Zakamarki, Poznań 2019.
Więź
Ten mały chłopiec tłumaczy sobie świat po swojemu i jest w tym bardzo przekonujący, bo tak robi mnóstwo dzieci, niezależnie od okoliczności. Bezimienny bohater relacjonuje pojawienie się na świecie siostrzyczki – a Ulf Stark jak zwykle mistrzowsko operuje emocjami w prostym picture booku z ilustracjami Charlotte Ramel. „Siostrzyczka” to nieskomplikowana fabułka: oto w domu pojawia się dziecko. „Najpierw jej nie było” - mówi chłopczyk, stojąc obok mamy w zaawansowanej ciąży. Tym samym zdradza swój stan wiedzy: bo chwilę później dziecko jest już „piłką w brzuchu mamy”. Bohaterowi wszystko kojarzy się z piłką, bo piłkę uwielbia, nie rozstaje się z taką zabawką – i to ona okazuje się przyczyną małego dramatu.
W „Siostrzyczce” chłopiec musi na chwilę zająć się niemowlęciem: przypilnować, żeby nie zrobiło sobie nic złego, podczas gdy mama idzie rozwiesić pranie. Ponieważ bohater na początku zamienia się w narratora i nie chce specjalnie przerywać swojej trafnej analizy, opowiada o dziecku dalej. A że opowieść ilustruje czynami, w pewnym momencie piłka wpada mu do łóżeczka i wywołuje donośny płacz małej. Chłopiec próbuje różnych sposobów, żeby rozbawić siostrzyczkę. Tak, że kiedy wraca mama, może zdobyć jej pochwałę. Nawet jeśli sam spowodował minikatastrofę. Jest „Siostrzyczka” wzruszającą opowiastką o relacjach z rodzeństwem pojawiającym się na świecie – tu bohater najwyraźniej pogodził się z sytuacją, dostrzega same pozytywne strony posiadania młodszej siostry: wie, że lubi ona ssać jego kciuk, potrafi wywołać uśmiech (albo grymas przypominający uśmiech). Jest dobrym i wrażliwym opiekunem. Pokazuje chłopczyk, jak zajmować się młodszym rodzeństwem – i jakie są zalety posiadania w domu dzidziusia (jak każdy maluch, żyje obietnicą wspólnych zabaw w przyszłości: towarzystwa nie można zignorować). Nie przejmuje się tym, że mama spędza czas z niemowlęciem, a sam zostaje odsunięty na dalszy plan, wydaje się, że rozumie, że taki stan rzeczy nie potrwa wiecznie, nie wiąże się z utratą miłości rodziców – i że osesek potrzebuje mamy bardziej. Być może też chce zasłużyć na uznanie mamy. Niezależnie od przyczyn, dla których jest dobry i miły dla niemowlęcia – daje dobry przykład i udowadnia odbiorcom, że każdy może stanąć na wysokości zadania i zająć się na miarę swoich możliwości opieką nad berbeciem – liczy się nawet zwyczajna obecność i obserwowanie, jakie „zabawy” sprawiają przyjemność maluchowi. Ulf Stark wprowadza zatem szereg przesłań do odbiorców, rozbija wręcz ramy życiowej historyjki i pomaga w dogadywaniu się między rodzeństwem. Charlotte Ramel rozbija patos komicznymi rysunkami, a czasem dopowiada to, czego w słowach nie ma – w końcu „Siostrzyczka” to picture book, w którym jest miejsce na dwie równoległe narracje. Przekonuje zwłaszcza puentujący całość dwukadrowy rysunek.
Ulf Stark nie zawodzi, to autor, który za każdym razem, gdy porusza dziecięce tematy, jest w stanie powiedzieć coś nowego – nawet jeśli odwołuje się do powszechnie znanych zagadnień. „Siostrzyczka” to kolejne spojrzenie na rodzinę i bliskich, przypomnienie o tym, co w życiu naprawdę ważne.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulf Stark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulf Stark. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 września 2019
niedziela, 18 maja 2014
Ulf Stark: Mój przyjaciel szejk w Stureby
Zakamarki, Poznań 2014.
Niezwykła wizyta
W bajkach dla najmłodszych Ulf Stark próbuje oswajać trudne tematy przez poetyzowanie i odwoływanie się do pięknych, metaforycznych obrazów. Pocieszenie dla małych bohaterów znajduje w drobiazgach, których nikt na co dzień nie zauważa. W autobiograficznej trylogii Stark jest zupełnie inny, czym może zaszokować rodziców. Druga część bajki-niebajki o przygodach małego Ulfa, „Mój przyjaciel szejk w Stureby” porusza jednak temat przyjaźni – i to on dominuje nad całą fabułą. W tym minicyklu Ulf Stark nie upiększa rzeczywistości i przed nikim nie udaje, że dzieciństwo to same radości. Tym razem przedstawia jednego z agresywnych kolegów, który bójkami wymusza na słabszych posłuszeństwo. Dzieci nie chcą przyznać się rodzicom do przebiegu wydarzeń i same próbują znaleźć sposób na agresora. Ulfowi pomaga w tym egzotyczna sensacja – jego tatę, radioamatora, ma odwiedzić prawdziwy szejk. To na kilka dni powinno powstrzymać Lassego przed bijatykami. Ale Ulf nie poprzestaje na rozwiązaniu jednego problemu – próbuje także hipnozy, by przekonać innych do spełniania jego życzeń. Chciałby na przykład mieć psa. I żeby Marianna się w nim zakochała.
„Mój przyjaciel szejk w Stureby” to opowieść bardzo gorzka. Najlepszy przyjaciel Ulfa, Percy, wkrótce będzie musiał się przeprowadzić. Robi więc wszystko, żeby zawczasu znienawidzić całe Stureby, ale sprawiając przykrość otoczeniu, męczy też siebie. Ulf nie potrafi mu pomóc. Do tej pory chłopcy razem wpadali w tarapaty i razem radzili sobie z przeciwnościami losu. Ulf Stark potrafi pokazać gorycz rozstania z perspektywy chłopca, który nie chce przyznawać się do jakichkolwiek uczuć. Wie, jak odzwierciedlić jego przeżycia, a nie wywołać przy tym ani wstydu bohatera (który straciłby wówczas wiarygodność w oczach czytelników), ani zażenowania małych odbiorców. To, co przeżywa Ulf, jest obecnie niemodne w literaturze, a przecież znane dzieciom. Jednak dziś autorzy niechętnie przyznają, że rodzice bohaterów nie mają dla nich czasu lub nie przejmują się ich sprawami, bagatelizując troski. Ulf swoją opowieść opiera na prawdziwych wspomnieniach. Ale dodaje też warstwę magiczną. Kiedy do Szwecji przyjeżdża szejk, chce spróbować lokalnych rozrywek i wciela się w dobrego kompana Ulfa. Przybysz z dalekiego kraju pozwala z perspektywy spojrzeć na codzienne zmartwienia, a nawet dostarczać ich idealne rozwiązanie. Szejk w tej historii to dorosły, który chętnie staje się na moment dzieckiem – a dzięki tej metamorfozie może traktować dzieci jak dorosłych i z powagą podejść do ich spraw.
Ulf Stark w tomie „Mój przyjaciel szejk w Stureby” jest przede wszystkim dzieckiem, które nie ma pojęcia, jak zorganizować swój świat i jak realizować marzenia. Próbuje rozmaitych dziecięcych sposobów, testuje je, co nawet czasem przynosi pożądane efekty – ale na bardzo krótko. Autor nie zamierza tym razem stawiać się w pozycji mądrzejszego i bardziej doświadczonego od odbiorców. Wie, że w ten sposób straciłby ich zaufanie – i całą wiarygodność. Kiedy zamienia się w niesfornego chłopaka, może opowiedzieć historię, która wzbudzi ciekawość.
„Mój przyjaciel szejk w Stureby” to udane połączenie realizmu i magii – początkowe poszukiwania Ulfa tracą na znaczeniu, gdy pojawia się postać jak z bajki. Szejk to dobry duch całej opowieści, a przy okazji też sposób na osłodzenie niezbyt krzepiących wspomnień. Co ważne, Ulf Stark także tym tomem udowadnia, że bardzo dobrze rozumie małych czytelników i kieruje się do nich bez oglądania się na literackie mody, wzorce czy powinności autorów. Nie chce pouczać, a zapewnić silne przeżycia – i to mu się po raz kolejny udaje.
Niezwykła wizyta
W bajkach dla najmłodszych Ulf Stark próbuje oswajać trudne tematy przez poetyzowanie i odwoływanie się do pięknych, metaforycznych obrazów. Pocieszenie dla małych bohaterów znajduje w drobiazgach, których nikt na co dzień nie zauważa. W autobiograficznej trylogii Stark jest zupełnie inny, czym może zaszokować rodziców. Druga część bajki-niebajki o przygodach małego Ulfa, „Mój przyjaciel szejk w Stureby” porusza jednak temat przyjaźni – i to on dominuje nad całą fabułą. W tym minicyklu Ulf Stark nie upiększa rzeczywistości i przed nikim nie udaje, że dzieciństwo to same radości. Tym razem przedstawia jednego z agresywnych kolegów, który bójkami wymusza na słabszych posłuszeństwo. Dzieci nie chcą przyznać się rodzicom do przebiegu wydarzeń i same próbują znaleźć sposób na agresora. Ulfowi pomaga w tym egzotyczna sensacja – jego tatę, radioamatora, ma odwiedzić prawdziwy szejk. To na kilka dni powinno powstrzymać Lassego przed bijatykami. Ale Ulf nie poprzestaje na rozwiązaniu jednego problemu – próbuje także hipnozy, by przekonać innych do spełniania jego życzeń. Chciałby na przykład mieć psa. I żeby Marianna się w nim zakochała.
„Mój przyjaciel szejk w Stureby” to opowieść bardzo gorzka. Najlepszy przyjaciel Ulfa, Percy, wkrótce będzie musiał się przeprowadzić. Robi więc wszystko, żeby zawczasu znienawidzić całe Stureby, ale sprawiając przykrość otoczeniu, męczy też siebie. Ulf nie potrafi mu pomóc. Do tej pory chłopcy razem wpadali w tarapaty i razem radzili sobie z przeciwnościami losu. Ulf Stark potrafi pokazać gorycz rozstania z perspektywy chłopca, który nie chce przyznawać się do jakichkolwiek uczuć. Wie, jak odzwierciedlić jego przeżycia, a nie wywołać przy tym ani wstydu bohatera (który straciłby wówczas wiarygodność w oczach czytelników), ani zażenowania małych odbiorców. To, co przeżywa Ulf, jest obecnie niemodne w literaturze, a przecież znane dzieciom. Jednak dziś autorzy niechętnie przyznają, że rodzice bohaterów nie mają dla nich czasu lub nie przejmują się ich sprawami, bagatelizując troski. Ulf swoją opowieść opiera na prawdziwych wspomnieniach. Ale dodaje też warstwę magiczną. Kiedy do Szwecji przyjeżdża szejk, chce spróbować lokalnych rozrywek i wciela się w dobrego kompana Ulfa. Przybysz z dalekiego kraju pozwala z perspektywy spojrzeć na codzienne zmartwienia, a nawet dostarczać ich idealne rozwiązanie. Szejk w tej historii to dorosły, który chętnie staje się na moment dzieckiem – a dzięki tej metamorfozie może traktować dzieci jak dorosłych i z powagą podejść do ich spraw.
Ulf Stark w tomie „Mój przyjaciel szejk w Stureby” jest przede wszystkim dzieckiem, które nie ma pojęcia, jak zorganizować swój świat i jak realizować marzenia. Próbuje rozmaitych dziecięcych sposobów, testuje je, co nawet czasem przynosi pożądane efekty – ale na bardzo krótko. Autor nie zamierza tym razem stawiać się w pozycji mądrzejszego i bardziej doświadczonego od odbiorców. Wie, że w ten sposób straciłby ich zaufanie – i całą wiarygodność. Kiedy zamienia się w niesfornego chłopaka, może opowiedzieć historię, która wzbudzi ciekawość.
„Mój przyjaciel szejk w Stureby” to udane połączenie realizmu i magii – początkowe poszukiwania Ulfa tracą na znaczeniu, gdy pojawia się postać jak z bajki. Szejk to dobry duch całej opowieści, a przy okazji też sposób na osłodzenie niezbyt krzepiących wspomnień. Co ważne, Ulf Stark także tym tomem udowadnia, że bardzo dobrze rozumie małych czytelników i kieruje się do nich bez oglądania się na literackie mody, wzorce czy powinności autorów. Nie chce pouczać, a zapewnić silne przeżycia – i to mu się po raz kolejny udaje.
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Ulf Stark: Cynamon i Trusia. Wierszyki o złości i radości
Zakamarki, Poznań 2013.
Szkoła przeżywania
Ulf Stark to mistrz realistyczno-bajkowych fabuł, historii, w których dzieci postrzegają świat przez pryzmat własnych uczuć, odkryć i tłumaczeń. Próbuje też swoich sił w historiach rozłożonych na serie bajkowych rymowanek – ich bohaterów, Cynamona i Trusię, zna już wiele dzieci. Z Cynamonem i Trusią sprawa wygląda o tyle nietypowo, że to bohaterowie pozbawieni jakichkolwiek opisów. W wyobraźni najmłodszych funkcjonują dzięki ilustracjom Charlotte Ramel. Jedno jest dzieckiem z karykaturalnie wielką głową i chudymi odnóżami, drugie małym królikiem ze świńskim ryjkiem. Cynamon i Trusia to prawdziwi przyjaciele, którzy przy okazji mogą uczyć maluchy uczuć, przez demonstrowanie rozmaitych relacji. Co nie pojawi się bezpośrednio w wierszowanym tekście, to zaistnieje na wielkich obrazkach, wprawdzie pozbawionych szczegółów tła, ale bogatych w mimikę i gesty postaci. A że Cynamon i Trusia są naprawdę charakterystyczni, nie muszą walczyć o uwagę dzieci ani bać się konkurencji.
W dwóch płaszczyznach można oceniać „Wierszyki o złości i radości”, bo taki tytuł ma kolejny tom poświęcony nietypowej przyjaźni. Po pierwsze – ze względu na ustawienia akcentów tekstowych i rytmu całego tomu. Po drugie ze względu na tłumaczeniową realizację pomysłów Ulfa Starka. W całej serii o Cynamonie i Trusi nie ma w pełni samodzielnych utworów. Tu dopiero lektura kolejnych rymowanek, łącznie z okładkowymi drobiazgami, pozwala uzyskać pełny ogląd wymyślonej przez autora sytuacji i jej przesłań oraz wskazówek dla dzieci. Następuje tu dramaturgiczne rozbicie – pojedyncze wierszyki dotyczą pojedynczych wrażeń, odczuć, scenek lub sytuacji. Każdy kolejny utwór jest kontynuacją poprzedniego, rozpoczyna się już w jego puencie i prowadzi przez nowe odkrycia. Jeżeli na przykład w jednym wierszyku bohaterka obraża się na przyjaciela, w drugim ten zaczyna jej szukać, a potem zamartwiać się o nią. Tak Ulf Stark przygotowuje dzieci i rodziców do wspólnej rozmowy o uczuciach i emocjach, pokazuje też różne oblicza przyjaźni. Potrafi szybko i przejrzyście nakreślić emocje, bez zbędnego przegadania, jest w tym niebywale precyzyjny i łatwy do zrozumienia przez dzieci i przez rodziców.
Agnieszka Stróżyk zajęła się tu przekładaniem treści, a nie szlifowaniem formy. I tak wierszyki o Cynamonie i Trusi opierają się przede wszystkim na rymach niedokładnych (lub, dla kontrastu, gramatycznych). Czasami ten warsztat nie razi, ale bywa, że tekst aż prosi się o przeróbkę, bo nie brzmi najlepiej od strony rymów. Jednak na uwagę i uznanie zasługuje raczej fakt, że Stróżyk nie gubi puent i stara się dobrze akcentować ważne tematy. W „Wierszykach o złości i radości” radzi sobie z odwzorowywaniem relacji między bohaterami bez niepotrzebnej dosłowności, oddaje zatem literacką wrażliwość Ulfa Starka i zmusza dzieci do zagłębienia się w świat bohaterów.
Cynamon i Trusia operują naiwnością, ale nie jest to naiwność męcząca, a zbliżona do dziecięcych trosk i przeżyć. Autor może dzięki temu przekonywać do siebie odbiorców. Jego teksty są potrzebne, bo uświadamiają maluchom, jak bogaty może być świat uczuć. Cynamon i Trusia stają się przewodnikami po dziecięcych nastrojach i uczą, jak zachowywać się w interpersonalnych kontaktach, czy – jak utrzymywać dobre relacje z najbliższymi. Stark przy tym nie wartościuje uczuć, sygnalizuje natomiast ich istnienie i przyznaje każdemu prawo do przeżywania rozmaitych emocji.
Szkoła przeżywania
Ulf Stark to mistrz realistyczno-bajkowych fabuł, historii, w których dzieci postrzegają świat przez pryzmat własnych uczuć, odkryć i tłumaczeń. Próbuje też swoich sił w historiach rozłożonych na serie bajkowych rymowanek – ich bohaterów, Cynamona i Trusię, zna już wiele dzieci. Z Cynamonem i Trusią sprawa wygląda o tyle nietypowo, że to bohaterowie pozbawieni jakichkolwiek opisów. W wyobraźni najmłodszych funkcjonują dzięki ilustracjom Charlotte Ramel. Jedno jest dzieckiem z karykaturalnie wielką głową i chudymi odnóżami, drugie małym królikiem ze świńskim ryjkiem. Cynamon i Trusia to prawdziwi przyjaciele, którzy przy okazji mogą uczyć maluchy uczuć, przez demonstrowanie rozmaitych relacji. Co nie pojawi się bezpośrednio w wierszowanym tekście, to zaistnieje na wielkich obrazkach, wprawdzie pozbawionych szczegółów tła, ale bogatych w mimikę i gesty postaci. A że Cynamon i Trusia są naprawdę charakterystyczni, nie muszą walczyć o uwagę dzieci ani bać się konkurencji.
W dwóch płaszczyznach można oceniać „Wierszyki o złości i radości”, bo taki tytuł ma kolejny tom poświęcony nietypowej przyjaźni. Po pierwsze – ze względu na ustawienia akcentów tekstowych i rytmu całego tomu. Po drugie ze względu na tłumaczeniową realizację pomysłów Ulfa Starka. W całej serii o Cynamonie i Trusi nie ma w pełni samodzielnych utworów. Tu dopiero lektura kolejnych rymowanek, łącznie z okładkowymi drobiazgami, pozwala uzyskać pełny ogląd wymyślonej przez autora sytuacji i jej przesłań oraz wskazówek dla dzieci. Następuje tu dramaturgiczne rozbicie – pojedyncze wierszyki dotyczą pojedynczych wrażeń, odczuć, scenek lub sytuacji. Każdy kolejny utwór jest kontynuacją poprzedniego, rozpoczyna się już w jego puencie i prowadzi przez nowe odkrycia. Jeżeli na przykład w jednym wierszyku bohaterka obraża się na przyjaciela, w drugim ten zaczyna jej szukać, a potem zamartwiać się o nią. Tak Ulf Stark przygotowuje dzieci i rodziców do wspólnej rozmowy o uczuciach i emocjach, pokazuje też różne oblicza przyjaźni. Potrafi szybko i przejrzyście nakreślić emocje, bez zbędnego przegadania, jest w tym niebywale precyzyjny i łatwy do zrozumienia przez dzieci i przez rodziców.
Agnieszka Stróżyk zajęła się tu przekładaniem treści, a nie szlifowaniem formy. I tak wierszyki o Cynamonie i Trusi opierają się przede wszystkim na rymach niedokładnych (lub, dla kontrastu, gramatycznych). Czasami ten warsztat nie razi, ale bywa, że tekst aż prosi się o przeróbkę, bo nie brzmi najlepiej od strony rymów. Jednak na uwagę i uznanie zasługuje raczej fakt, że Stróżyk nie gubi puent i stara się dobrze akcentować ważne tematy. W „Wierszykach o złości i radości” radzi sobie z odwzorowywaniem relacji między bohaterami bez niepotrzebnej dosłowności, oddaje zatem literacką wrażliwość Ulfa Starka i zmusza dzieci do zagłębienia się w świat bohaterów.
Cynamon i Trusia operują naiwnością, ale nie jest to naiwność męcząca, a zbliżona do dziecięcych trosk i przeżyć. Autor może dzięki temu przekonywać do siebie odbiorców. Jego teksty są potrzebne, bo uświadamiają maluchom, jak bogaty może być świat uczuć. Cynamon i Trusia stają się przewodnikami po dziecięcych nastrojach i uczą, jak zachowywać się w interpersonalnych kontaktach, czy – jak utrzymywać dobre relacje z najbliższymi. Stark przy tym nie wartościuje uczuć, sygnalizuje natomiast ich istnienie i przyznaje każdemu prawo do przeżywania rozmaitych emocji.
wtorek, 20 grudnia 2011
Ulf Stark: Jak tata się z nami bawił
Zakamarki, Poznań 2011.
Bezradność
Nawet w drobnych książeczkach obrazkowych Ulf Stark potrafi sprawić, że zwykłe i znane każdemu niemal maluchowi wydarzenie przeradza się we wspaniałą przygodę. Wystarczy tylko drobne przełamanie codziennej rutyny, na przykład – propozycja zabawy z tatą. Ulf i jego młodszy braciszek mogą wreszcie spędzić trochę czasu z tatą. Nudzić się nie będą, bo rodzic proponuje zabawę w chowanie klucza. W dodatku tata zachowuje się, jakby też był dzieckiem (a przynajmniej jakby dzieci świetnie rozumiał): udaje, że nie dostrzega sygnałów wysyłanych przez młodszego syna, który klucz od gramofonu taty schował w żyrandolu. Pomaga też starszemu znaleźć schowany przez siebie przedmiot, ale czyni to na tyle dyskretnie, by nie psuć dzieciom rozrywki łamaniem zasad. Nie potrafi jednak przewidzieć, jakie będą konsekwencje niewinnej zabawy – zaskoczony inwencją potomstwa, na jakiś czas straci zapał do proponowania kilkulatkom podobnych gier. Jak zwykle u Ulfa Starka – to opowiastka dowcipna i sympatyczna, wzbogacona o drugie dno (Ulf nigdy nie mówi wprost, że tata dostrzegł klucz w żyrandolu czy że pomógł mu odkryć schowek, przedstawia za to jego mniej naturalne zachowania i ich konsekwencje. Chociaż mały narrator pozostaje naiwny i nieświadomy intencji taty, autor książki zna je od podszewki, dzięki czemu może zaprezentować opis sytuacji uwolniony od zabijających komizm wyjaśnień. Starsze dzieci bez problemu przejrzą sprytne sztuczki taty, młodsze będą mogły uczestniczyć w zabawie i razem z bohaterami zastanawiać się nad najlepszymi miejscami do ukrycia klucza.
Ulf Stark nie pisze historyjki banalnej i nudnej – chociaż tworzenie książeczki obrazkowej wcale nie wymaga rozbudowanych pomysłów artystycznych na rozwój akcji. To jeden z atutów historyjek tego autora – pod pozorami zwyczajności zawsze skrywa się coś więcej. Punktem wyjścia staje się normalność, która nabiera niezwykłych barw za sprawą odejścia od rutyny. Umie Stark – co bardzo cenne u twórców literatury czwartej – wczuć się w psychikę i emocje malucha, dzięki czemu jest bardzo przekonujący i trafia do wyobraźni dzieci, rodzicom za to przypomina czasy beztroskiej radości.
Czynnikiem, którego w tomiku „Jak tata się z nami bawił” pominąć nie wolno, jest dowcip. Po raz kolejny w wyimaginowanym pojedynku dorosły musi przegrać. Stark nie wprowadza przecież żadnych nowych zasad, nie mówi głośno o tym, że rodzice pozwalają kilkulatkom wygrać, by nie sprawiać im przykrości – i w tym tata Ulfa mógłby pokazać, jak bardzo przewyższa pod względem intelektualnym swoje pociechy. Tyle że akcja rozwija się w nieprzewidzianym przez niego kierunku i z triumfatora rodzic staje się największym pokonanym, ku uciesze małych odbiorców.
Mati Lepp to ilustrator dobrze znany, za sprawą Zakamarków także i polskim czytelnikom. Rysuje komiksowo, twarze o bogatej mimice przedstawia kilkoma zaledwie punktami. Ładnie też dopowiada akcję, gdy w kilku sekwencjach obrazkowych przyspiesza opowiastkę, sugeruje nieujęte w tekście rozwiązania i zachowania. Jego bohaterowie są sympatyczni – bardzo miło ogląda się ilustracje, w których ciepłe kolory łączą się z wyraźną konturową kreską. Mati Lepp dorównuje w twórczości Ulfowi Starkowi – nie mówi wszystkiego wprost, za to celuje w rysunkach, które da się powoli odkrywać.
Tomik duetu Stark-Lepp nie znudzi dzieci ani dorosłych, to też perełka z dziedziny literatury czwartej.
Bezradność
Nawet w drobnych książeczkach obrazkowych Ulf Stark potrafi sprawić, że zwykłe i znane każdemu niemal maluchowi wydarzenie przeradza się we wspaniałą przygodę. Wystarczy tylko drobne przełamanie codziennej rutyny, na przykład – propozycja zabawy z tatą. Ulf i jego młodszy braciszek mogą wreszcie spędzić trochę czasu z tatą. Nudzić się nie będą, bo rodzic proponuje zabawę w chowanie klucza. W dodatku tata zachowuje się, jakby też był dzieckiem (a przynajmniej jakby dzieci świetnie rozumiał): udaje, że nie dostrzega sygnałów wysyłanych przez młodszego syna, który klucz od gramofonu taty schował w żyrandolu. Pomaga też starszemu znaleźć schowany przez siebie przedmiot, ale czyni to na tyle dyskretnie, by nie psuć dzieciom rozrywki łamaniem zasad. Nie potrafi jednak przewidzieć, jakie będą konsekwencje niewinnej zabawy – zaskoczony inwencją potomstwa, na jakiś czas straci zapał do proponowania kilkulatkom podobnych gier. Jak zwykle u Ulfa Starka – to opowiastka dowcipna i sympatyczna, wzbogacona o drugie dno (Ulf nigdy nie mówi wprost, że tata dostrzegł klucz w żyrandolu czy że pomógł mu odkryć schowek, przedstawia za to jego mniej naturalne zachowania i ich konsekwencje. Chociaż mały narrator pozostaje naiwny i nieświadomy intencji taty, autor książki zna je od podszewki, dzięki czemu może zaprezentować opis sytuacji uwolniony od zabijających komizm wyjaśnień. Starsze dzieci bez problemu przejrzą sprytne sztuczki taty, młodsze będą mogły uczestniczyć w zabawie i razem z bohaterami zastanawiać się nad najlepszymi miejscami do ukrycia klucza.
Ulf Stark nie pisze historyjki banalnej i nudnej – chociaż tworzenie książeczki obrazkowej wcale nie wymaga rozbudowanych pomysłów artystycznych na rozwój akcji. To jeden z atutów historyjek tego autora – pod pozorami zwyczajności zawsze skrywa się coś więcej. Punktem wyjścia staje się normalność, która nabiera niezwykłych barw za sprawą odejścia od rutyny. Umie Stark – co bardzo cenne u twórców literatury czwartej – wczuć się w psychikę i emocje malucha, dzięki czemu jest bardzo przekonujący i trafia do wyobraźni dzieci, rodzicom za to przypomina czasy beztroskiej radości.
Czynnikiem, którego w tomiku „Jak tata się z nami bawił” pominąć nie wolno, jest dowcip. Po raz kolejny w wyimaginowanym pojedynku dorosły musi przegrać. Stark nie wprowadza przecież żadnych nowych zasad, nie mówi głośno o tym, że rodzice pozwalają kilkulatkom wygrać, by nie sprawiać im przykrości – i w tym tata Ulfa mógłby pokazać, jak bardzo przewyższa pod względem intelektualnym swoje pociechy. Tyle że akcja rozwija się w nieprzewidzianym przez niego kierunku i z triumfatora rodzic staje się największym pokonanym, ku uciesze małych odbiorców.
Mati Lepp to ilustrator dobrze znany, za sprawą Zakamarków także i polskim czytelnikom. Rysuje komiksowo, twarze o bogatej mimice przedstawia kilkoma zaledwie punktami. Ładnie też dopowiada akcję, gdy w kilku sekwencjach obrazkowych przyspiesza opowiastkę, sugeruje nieujęte w tekście rozwiązania i zachowania. Jego bohaterowie są sympatyczni – bardzo miło ogląda się ilustracje, w których ciepłe kolory łączą się z wyraźną konturową kreską. Mati Lepp dorównuje w twórczości Ulfowi Starkowi – nie mówi wszystkiego wprost, za to celuje w rysunkach, które da się powoli odkrywać.
Tomik duetu Stark-Lepp nie znudzi dzieci ani dorosłych, to też perełka z dziedziny literatury czwartej.
środa, 30 listopada 2011
Ulf Stark: Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy'ego
Zakamarki, Poznań 2011.
Źródło odwagi
Rodzice na myśl o tej książce mogą poczuć dreszcz – bo Ulf Stark, tradycyjnie zresztą, nie tłumaczy zachowań swojego bohatera ani wyraźnych związków przyczynowo-skutkowych, a całkowicie skręca w stronę dziecięcego widzenia świata. W „Magicznych tenisówkach mojego przyjaciela Percy’ego” nie ma miejsca na analizę niewłaściwego postępowania, ani na nudne morały – wszystko toczy się swoim trybem, tak, jakby dorośli nie mieli nic do powiedzenia. Właściwie to chyba nie mają, bo nie mogą w żaden sposób wpłynąć na czyny małego Ulfa. A Ulf przeżywa właśnie niezwykłą metamorfozę. Z małego i słabego niezdary w prawdziwego łobuza. Przyczyną tej przemiany staje się nowy szkolny kolega, Percy. Percy jest typowym cwaniakiem, potrafi zdobyć wszystko, czego chce. Wykorzystuje do tego Ulfa, obiecując mu w zamian… swoje stare i bardzo zniszczone tenisówki.
Ulf wierzy, że w brzydkich butach kryje się magiczna moc – w końcu Percy bez wysiłku robi to wszystko, czego Ulf nie umie. Chociaż cena za buty jest wysoka i wymaga ogromnych poświęceń, chłopiec bez wahania wypełnia żądania „przyjaciela”, zupełnie odrzucając swoich dotychczasowych kolegów-nieudaczników. Kiedy już ma swoje wymarzone buty, odkrywa w sobie potężną siłę, a wręcz brawurę – nie istnieją dla niego rzeczy niemożliwe, choćby były niebezpieczne. Jednak spełnienie marzeń o odwadze prowadzi do coraz częstszego łamania zasad i, co za tym idzie, do poważnych kłopotów. Lecz teraz Ulf czuje się podwójnie silny – po pierwsze dzięki posiadaniu magicznych tenisówek (w których magię tylko on wierzy), po drugie dzięki posiadaniu prawdziwego przyjaciela (chociaż Percy wcale na to miano nie zasługuje). Za sprawą naiwnej wiary w słowa rówieśnika, niespodziewanie dla samego siebie, dojrzewa.
Postać Percy’ego nie jest jednoznacznie określona. Nowy w szkole chłopak cechuje się sporym sprytem i doświadczeniem życiowym właściwym dzieciom, które musiały szybko nauczyć się radzić sobie same. Bez skrupułów wykorzystuje okazję do zdobycia tego, czego chce. A jednocześnie jest bardzo pokrzywdzony i nieszczęśliwy – marzy o tym, by jego ojciec zwrócił na niego uwagę. Ten jednak zajęty jest interesami i nie przejmuje się dzieckiem, skąpi mu czułości, a nawet zwykłej sympatii. Głodny miłości ojca Percy nie boi się już niczego. Ten szkolny łobuz ma jeszcze nietypowe hobby: uwielbia haftować, a ponieważ nie kryje się z tym talentem, może być uznawany za prawdziwego twardziela. Zresztą w łamaniu zasad uczeń Ulf niedługo przerośnie mistrza, ku zgrozie tego ostatniego.
Powieść ta została osnuta na wątkach autobiograficznych i Ulf Stark nieraz zaskoczy nią czytelników – zwłaszcza że decyduje się na nieocenzurowane przygody dorastających chłopców, czego zupełnie nie zapowiadały jego historyjki dla młodszych dzieci. Tu prezentuje kolejne niezbyt bezpieczne sytuacje i scenki bez wyjaśnienia, dlaczego maluchy nie powinny naśladować bohaterów. Ta lektura wymaga rozmowy z mniej rozsądnymi dziećmi, odczytania im przesłań autora i nakreślenia granic postępowania. Poza tym natomiast Ulf Stark pozostaje w sferze wzruszających i niebanalnych rozwiązań, potrafi pokazać prawdziwą przyjaźń (choć znowu podarunek, na jaki decyduje się Ulf, do rozsądnych nie należy – jest za to szczery i płynie z serca – pomijając jego konsekwencje – chwyta za gardło). Jest w tej książce coś magicznego (niekoniecznie tenisówki), choć i coś przerażającego zarazem.
Źródło odwagi
Rodzice na myśl o tej książce mogą poczuć dreszcz – bo Ulf Stark, tradycyjnie zresztą, nie tłumaczy zachowań swojego bohatera ani wyraźnych związków przyczynowo-skutkowych, a całkowicie skręca w stronę dziecięcego widzenia świata. W „Magicznych tenisówkach mojego przyjaciela Percy’ego” nie ma miejsca na analizę niewłaściwego postępowania, ani na nudne morały – wszystko toczy się swoim trybem, tak, jakby dorośli nie mieli nic do powiedzenia. Właściwie to chyba nie mają, bo nie mogą w żaden sposób wpłynąć na czyny małego Ulfa. A Ulf przeżywa właśnie niezwykłą metamorfozę. Z małego i słabego niezdary w prawdziwego łobuza. Przyczyną tej przemiany staje się nowy szkolny kolega, Percy. Percy jest typowym cwaniakiem, potrafi zdobyć wszystko, czego chce. Wykorzystuje do tego Ulfa, obiecując mu w zamian… swoje stare i bardzo zniszczone tenisówki.
Ulf wierzy, że w brzydkich butach kryje się magiczna moc – w końcu Percy bez wysiłku robi to wszystko, czego Ulf nie umie. Chociaż cena za buty jest wysoka i wymaga ogromnych poświęceń, chłopiec bez wahania wypełnia żądania „przyjaciela”, zupełnie odrzucając swoich dotychczasowych kolegów-nieudaczników. Kiedy już ma swoje wymarzone buty, odkrywa w sobie potężną siłę, a wręcz brawurę – nie istnieją dla niego rzeczy niemożliwe, choćby były niebezpieczne. Jednak spełnienie marzeń o odwadze prowadzi do coraz częstszego łamania zasad i, co za tym idzie, do poważnych kłopotów. Lecz teraz Ulf czuje się podwójnie silny – po pierwsze dzięki posiadaniu magicznych tenisówek (w których magię tylko on wierzy), po drugie dzięki posiadaniu prawdziwego przyjaciela (chociaż Percy wcale na to miano nie zasługuje). Za sprawą naiwnej wiary w słowa rówieśnika, niespodziewanie dla samego siebie, dojrzewa.
Postać Percy’ego nie jest jednoznacznie określona. Nowy w szkole chłopak cechuje się sporym sprytem i doświadczeniem życiowym właściwym dzieciom, które musiały szybko nauczyć się radzić sobie same. Bez skrupułów wykorzystuje okazję do zdobycia tego, czego chce. A jednocześnie jest bardzo pokrzywdzony i nieszczęśliwy – marzy o tym, by jego ojciec zwrócił na niego uwagę. Ten jednak zajęty jest interesami i nie przejmuje się dzieckiem, skąpi mu czułości, a nawet zwykłej sympatii. Głodny miłości ojca Percy nie boi się już niczego. Ten szkolny łobuz ma jeszcze nietypowe hobby: uwielbia haftować, a ponieważ nie kryje się z tym talentem, może być uznawany za prawdziwego twardziela. Zresztą w łamaniu zasad uczeń Ulf niedługo przerośnie mistrza, ku zgrozie tego ostatniego.
Powieść ta została osnuta na wątkach autobiograficznych i Ulf Stark nieraz zaskoczy nią czytelników – zwłaszcza że decyduje się na nieocenzurowane przygody dorastających chłopców, czego zupełnie nie zapowiadały jego historyjki dla młodszych dzieci. Tu prezentuje kolejne niezbyt bezpieczne sytuacje i scenki bez wyjaśnienia, dlaczego maluchy nie powinny naśladować bohaterów. Ta lektura wymaga rozmowy z mniej rozsądnymi dziećmi, odczytania im przesłań autora i nakreślenia granic postępowania. Poza tym natomiast Ulf Stark pozostaje w sferze wzruszających i niebanalnych rozwiązań, potrafi pokazać prawdziwą przyjaźń (choć znowu podarunek, na jaki decyduje się Ulf, do rozsądnych nie należy – jest za to szczery i płynie z serca – pomijając jego konsekwencje – chwyta za gardło). Jest w tej książce coś magicznego (niekoniecznie tenisówki), choć i coś przerażającego zarazem.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Ulf Stark: Cynamon i Trusia. Wierszyki na okrągły rok
Zakamarki, Poznań 2010.
Cztery w roku
Chociaż wolę książeczki Ulfa Starka pisane prozą, jego wierszyki o Cynamonie i Trusi mają swój urok i dziecięcą naiwność przekuwają na całkiem zgrabne i bardzo krótkie rymowanki. Nie do końca z przekładami o zrygoryzowanej formie radzi sobie Agnieszka Stróżyk – ale ponieważ swoista infantylność wpisana jest w te drobne historyjki, da się to wytrzymać.
Ulf Stark sięga po motywy uniwersalne, by z nich zbudować spójną, rozłożoną na frazy, opowieść. Tym razem tematem, który porządkuje tomik, są pory roku. „Cynamon i Trusia. Wierszyki na okrągły rok” to rodzaj wierszowanego kalendarza. Rozpoczyna się ten tom od poszukiwania lata, które nie wiadomo gdzie się podziało. Poszukiwanie lata to zapowiedź dziwnej, chociaż bez wątpienia ładnej i atrakcyjnej przygody. Ale bohaterowie mają szansę sprawdzić, jakie są uroki jesieni (dokładnie wytłumaczą im to grzyby spotkane na spacerze i bardzo uprzejme). Zima nadchodzi szybko: Cynamonowi i Trusi uda się jeszcze uchronić przed zamarznięciem żuka – i już mogą zająć się śniegiem. Błyskawicznie, bo zaraz nadejdą święta i trzeba będzie ubrać choinkę. Jeszcze tylko słuchanie śpiewu zamarzniętego jeziora i beztroskie zabawy w błocie, toast (wzniesiony pięcioma kroplami wody z sopla) jest dobrym pomysłem na powitanie wiosny. Potem bohaterowie muszą obudzić do życia przyrodę – nakazać drzewom, by te puściły pąki, a mrówkom – by się obudziły. Beztroskie zabawy pochłaniają cały czas i energię Cynamona i Trusi – nic zatem dziwnego, że lato przychodzi niepostrzeżenie i zaskakuje, a także bardzo cieszy postacie. Bo w końcu latem można robić wiele ciekawych rzeczy, a już „najlepsze jest wędkowanie / Bez wędki i bez robaka. / Leży się tylko i patrzy. / Przyjemność nie byle jaka”. Na całą książkę składa się zaledwie czternaście krótkich rymowanek. Zwykle nie przekraczają one rozmiaru dwóch lub trzech czterowersowych zwrotek, Ulf Stark nie troszczy się także specjalnie o fabułę, raczej portretuje Cynamona i Trusię w konkretnej chwili i podczas zwykłej, naturalnej rozmowy, stara się o to, by wierszyki wyglądały na przypadkowo zarejestrowane, to rodzaj wtajemniczenia czy dopuszczenia czytelników do zamkniętego świata Cynamona i Trusi – dziecka i małego królika. Obojgu do szczęścia wystarczy trochę swobody – obserwowanie codzienności okaże się pasjonującą zabawą, do której mali odbiorcy bez trudu będą mogli się przyłączyć.
Charlotte Ramel do swoich rysunków próbuje wprowadzać elementy dowcipu, chociaż rezygnuje z mnóstwa szczegółów. Rysuje ogromne – choć proste w kresce – postacie i pozwala im robić więcej niż sygnalizuje tekst – ale zwykle Cynamon i Trusia przyglądają się czemuś wspólnie bądź pracują nad czymś w skupieniu. Cieszyć może na przykład obrazek, na którym Trusia próbuje złapać płatki śniegu na język, lub ilustracja z czapką w kształcie króliczych uszu.
„Wierszyki na okrągły rok” pomagają odkryć, ile ważnych rzeczy dzieje się dookoła, jeśli tylko maluchy nauczą się obserwować świat. To utworki proste, ale – jak to u Ulfa Starka przeważnie bywa – także niepozbawione drobnych, ważnych odkryć.
Cztery w roku
Chociaż wolę książeczki Ulfa Starka pisane prozą, jego wierszyki o Cynamonie i Trusi mają swój urok i dziecięcą naiwność przekuwają na całkiem zgrabne i bardzo krótkie rymowanki. Nie do końca z przekładami o zrygoryzowanej formie radzi sobie Agnieszka Stróżyk – ale ponieważ swoista infantylność wpisana jest w te drobne historyjki, da się to wytrzymać.
Ulf Stark sięga po motywy uniwersalne, by z nich zbudować spójną, rozłożoną na frazy, opowieść. Tym razem tematem, który porządkuje tomik, są pory roku. „Cynamon i Trusia. Wierszyki na okrągły rok” to rodzaj wierszowanego kalendarza. Rozpoczyna się ten tom od poszukiwania lata, które nie wiadomo gdzie się podziało. Poszukiwanie lata to zapowiedź dziwnej, chociaż bez wątpienia ładnej i atrakcyjnej przygody. Ale bohaterowie mają szansę sprawdzić, jakie są uroki jesieni (dokładnie wytłumaczą im to grzyby spotkane na spacerze i bardzo uprzejme). Zima nadchodzi szybko: Cynamonowi i Trusi uda się jeszcze uchronić przed zamarznięciem żuka – i już mogą zająć się śniegiem. Błyskawicznie, bo zaraz nadejdą święta i trzeba będzie ubrać choinkę. Jeszcze tylko słuchanie śpiewu zamarzniętego jeziora i beztroskie zabawy w błocie, toast (wzniesiony pięcioma kroplami wody z sopla) jest dobrym pomysłem na powitanie wiosny. Potem bohaterowie muszą obudzić do życia przyrodę – nakazać drzewom, by te puściły pąki, a mrówkom – by się obudziły. Beztroskie zabawy pochłaniają cały czas i energię Cynamona i Trusi – nic zatem dziwnego, że lato przychodzi niepostrzeżenie i zaskakuje, a także bardzo cieszy postacie. Bo w końcu latem można robić wiele ciekawych rzeczy, a już „najlepsze jest wędkowanie / Bez wędki i bez robaka. / Leży się tylko i patrzy. / Przyjemność nie byle jaka”. Na całą książkę składa się zaledwie czternaście krótkich rymowanek. Zwykle nie przekraczają one rozmiaru dwóch lub trzech czterowersowych zwrotek, Ulf Stark nie troszczy się także specjalnie o fabułę, raczej portretuje Cynamona i Trusię w konkretnej chwili i podczas zwykłej, naturalnej rozmowy, stara się o to, by wierszyki wyglądały na przypadkowo zarejestrowane, to rodzaj wtajemniczenia czy dopuszczenia czytelników do zamkniętego świata Cynamona i Trusi – dziecka i małego królika. Obojgu do szczęścia wystarczy trochę swobody – obserwowanie codzienności okaże się pasjonującą zabawą, do której mali odbiorcy bez trudu będą mogli się przyłączyć.
Charlotte Ramel do swoich rysunków próbuje wprowadzać elementy dowcipu, chociaż rezygnuje z mnóstwa szczegółów. Rysuje ogromne – choć proste w kresce – postacie i pozwala im robić więcej niż sygnalizuje tekst – ale zwykle Cynamon i Trusia przyglądają się czemuś wspólnie bądź pracują nad czymś w skupieniu. Cieszyć może na przykład obrazek, na którym Trusia próbuje złapać płatki śniegu na język, lub ilustracja z czapką w kształcie króliczych uszu.
„Wierszyki na okrągły rok” pomagają odkryć, ile ważnych rzeczy dzieje się dookoła, jeśli tylko maluchy nauczą się obserwować świat. To utworki proste, ale – jak to u Ulfa Starka przeważnie bywa – także niepozbawione drobnych, ważnych odkryć.
wtorek, 21 czerwca 2011
Ulf Stark: Mały Asmodeusz
Media Rodzina, Poznań 2011.
Dobry diabeł
Dobro i zło w klasycznych bajkach dla najmłodszych jest bardzo wyraźnie rozgraniczane. Dzieci muszą poznać system wartości i uczyć się, jak postępować – najłatwiej pokazać im to na wzorcach – bohaterach, którzy za dobre zachowanie zostaną nagrodzeni. Zdarza się też, że autorzy mieszają konwencje i symbole, by przekonać maluchy, że dobrym można być bez względu na okoliczności. Tak zdarza się między innymi w przypadku obrazu dobrych diabłów, odmieńców, którzy nie są mile widziani w naturalnym środowisku. Opowieść opartą na tym motywie proponuje Ulf Stark w książce „Mały Asmodeusz”.
Polskim odbiorcom Ulf Stark dał się poznać przede wszystkim dzięki obrazkowym książeczkom, publikowanym przez Zakamarki: zwykle opowiada ten autor o trudnych sprawach lekko i z humorem, a przy tym oryginalnie: mikrofabułki Ulfa Starka spodobać się mogą także rodzicom – tyle w nich odkrywczości, towarzyszącej urokliwym postaciom. „Mały Asmodeusz” to jednak historia o nieco większym ciężarze gatunkowym. Lekkości nie dodają jej także przepiękne, ale mało „dziecinne” ilustracje Józefa Wilkonia, mroczne i nieco groźne.
Asmodeusz, mały diabełek, nie potrafi odnaleźć się wśród bliskich. Nie bawią go prymitywne zachowania kuzynów i rodzeństwa, ani rozrywki starszych, na przykład patrzenie na męki potępionych dusz. Wszyscy w piekle zachowują się okropnie: ciotki dłubią w nosach i puszczają bąki. Asmodeusz zupełnie tu nie pasuje, ale zyskuje od ojca szansę – musi iść na Ziemię i zdobyć dla niego duszę. Ziemia jawi się mieszkańcom piekła jako kraina, w której trudno byłoby żyć. Dla Asmodeusza to niemal raj. Tyle że małemu diabełkowi trudno przekonać kogokolwiek do takiego poświęcenia. W końcu spotyka smutną dziewczynkę, która dla chorego brata zrobi wszystko.
W książce musi wygrać dobro – ale rozpoznanie, co jest dobrem a co złem, może być dla dzieci nieco skomplikowane. Będą one bowiem musiały postawić się w sytuacji dla większości maluchów obcej – to jest w obliczu ciężkiej choroby rodzeństwa: uczucie między siostrą i bratem bywa mniej czytelne i mniej zrozumiałe dla współczesnego odbiorcy, postawa małej Krysi może zatem wydać się sztuczna. Mali czytelnicy nie wychwycą też symboliki tekstu, ale to w kontekście wyrazistej całości nie należy do mankamentów.
Józef Wilkoń postawił w ilustracjach na czerń i mrok. Postacie, jeśli się pojawiają, są mniej wyraźne, zdominowane przez ciemność, pozbawione wyraźnych rysów twarzy i często – po prostu szczegółów (w odróżnieniu od dopracowanych w detalach przedstawicieli piekła). Do czarnych sylwetek dochodzi szare lub bure, akwarelowe choć nasycone tło – z mrocznymi i ponurymi obrazami naprawdę ładnie kontrastują sceny z późniejszych przygód Asmodeusza. W ogromnej większości przypadków ilustracje wyglądają bardzo pesymistycznie, sprawiają wręcz pesymistyczne wrażenie – dobrze więc oddają nastrój całej książki – ale ze względu na to raczej nie przypadną do gustu dzieciom, mimo że na pewno zachwycą dorosłych. Doskonale pasują do samego tekstu, nie tłumaczą go i nie powielają, ale uzupełniają. Wpisują się znakomicie w lekko baśniową konwencję i zapadają w pamięć – tyle że sporo dzieci może się ich zwyczajnie bać.
Niezbyt skomplikowana fabularnie jest książka Ulfa Starka mocno pogmatwana pod względem uczuciowym i między innymi dlatego nie wolno jej przegapić.
Dobry diabeł
Dobro i zło w klasycznych bajkach dla najmłodszych jest bardzo wyraźnie rozgraniczane. Dzieci muszą poznać system wartości i uczyć się, jak postępować – najłatwiej pokazać im to na wzorcach – bohaterach, którzy za dobre zachowanie zostaną nagrodzeni. Zdarza się też, że autorzy mieszają konwencje i symbole, by przekonać maluchy, że dobrym można być bez względu na okoliczności. Tak zdarza się między innymi w przypadku obrazu dobrych diabłów, odmieńców, którzy nie są mile widziani w naturalnym środowisku. Opowieść opartą na tym motywie proponuje Ulf Stark w książce „Mały Asmodeusz”.
Polskim odbiorcom Ulf Stark dał się poznać przede wszystkim dzięki obrazkowym książeczkom, publikowanym przez Zakamarki: zwykle opowiada ten autor o trudnych sprawach lekko i z humorem, a przy tym oryginalnie: mikrofabułki Ulfa Starka spodobać się mogą także rodzicom – tyle w nich odkrywczości, towarzyszącej urokliwym postaciom. „Mały Asmodeusz” to jednak historia o nieco większym ciężarze gatunkowym. Lekkości nie dodają jej także przepiękne, ale mało „dziecinne” ilustracje Józefa Wilkonia, mroczne i nieco groźne.
Asmodeusz, mały diabełek, nie potrafi odnaleźć się wśród bliskich. Nie bawią go prymitywne zachowania kuzynów i rodzeństwa, ani rozrywki starszych, na przykład patrzenie na męki potępionych dusz. Wszyscy w piekle zachowują się okropnie: ciotki dłubią w nosach i puszczają bąki. Asmodeusz zupełnie tu nie pasuje, ale zyskuje od ojca szansę – musi iść na Ziemię i zdobyć dla niego duszę. Ziemia jawi się mieszkańcom piekła jako kraina, w której trudno byłoby żyć. Dla Asmodeusza to niemal raj. Tyle że małemu diabełkowi trudno przekonać kogokolwiek do takiego poświęcenia. W końcu spotyka smutną dziewczynkę, która dla chorego brata zrobi wszystko.
W książce musi wygrać dobro – ale rozpoznanie, co jest dobrem a co złem, może być dla dzieci nieco skomplikowane. Będą one bowiem musiały postawić się w sytuacji dla większości maluchów obcej – to jest w obliczu ciężkiej choroby rodzeństwa: uczucie między siostrą i bratem bywa mniej czytelne i mniej zrozumiałe dla współczesnego odbiorcy, postawa małej Krysi może zatem wydać się sztuczna. Mali czytelnicy nie wychwycą też symboliki tekstu, ale to w kontekście wyrazistej całości nie należy do mankamentów.
Józef Wilkoń postawił w ilustracjach na czerń i mrok. Postacie, jeśli się pojawiają, są mniej wyraźne, zdominowane przez ciemność, pozbawione wyraźnych rysów twarzy i często – po prostu szczegółów (w odróżnieniu od dopracowanych w detalach przedstawicieli piekła). Do czarnych sylwetek dochodzi szare lub bure, akwarelowe choć nasycone tło – z mrocznymi i ponurymi obrazami naprawdę ładnie kontrastują sceny z późniejszych przygód Asmodeusza. W ogromnej większości przypadków ilustracje wyglądają bardzo pesymistycznie, sprawiają wręcz pesymistyczne wrażenie – dobrze więc oddają nastrój całej książki – ale ze względu na to raczej nie przypadną do gustu dzieciom, mimo że na pewno zachwycą dorosłych. Doskonale pasują do samego tekstu, nie tłumaczą go i nie powielają, ale uzupełniają. Wpisują się znakomicie w lekko baśniową konwencję i zapadają w pamięć – tyle że sporo dzieci może się ich zwyczajnie bać.
Niezbyt skomplikowana fabularnie jest książka Ulfa Starka mocno pogmatwana pod względem uczuciowym i między innymi dlatego nie wolno jej przegapić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






