WAM, Kraków 2010.
Siła przeszłości
Do tej pory wydawane w Polsce powieści Charlesa Martina oparte były na jednym fabularnym schemacie. Mieściło się w nich kilka charakterystycznych dla tego autora motywów, kilka symboli, powielanych niezależnie od pomysłu na książkę. Charles Martin jawił się raczej jako dobry rzemieślnik niż prawdziwy pisarz – a ciągłe wracanie do jednego sposobu rozwijania historii mogło się w końcu odbiorcom znudzić, podobnie zresztą jak emocjonalność opowieści. W „Otulonych deszczem” odchodzi jednak ten autor od wypróbowanych pomysłów i zdecydował się na przedstawienie całkiem nowej historii – chociaż pewne formalne schematy da się i tu dostrzec.
Tucker, bohater książki, jest samotnikiem o skomplikowanej przeszłości. W dzieciństwie przeżywał prawdziwe dramaty, cierpiąc z powodu despotycznego ojca alkoholika – mógł polegać jedynie na trzech osobach: przyrodnim bracie, który pewnego dnia pojawił się w domu, dziewczynce z sąsiedztwa – Katie, oraz pani Elli, opiekunce, nadzwyczaj rozmodlonej, surowej lecz kochającej. Po wielu latach w życiu Tuckera znowu pojawiają się towarzysze z minionych lat. Mutt ma problemy psychiczne, ale ucieka ze szpitala i schronienie znajduje u brata. Katie z kilkuletnim synkiem próbuje zniknąć z oczu mężowi – przypadkiem trafia do Tuckera. Pani Ella od dawna nie żyje, ale wciąż istnieje w głowie bohatera, strofując go jak dziecko, radząc i pouczając. Niespodziewanie dom Tuckera zaczyna tętnić życiem, a w synku Katie bohater dostrzega siebie sprzed lat. Usiłuje zapewnić maluchowi szczęśliwe dzieciństwo, nie wiedząc o tym, że zdobywa serce jego oraz jego matki. Mutt, odporny na rozmaite rodzaje leczenia, dociera do źródeł swojej traumy. Tucker jeszcze może spróbować przebaczyć ojcu…
Jak zawsze, łączy Charles Martin elementy przeszłości i teraźniejszości, pokazuje, jak dawne dzieje rzutują na aktualnie podejmowane decyzje, a to, co minęło, odkrywa stopniowo, choć nie tak rytmicznie jak dotąd. Wprowadza też tym razem trzecią przestrzeń – za sprawą dialogów, rozgrywających się w głowie Tuckera, spajających wspomnienia i wydarzenia rzeczywiste. To dzięki tym rozmowom pani Ella – na wzór głosu sumienia i dobrej niani w jednym – wciąż żyje. Być może próbuje w ten sposób Martin nieco złagodzić krzywdy, jakich kobieta doznawała: opisy brutalnych pobić, turpistyczne i nieprzyjemne dla czytelników, są tu naprawdę mocne – zastąpiły one szczegóły dotyczące przebiegu chorób u postaci z poprzednich tomów. Tym razem choroba tkwi w psychice Mutta – i Martin nie zarzuca odbiorców informacjami o leczeniu, zmniejsza ilość medycznych komentarzy, w zamian za to koncentrując się na drobiazgach w momentach przestoju akcji. Kiedy bohater jedzie samochodem, autor nie stosuje żadnych skrótów w narracji, a dokładnie opisuje większość czynności kierowcy, to nie zawsze jest potrzebne. Nadmierna drobiazgowość czasem może męczyć – inna rzecz, że przyzwyczajonych do stylu Martina to nie zaskoczy.
Ładne są w książce obrazy miłości w różnych jej wymiarach. Uczucie do przyjaciółki z dzieciństwa jest dość typowe. Ale już wizja zachwyconego nowym opiekunem dziecka może wyciskać łzy z oczu co wrażliwszych czytelników, podobnie zresztą jak sceny z powracającym do życia Muttem. Znacznie gorzej wypada, moim zdaniem, kreacja pani Elli – to kobieta, która irytuje, jej postawa niespełnionego kaznodziei szybko męczy. Religijność postaci przemienia się w prowadzącą do świętości martyrologię – i chociaż pani Ella nie jest pozbawiona złośliwego poczucia humoru, jej cierpiętniczość przyćmiewa ślady dowcipu. Szkoda, można było naszkicować tę postać mniej schematycznie, by lektura nie przeradzała się chwilami w tanie pouczenia.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 9 grudnia 2010
środa, 8 grudnia 2010
Jean Deuve: Tajna historia podstępu w czasie drugiej wojny światowej
Muza SA, Warszawa 2010.
Dezinformacja
O losy publikacji „Tajna historia podstępu w czasie drugiej wojny światowej” jestem spokojna – Jean Deuve porusza temat, który przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom militariów i osobom zainteresowanym historią – przyciągnie również zwykłych czytelników, spragnionych dawki sensacyjnych informacji. Deuve wybiera bowiem do swojej książki wiadomości, które niezbyt często trafiają do podręczników, a tym samym do świadomości młodych odbiorców. Przedstawia zagadnienia, które zwykle nie kojarzą się z działaniami wojennymi: odchodzi od wątków batalistycznych w kierunku… wielkiego militarystycznego teatru. W „Tajnej historii podstępu” mniej liczy się rezultat nietypowych działań – chociaż przyznać należy, że Deuve przeważnie zaspokaja ciekawość czytelników i wspomina o powodzeniu bądź fiasku kolejnych przedsięwzięć – znacznie bardziej atrakcyjne stają się pomysły strategów.
Opowieści o szyfrach i zakodowanych informacjach stanowią tu margines właściwej historii – najwięcej miejsca zajmuje bowiem wielka gra pozorów. Tym razem nie liczą się dokonania szpiegów ani ambitne projekty dowódców. Ważne są za to rozmaite strategie dezinformacyjne. Chodzi o to, by wygrać walkę, zanim jeszcze dojdzie do starcia. Cała książka złożona jest z bardzo krótkich opowieści o kolejnych podstępach w ramach poszczególnych akcji. Duże wrażenie zrobić mogą przede wszystkim trudne dzisiaj do wyobrażenia akcje – na przykład budowanie dekoracji, sugerujących, że dany obiekt został niedawno zbombardowany – czy tworzenie fałszywych lotnisk, które mają stanowić cel dla wroga. Jean Deuve opowiada o sytuacjach, w których kilkadziesiąt osób sugerowało istnienie wielkich wojskowych obozów, mówi o dmuchanych czołgach i poruszanych specjalnymi mechanizmami manekinach, o śladach gąsienic i o „przypadkowo” porzucanych, spreparowanych dokumentach, które mają wpaść w ręce przeciwników. Napomyka jedynie – a ten motyw też prosi się o rozwinięcie – o współpracy z iluzjonistami. Urozmaica wywód nietypowymi motywami, na przykład działalnością ekip filmowych. Do tego dochodzą metody dezinformacji czy zadania podwójnych agentów. W efekcie książka, która jest naukowym opracowaniem, wciąga jak powieść sensacyjna, przynosi mnóstwo zaskakujących wiadomości i będzie się podobać odbiorcom. Co ciekawe, wojna schodzi tu na dalszy plan, wiadomo, że liczy się wygranie bitew, ale nie ma miejsca na opowiadanie o ofiarach czy stratach.
Jean Deuve nie daje się jednak ponieść kreatywności swoich bohaterów, przynajmniej w warstwie okołoliterackiej. Wybiera bezemocjonalne i suche relacjonowanie faktów, nie komentuje przytaczanych historii i nie stara się o żadne spoiwo dla kolejnych wydarzeń, woli cytować, przypominać i prezentować, nie chce za to uwodzić narracją – w efekcie lektura wiąże się z ciągłym przeskakiwaniem do następnych pomysłów. Niekiedy też zwykli odbiorcy mogą czuć się przytłoczeni ogromną ilością szczegółów technicznych – ale wynagrodzi im to rejestr najciekawszych podstępów czasu drugiej wojny światowej.
Nie język tej publikacji imponuje, a zestawienie pomysłów. Czytając tę książkę trudno nie zachwycać się rozmaitymi kreatywnymi rozwiązaniami: sprawiają one, że łatwo zapomnieć o ich rzeczywistej przyczynie – wojnie. Całość czytana dzisiaj przywodzi raczej na myśl scenariusze gier strategicznych i ich wyjątkowo pracochłonne realizacje. Deuve pozwala przekonać się, jak „urządzano wielkie widowisko dla samolotu albo dla potencjalnego wroga” – tom nie rozwiewa wielu wątpliwości (parę razy czytelnicy będą się zastanawiać, jak możliwe było realizowanie odważnych i trudnych wizji, kilkakrotnie pożałują też, że fakty zostały przedstawione w tak lakoniczny sposób – podczas gdy chciałoby się rozsmakowywać w ich niezwykłości). Ale przede wszystkim „Tajna historia podstępu” to świetna i zajmująca lektura.
Dezinformacja
O losy publikacji „Tajna historia podstępu w czasie drugiej wojny światowej” jestem spokojna – Jean Deuve porusza temat, który przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom militariów i osobom zainteresowanym historią – przyciągnie również zwykłych czytelników, spragnionych dawki sensacyjnych informacji. Deuve wybiera bowiem do swojej książki wiadomości, które niezbyt często trafiają do podręczników, a tym samym do świadomości młodych odbiorców. Przedstawia zagadnienia, które zwykle nie kojarzą się z działaniami wojennymi: odchodzi od wątków batalistycznych w kierunku… wielkiego militarystycznego teatru. W „Tajnej historii podstępu” mniej liczy się rezultat nietypowych działań – chociaż przyznać należy, że Deuve przeważnie zaspokaja ciekawość czytelników i wspomina o powodzeniu bądź fiasku kolejnych przedsięwzięć – znacznie bardziej atrakcyjne stają się pomysły strategów.
Opowieści o szyfrach i zakodowanych informacjach stanowią tu margines właściwej historii – najwięcej miejsca zajmuje bowiem wielka gra pozorów. Tym razem nie liczą się dokonania szpiegów ani ambitne projekty dowódców. Ważne są za to rozmaite strategie dezinformacyjne. Chodzi o to, by wygrać walkę, zanim jeszcze dojdzie do starcia. Cała książka złożona jest z bardzo krótkich opowieści o kolejnych podstępach w ramach poszczególnych akcji. Duże wrażenie zrobić mogą przede wszystkim trudne dzisiaj do wyobrażenia akcje – na przykład budowanie dekoracji, sugerujących, że dany obiekt został niedawno zbombardowany – czy tworzenie fałszywych lotnisk, które mają stanowić cel dla wroga. Jean Deuve opowiada o sytuacjach, w których kilkadziesiąt osób sugerowało istnienie wielkich wojskowych obozów, mówi o dmuchanych czołgach i poruszanych specjalnymi mechanizmami manekinach, o śladach gąsienic i o „przypadkowo” porzucanych, spreparowanych dokumentach, które mają wpaść w ręce przeciwników. Napomyka jedynie – a ten motyw też prosi się o rozwinięcie – o współpracy z iluzjonistami. Urozmaica wywód nietypowymi motywami, na przykład działalnością ekip filmowych. Do tego dochodzą metody dezinformacji czy zadania podwójnych agentów. W efekcie książka, która jest naukowym opracowaniem, wciąga jak powieść sensacyjna, przynosi mnóstwo zaskakujących wiadomości i będzie się podobać odbiorcom. Co ciekawe, wojna schodzi tu na dalszy plan, wiadomo, że liczy się wygranie bitew, ale nie ma miejsca na opowiadanie o ofiarach czy stratach.
Jean Deuve nie daje się jednak ponieść kreatywności swoich bohaterów, przynajmniej w warstwie okołoliterackiej. Wybiera bezemocjonalne i suche relacjonowanie faktów, nie komentuje przytaczanych historii i nie stara się o żadne spoiwo dla kolejnych wydarzeń, woli cytować, przypominać i prezentować, nie chce za to uwodzić narracją – w efekcie lektura wiąże się z ciągłym przeskakiwaniem do następnych pomysłów. Niekiedy też zwykli odbiorcy mogą czuć się przytłoczeni ogromną ilością szczegółów technicznych – ale wynagrodzi im to rejestr najciekawszych podstępów czasu drugiej wojny światowej.
Nie język tej publikacji imponuje, a zestawienie pomysłów. Czytając tę książkę trudno nie zachwycać się rozmaitymi kreatywnymi rozwiązaniami: sprawiają one, że łatwo zapomnieć o ich rzeczywistej przyczynie – wojnie. Całość czytana dzisiaj przywodzi raczej na myśl scenariusze gier strategicznych i ich wyjątkowo pracochłonne realizacje. Deuve pozwala przekonać się, jak „urządzano wielkie widowisko dla samolotu albo dla potencjalnego wroga” – tom nie rozwiewa wielu wątpliwości (parę razy czytelnicy będą się zastanawiać, jak możliwe było realizowanie odważnych i trudnych wizji, kilkakrotnie pożałują też, że fakty zostały przedstawione w tak lakoniczny sposób – podczas gdy chciałoby się rozsmakowywać w ich niezwykłości). Ale przede wszystkim „Tajna historia podstępu” to świetna i zajmująca lektura.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Dorota Berg: Kudłata
Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.
Długo i szczęśliwie
Scenariusz „Kudłatej” nie zaskoczy nikogo, kto choć odrobinę orientuje się w tendencjach literatury rozrywkowej dla pań, powstałej w ostatniej dekadzie. Dorota Berg najzwyczajniej w świecie opowiada po raz kolejny tę samą historię, nie przyniesie nowych rozwiązań ani nowej fabuły: trzyma się sprawdzonego schematu i jedyne, co ją odróżnia od podobnych pozycji, to język powieści, nieco zindywidualizowany, o czym zaraz.
Kudłata ma trzydzieści pięć lat i dwójkę dzieci. Za sobą – związek zakończony zdradą ze strony partnera i kompletnie nieudane małżeństwo. Przed sobą – żadnych ciekawych planów. Teraz: pracę, niedającą satysfakcji i grono wiernych przyjaciółek, które uwielbiają plotkować przy winie. Trudno o bardziej stereotypowy punkt wyjścia. Kudłata (której kudłatość, na marginesie, stanowi ramę kompozycyjną książki, to jest pojawia się na początku i na końcu, w środku autorka zapomina o tej cesze) uwielbia gadać, zwłaszcza o swoich dzieciach, czego otoczenie zaczyna mieć dosyć. Nie szuka wrażeń w nowych związkach, dopóki na horyzoncie nie pojawi się pewien interesujący mężczyzna…
W paru punktach Berg niebezpiecznie przybliża się do Grocholi, powtarzając pewne motywy. W niektórych momentach pielęgnuje w sobie wiarę, że odwzorowywanie życia bohaterki upoważnia ją do lekkiego odejścia w sferę pozaliteracką (Kudłata zaczyna pisać książkę, ale motyw urywa się równie gwałtownie co kudłatość). Nie do końca panuje autorka nad stworzonym światem – widać to na przykładzie dzieci, którymi bohaterka zachwyca się do znudzenia, by w zasadniczym momencie stracić je z oczu (inaczej; Dorota Berg, żeby móc stworzyć postaciom idealne do romansu warunki, wysyła dzieci na zimowisko, przez co przestają na chwilę funkcjonować w myślach Wiktorii). Wiadomo, jak skończy się powieść, chociaż autorka wprowadza jeszcze na koniec wątek wzruszający i nieprzewidywalny – ale już ścisłe zakończenie wydawać się może zbyt kopciuszkowate, jakby Berg nie chciała, by ktokolwiek został bez pary. Niektórzy bohaterowie rozpływają się znienacka w literackim niebycie, wypierani ze świadomości odbiorczyń przez rozgrywające się na ich oczach „długo i szczęśliwie” – ale to wady debiutantki w dość zachowawczej książce.
Wiadomo, że po powieści w stylu „Kudłatej” sięga się dla wytchnienia i dla poprawy humoru – stąd idealizowanie, happy endy i proste, podnoszące na duchu środki fabularne; trudno więc wymyślić coś nowego – trudno też czegoś nowego oczekiwać. Dorota Berg zamiast imponować oryginalnością, próbuje zamanifestować swoją obecność w języku. Najbardziej charakterystycznym dla tej autorki znakiem jest próba imitowania stylu mówionego i nasycenie emocjonalne fraz. Przenoszenie czasowników na koniec zdania ma pomóc w akcentowaniu treści i manifestować swobodną wypowiedź – czasem obraca się to przeciwko autorce i zdradza raczej lekki stres, maskowany rozgadaniem.
Ale Dorota Berg świetnie wie, do jakiego grona odbiorczyń kieruje swoją książkę – i wie tak samo dobrze, że wszelkie niedoskonałości i błędy zostaną jej błyskawicznie wybaczone – bo oto proponuje czytelniczkom historię ciepłą i przyjemną, krzepiącą i niosącą obietnicę optymistycznego finału. Pisze powieść rozrywkową w stylu dobrze znanym i sprawdzonym. Czyta się tę książkę z przyjemnością – pod warunkiem, że zaakceptuje się rządzące gatunkiem zasady. Napis „Historia antydepresyjna” na okładce zamieniłabym jednak na bardziej trafne słowa „historia pogodna” lub „historia optymistyczna”. Panie, które szukają sprawdzonych fabuł, dobrych czytadeł o szczęśliwej miłości, mogą sobie po „Kudłatą” sięgnąć bez obaw.
„Dylematy jak z prasy kobiecej, notoryczna walka z nadwagą, nałogami i niepohamowanym gadulstwem” – tak prezentuje siebie bohaterka książki. W „Kudłatej” jest wszystko to, do czego odbiorczynie zdążyły się już przyzwyczaić – i to może stać się ogromną siłą książki.
Długo i szczęśliwie
Scenariusz „Kudłatej” nie zaskoczy nikogo, kto choć odrobinę orientuje się w tendencjach literatury rozrywkowej dla pań, powstałej w ostatniej dekadzie. Dorota Berg najzwyczajniej w świecie opowiada po raz kolejny tę samą historię, nie przyniesie nowych rozwiązań ani nowej fabuły: trzyma się sprawdzonego schematu i jedyne, co ją odróżnia od podobnych pozycji, to język powieści, nieco zindywidualizowany, o czym zaraz.
Kudłata ma trzydzieści pięć lat i dwójkę dzieci. Za sobą – związek zakończony zdradą ze strony partnera i kompletnie nieudane małżeństwo. Przed sobą – żadnych ciekawych planów. Teraz: pracę, niedającą satysfakcji i grono wiernych przyjaciółek, które uwielbiają plotkować przy winie. Trudno o bardziej stereotypowy punkt wyjścia. Kudłata (której kudłatość, na marginesie, stanowi ramę kompozycyjną książki, to jest pojawia się na początku i na końcu, w środku autorka zapomina o tej cesze) uwielbia gadać, zwłaszcza o swoich dzieciach, czego otoczenie zaczyna mieć dosyć. Nie szuka wrażeń w nowych związkach, dopóki na horyzoncie nie pojawi się pewien interesujący mężczyzna…
W paru punktach Berg niebezpiecznie przybliża się do Grocholi, powtarzając pewne motywy. W niektórych momentach pielęgnuje w sobie wiarę, że odwzorowywanie życia bohaterki upoważnia ją do lekkiego odejścia w sferę pozaliteracką (Kudłata zaczyna pisać książkę, ale motyw urywa się równie gwałtownie co kudłatość). Nie do końca panuje autorka nad stworzonym światem – widać to na przykładzie dzieci, którymi bohaterka zachwyca się do znudzenia, by w zasadniczym momencie stracić je z oczu (inaczej; Dorota Berg, żeby móc stworzyć postaciom idealne do romansu warunki, wysyła dzieci na zimowisko, przez co przestają na chwilę funkcjonować w myślach Wiktorii). Wiadomo, jak skończy się powieść, chociaż autorka wprowadza jeszcze na koniec wątek wzruszający i nieprzewidywalny – ale już ścisłe zakończenie wydawać się może zbyt kopciuszkowate, jakby Berg nie chciała, by ktokolwiek został bez pary. Niektórzy bohaterowie rozpływają się znienacka w literackim niebycie, wypierani ze świadomości odbiorczyń przez rozgrywające się na ich oczach „długo i szczęśliwie” – ale to wady debiutantki w dość zachowawczej książce.
Wiadomo, że po powieści w stylu „Kudłatej” sięga się dla wytchnienia i dla poprawy humoru – stąd idealizowanie, happy endy i proste, podnoszące na duchu środki fabularne; trudno więc wymyślić coś nowego – trudno też czegoś nowego oczekiwać. Dorota Berg zamiast imponować oryginalnością, próbuje zamanifestować swoją obecność w języku. Najbardziej charakterystycznym dla tej autorki znakiem jest próba imitowania stylu mówionego i nasycenie emocjonalne fraz. Przenoszenie czasowników na koniec zdania ma pomóc w akcentowaniu treści i manifestować swobodną wypowiedź – czasem obraca się to przeciwko autorce i zdradza raczej lekki stres, maskowany rozgadaniem.
Ale Dorota Berg świetnie wie, do jakiego grona odbiorczyń kieruje swoją książkę – i wie tak samo dobrze, że wszelkie niedoskonałości i błędy zostaną jej błyskawicznie wybaczone – bo oto proponuje czytelniczkom historię ciepłą i przyjemną, krzepiącą i niosącą obietnicę optymistycznego finału. Pisze powieść rozrywkową w stylu dobrze znanym i sprawdzonym. Czyta się tę książkę z przyjemnością – pod warunkiem, że zaakceptuje się rządzące gatunkiem zasady. Napis „Historia antydepresyjna” na okładce zamieniłabym jednak na bardziej trafne słowa „historia pogodna” lub „historia optymistyczna”. Panie, które szukają sprawdzonych fabuł, dobrych czytadeł o szczęśliwej miłości, mogą sobie po „Kudłatą” sięgnąć bez obaw.
„Dylematy jak z prasy kobiecej, notoryczna walka z nadwagą, nałogami i niepohamowanym gadulstwem” – tak prezentuje siebie bohaterka książki. W „Kudłatej” jest wszystko to, do czego odbiorczynie zdążyły się już przyzwyczaić – i to może stać się ogromną siłą książki.
niedziela, 5 grudnia 2010
Andromeda Romano-Lax: Hiszpański smyczek
WNK, Warszawa 2010.
Wielka historia
„Hiszpański smyczek” to książka, która przypomina monumentalne powieści Zafóna nie tylko umiejscowieniem akcji i tempem rozwoju wypadków, ale i zamaszystą narracją, a nawet proporcjami w doborze elementów kryminalnych i miłosnych. Andromeda Romano-Lax tworzy historię zachwycającą i stopniowo odsłaniającą przed czytelnikami swoje uroki. Opowieść przywołuje na myśl dziewiętnastowieczne wielkie narracje, łączy w sobie fikcję literacką z fragmentami życiorysów różnych artystów (o swoich inspiracjach i szukaniu materiału do książki pisze autorka w posłowiu). Chronologiczny układ wydarzeń nadaje tomowi nieco archaicznego posmaku. W powoli rozkwitającej historii na prawdziwe olśnienia trzeba będzie trochę poczekać – ale bez wątpienia warto.
Pod koniec XIX wieku w małym miasteczku przychodzi na świat chłopiec. W pobliżu nie ma akuszerki, więc przy porodzie pomagają matce jej małe dzieci. Kobieta jest przekonana, że noworodek nie przeżyje – staje się jednak inaczej. Dziecko otrzymuje, na skutek nieuwagi urzędników, imię Feliu. Już wkrótce z rzeczy, jakie zostały po ojcu, Feliu wybierze tajemniczy przedmiot: nie wie, że dziwna zabawka ukształtuje jego przyszłość. Feliu sięga bowiem po smyczek do wiolonczeli. Za cenę wielu wyrzeczeń uczy się gry na tym instrumencie, przy okazji poznając intrygi i postawy charakterystyczne dla świata dorosłych. Feliu dojrzewa, cały czas doskonaląc swoje umiejętności gry i niedługo zostanie najsławniejszym wiolonczelistą. Motywy tak typowe dla Bildungsroman Andromeda Romano-Lax ubarwia przez konsekwentne odmalowywanie społecznego tła opowieści. To jednak zaledwie przygrywka do właściwej, dramatycznej historii, w której losy jednostki przeplatają się z wielkimi dziejami.
O ile początek „Hiszpańskiego smyczka” wydaje się być budowany na znanych i sprawdzonych schematach, o tyle perypetie dorosłego Feliu zamieniają powieść w absolutnie nieprzewidywalną relację, pełną wielkich emocji, dramatów i rozterek, przywodzących na myśl zarówno arcydzieła światowej literatury jak i pozycje z półki literatury rozrywkowej. Feliu wkracza w dorosłość w burzliwych czasach, musi odnaleźć się w targanej wojnami Hiszpanii. Uczy się, że podejmowane przez niego decyzje mogą mieć wymiar polityczny. Na przeszkodzie wielkiemu uczuciu do żydowskiej skrzypaczki staje nie tylko przyjaciel – w odróżnieniu od Feliu pewny siebie i zdecydowany – ale i nasilające się antysemickie nastroje. W tej partii książki coraz mocniej dochodzą też do głosu – moim zdaniem rewelacyjne i nadające książce blasku – autotematyczne przemyślenia. Ścierają się tu obserwacje świata zewnętrznego z refleksjami na temat znaczenia muzyki i jej społecznego wymiaru. Feliu usiłuje uporządkować sobie świat i dostosować się do wojennego chaosu, muzyka staje się dla niego źródłem wytchnienia, ale także przyczyną wewnętrznego rozdarcia: czy wolno poświęcić się sztuce, kiedy wokół panuje zło? Andromeda Romano-Lax przekazuje te wątpliwości swojego bohatera w taki sposób, że momentami fabuła schodzi na dalszy plan, a kolejne wydarzenia zaczynają stanowić tło dla subiektywnych przecież – i niezwykle trafnych – rozważań.
Jest w „Hiszpańskim smyczku” kilka scen turpistycznych, ale dominują obrazy wysmakowane i przykuwające uwagę, ciekawe ze względu na literacką realizację. Chociaż autorka potrafi wplatać kryminalno-sensacyjne intrygi w najmniej spodziewanych miejscach, to upajająca narracja sprawia, że książkę czyta się z satysfakcją – w obliczu pięknego języka i literackiego wyczucia sekwencje wydarzeń nie są jedynym czynnikiem, przyciągającym do lektury.
Wielka historia
„Hiszpański smyczek” to książka, która przypomina monumentalne powieści Zafóna nie tylko umiejscowieniem akcji i tempem rozwoju wypadków, ale i zamaszystą narracją, a nawet proporcjami w doborze elementów kryminalnych i miłosnych. Andromeda Romano-Lax tworzy historię zachwycającą i stopniowo odsłaniającą przed czytelnikami swoje uroki. Opowieść przywołuje na myśl dziewiętnastowieczne wielkie narracje, łączy w sobie fikcję literacką z fragmentami życiorysów różnych artystów (o swoich inspiracjach i szukaniu materiału do książki pisze autorka w posłowiu). Chronologiczny układ wydarzeń nadaje tomowi nieco archaicznego posmaku. W powoli rozkwitającej historii na prawdziwe olśnienia trzeba będzie trochę poczekać – ale bez wątpienia warto.
Pod koniec XIX wieku w małym miasteczku przychodzi na świat chłopiec. W pobliżu nie ma akuszerki, więc przy porodzie pomagają matce jej małe dzieci. Kobieta jest przekonana, że noworodek nie przeżyje – staje się jednak inaczej. Dziecko otrzymuje, na skutek nieuwagi urzędników, imię Feliu. Już wkrótce z rzeczy, jakie zostały po ojcu, Feliu wybierze tajemniczy przedmiot: nie wie, że dziwna zabawka ukształtuje jego przyszłość. Feliu sięga bowiem po smyczek do wiolonczeli. Za cenę wielu wyrzeczeń uczy się gry na tym instrumencie, przy okazji poznając intrygi i postawy charakterystyczne dla świata dorosłych. Feliu dojrzewa, cały czas doskonaląc swoje umiejętności gry i niedługo zostanie najsławniejszym wiolonczelistą. Motywy tak typowe dla Bildungsroman Andromeda Romano-Lax ubarwia przez konsekwentne odmalowywanie społecznego tła opowieści. To jednak zaledwie przygrywka do właściwej, dramatycznej historii, w której losy jednostki przeplatają się z wielkimi dziejami.
O ile początek „Hiszpańskiego smyczka” wydaje się być budowany na znanych i sprawdzonych schematach, o tyle perypetie dorosłego Feliu zamieniają powieść w absolutnie nieprzewidywalną relację, pełną wielkich emocji, dramatów i rozterek, przywodzących na myśl zarówno arcydzieła światowej literatury jak i pozycje z półki literatury rozrywkowej. Feliu wkracza w dorosłość w burzliwych czasach, musi odnaleźć się w targanej wojnami Hiszpanii. Uczy się, że podejmowane przez niego decyzje mogą mieć wymiar polityczny. Na przeszkodzie wielkiemu uczuciu do żydowskiej skrzypaczki staje nie tylko przyjaciel – w odróżnieniu od Feliu pewny siebie i zdecydowany – ale i nasilające się antysemickie nastroje. W tej partii książki coraz mocniej dochodzą też do głosu – moim zdaniem rewelacyjne i nadające książce blasku – autotematyczne przemyślenia. Ścierają się tu obserwacje świata zewnętrznego z refleksjami na temat znaczenia muzyki i jej społecznego wymiaru. Feliu usiłuje uporządkować sobie świat i dostosować się do wojennego chaosu, muzyka staje się dla niego źródłem wytchnienia, ale także przyczyną wewnętrznego rozdarcia: czy wolno poświęcić się sztuce, kiedy wokół panuje zło? Andromeda Romano-Lax przekazuje te wątpliwości swojego bohatera w taki sposób, że momentami fabuła schodzi na dalszy plan, a kolejne wydarzenia zaczynają stanowić tło dla subiektywnych przecież – i niezwykle trafnych – rozważań.
Jest w „Hiszpańskim smyczku” kilka scen turpistycznych, ale dominują obrazy wysmakowane i przykuwające uwagę, ciekawe ze względu na literacką realizację. Chociaż autorka potrafi wplatać kryminalno-sensacyjne intrygi w najmniej spodziewanych miejscach, to upajająca narracja sprawia, że książkę czyta się z satysfakcją – w obliczu pięknego języka i literackiego wyczucia sekwencje wydarzeń nie są jedynym czynnikiem, przyciągającym do lektury.
sobota, 4 grudnia 2010
Katarzyna Ostrowska: Ewa czyli o tej Wiśniewskiej
Trio, Warszawa 2010.
Przyjaźń z aktorką
Na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej quasi-biograficznych opowieści o ludziach sceny. Daje się zauważyć dwa nurty pisania o artystach, w odróżnieniu od popularnych w latach 90. XX wieku wspomnień samych zainteresowanych, obecnie liczą się albo wywiady-rzeki, w których pytania o sprawy istotne mieszają się z błahostkami, albo impresyjne opowieści, odchodzące od konwencji tradycyjnych biografii. Tom Katarzyny Ostrowskiej „Ewa czyli o tej Wiśniewskiej” zalicza się do tej drugiej grupy, ale jego autorka idzie w prezentowaniu aktorki dalej niż jej poprzednicy i proponuje zsubiektywizowaną i żywiołową narrację nie tylko o Ewie Wiśniewskiej. Już od punktu wyjścia – utworu napisanego przez Jerzego Jurandota, parodii podwórzowych ballad – wiadomo, że do czynienia będziemy mieć z książką niebanalną – i do odczucie znajduje potwierdzenie w tomie. Chociaż momentami Katarzyna Ostrowska przyćmiewa swoją bohaterkę i traci ją z oczu, czyta się tę publikację z zainteresowaniem, nie tylko ze względu na główną postać, ale i – obserwacje, dotyczące teatru dzisiaj.
Katarzyna Ostrowska rezygnuje z klasycznej biografii. Opowiada o Ewie Wiśniewskiej, kompletnie nie zajmując się jej życiorysem, w oderwaniu od chronologii. Nie chce uporządkowanej, stonowanej i bezpiecznej kronikarskiej historii, woli skupić się na emocjach, zachowaniach i postawach aktorki, z którą się zaprzyjaźniła. Patrzy na Ewę Wiśniewską i widzi aktorkę niedoścignioną, ocierającą się niemal o ideał. Śledzi recenzje ze spektakli, te pochlebne przyjmując z zadowoleniem, w krytycznych dopatrując się niekiedy braku stylu autora – książka tworzona na klęczkach nie jest w tym wypadku zła: w końcu Katarzyna Ostrowska nie obiecuje, że będzie się starała przedstawiać wady i zalety bohaterki, zdecydowanie woli budować jej pomnik. Można z tomu wyczytać trochę anegdot, trochę artystycznych przekonań Ewy Wiśniewskiej (między innymi na temat grania w serialach obyczajowych). Można uzyskać żywy obraz aktorki – uzupełnienie do biografii, która zapewne w przyszłości postanie. Dla Ostrowskiej znaczenie mają nawet sprawy ulotne, jeśli pozwalają uzupełnić portret artystki.
Za to w oczach niektórych czytelników Katarzyna Ostrowska sporo traci przez tendencję do oceniania i komentowania spraw, które nie mają bezpośredniego związku z bohaterką książki – i przez powracanie do własnych osiągnięć. Przy okazji pisania o Wiśniewskiej wspomina o aktorkach, które ceni – nie dla punktu odniesienia, ale – by zwrócić na nie uwagę (lub pochwalić się znajomością). Entuzjastycznie lub dyskredytująco ocenia prawie wszystkie przytaczane wypowiedzi, własne zdanie wypowiada zbyt często – nie zawsze czytelnicy będą ciekawi tych prywatnych komentarzy, tak samo jak twórczej drogi Katarzyny Ostrowskiej czy jej uwielbienia dla Leona Pietraszaka. Na szczęście gdy tylko w polu uwagi Ostrowskiej pojawia się Ewa Wiśniewska, lekka i humorystyczna opowieść wynagradza wszystko.
Do książki zostały dołączone wypowiedzi internautów, a także kilku przyjaciół i współpracowników Ewy Wiśniewskiej – raz zapis przebiegu jednej z konferencji prasowych – będzie to z pewnością miły dodatek, podobnie jak ogromne fotografie, zdobiące tom (i, uwaga, nie zawsze przedstawiające Ewę Wiśniewską).
Jest publikacja wydawnictwa Trio świadectwem przyjaźni, ciekawą i oryginalną opowiastką o jednej z ważniejszych polskich aktorek. Jest książką bez pretensji do bycia całościową biografią, to raczej impresja, jedno z wielu możliwych spojrzeń, próba charakterystyki niepełnej ale celnej. Zaspokaja przy tym ciekawość, stanowi bardzo przyjemną lekturę.
Przyjaźń z aktorką
Na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej quasi-biograficznych opowieści o ludziach sceny. Daje się zauważyć dwa nurty pisania o artystach, w odróżnieniu od popularnych w latach 90. XX wieku wspomnień samych zainteresowanych, obecnie liczą się albo wywiady-rzeki, w których pytania o sprawy istotne mieszają się z błahostkami, albo impresyjne opowieści, odchodzące od konwencji tradycyjnych biografii. Tom Katarzyny Ostrowskiej „Ewa czyli o tej Wiśniewskiej” zalicza się do tej drugiej grupy, ale jego autorka idzie w prezentowaniu aktorki dalej niż jej poprzednicy i proponuje zsubiektywizowaną i żywiołową narrację nie tylko o Ewie Wiśniewskiej. Już od punktu wyjścia – utworu napisanego przez Jerzego Jurandota, parodii podwórzowych ballad – wiadomo, że do czynienia będziemy mieć z książką niebanalną – i do odczucie znajduje potwierdzenie w tomie. Chociaż momentami Katarzyna Ostrowska przyćmiewa swoją bohaterkę i traci ją z oczu, czyta się tę publikację z zainteresowaniem, nie tylko ze względu na główną postać, ale i – obserwacje, dotyczące teatru dzisiaj.
Katarzyna Ostrowska rezygnuje z klasycznej biografii. Opowiada o Ewie Wiśniewskiej, kompletnie nie zajmując się jej życiorysem, w oderwaniu od chronologii. Nie chce uporządkowanej, stonowanej i bezpiecznej kronikarskiej historii, woli skupić się na emocjach, zachowaniach i postawach aktorki, z którą się zaprzyjaźniła. Patrzy na Ewę Wiśniewską i widzi aktorkę niedoścignioną, ocierającą się niemal o ideał. Śledzi recenzje ze spektakli, te pochlebne przyjmując z zadowoleniem, w krytycznych dopatrując się niekiedy braku stylu autora – książka tworzona na klęczkach nie jest w tym wypadku zła: w końcu Katarzyna Ostrowska nie obiecuje, że będzie się starała przedstawiać wady i zalety bohaterki, zdecydowanie woli budować jej pomnik. Można z tomu wyczytać trochę anegdot, trochę artystycznych przekonań Ewy Wiśniewskiej (między innymi na temat grania w serialach obyczajowych). Można uzyskać żywy obraz aktorki – uzupełnienie do biografii, która zapewne w przyszłości postanie. Dla Ostrowskiej znaczenie mają nawet sprawy ulotne, jeśli pozwalają uzupełnić portret artystki.
Za to w oczach niektórych czytelników Katarzyna Ostrowska sporo traci przez tendencję do oceniania i komentowania spraw, które nie mają bezpośredniego związku z bohaterką książki – i przez powracanie do własnych osiągnięć. Przy okazji pisania o Wiśniewskiej wspomina o aktorkach, które ceni – nie dla punktu odniesienia, ale – by zwrócić na nie uwagę (lub pochwalić się znajomością). Entuzjastycznie lub dyskredytująco ocenia prawie wszystkie przytaczane wypowiedzi, własne zdanie wypowiada zbyt często – nie zawsze czytelnicy będą ciekawi tych prywatnych komentarzy, tak samo jak twórczej drogi Katarzyny Ostrowskiej czy jej uwielbienia dla Leona Pietraszaka. Na szczęście gdy tylko w polu uwagi Ostrowskiej pojawia się Ewa Wiśniewska, lekka i humorystyczna opowieść wynagradza wszystko.
Do książki zostały dołączone wypowiedzi internautów, a także kilku przyjaciół i współpracowników Ewy Wiśniewskiej – raz zapis przebiegu jednej z konferencji prasowych – będzie to z pewnością miły dodatek, podobnie jak ogromne fotografie, zdobiące tom (i, uwaga, nie zawsze przedstawiające Ewę Wiśniewską).
Jest publikacja wydawnictwa Trio świadectwem przyjaźni, ciekawą i oryginalną opowiastką o jednej z ważniejszych polskich aktorek. Jest książką bez pretensji do bycia całościową biografią, to raczej impresja, jedno z wielu możliwych spojrzeń, próba charakterystyki niepełnej ale celnej. Zaspokaja przy tym ciekawość, stanowi bardzo przyjemną lekturę.
czwartek, 2 grudnia 2010
Mariola Zaczyńska: Jak to robią twardzielki...
Sol, Warszawa 2010.
O miłości zwielokrotnionej
Z „Twardzielkami” Marioli Zaczyńskiej mam spory problem. To książka, którą czyta się z zainteresowaniem, by za moment z niesmakiem ją odłożyć, historia niby zajmująca, ale chwilami niedopracowana w szczegółach, raz ciekawa, raz pisana pod – babską – publiczkę. Trudna do jednoznacznej oceny, ani świetna, ani beznadziejna. Truizm, ale – i tak wszystko będzie zależało od preferencji czytelniczek, które po ten tom sięgną.
Bohaterki przejawiają tendencje feminizujące. Jako przyjaciółki trzymają się razem i wspierają, gdy któraś ma kłopoty z facetami (a kłopoty z facetami przytrafiają im się dość często, w zasadzie to jedyny rodzaj kłopotów, wyłączając trudne relacje jednej z postaci z matką) – a jednocześnie żyją w bajkowym świecie, każda marzy o księciu z bajki i czeka na wielką, prawdziwą miłość, każda liczy na wzajemność i stałość w uczuciach. I można się też bez trudu domyślić, jaki będzie finał książki. Do zbiorowego happy endu dochodzą jeszcze historie miłosne dwóch przedstawicielek starszego pokolenia – matki jednej z głównych bohaterek i temperamentnej dziennikarki. W zasadzie konwencja powieści „Jak to robią twardzielki…” usprawiedliwiałaby cukierkowe rozwiązania, ale u Marioli Zaczyńskiej jest ich chyba za dużo. Fabuła okazuje się dynamiczna, jednak autorka nie panuje czasem nad charakterami postaci, a chęć rozbawiania czytelniczek może pozostawiać niesmak, gdy wydarzenia rozdmuchiwane są na siłę (scena z „kiełbaską” to humor niskich lotów i niepotrzebnie tak długo rozpracowywany). Wiele razy już w chwili nawiązywania akcji wiadomo, jak zakończy się ona – przypomniana kilkadziesiąt stron dalej. Dziewczyny dziwią się w tej książce sprawom, które dla czytelniczek będą oczywiste od razu. Nie ma w powieści równowagi, brakuje pisarskiego wyczucia. Można zatem przyjąć dwie lekturowe strategie: skoncentrować się na kolejnych błędach autorki i wyliczać punkty, w których intrygi powieściowe nie mają prawa się sprawdzić – albo potraktować tom jak kolejne lekkie czytadło o ziszczonym śnie zwielokrotnionego kopciuszka. Ale nie podoba mi się to, że Mariola Zaczyńska nie może się zdecydować na to, kim naprawdę mają być jej bohaterki. Każda z „twardzielek” chce wydawać się silna i samodzielna – i każda wpada w zachwyt na widok pierwszego z brzegu mężczyzny, zamieniając się zaraz w bezbronną i słabą istotkę. Przy finale znanym od początku może się to w końcu wydać męczące. Rzuca się też w oczy brak kontroli przy wyrażaniu silnych emocji – źle umiejscowione „kurde” może być bardziej rażące niż precyzyjny wulgaryzm. Powieść Zaczyńskiej kipi od nieskrywanych uczuć i emocji – od ich dopracowania literackiego wiele zależy.
A przy tych wszystkich zastrzeżeniach nie mam wątpliwości, że książka „Jak to robią twardzielki” znajdzie wierne grono odbiorczyń i trafi do przekonania paniom, które lubią lekką literaturę rozrywkową z romansami w tle. Ilością wątków, energią wewnętrzną, tempem wygrywa Zaczyńska z epigonkami Grocholi – dla części czytelniczek to za mało, ale wystarczy, żeby książka utrzymała się na rynku literatury masowej. Historia babskiej przyjaźni, która pokona wszystkie przeciwności losu, delikatnie kreślone, rozkwitające dopiero zauroczenia, dowcip (który jednak nie wszystkich rzuci na kolana), niewymagająca skupienia fabuła, lekka narracja, ciekawe wątki, nadające całości dynamicznego charakteru… Z jednej strony pojawia się świadomość, że ta powieść zostanie z wielu względów ciepło przyjęta przez czytelniczki. Z drugiej – niemożność przemilczenia widocznych wad i niedoróbek. Nie podejmę się jednoznacznej oceny tej książki.
O miłości zwielokrotnionej
Z „Twardzielkami” Marioli Zaczyńskiej mam spory problem. To książka, którą czyta się z zainteresowaniem, by za moment z niesmakiem ją odłożyć, historia niby zajmująca, ale chwilami niedopracowana w szczegółach, raz ciekawa, raz pisana pod – babską – publiczkę. Trudna do jednoznacznej oceny, ani świetna, ani beznadziejna. Truizm, ale – i tak wszystko będzie zależało od preferencji czytelniczek, które po ten tom sięgną.
Bohaterki przejawiają tendencje feminizujące. Jako przyjaciółki trzymają się razem i wspierają, gdy któraś ma kłopoty z facetami (a kłopoty z facetami przytrafiają im się dość często, w zasadzie to jedyny rodzaj kłopotów, wyłączając trudne relacje jednej z postaci z matką) – a jednocześnie żyją w bajkowym świecie, każda marzy o księciu z bajki i czeka na wielką, prawdziwą miłość, każda liczy na wzajemność i stałość w uczuciach. I można się też bez trudu domyślić, jaki będzie finał książki. Do zbiorowego happy endu dochodzą jeszcze historie miłosne dwóch przedstawicielek starszego pokolenia – matki jednej z głównych bohaterek i temperamentnej dziennikarki. W zasadzie konwencja powieści „Jak to robią twardzielki…” usprawiedliwiałaby cukierkowe rozwiązania, ale u Marioli Zaczyńskiej jest ich chyba za dużo. Fabuła okazuje się dynamiczna, jednak autorka nie panuje czasem nad charakterami postaci, a chęć rozbawiania czytelniczek może pozostawiać niesmak, gdy wydarzenia rozdmuchiwane są na siłę (scena z „kiełbaską” to humor niskich lotów i niepotrzebnie tak długo rozpracowywany). Wiele razy już w chwili nawiązywania akcji wiadomo, jak zakończy się ona – przypomniana kilkadziesiąt stron dalej. Dziewczyny dziwią się w tej książce sprawom, które dla czytelniczek będą oczywiste od razu. Nie ma w powieści równowagi, brakuje pisarskiego wyczucia. Można zatem przyjąć dwie lekturowe strategie: skoncentrować się na kolejnych błędach autorki i wyliczać punkty, w których intrygi powieściowe nie mają prawa się sprawdzić – albo potraktować tom jak kolejne lekkie czytadło o ziszczonym śnie zwielokrotnionego kopciuszka. Ale nie podoba mi się to, że Mariola Zaczyńska nie może się zdecydować na to, kim naprawdę mają być jej bohaterki. Każda z „twardzielek” chce wydawać się silna i samodzielna – i każda wpada w zachwyt na widok pierwszego z brzegu mężczyzny, zamieniając się zaraz w bezbronną i słabą istotkę. Przy finale znanym od początku może się to w końcu wydać męczące. Rzuca się też w oczy brak kontroli przy wyrażaniu silnych emocji – źle umiejscowione „kurde” może być bardziej rażące niż precyzyjny wulgaryzm. Powieść Zaczyńskiej kipi od nieskrywanych uczuć i emocji – od ich dopracowania literackiego wiele zależy.
A przy tych wszystkich zastrzeżeniach nie mam wątpliwości, że książka „Jak to robią twardzielki” znajdzie wierne grono odbiorczyń i trafi do przekonania paniom, które lubią lekką literaturę rozrywkową z romansami w tle. Ilością wątków, energią wewnętrzną, tempem wygrywa Zaczyńska z epigonkami Grocholi – dla części czytelniczek to za mało, ale wystarczy, żeby książka utrzymała się na rynku literatury masowej. Historia babskiej przyjaźni, która pokona wszystkie przeciwności losu, delikatnie kreślone, rozkwitające dopiero zauroczenia, dowcip (który jednak nie wszystkich rzuci na kolana), niewymagająca skupienia fabuła, lekka narracja, ciekawe wątki, nadające całości dynamicznego charakteru… Z jednej strony pojawia się świadomość, że ta powieść zostanie z wielu względów ciepło przyjęta przez czytelniczki. Z drugiej – niemożność przemilczenia widocznych wad i niedoróbek. Nie podejmę się jednoznacznej oceny tej książki.
środa, 1 grudnia 2010
Michael A. Adamse: Rocznica. Historia miłości
WAM, Kraków 2010.
Listy psychologiczne
Michael A. Adamse to psycholog, który specjalizuje się w „problematyce relacji międzyludzkich” – i to po książce „Rocznica. Historia miłości” naprawdę widać. Bohatera, Richarda, nie oszczędza los. Sześć miesięcy temu Richard rozstał się z żoną, którą jednak cały czas kocha – i nie może pozbyć się wrażenia, że jest winny tej sytuacji: w końcu nie poradził sobie także w pierwszym małżeństwie. Jakby tego było mało, właśnie, po długiej i ciężkiej chorobie, umarła matka Richarda. Mężczyzna otrzymuje od ojca zestaw listów, jakie w każdą rocznicę ślubu pisali do siebie rodzice. Listy to niezwykłe – przede wszystkim dlatego, że Christopher swoje listy żonie przekazywał, ona – traktowała je jak pamiętnik i nie wręczała adresatowi (zrobiła to dopiero u kresu życia, kiedy wiele spraw w nich opisanych wyszło już na jaw i znalazło się w rozmowach małżonków). Nietypowy prezent ma dwa znaczenia. Po pierwsze – może uświadomić Richardowi, że jego rodzice nie byli idealni, mieli na sumieniu różne grzeszki i popadali w konflikty – choć chronili przed tym potomstwo i przy dzieciach nie ujawniali negatywnych emocji. Po drugie – powinny przynieść nadzieję, że każdą trudność da się przezwyciężyć. Ze zdumieniem Richard odkrywa w tych zapiskach ślady swoich doświadczeń i podpowiedzi, jak można było rozwiązać problemy. Listy z wybranych przez ojca okresów małżeństwa trwającego prawie pięć dekad pełne są trudnych wyzwań: śmierci dziecka, zdrad, kłótni, depresji jednego ze współmałżonków, raka czy „zwykłej” a wyniszczającej rutyny. Te listy przytaczane są w książce, stanowią jej sedno, przedzielane są migawkami z aktualnych refleksji Richarda.
Ów pomysł konstrukcyjny to jednocześnie zaleta i wada książki. Przede wszystkim w listach uderza tendencyjność – to zresztą mankament całej historii, już na początku można bez trudu domyślić się mało przekonującego finału. Doznania małżonków, mimo prób przekonania czytelników co do ich oryginalności, są typowe i schematyczne. Autor wplata w opowieść sugestię o niezwykłości przeżyć bohaterów – ale w ten sposób tylko podsyca ich przewidywalność. Widać tu wyraźnie tendencję do psychologizowania – pierwszą rzeczą jest skłonność do opowiadania o swoich odczuciach. Christopher z łagodnym uśmiechem zarzuca żonie, że ta nie ma dla niego czasu, zajmuje się domem zamiast mężem itp. – mało przekonujące jest wyrażanie tego typu zarzutów w liście miłosnym, co więcej: pretensje są tak wyraźne, że zakrawają niemal o toksyczny związek. Mężczyzna nie dostrzega przy tym własnych błędów, a żona mu ich nie wypomina. Drugim psychologicznym elementem, który dominuje nad fabułą będzie tu próba zaradzenia trudnościom, wpisana w listy i przemyślenia Richarda. Cały czas autorowi chodzi o to, by podać przepis na udany związek – ale nie wszystkie jego wskazówki byłoby łatwo wcielić w życie, Adamse zdradza tu wyjątkową naiwność, która nie wyda się przekonująca jego czytelnikom. Małżonkowie bez przerwy analizują i roztrząsają swoje problemy, co ma im pomóc we wspólnym życiu. Tyle że modelowy związek rodziców Richarda nie da się przełożyć na rzeczywistość. Tendencyjność przejawia się też w listach – widać, że to tylko pomysł na formę opowieści, wyraźne jest nastawienie na Richarda jako ich odbiorcę. Tak samo niezrozumiałe wydaje się przywiązanie bohatera do byłej żony, przy całkowitym prawie przemilczeniu pierwszego, bardziej udanego związku.
Miała być „Rocznica” antidotum na małżeńskie problemy młodych ludzi – ale jest na to zbyt sztywna i zbytnio nastawiona na zapobieganie rozwodom. Zawiera parę cennych porad i kilka ciekawych prawd o stosunkach międzyludzkich, dostarcza przy tym sporo materiału do przemyśleń na temat związków interpersonalnych w dzisiejszym świecie – oraz na temat postrzegania historii rodziców czy dziadków. Przy tym jest niestety dość słaba pod względem literackim – kwestie psychologiczne wypierają tu dbałość o szczegóły, a jednokierunkowa fabuła rozczarowuje. Jeśli nie czytać „Rocznicy” jako zwykłej powieści obyczajowej a nietypowo ujęty poradnik, sprawdza się i może nawet budzić zainteresowanie.
Listy psychologiczne
Michael A. Adamse to psycholog, który specjalizuje się w „problematyce relacji międzyludzkich” – i to po książce „Rocznica. Historia miłości” naprawdę widać. Bohatera, Richarda, nie oszczędza los. Sześć miesięcy temu Richard rozstał się z żoną, którą jednak cały czas kocha – i nie może pozbyć się wrażenia, że jest winny tej sytuacji: w końcu nie poradził sobie także w pierwszym małżeństwie. Jakby tego było mało, właśnie, po długiej i ciężkiej chorobie, umarła matka Richarda. Mężczyzna otrzymuje od ojca zestaw listów, jakie w każdą rocznicę ślubu pisali do siebie rodzice. Listy to niezwykłe – przede wszystkim dlatego, że Christopher swoje listy żonie przekazywał, ona – traktowała je jak pamiętnik i nie wręczała adresatowi (zrobiła to dopiero u kresu życia, kiedy wiele spraw w nich opisanych wyszło już na jaw i znalazło się w rozmowach małżonków). Nietypowy prezent ma dwa znaczenia. Po pierwsze – może uświadomić Richardowi, że jego rodzice nie byli idealni, mieli na sumieniu różne grzeszki i popadali w konflikty – choć chronili przed tym potomstwo i przy dzieciach nie ujawniali negatywnych emocji. Po drugie – powinny przynieść nadzieję, że każdą trudność da się przezwyciężyć. Ze zdumieniem Richard odkrywa w tych zapiskach ślady swoich doświadczeń i podpowiedzi, jak można było rozwiązać problemy. Listy z wybranych przez ojca okresów małżeństwa trwającego prawie pięć dekad pełne są trudnych wyzwań: śmierci dziecka, zdrad, kłótni, depresji jednego ze współmałżonków, raka czy „zwykłej” a wyniszczającej rutyny. Te listy przytaczane są w książce, stanowią jej sedno, przedzielane są migawkami z aktualnych refleksji Richarda.
Ów pomysł konstrukcyjny to jednocześnie zaleta i wada książki. Przede wszystkim w listach uderza tendencyjność – to zresztą mankament całej historii, już na początku można bez trudu domyślić się mało przekonującego finału. Doznania małżonków, mimo prób przekonania czytelników co do ich oryginalności, są typowe i schematyczne. Autor wplata w opowieść sugestię o niezwykłości przeżyć bohaterów – ale w ten sposób tylko podsyca ich przewidywalność. Widać tu wyraźnie tendencję do psychologizowania – pierwszą rzeczą jest skłonność do opowiadania o swoich odczuciach. Christopher z łagodnym uśmiechem zarzuca żonie, że ta nie ma dla niego czasu, zajmuje się domem zamiast mężem itp. – mało przekonujące jest wyrażanie tego typu zarzutów w liście miłosnym, co więcej: pretensje są tak wyraźne, że zakrawają niemal o toksyczny związek. Mężczyzna nie dostrzega przy tym własnych błędów, a żona mu ich nie wypomina. Drugim psychologicznym elementem, który dominuje nad fabułą będzie tu próba zaradzenia trudnościom, wpisana w listy i przemyślenia Richarda. Cały czas autorowi chodzi o to, by podać przepis na udany związek – ale nie wszystkie jego wskazówki byłoby łatwo wcielić w życie, Adamse zdradza tu wyjątkową naiwność, która nie wyda się przekonująca jego czytelnikom. Małżonkowie bez przerwy analizują i roztrząsają swoje problemy, co ma im pomóc we wspólnym życiu. Tyle że modelowy związek rodziców Richarda nie da się przełożyć na rzeczywistość. Tendencyjność przejawia się też w listach – widać, że to tylko pomysł na formę opowieści, wyraźne jest nastawienie na Richarda jako ich odbiorcę. Tak samo niezrozumiałe wydaje się przywiązanie bohatera do byłej żony, przy całkowitym prawie przemilczeniu pierwszego, bardziej udanego związku.
Miała być „Rocznica” antidotum na małżeńskie problemy młodych ludzi – ale jest na to zbyt sztywna i zbytnio nastawiona na zapobieganie rozwodom. Zawiera parę cennych porad i kilka ciekawych prawd o stosunkach międzyludzkich, dostarcza przy tym sporo materiału do przemyśleń na temat związków interpersonalnych w dzisiejszym świecie – oraz na temat postrzegania historii rodziców czy dziadków. Przy tym jest niestety dość słaba pod względem literackim – kwestie psychologiczne wypierają tu dbałość o szczegóły, a jednokierunkowa fabuła rozczarowuje. Jeśli nie czytać „Rocznicy” jako zwykłej powieści obyczajowej a nietypowo ujęty poradnik, sprawdza się i może nawet budzić zainteresowanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






