewczynami, nie interesują go żadne rozrywki. Czas dzieli na naukę i pracę. Jednak to nie uspokaja jego ojca – stary rzeźnik nie może opędzić się od katastroficznych wizji, w których traci ukochane dziecko; jego troskliwość powoli zamienia się w obsesję. Marcus przed zaborczością ze strony rodzica ucieka na studia do innego miasta, lecz nie potrafi odnaleźć się w szkolnej społeczności. Tymczasem wojna toczy się dalej…
Philip Roth napisał książkę, w której kwestie żydowskie (lub szerzej – wyznaniowe) i aspekty seksualności zeszły na trochę dalszy plan, pozostawiając miejsce na literacką analizę buntu i wyobcowania. W jego ujęciu rytm codziennym wydarzeniom i pozornie zwykłym sprawom dojrzewania nadają pełne wściekłości słowa chińskiego hymnu, wzburzenie staje się wartością, która kieruje głównym bohaterem i nakazuje mu odrzucać skostniałe poglądy potencjalnych autorytetów. Marcus w swojej rzeczywistości próbuje być idealistą: wierzy w czystą i niewinną miłość, stara się być posłuszny wobec rodziców, ale jednocześnie spiera się z dziekanem i kolegami z akademika. Samotność to nie jedyna cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za pragnienie spokoju i wolności.
„Wzburzenie” to powieść o zniewoleniu. Chłopak nie ma praktycznie szans, by pokierować swoim życiem tak, jakby chciał, mało tego – nie może nawet brać odpowiedzialności za własne błędy. Wina zawsze spadnie na kogoś innego – na chorego psychicznie ojca i udręczoną matkę, na wybrankę serca, którą powinni zająć się psychiatrzy, na spokojnego współlokatora, czy na akademickich dręczycieli. Marcus uzależniony jest od innych, chociaż na taki stan rzeczy się nie zgadza: nie może jednak nic zmienić, jego drobne buntownicze gesty nie przyniosą poprawy sytuacji, mało tego – nie zostaną nawet dostrzeżone przez odpowiedzialnych za taki stan rzeczy. Młody chłopak zostaje pozbawiony szansy na dorosłość – co pogłębia tylko jego frustrację.
Przez dużą część książki akcja rozgrywa się dość spokojnie, dramaturgii nadają jej kolejne konflikty, istotne dla samego bohatera – bądź bunty na szerszą skalę (Orgia Białych Majtek), a odwrócona perspektywa sprawia, że na długi czas blednie groza wojny. Tyle że piekła, które zapewniają sobie nawzajem postacie, bez większego trudu dałoby się uniknąć: źródła większości problemów znajdą się w psychice bohaterów. U Rotha łatwo – zbyt łatwo – zacząć wydawać pochopne sądy, tymczasem prosta opowieść obyczajowa staje się tylko atrakcyjną przykrywką dla dramatów natury psychologicznej. We „Wzburzeniu” to właśnie podskórna warstwa tekstu najbardziej przyciąga, kusi i przeraża. Ale i od strony literackiej Roth proponuje powieść piękną: mocno rozbudowane zdania urzekają swoją płynnością – i prostotą, mimo pozorów stylistycznych komplikacji.
Jest „Wzburzenie” książką, która łączy atrakcyjną dla zwykłych czytelników fabułę z podwojonym przekazem, literackość z wewnętrznym niepokojem. Historia Marcusa Messnera zrobi na odbiorcach spore wrażenie – ale równie silne emocje wywołać mogą polekturowe refleksje.
czwartek, 1 kwietnia 2010
Philip Roth: Przeciwżycie
Czytelnik, Warszawa 2010.
Potęga pożądania
Philip Roth nie zawodzi: każda kolejna książka tego pisarza przynosi nie tylko ciekawe fabuły i piękną narrację, ale też nowe realizacje podstawowych zagadnień: tematyki żydowskiej, autotematyzmu i spraw seksu. W „Przeciwżyciu” te trzy kwestie zdominują niezwykłą opowieść, lecz Roth, mimo literackich obsesji, do których przyznają się jego bohaterowie, znów zaproponuje oryginalną historię, a właściwie kilka historii, połączonych w spójną, nie zawsze łatwą do wytłumaczenia i realistyczną, całość.
Rozpoczyna się od typowego dla Philipa Rotha dramatu: prawie czterdziestoletni mężczyzna spostrzega, że leki hamujące rozwój miażdżycy uczyniły go impotentem. Henry nie odczuwał wcześniej objawów choroby wieńcowej, musiał jednak podjąć kurację – nie spodziewał się natomiast tragicznych skutków ubocznych. Przywrócenie sprawności seksualnej stało się dla bohatera życiowym celem – głównie ze względu na namiętną kochankę. Jedyną możliwość powrotu do erotycznych uciech miała być operacja: mimo protestów otoczenia mężczyzna zdecydował się podjąć ryzyko; zabiegu nie przeżył Ten motyw jest refrenem „Przeciwżycia”. Brat zmarłego, pisarz Nathan Zuckerman zaczyna bowiem sprawdzać, jak potoczyłyby się losy Henry’ego w innych okolicznościach. Przenosi się do Izraela i wśród ortodoksyjnych Żydów umieszcza swoją historię, zdominowaną przez dyskusje na temat żydowskiej mentalności, ograniczeń oraz potencjałów, wywoływanych za sprawą interpretacji wskazań religijno-wyznaniowych. Nathan zbiera ciekawy materiał, obserwacje przydadzą mu się w praktyce twórczej. To mu jednak nie wystarcza – proponuje kolejny obrazek: pogodzonego z życiem bez seksu siebie. Nathan Zuckerman przeżywa to, co na początku powieści spotkało Henry’ego, wydaje się, że rozsądniej – ale nagle przy jego boku pojawia się kobieta, dla której bohater decyduje się na operację. Skutki tego kroku są już znane. Nathan i Henry powrócą raz jeszcze, w silnym, jak zawsze u Rotha, autotematycznym stylu.
Tym razem nie ma w „Przeciwżyciu” opisów zbliżeń, które uświadamiają przede wszystkim ubóstwo języka w przedstawianiu najintymniejszej sfery ludzkich doznań – są za to dużo bardziej wysmakowane, wysublimowane obrazy pieszczot i wzajemnych czułości. Nie one wydają się tu najważniejsze, ponieważ Roth skupia się bardziej na międzyludzkich relacjach, pokazuje miłość i pożądanie od strony psychiki – być może zaskoczy tym niektórych czytelników, na pewno ich do siebie w ten sposób przekona. Roth portretuje rozmaite związki: banalny i stereotypowy układ, w którym mąż zdradza żonę z sekretarką wybrzmiewa obok nietypowego uczucia czterdziestoczteroletniego impotenta do młodszej o siedemnaście lat kobiety. Autor unika rutyny, wprowadzając do książki bogatą galerię postaci – i sprawdzając, jak poszczególni bohaterowie odnajdą się w zwyczajnych realiach.
Sporą część książki zajmują polityczne wywody na temat mentalności Żydów. Roth wyraźnie chce prowokować, nawołuje do dyskusji, drażni i jątrzy, wysuwając raz rzeczowe argumenty, to znowu emocjonalne i jednostronne oceny. Oskarża Żydów, by za chwilę skrytykować antysemitów. Długo by wymieniać postulaty, jakie zamknął Roth w ognistych dyskusjach bohaterów – dość wspomnieć, że wśród tez znalazło się między innymi nawoływanie, by w kreacji współczesnego Żyda unikać nawiązań do Holokaustu. Z pewnością zainteresowani tematem będą „Przeciwżycie” czytać z zapartym tchem.
Wielbicieli literatury pięknej oraz wątków poświęconych pisaniu czeka czytelnicza uczta. Rozważania na temat prawdy i fikcji, kreacji świata w powieściach, wtopione w rozwój wydarzeń, zaskakują trafnością i oryginalnością jednocześnie. „Przedmiotem zazdrości [w stosunku do powieściopisarza] jest dar teatralnego samoprzeobrażenia, sposób, w jaki autorzy potrafią dzięki talentowi rozluźnić i zatrzeć swój związek z prawdziwym życiem”. Roth w charakterystyczny dla siebie sposób zlewa fikcję literacką z powieściowym życiem bohaterów, tworząc jakby podwójną scenę: czytelnik obserwuje egzystencję postaci, postać śledzi zachowania i perypetie przekuwanych w tworzywo literackie bohaterów, świadoma tego, że sama stanie się bohaterem. Ci ostatni w łańcuchu czytelniczym jednak mogą się zwrócić przeciw demiurgom, powołującym ich do istnienia, wpływając także na czytelników. Roth żongluje tego typu zabiegami, ubarwiając „Przeciwżycie”.
Autor udowadnia, że zasługuje na nagrody i wyróżnienia, jakie są mu od przeszło dekady przyznawane. „Przeciwżycie” jest lekturą, w której przenika się problematyka społeczna, polityczna i obyczajowa z piękną, zmienianą narracją (od czasu do czasu Roth przechodzi do systemu opowiadania wywiadami, rezygnując z opisu na rzecz systemu celnych i trudnych pytań oraz rzeczowych odpowiedzi). Nie tylko wielbicielom tego twórcy książka przypadnie do gustu.
Potęga pożądania
Philip Roth nie zawodzi: każda kolejna książka tego pisarza przynosi nie tylko ciekawe fabuły i piękną narrację, ale też nowe realizacje podstawowych zagadnień: tematyki żydowskiej, autotematyzmu i spraw seksu. W „Przeciwżyciu” te trzy kwestie zdominują niezwykłą opowieść, lecz Roth, mimo literackich obsesji, do których przyznają się jego bohaterowie, znów zaproponuje oryginalną historię, a właściwie kilka historii, połączonych w spójną, nie zawsze łatwą do wytłumaczenia i realistyczną, całość.
Rozpoczyna się od typowego dla Philipa Rotha dramatu: prawie czterdziestoletni mężczyzna spostrzega, że leki hamujące rozwój miażdżycy uczyniły go impotentem. Henry nie odczuwał wcześniej objawów choroby wieńcowej, musiał jednak podjąć kurację – nie spodziewał się natomiast tragicznych skutków ubocznych. Przywrócenie sprawności seksualnej stało się dla bohatera życiowym celem – głównie ze względu na namiętną kochankę. Jedyną możliwość powrotu do erotycznych uciech miała być operacja: mimo protestów otoczenia mężczyzna zdecydował się podjąć ryzyko; zabiegu nie przeżył Ten motyw jest refrenem „Przeciwżycia”. Brat zmarłego, pisarz Nathan Zuckerman zaczyna bowiem sprawdzać, jak potoczyłyby się losy Henry’ego w innych okolicznościach. Przenosi się do Izraela i wśród ortodoksyjnych Żydów umieszcza swoją historię, zdominowaną przez dyskusje na temat żydowskiej mentalności, ograniczeń oraz potencjałów, wywoływanych za sprawą interpretacji wskazań religijno-wyznaniowych. Nathan zbiera ciekawy materiał, obserwacje przydadzą mu się w praktyce twórczej. To mu jednak nie wystarcza – proponuje kolejny obrazek: pogodzonego z życiem bez seksu siebie. Nathan Zuckerman przeżywa to, co na początku powieści spotkało Henry’ego, wydaje się, że rozsądniej – ale nagle przy jego boku pojawia się kobieta, dla której bohater decyduje się na operację. Skutki tego kroku są już znane. Nathan i Henry powrócą raz jeszcze, w silnym, jak zawsze u Rotha, autotematycznym stylu.
Tym razem nie ma w „Przeciwżyciu” opisów zbliżeń, które uświadamiają przede wszystkim ubóstwo języka w przedstawianiu najintymniejszej sfery ludzkich doznań – są za to dużo bardziej wysmakowane, wysublimowane obrazy pieszczot i wzajemnych czułości. Nie one wydają się tu najważniejsze, ponieważ Roth skupia się bardziej na międzyludzkich relacjach, pokazuje miłość i pożądanie od strony psychiki – być może zaskoczy tym niektórych czytelników, na pewno ich do siebie w ten sposób przekona. Roth portretuje rozmaite związki: banalny i stereotypowy układ, w którym mąż zdradza żonę z sekretarką wybrzmiewa obok nietypowego uczucia czterdziestoczteroletniego impotenta do młodszej o siedemnaście lat kobiety. Autor unika rutyny, wprowadzając do książki bogatą galerię postaci – i sprawdzając, jak poszczególni bohaterowie odnajdą się w zwyczajnych realiach.
Sporą część książki zajmują polityczne wywody na temat mentalności Żydów. Roth wyraźnie chce prowokować, nawołuje do dyskusji, drażni i jątrzy, wysuwając raz rzeczowe argumenty, to znowu emocjonalne i jednostronne oceny. Oskarża Żydów, by za chwilę skrytykować antysemitów. Długo by wymieniać postulaty, jakie zamknął Roth w ognistych dyskusjach bohaterów – dość wspomnieć, że wśród tez znalazło się między innymi nawoływanie, by w kreacji współczesnego Żyda unikać nawiązań do Holokaustu. Z pewnością zainteresowani tematem będą „Przeciwżycie” czytać z zapartym tchem.
Wielbicieli literatury pięknej oraz wątków poświęconych pisaniu czeka czytelnicza uczta. Rozważania na temat prawdy i fikcji, kreacji świata w powieściach, wtopione w rozwój wydarzeń, zaskakują trafnością i oryginalnością jednocześnie. „Przedmiotem zazdrości [w stosunku do powieściopisarza] jest dar teatralnego samoprzeobrażenia, sposób, w jaki autorzy potrafią dzięki talentowi rozluźnić i zatrzeć swój związek z prawdziwym życiem”. Roth w charakterystyczny dla siebie sposób zlewa fikcję literacką z powieściowym życiem bohaterów, tworząc jakby podwójną scenę: czytelnik obserwuje egzystencję postaci, postać śledzi zachowania i perypetie przekuwanych w tworzywo literackie bohaterów, świadoma tego, że sama stanie się bohaterem. Ci ostatni w łańcuchu czytelniczym jednak mogą się zwrócić przeciw demiurgom, powołującym ich do istnienia, wpływając także na czytelników. Roth żongluje tego typu zabiegami, ubarwiając „Przeciwżycie”.
Autor udowadnia, że zasługuje na nagrody i wyróżnienia, jakie są mu od przeszło dekady przyznawane. „Przeciwżycie” jest lekturą, w której przenika się problematyka społeczna, polityczna i obyczajowa z piękną, zmienianą narracją (od czasu do czasu Roth przechodzi do systemu opowiadania wywiadami, rezygnując z opisu na rzecz systemu celnych i trudnych pytań oraz rzeczowych odpowiedzi). Nie tylko wielbicielom tego twórcy książka przypadnie do gustu.
piątek, 15 stycznia 2010
Philip Roth: Operacja Shylock. Wyznanie
Czytelnik, Warszawa 2009.
Dwie strony lustra
Na książki Philipa Rotha czekam zawsze z niecierpliwością – nie ze względu na ich tematykę, która momentami schodzi nawet na dalszy plan, ale za sprawą rewelacyjnych narracji, które nie tracą nic w tłumaczeniu. Niepowtarzalny, a i trudny do podrobienia rytm prozy Rotha staje się czynnikiem przyciągającym wielu czytelników, nawet jeśli nie uświadamiają sobie oni przyczyny sięgania po te powieści. Nie bez znaczenia pozostają również dwa głośne tematy, które przez książki Rotha przewijają się nieustannie – kwestia seksu oraz sprawy związane z byciem Żydem – jak się łatwo domyślić, już nacisk kładziony na te motywy przysporzyłby autorowi popularności: bezkompromisowy sposób prowadzenia narracji, a i odważne rozwiązania fabularne to cechy dla pisarstwa Rotha znamienne. Teoretycznie przezroczysty styl w rzeczywistości okazuje się relacją, która opływa czytelnika i wciąga go w głąb przedstawianej akurat historii.
W „Operacji Shylock” Roth gra motywami, zestawiając ze sobą płaszczyznę prawdy i fikcji. Tłem dla opowieści staje się proces nazistowskiego zbrodniarza, oprawcy z Treblinki, Johna Demianiuka. Wątek ten pisarz rozbudowuje o wizerunek syna oskarżonego – to dla potomka Demianiuk nie może przyznać się do przeszłości. Syn Demianiuka mógłby być natomiast łatwym celem dla tych, którzy chcieliby się zemścić za doznane krzywdy – to druga ścieżka wplątana w fabułę. Kanwę utworu stanowi natomiast kwestia katoptryzmu: Philip Roth, bohater i alter ego autora, wychodzi właśnie z depresji, w którą wpędził go zażywany lek na uspokojenie. Niespodziewanie dowiaduje się, że w Izraelu pojawił się osobnik podający się za niego samego – za Philipa Rotha, pisarza. Tajemniczy mężczyzna propaguje ideę diasporyzmu – chce, by Żydzi rozproszyli się po świecie, zamieszkali w różnych krajach (między innymi – by powrócili do Polski, tam, gdzie przed II wojną światową mieszkali ich krajanie – o tym projekcie fałszywy Roth rozmawia w powieści z Lechem Wałęsą). Rozważania na temat żydowskiej tożsamości wypełniają sporą część książki. Także motyw sobowtóra autor rozwarstwia, wyłuskując z niego drobniejsze wątki. Co ciekawe, sam Roth odsuwa możliwość interpretowania tego zagadnienia przez psychoanalityczne koncepcje – modyfikuje tradycyjne obrazy katoptryzmu i w swojej powieści dba o to, by nie dało się w odbiorze stosować oczywistych rozwiązań i schematycznych odczytań.
W „Operacji Shylock” Philip Roth sięga po rozmaite sposoby wypowiedzi i łączy ze sobą różne literackie konwencje. Jako mistrz dialogu, posługuje się często kunsztownie budowanymi dialogami, rozmowy stają się w tej powieści nośnikiem informacji, a i popisem literackim. Pojawia się również cały zestaw quasi-gatunków, Roth z łatwością porusza się między różnymi formami, czerpie z powieści psychologicznej, thrillera, powieści politycznej, całego zestawu gatunków prasowych, które przekuwa na literaturę piękną. W tym tomie, obszerniejszym niż większość propozycji Rotha, widać dobrze mechanizm pisania: autor rozszczepia kolejne zagadnienia i rozwija opowieść wielotorowo. Osobnym tematem będzie parodia i satyra – raczej rzadki u amerykańskiego twórcy, przykładem dowcipu Rotha jest choćby konwencjonalny zapis o fikcyjności wydarzeń (przytoczony wcześniej i skomentowany odpowiednio w samej książce). Mało tego – „Operacja Shylock” zdradza kunszt autora ułożeniem rozdziałów: w pierwszej części dwa ostatnie rozdziały są lustrzanym odbiciem dwóch pierwszych, granica lustra przebiega w rozdziale trzecim. Roth bawi się w ten sposób nie tylko treścią, ale i korespondującą z nią formą. Wszystko to czyni dyskretnie, tak, że strukturę powieści odkrywa się stopniowo, co daje dodatkową satysfakcję odbiorcom. Powraca w książce także kilka uwag na temat autotematyzmu – Roth, choć pozornie trzyma się jednego tematu, naprawdę prowadzi wiele równoległych opowieści, co czyni „Operację Shylock” lekturą frapującą.
Dwie strony lustra
Na książki Philipa Rotha czekam zawsze z niecierpliwością – nie ze względu na ich tematykę, która momentami schodzi nawet na dalszy plan, ale za sprawą rewelacyjnych narracji, które nie tracą nic w tłumaczeniu. Niepowtarzalny, a i trudny do podrobienia rytm prozy Rotha staje się czynnikiem przyciągającym wielu czytelników, nawet jeśli nie uświadamiają sobie oni przyczyny sięgania po te powieści. Nie bez znaczenia pozostają również dwa głośne tematy, które przez książki Rotha przewijają się nieustannie – kwestia seksu oraz sprawy związane z byciem Żydem – jak się łatwo domyślić, już nacisk kładziony na te motywy przysporzyłby autorowi popularności: bezkompromisowy sposób prowadzenia narracji, a i odważne rozwiązania fabularne to cechy dla pisarstwa Rotha znamienne. Teoretycznie przezroczysty styl w rzeczywistości okazuje się relacją, która opływa czytelnika i wciąga go w głąb przedstawianej akurat historii.
W „Operacji Shylock” Roth gra motywami, zestawiając ze sobą płaszczyznę prawdy i fikcji. Tłem dla opowieści staje się proces nazistowskiego zbrodniarza, oprawcy z Treblinki, Johna Demianiuka. Wątek ten pisarz rozbudowuje o wizerunek syna oskarżonego – to dla potomka Demianiuk nie może przyznać się do przeszłości. Syn Demianiuka mógłby być natomiast łatwym celem dla tych, którzy chcieliby się zemścić za doznane krzywdy – to druga ścieżka wplątana w fabułę. Kanwę utworu stanowi natomiast kwestia katoptryzmu: Philip Roth, bohater i alter ego autora, wychodzi właśnie z depresji, w którą wpędził go zażywany lek na uspokojenie. Niespodziewanie dowiaduje się, że w Izraelu pojawił się osobnik podający się za niego samego – za Philipa Rotha, pisarza. Tajemniczy mężczyzna propaguje ideę diasporyzmu – chce, by Żydzi rozproszyli się po świecie, zamieszkali w różnych krajach (między innymi – by powrócili do Polski, tam, gdzie przed II wojną światową mieszkali ich krajanie – o tym projekcie fałszywy Roth rozmawia w powieści z Lechem Wałęsą). Rozważania na temat żydowskiej tożsamości wypełniają sporą część książki. Także motyw sobowtóra autor rozwarstwia, wyłuskując z niego drobniejsze wątki. Co ciekawe, sam Roth odsuwa możliwość interpretowania tego zagadnienia przez psychoanalityczne koncepcje – modyfikuje tradycyjne obrazy katoptryzmu i w swojej powieści dba o to, by nie dało się w odbiorze stosować oczywistych rozwiązań i schematycznych odczytań.
W „Operacji Shylock” Philip Roth sięga po rozmaite sposoby wypowiedzi i łączy ze sobą różne literackie konwencje. Jako mistrz dialogu, posługuje się często kunsztownie budowanymi dialogami, rozmowy stają się w tej powieści nośnikiem informacji, a i popisem literackim. Pojawia się również cały zestaw quasi-gatunków, Roth z łatwością porusza się między różnymi formami, czerpie z powieści psychologicznej, thrillera, powieści politycznej, całego zestawu gatunków prasowych, które przekuwa na literaturę piękną. W tym tomie, obszerniejszym niż większość propozycji Rotha, widać dobrze mechanizm pisania: autor rozszczepia kolejne zagadnienia i rozwija opowieść wielotorowo. Osobnym tematem będzie parodia i satyra – raczej rzadki u amerykańskiego twórcy, przykładem dowcipu Rotha jest choćby konwencjonalny zapis o fikcyjności wydarzeń (przytoczony wcześniej i skomentowany odpowiednio w samej książce). Mało tego – „Operacja Shylock” zdradza kunszt autora ułożeniem rozdziałów: w pierwszej części dwa ostatnie rozdziały są lustrzanym odbiciem dwóch pierwszych, granica lustra przebiega w rozdziale trzecim. Roth bawi się w ten sposób nie tylko treścią, ale i korespondującą z nią formą. Wszystko to czyni dyskretnie, tak, że strukturę powieści odkrywa się stopniowo, co daje dodatkową satysfakcję odbiorcom. Powraca w książce także kilka uwag na temat autotematyzmu – Roth, choć pozornie trzyma się jednego tematu, naprawdę prowadzi wiele równoległych opowieści, co czyni „Operację Shylock” lekturą frapującą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






