* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 9 stycznia 2011

Isabelle Erler: Moje ciało

Media Rodzina, Poznań 2010.

Był sobie człowiek

Do tematów niezmiennie intrygujących maluchy należą tajniku ludzkiego ciała. Zanim jednak uczniowie podstawówek zaczną na biologii poznawać budowę człowieka, sięgnąć mogą po kieszonkową publikację z serii „Pixi. Ja wiem!” napisaną przez Isabelle Erler. „Moje ciało” to bardzo krótki przewodnik po wnętrzu ludzkiego ciała – autorka w ogromnym skrócie opowiada dzieciom o układzie kostnym, mięśniach, skórze i włosach, zmysłach, mózgu, układzie krwionośnym, zębach, układzie pokarmowym, narządach rozrodczych i innych ważnych organach (wątroba, żołądek, nerki, pęcherz czy śledziona). Oczywiście nie ma tu miejsca na drobiazgowe prezentowanie wszystkich procesów zachodzących w organizmie, Erler podaje tylko najbardziej ogólne wiadomości, które w zależności od odbiorcy, zaspokoją bądź rozbudzą ciekawość dzieci.

Isabelle Erler stawia na przydatne maluchom informacje, myśli kategoriami małego, odkrywającego świat człowieka, zadającego wciąż pytania o przyczyny rozmaitych zjawisk. Tłumaczy między innymi, jak to się dzieje, że zginamy i prostujemy rękę, co daje nam skóra (i dlaczego niektórzy ludzie mają ją ciemną, a inni jasną). Pokazuje różnice między białymi i czerwonymi krwinkami, a na marginesie swoich wywodów przemyca też treści pedagogiczne („Z uwagi na to, że uszkodzone szkliwo nie odnawia się, o zęby trzeba dbać i regularnie chodzić do dentysty”). Sprawia, że małym odbiorcom łatwiej będzie pojąć kolejne codzienne czynności i uświadomi dzieciom potencjał tkwiący w organizmie. Zdarza się, że niektóre – zwykle w odniesieniu do rzeczywistości mniej atrakcyjne – informacje przekuwa Erler na emocjonalne komentarze („co by to było, gdybyśmy na chwilę zapomnieli oddychać?”).

Do lekkiego stylu pisania autorki dostosowuje się też ilustrator książeczki, który „poważne” motywy próbuje ożywiać i przez pouczające obrazki przyciągnąć maluchy do czytania. I tak na przykład szkielet ma na stopach trampki, a w ręku trzyma deskorolkę – nie dla ukazania ponurego memento, a dla oddalenia grozy, wprowadza w ten sposób Friederike Rave do tomiku trochę uśmiechu, niezbędnego przecież w wydawnictwach edukacyjnych dla najmłodszych. Przy opisywaniu mięśni pokazuje dzieciaka, który stroi głupie miny do odbiorcy. Nie podoba mi się za to rysunek podpisany jako „widok niektórych mięśni twarzowych” – wprawdzie przy wyobraźni małych odbiorców obrazek wystarczy: ale jest zbyt ogólnikowy, by traktować go jako pomoc naukową. Rave wie dobrze, że musi zaintrygować maluchy – i na przykład rozrysowuje, które smaki odbieramy za pomocą których części języka. To może stać się punktem wyjścia do ciekawych doświadczeń i znakomicie zachęca do podjęcia lektury. Krwinki natomiast w ujęciu ilustratora wyglądają niemal jak wyjęte z kreskówkowego serialu „Było sobie życie” – to komiksowe postacie, mało skomplikowane organizmy z uśmiechniętymi buziami.

W „Quizie Pixi” – jednym ze stałych elementów książeczek serii „Pixi. Ja wiem!” pojawia się mnóstwo zabawnych odpowiedzi – medyczne nazwy narządów ciała „zależą od preferencji lekarza – każdy wymyśla te nazwy sam”, człowiek nie potrafi zmysłami wyczuć zadania domowego, „w ciele człowieka nie płynie krew lecz mleko”, a powieki służą człowiekowi do tego, żeby „skutecznie robić piękne oczy” lub „żeby było co malować tuszem”. Oczywiście klucz podany na końcu testu umożliwia takie zabawy – żadne z dzieci nie zostanie utwierdzone w niewłaściwym mniemaniu.

„Moje ciało” to jedna z lepszych książeczek serii „Pixi”. Napisana przystępnym językiem, niepozbawiona poczucia humoru, przedstawia zagadnienia tak, by zainteresować dzieci, a jednocześnie nie zmęczyć ich nadmiarem niepotrzebnych – lub trudnych do zapamiętania – wiadomości.

sobota, 8 stycznia 2011

Dominika Oramus: O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodermizm

Trio, Warszawa 2010.


Świat alternatywnych rzeczywistości

Opisywanie zjawiska kulturowego w perspektywie synchronicznej nie jest zadaniem prostym, zwłaszcza jeśli chce się przy okazji spróbować stworzyć jego najcelniejszą definicję i uchwycić reguły nim rządzące. Dominika Oramus utrudniła sobie pracę jeszcze bardziej – chcąc jak najpełniej oddać przemiany zachodzące w literaturze drugiej połowy XX wieku i współczesnej prozie popularnej postawiła na strukturalistyczne schematy. Dyskurs porządkujący zjawisko mariażu powieści science fiction i postmodernistycznych nurtów zamienił książkę „O pomieszaniu gatunków” w dość dobry przewodnik dla recenzentów – odbiorcom zorientowanym w temacie może zabraknąć głębszych analiz i poszukiwań.

Dominika Oramus swoją pracę rozpoczyna klasycznie – od prób podania definicji SF w literaturze i kulturze – pierwszy rozdział jest, jak w niemal każdej pracy naukowej, jednocześnie przeglądem stanu badań, zestawieniem odkryć i opinii badaczy. To niewątpliwie olbrzymie ułatwienie dla tych, którzy nie mieli pojęcia o literaturze SF – otrzymają oni bowiem wiedzę w pigułce, Oramus pokaże, co decyduje o tożsamości SF i kultury postmodernistycznej, sprawdzi, gdzie pojawiła się SF, prześledzi historię gatunku i poszuka podstawowych zasad, pozwalających określić przynależność utworu do tego nurtu. Zaproponuje usystematyzowany do granic możliwości i niemal podręcznikowy zestaw zagadnień: typowe fabuły, bohaterowie, motywy, historia literatury SF, a także jej wpływy na literaturę głównonurtową. Tu ujawnia się pewna słabość opracowania: o ile gatunkowi science fiction poświęca autorka mnóstwo miejsca i uwagi, o tyle już postmodernizm przyjmuje ona za zjawisko oczywiste i niewymagające rozbudowanych komentarzy, utożsamia w pewnych miejscach ten termin ze zjawiskiem popkultury, dla uproszczenia przyjmując określenie „literatura głównonurtowa”. Dychotomiczny podział na SF i całą resztę tekstów nie ma dobrego uzasadnienia – akcentowany w tytule postmodernizm służy autorce jedynie jako tło do ukazania przemian w obrębie literatury SF, umieszczanej przez badaczkę na marginesie twórczości.

Krytykom przyda się z pewnością rozdział trzeci tomu, w całości poświęcony gatunkom i podgatunkom tego typu literatury. Dominika Oramus chce usystematyzować wiedzę o SF i w encyklopedyczny niemal sposób charakteryzuje kolejne odłamy powieści science fiction. Przytacza mnóstwo przykładów i pisze w prosty sposób, tak, że laicy nie będą mieli trudności z ogarnięciem materiału, a część czytelników zapewne zechce sięgnąć po wymienione tytuły i zagłębiać się w wizjach alternatywnej rzeczywistości. Pod tym względem „O pomieszaniu gatunków” sprawdza się doskonale.

Nieco rozczarowuje za to rozdział czwarty, poświęcony Lemowi, Vonnegutowi i Philipowi K. Dickowi – Oramus łączy tu biografie twórców (ze szczególnym uwzględnieniem tych momentów, w których pisarze zmagali się z niezrozumieniem ze strony odbiorców, krytyki i badaczy) z krótkimi streszczeniami najważniejszych tytułów. Zbyt mało tu prób syntezy, jakby dążenie do idealnego uporządkowania wiadomości nakazało Oramus odsunąć na dalszy plan atrakcyjność kompozycji.

Jednak tom „O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm” dla tych, którzy rozpoczynają swoją przygodę z SF powinien być pozycją obowiązkową. Zawiera podstawowe i niezbędne wiadomości przekazane w przystępny sposób, a przy tym rozbudza ciekawość i zapewnia warsztat teoretycznoliteracki, przydatny w lekturze. Imponować może próba ujęcia w ramy zjawiska nie dość ostrego i wyrazistego – i efekt – przewodnik po literaturze science fiction.

wtorek, 4 stycznia 2011

Jerónimo Tristante: Sprawa "Czarnej Wdowy"

Noir sur Blanc, Warszawa 2010.


Spadek

Z powieści rozrywkowych to kryminały stanowią gatunek, którego schematy i rozwiązania zostały wypreparowane, skomentowane i wyeksploatowane przez mniej uzdolnionych twórców. Jerónimo Tristante proponuje odbiorcom tekst, który w całości i niemal do końca czerpie z klasycznych szkieletów konstrukcyjnych kryminałów – to z pewnością zaskoczy koneserów gatunku: autor wybiera drogę, którą nie powinien podążać, jeśli nie chce być oskarżony o nieoryginalność. W „Sprawie »Czarnej Wdowy«” sposób prowadzenia narracji i sięganie do sprawdzonych wzorców przyćmiewają fabułę – akcja toczy się obok wykorzystywanych klisz, a Tristante odwraca uwagę od treści. Sięga wprawdzie po modne w powieściach sensacyjnych motywy – ale nie eksponuje ich należycie, wskutek czego wizja sekretu Zakonu Różokrzyżowców staje się tylko dodatkiem do śledztwa. Detektyw Victor Ros zajmuje się sprawą mężczyzny, zamordowanego najprawdopodobniej przez żonę i jej kochanka – ale musi też stawić czoła własnej żonie, przeczulonej na punkcie praw kobiet i zaprzyjaźnionej z oskarżoną.

Jerónimo Tristante przenosi wydarzenia do pierwszej połowy XIX wieku, najprawdopodobniej po to, by pozbyć się skomplikowanych technologii i podkreślić siłę dedukcji. Victor Ros bowiem to kolejny superdetektyw, następca Holmesa, który z zaobserwowanych drobiazgów potrafi wysnuć daleko idące wnioski i zadziwić otoczenie logicznymi spostrzeżeniami. Udowadnia to od pierwszych stron, odszyfrowując m.in. zawód jednego ze swoich niespodziewanych gości. Tristante za wszelką cenę stara się podkreślić wyjątkowość swojej postaci – i czyni ją raczej nieznośną dla czytelników. Próbuje ocieplić wizerunek Rosa przez ukazanie jego relacji z ciężarną, sympatyzującą z sufrażystkami i upartą żoną. Problemy w pracy przekładają się w tej historii na kłopoty w domu i małżeńskie niesnaski. Jakby tego było mało, teściowa detektywa zamierza związać się z pewnym podejrzanym typem, służąca zachodzi w ciążę (i trzeba odnaleźć i przekonać do ożenku jej amanta). Victor Ros popełnia błędy w pracy, przez co giną kolejne prostytutki, a żona bohatera z uporem broni głównej podejrzanej. Tristante komplikuje akcję, przeplata wątki obyczajowe kryminalnymi i troszczy się o to, by powieść nie wybrzmiewała jednowymiarowo.

Ale efekt momentami psuć może narracja. Oddalenie wydarzeń w czasie mogłoby tłumaczyć rozwiązania tekstowe – ale zdarza się, że narrator rzuca się w oczy – co jest w tego typu książce zupełnie niepotrzebne. Przeniesienie akcji do XIX wieku usprawiedliwia dość sztywne, „literackie” a nie potoczne dialogi – ale nie będzie żadnym wyjaśnieniem dla przechodzenia od wszystkowiedzącego narratora do opowiadacza, który wtrąca emocjonalne komentarze, pyta o rozwój wydarzeń, zamienia się w nieświadomego obserwatora, który na równi z czytelnikami odkrywa dopiero sekrety fabuły. Takich fragmentów jest w książce zaledwie kilka, ale są zauważalne, nie należą zatem do sprawnie wplecionych w tekst.

W tomie chodzi przede wszystkim o dostarczenie rozrywki odbiorcom, stąd dramatyczne chwilami sytuacje, nierozstrzygane do ostatnich stron tajemnice, stąd motywy obyczajowe, stale towarzyszące sprawom kryminalnym. I Jerónimo Tristante rozrywkę czytelnikom przynosi. „Sprawa »Czarnej Wdowy«” rozkręca się z czasem i coraz bardziej wciąga, chociaż na początku wydaje się zbyt schematyczna i sztywna, pozbawiona swobody w prowadzeniu historii i powtarzalna – ale autor mimo wszystko odnosi sukces, angażuje odbiorców w prezentowaną przez siebie opowieść.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Monika Wittmann: Wikingowie

Media Rodzina, Poznań 2010.

Podróż na północ

Wśród bohaterów zaludniających wyobraźnię małych odbiorców – a także (coraz rzadziej) bajki dla nich – wikingowie stanowią zjawisko na tyle egzotyczne, by budzić lęk i ciekawość, ale i na tyle swojskie, by nie wnikać w historię wojowników z Północy. Tym maluchom, które mimo wszystko zechcą dowiedzieć się czegoś o wikingach, z pomocą przychodzi seria „Pixi. Ja wiem!”, w której jeden z zeszytów poświęcony jest właśnie temu zagadnieniu. Monika Wittmann zdecydowała się na oryginalny temat i, trzeba przyznać, przekazuje wiadomości o przybyszach ze Skandynawii w atrakcyjny dla dzieci sposób. Jej książeczka ma jednocześnie walory edukacyjne i rozrywkowe, przynosi mnóstwo informacji w przystępnej formie – „Wikingów” czyta się i ogląda z przyjemnością, mali odbiorcy powinni być zachwyceni – zwłaszcza że na tle współczesnych bohaterów kreskówek dzielni wojownicy wypadają nad wyraz efektownie.

Autorka ładnie dzieli opowieść o wikingach na malutkie i proste do przyswojenia fragmenty. Wyobraźnię rozbudza opisami życia w północnej części Europy czy konstrukcji domów – wciąga czytelników w historię, by dopiero potem przedstawić im trudniejsze wiadomości: na przykład charakterystykę systemu państwowego czy religii. Łatwo zauważyć, że nad encyklopedyczne dane stawia przyjemne i obrazowe opisy – woli opowiedzieć, jak wikingowie określali odległość od lądu za pomocą obserwacji wody, czym żywili się podczas długich podróży i czym handlowali – zamiast podawania suchych i bezemocjonalnych wiadomości. Dotrze dzięki temu do maluchów, a także sprawi, że przedstawiane przez nią opisy na długo zapadną dzieciom w pamięć.

Jak w innych tomikach z tej serii akapity informacyjne przedzielane są graficznie wyróżnionymi miniquizami: każde pytanie ma trzy odpowiedzi i klucz do nich – to szczególnie ważne, jako że Monika Wittmann traktuje te elementy książeczki jako dodatkowe miejsce na przemycanie wiadomości i nie powtarza tam faktów z treści zwykłych akapitów, co sprawia, że dzieci nie będą mogły odgadnąć właściwej odpowiedzi samodzielnie – ale po sprawdzeniu klucza zyskają nowe informacje. To rozwiązanie służy przede wszystkim uniknięciu nudy: prawdopodobnie gdyby Wittmann chciała umieścić w tekście podobne dane, uszłyby one uwadze czytelników. Ścisłe informacje sprawdzają się natomiast idealnie jako materiał do quizowych pytań – Wittmann zamienia naukę w zabawę.

Sigrid Leberer jako ilustratorka sprawdziła się świetnie: pozwala maluchom poznać typowe dla wikingów budowle, scenerię surowej Północy i przedmioty codziennego użytku (chociaż rysunek przedstawiający rzeźbioną figurkę szachową wydaje się być pewnym nadużyciem). O rozmiarach ekspansji wikingów świadczą rysowane przez nią starannie mapki – Sigrid Leberer tworzy przekonujące choć przecież kreskówkowe rysunki.

W książeczce pojawia się jednak także błąd w zagadkach Pixi: na jednym z rysunków ma znajdować się pięć przedmiotów, których w czasach wikingów na pewno nie było, dzieci powinny je znaleźć i nazwać. Ale obok wymienianych w kluczu pięciu odpowiedzi nie pojawia się obecny na obrazku… mikser. To dowód, że korekta musi być czujna nie tylko w warstwie tekstowej.

Jest tomik „Wikingowie” książeczką przyjemną w lekturze i przynoszącą sporo ciekawych wiadomości. Czyta się ją nieźle, Wittmann nie zniechęca hermetycznym stylem czy nadmiarem wiadomości, które nie odwołują się do wyobraźni i wiedzy maluchów. To jedna z bardziej udanych publikacji w cyklu „Pixi. Ja wiem!”.


niedziela, 2 stycznia 2011

Carlos Ruiz Zafón: Książę Mgły

Muza SA, Warszawa 2010.


Cena marzeń

Carlosa Ruiza Zafóna czytelnicy poznali przede wszystkim za sprawą monumentalnych powieści, stylizowanych na dziewiętnastowieczne wielkie narracje. Miłośnicy rytmu prozy tego autora po „Księcia Mgły” sięgną zapewne bez wahania (to w końcu literacki debiut Zafóna) i znajdą tu elementy dobrze znane z późniejszych dzieł, ale też sporo niespodzianek, rozwiązań, o które nie podejrzewaliby ulubionego pisarza. Do „Księcia Mgły” zajrzeć mogą też ci odbiorcy, którym „Cień wiatru” czy „Gra anioła” nie przypadły do gustu – a którzy lubią lekko mroczne sensacyjne powieści o posmaku fantasy. Chociaż „Książę Mgły” kierowany jest głównie do młodzieży, to stanowi on jedną z tych publikacji, które z przyjemnością odkrywać będą także dorośli odbiorcy. Zafón sprawia, że opowieść o Księciu Mgły przechodzi z literatury czwartej i powieści rozrywkowych w stronę literatury pięknej, zarówno przez świetnie prowadzoną narrację, jak i niejednoznaczne i uniwersalne motywy.

Trzynastoletni Max, syn zegarmistrza, przeprowadza się z całą rodziną do małego nadmorskiego miasteczka, by uciec przed wojną (akcja rozgrywa się w 1943 roku). Dom, do którego wprowadzą się bohaterowie, kryje w sobie tajemnicę: kilkuletni syn poprzednich właścicieli w niewiadomych okolicznościach utonął w morzu. Ale i teraźniejszość osnuta jest tajemnicą: w ogrodzie znajdują się dziwne posągi artystów cyrkowych, które zmieniają pozycje i wyrazy twarzy. Do młodszej siostrzyczki Maxa, Iriny, przyplątuje się dziwny kot – niedługo później dziewczynka omal nie traci życia w wypadku. Max i jego starsza siostra, Alice, mają szansę na odkrycie prawdy o niewytłumaczalnych zjawiskach, kiedy zaprzyjaźnią się z nastoletnim Rolandem, wnukiem człowieka, który poznał Księcia Mgły…

Zafón do budzenia strachu swoich czytelników wykorzystuje dość proste, filmowe środki: mnoży tajemnicze zjawiska i sytuacje przerażające bohaterów (ale nie przytłacza nimi odbiorców, jedynie wywołuje dreszczyk emocji), odwołując się do świata magii uniemożliwia praktycznie samodzielne rozszyfrowywanie sekretów, dawkuje wiadomości, atmosferą niedomówienia potęguje lęk. Pozbawia bohaterów opieki dorosłych (to chwyt typowy dla sensacyjnej literatury młodzieżowej, a przy okazji najsłabszy logicznie punkt książki: zarówno Irina, jak i znaleziony przez nią kot, służą autorowi wyłącznie do usunięcia z domu rodziców Maxa na cały czas akcji), buduje między nimi więzi, których zniszczenie stałoby się kolejnym źródłem lęku. Wyzyskuje klimat kojarzonej z horrorami scenerii – nocy, mgły i pustki, oddalenia od ludzi – wszystko po to, by móc łatwo tworzyć napięcie.

Ale warstwa sensacyjna to wątek dla młodszych czytelników. Starszym spodoba się zapewne pomysł na komentowanie międzyludzkich relacji. Nastoletni bohaterowie „Księcia Mgły” dowiadują się nie tylko, że za szczęście trzeba czasami słono zapłacić (motyw oddawania diabłu duszy powraca tu w nowej formie) – poznają również siłę uczuć, dojrzewają, kiedy muszą dokonywać tragicznych wyborów. Tu Zafón jest subtelny, kreatywny i – co najważniejsze – niestereotypowy. Nie potrzebuje szablonów, żeby poprowadzić akcję, dzięki czemu może zaskakiwać czytelników i wnosić sporo świeżości do samej prezentowanej historii.

„Książę Mgły” to pozycja lekka, ale i miejscami niełatwa, wymagająca zaangażowania emocjonalnego (a właściwie wymuszająca to zaangażowanie). Zaprasza odbiorców do świata, obok którego nie da się przejść obojętnie.


sobota, 1 stycznia 2011

Konstanty Ildefons Gałczyński: Mydło, czyli radzimy się powiesić

Iskry, Warszawa 2010.

Polemika z grafomanią

„Trzeba zmienić światopogląd, słownik wyrazów i bieliznę” – radzi w jednym z tekstów w rubryce „Mydło” w „Cyruliku Warszawskim” Konstanty Ildefons Gałczyński. Ten styl, pełen absurdów, niespodziewanych skojarzeń i odważnych komentarzy powraca teraz w tomie „Mydło, czyli radzimy się powiesić”. Jest tu nieco filozoficznej głębi, zawsze przecież obecnej w prześmiewczej satyrze czerpiącej z nonsensu, jest sporo piętnowania głupoty i grafomanii trzeciorzędnych gryzipiórków. Gałczyński nie uznaje kompromisów, jest bezlitosny dla kaleczących literaturę – i dla ich wyznawców. Bawi się, pastiszując grafomańskie formy, bądź opatrując ironicznymi komentarzami co ciekawsze wyimki. O ile „W oparach absurdu” Tuwima i Słonimskiego funkcjonowało już od lat w wydaniu książkowym, o tyle „Mydło” w takim kształcie pojawia się na rynku wydawniczym pierwszy raz i może być znakomitym prezentem dla wielbicieli Gałczyńskiego – a także nie lada niespodzianką, w końcu KIG prezentuje się tu w małych użytkowych formach i odnosi do rzeczywistości, a nie do wyobraźniowego świata, pełnego wyrazistych kolorów, kotów i szarlatanów.

Gałczyński w swoich tekstach często odnosi się do literackich i artystycznych powiązań, sięga po mechanizm plotki, odwołuje się też chętnie do doniesień prasowych (zwłaszcza tych, które przez błędy stylistyczne lub nadmierne uwypuklanie negatywnych cech ludzkich charakterów da się wyśmiać, skomentować szyderczo bądź po prostu podkreślić przez zacytowanie). Uzyskuje w ten sposób jednostronny, ale barwny obraz mieszczańskiego życia – i kolejne źródła śmiechu. „Mydło” to tomik przepojony wolną od litości ironią, a przecież także zbudowany z zabawy, skłonności do dostrzegania zjawisk komicznych, absurdalnych czy głupich. Jest też „Mydło” rodzajem sylwy – przytaczane w książce teksty rzadko kiedy układają się w spójne i łatwe do opisania cykle, więcej je dzieli niż łączy. To zbiór drobiazgów o posmaku satyrycznym, zestawienie dowodów na ludzką głupotę. Nie ma w prześmiewczych komentarzach Gałczyńskiego łagodności, zahamowań czy cenzury obyczajowej – bywa, że notatki na marginesach grafomańskich wypocin niosą treści obraźliwe dla nieszczęsnych i pozbawionych talentu twórców – pełno tu żywych emocji, próżno za to szukać kompromisów. Zabawne, że dzisiaj, w dobie poprawności politycznej, żadne chyba pismo nie zdecydowałoby się na publikowanie podobnych tekstów w trosce o grono przeczulonych na punkcie źle pojętej grzeczności czytelników. W porównaniu z „Mydłem” dzisiejsza satyra wypada blado i asekurancko, warto zatem zajrzeć do tej książki także dla wyznaczenia (czy sprawdzenia) literackich i publicystycznych standardów. Bo chociaż głównym celem lektury będzie w tym wypadku rozrywka, to przecież odpowiednio dobrane przykłady kiczu w twórczości i tekstach użytkowych wpłyną także na ocenę współczesnych pseudoliterackich działań.

Gałczyński, który bawi się grafomanią, nie ma czasu na kreowanie świata magicznego. Sięga raczej po sprawdzone żarty sytuacyjne, rzuca nowe światło na przywoływane fragmenty – zazwyczaj udaje mu się sygnalizowanie niezamierzonych absurdów i stylistycznej bezradności autorów przez umieszczane po tekście z pozoru proste i naiwne pytania lub prośby. Patos zwalcza KIG dosłownością, rozbudowaną metaforykę realizmem. Zwraca uwagę nie na szczegóły, lecz na sprawy duże i ważne – brak literackiego wyczucia, źle ukształtowany gust, ogólny ton utworu. „Mydło” to tomik złośliwy, ale też inteligentny, zabawny i przewrotny.