Dwie Siostry, Warszawa 2022.
Wyprawa
Dzisiaj już nie pisze się takich bajek dla dzieci, nikt zresztą nie byłby zainteresowany przygodami krasnoludków. A przecież Hubert w Wielkim Kapeluszu nie jest zwyczajnym krasnoludkiem - jest krasnoludkiem, którym kieruje żądza przygody. Bohater wyróżnia się także wielkim kapeluszem, dzięki któremu łatwo go znaleźć. Hubert w Wielkim Kapeluszu doskonale wie, jak przygotować się na wycieczkę: zabiera prowiant i pakuje do kapelusza to, co potrzebne, śpiewa z radością - i nie słucha malkontentów, bo tych nigdy nie brakuje. Nie zamierza natomiast określać celu wycieczki, bo wie, że najprzyjemniej jest po prostu ruszyć przed siebie w nieznane. Wszyscy wokół narzekają: Hubert przecież łamie zasady, nie pracuje w dzień powszedni, obiecuje wprawdzie, że nadrobi zaległości, ale nie wiadomo, czy mu się to uda. Jakby tego było mało, w Worlickich Borach, do których trafia Hubert w Wielkim Kapeluszu, mieszka Plampacz - potwór, który ma trochę z wilka i trochę ze smoka - wywęsza krasnoludki z daleka i pożera. I nawet to nie będzie w stanie zatrzymać Huberta, który wprawdzie trochę się boi, ale nie ma wyjścia i musi zmierzyć się z lękiem. Los chce, by mały bohater zaryzykował - bez tego nie byłoby atrakcyjnej przygody. Hubert w Wielkim Kapeluszu to postać rezolutna i śmiała: nie unika wyzwań, nie poddaje się łatwo, za to chętnie testuje to, co nowe. Dąży do spełniania marzeń i przekazuje dzieciom, że warto działać na przekór wszystkiemu. Chociaż to klasyka bajkowa, dzisiejsze maluchy przyciągnie z racji odwagi bohatera i pomysłów na realizację. Fabuła wypełniona drobnymi ciekawostkami może się spodobać - nada się jako lektura przed snem i jako książka rozrywkowa. Nawet jeśli krasnoludek jako taki nie budzi dzisiaj nadmiernego zainteresowania, Hubert w Wielkim Kapeluszu to postać intrygująca.
W narracji uderza sposób przedstawiania kolejnych wydarzeń: wygląda to tak, jakby książka była przeznaczona do głośnej lektury, Otfried Preussler wie, jak przyciągnąć dzieci i zachęcić je do słuchania o przygodach Huberta. Proponuje zabawną i lekką opowieść, która przedstawia siłę wyobraźni. Nie ma tu prawienia dzieciom morałów, jest nastawienie na dobrą zabawę - wnioski, jakie mali odbiorcy będą wyciągać przy okazji lektury, to już efekt dobrze poprowadzonej opowieści. Otfried Preussler stawia na to, co sprawdzone i charakterystyczne w pewnym momencie dla literatury czwartej: nie przesadza z kreacją świata przedstawionego, wystarczającą dawkę egzotyki zapewnia mu obecność krasnoludka - a przecież i tak umożliwia maluchom przeżywanie niezwykłych przygód. Śmiech to dodatkowy atut opowieści.
A na rynku pojawia się ta publikacja - jako przypomnienie klasyki - w serii Mistrzowie Ilustracji, ze względu na pracę graficzną, jaką przy Hubercie wykonał Jerzy Flisak. Starsze pokolenie z pewnością skojarzy charakterystyczną sylwetkę krasnoludka, który pod kapeluszem chował rozmaite przydatne przedmioty, dzięki którym wychodził cało z kolejnych opresji. To właśnie warstwa obrazkowa przyniesie najwięcej sentymentów i wspomnień - a dzisiejszym odbiorcom pokaże, jak wyglądały dawniej sposoby przedstawiania pomysłowych dokonań ze świata krasnoludków.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrzowie Ilustracji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrzowie Ilustracji. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 sierpnia 2022
sobota, 27 marca 2021
Władysław Ludwik Anczyc: Księżniczka głogu
Dwie Siostry, Warszawa 2021.
Nie tylko ilustracje
"Księżniczka głogu" to historia, którą prezentuje w serii Mistrzowie Ilustracji Władysław Ludwik Andczyc - i o ile dla starszego pokolenia będzie to przypomnienie lektury z dzieciństwa, o tyle dla najmłodszych - historia, którą świetnie znają, ale nie w takim ujęciu. "Księżniczka głogu" to bowiem rodzima wersja Śpiącej Królewny - a ponieważ motywy baśniowe były wiele razy i przez różnych artystów przerabiane, dzieci będą mogły odkrywać kolejne płaszczyzny czy nawiązania, które zostały tu uruchomione. Mistrzynią ilustracji jest tu Julitta Karwowska-Wnuczak - to ona sprawia, że dzieci z kolejnego pokolenia zajrzą do tomiku, zainteresowane jego zawartością.
Fabuła znana-nieznana, na tym zresztą polega jej urok: monarsze małżeństwo, które nie może mieć dzieci, w nagrodę za swoje zasługi zyskuje szansę na spełnienie marzenia o potomstwie. Mała dziewczynka staje się ich córką - na uroczystość zaproszone są wieszczki. Tyle tylko, że w królewskiej zastawie jest czternaście złotych talerzy, a wieszczek jest trzynaście. Jedna będzie musiała skorzystać ze srebrnych naczyń (bo nie wypada, żeby król i królowa jedli ze srebra, nawet na wydawanym przez siebie przyjęciu). Stąd nieszczęście: klątwa rzucona na dziecko przez poniżoną wieszczkę. Kiedy skończy piętnaście lat, księżniczka ukłuje się wrzecionem i umrze. Sytuację łagodzi pomysł ostatniej wieszczki - która może nieco osłabić brzmienie klątwy i sprawić, by dziewczynka "tylko" zasnęła na sto lat z całym dworem. Jest to zatem motyw, który dzieci już doskonale zdążyły poznać, jednak w innej wersji - i ze znacznie bardziej rozbudowaną warstwą magiczną. Kto wychowuje się na disneyowskich przeróbkach, może być zaskoczony ogromem szczegółów z egzystencji bohaterki i jej bliskich, a także - samym motywem przebudzenia księżniczki. Władysław Ludwik Anczyc pisze melodyjnie. Mnoży szczegóły, przedstawia mnóstwo detali związanych z tłem opowieści. W narracji dba o brzmienie słów, stara się, by frazy niosły czytelników. Śledzi się tę historię zupełnie inaczej niż dzisiejsze bajki dla dzieci - nie tylko ze względu na stopień zaangażowania autora w opowieść, ale też ze względu na staranność językową. To prawdziwa przyjemność - móc zanurzyć się w świecie tak przedstawianym. Nawet jeśli każdemu kojarzy się przebieg akcji i kierunek historii, nie da się oderwać od tekstu. Władysław Ludwik Anczyc dzisiaj wypada jako twórca archaiczny - a jednak jest w "Księżniczce głogu" piękno, któremu łatwo ulec. Sposób przedstawiania sytuacji dzieciom wyda się dziwny (i może przez to bardzo interesujący), dorosłych przeniesie znów do czasów, w których dla dzieci pisało się z całą dbałością.
Julitta Karwowska-Wnuczak także cieszy mnogością detali. Jej postacie są infantylne, ale też bajkowe. Ilustratorka zajmuje się przede wszystkim odzwierciedlaniem min, pokazywaniem, co czują bohaterowie. Stawia na obfitość szczegółów i zarzuca wręcz małych odbiorców drobiazgami, które budzą podziw oraz radość. "Księżniczka głogu" ze względu na szatę graficzną warta jest ocalenia i przedstawiania kolejnym pokoleniom. Najmłodsi mogą tu znaleźć styl, jakiego dzisiaj nie dostaną od żadnego twórcy - i to będzie się podobać.
Nie tylko ilustracje
"Księżniczka głogu" to historia, którą prezentuje w serii Mistrzowie Ilustracji Władysław Ludwik Andczyc - i o ile dla starszego pokolenia będzie to przypomnienie lektury z dzieciństwa, o tyle dla najmłodszych - historia, którą świetnie znają, ale nie w takim ujęciu. "Księżniczka głogu" to bowiem rodzima wersja Śpiącej Królewny - a ponieważ motywy baśniowe były wiele razy i przez różnych artystów przerabiane, dzieci będą mogły odkrywać kolejne płaszczyzny czy nawiązania, które zostały tu uruchomione. Mistrzynią ilustracji jest tu Julitta Karwowska-Wnuczak - to ona sprawia, że dzieci z kolejnego pokolenia zajrzą do tomiku, zainteresowane jego zawartością.
Fabuła znana-nieznana, na tym zresztą polega jej urok: monarsze małżeństwo, które nie może mieć dzieci, w nagrodę za swoje zasługi zyskuje szansę na spełnienie marzenia o potomstwie. Mała dziewczynka staje się ich córką - na uroczystość zaproszone są wieszczki. Tyle tylko, że w królewskiej zastawie jest czternaście złotych talerzy, a wieszczek jest trzynaście. Jedna będzie musiała skorzystać ze srebrnych naczyń (bo nie wypada, żeby król i królowa jedli ze srebra, nawet na wydawanym przez siebie przyjęciu). Stąd nieszczęście: klątwa rzucona na dziecko przez poniżoną wieszczkę. Kiedy skończy piętnaście lat, księżniczka ukłuje się wrzecionem i umrze. Sytuację łagodzi pomysł ostatniej wieszczki - która może nieco osłabić brzmienie klątwy i sprawić, by dziewczynka "tylko" zasnęła na sto lat z całym dworem. Jest to zatem motyw, który dzieci już doskonale zdążyły poznać, jednak w innej wersji - i ze znacznie bardziej rozbudowaną warstwą magiczną. Kto wychowuje się na disneyowskich przeróbkach, może być zaskoczony ogromem szczegółów z egzystencji bohaterki i jej bliskich, a także - samym motywem przebudzenia księżniczki. Władysław Ludwik Anczyc pisze melodyjnie. Mnoży szczegóły, przedstawia mnóstwo detali związanych z tłem opowieści. W narracji dba o brzmienie słów, stara się, by frazy niosły czytelników. Śledzi się tę historię zupełnie inaczej niż dzisiejsze bajki dla dzieci - nie tylko ze względu na stopień zaangażowania autora w opowieść, ale też ze względu na staranność językową. To prawdziwa przyjemność - móc zanurzyć się w świecie tak przedstawianym. Nawet jeśli każdemu kojarzy się przebieg akcji i kierunek historii, nie da się oderwać od tekstu. Władysław Ludwik Anczyc dzisiaj wypada jako twórca archaiczny - a jednak jest w "Księżniczce głogu" piękno, któremu łatwo ulec. Sposób przedstawiania sytuacji dzieciom wyda się dziwny (i może przez to bardzo interesujący), dorosłych przeniesie znów do czasów, w których dla dzieci pisało się z całą dbałością.
Julitta Karwowska-Wnuczak także cieszy mnogością detali. Jej postacie są infantylne, ale też bajkowe. Ilustratorka zajmuje się przede wszystkim odzwierciedlaniem min, pokazywaniem, co czują bohaterowie. Stawia na obfitość szczegółów i zarzuca wręcz małych odbiorców drobiazgami, które budzą podziw oraz radość. "Księżniczka głogu" ze względu na szatę graficzną warta jest ocalenia i przedstawiania kolejnym pokoleniom. Najmłodsi mogą tu znaleźć styl, jakiego dzisiaj nie dostaną od żadnego twórcy - i to będzie się podobać.
sobota, 28 listopada 2020
Władysław Kozłowski: Imieninowa przygoda
Dwie Siostry, Warszawa 2020.
Przyjęcie
Seria poświęcona mistrzom ilustracji w Dwóch Siostrach to strzał w dziesiątkę - młodszym pozwala poznać inne niż kreskówkowe i przelukrowane sposoby zdobienia historyjek, starszym zapewnia sentymentalną podróż w przeszłość, a wszystko dla zachowania tego, co w historii literatury czwartej cenne i zapadające w pamięć. O ile bowiem część odbiorców może nie kojarzyć treści lub sformułowań, o ile nie przywoła nazwiska autora rysunków w ulubionej bajce - o tyle na widok ilustracji natychmiast skojarzy sobie zestaw dawnych wrażeń i przeżyć. Korzystają z tej magii wydawcy, którzy co pewien czas odświeżają historie pozornie przebrzmiałe. "Imieninowa przygoda" Władysława Kozłowskiego należy do takich właśnie - przywołanych po dekadach - tomików, niby niepozornych, a jednak bardzo ważnych dla odbiorców. W tym wypadku liczy się najbardziej pomysłowość Olgi Siemaszko i zestaw propozycji, jakich dzisiaj się w bajkach dla najmłodszych raczej nie spotyka. Olga Siemaszko pozwala tu poznać tajniki swojego warsztatu, czasami wprowadza rysunki, które sugerują kolejne fazy ruchu, to znów - dopowiada rzeczy, których próżno by szukać w tekście. Odrzuca infantylizowany styl zdobienia książki, traktuje swoich odbiorców bardzo poważnie, a w efekcie tworzy małe dzieła sztuki. Nic dziwnego, że taka książka nie powinna ulec zapomnieniu i zostaje przywrócona do świadomości czytelników. "Imieninowa przygoda" to podróż do czasów, w których dzieci były odbiorcami równie ważnymi jak dorośli - a może nawet ważniejszymi. Nie będzie tu zatem ostrych konturów kojarzonych obecnie z kreskówkami, nie będzie też przejaskrawionych kolorów. W momencie, gdy na rynku królują - niestety - komputerowo tworzone i bezduszne grafiki, Olga Siemaszko może zachwycać indywidualizmem i wyczuciem tematu. W końcu nie ilustruje typowej bajki - przymierza się do stworzenia obrazkowego kryminału. Bo takim właśnie gatunkiem inspiruje się Władysław Kozłowski - w chwili, gdy nikt jeszcze nie podejrzewa, że zamiast powieści detektywistycznych rynek książki zdominują kryminały w wersji pop. Kozłowski postanawia dostarczyć odbiorcom dziecięcym mocnych wrażeń i zabiera ich do świata dorosłych.
Oto przyjęcie z okazji imienin zajęczycy. Bohaterka jest bardzo lubiana i ceniona, na imprezę zjeżdżają się jej różni krewni oraz przyjaciele. Zajęczyca dostaje mnóstwo prezentów, każdy przynosi jej coś - najlepiej przygotowanego własnoręcznie - co ma wielką wartość emocjonalną, a czasami też - i zwłaszcza w świecie zwierząt - również jest cenne. Stąd zresztą bierze się cały problem. Zabawę przerywa okrzyk głównej bohaterki: Zajęczyca orientuje się, że podczas tańca zniknęły jej klipsy. Biżuterię z drewna właśnie przed chwilą dostała, ale już zdążyła się do niej przywiązać. Podejrzenia łatwo rzucać, zwłaszcza jeśli na przyjęciu znajdują się zwierzęta słynące z przebiegłości lub zamiłowania do błyskotek - jednak śledztwo nie może przebiegać aż tak prosto. I tak "Imieninowa przygoda" zamienia się w opowieść kryminalną, co jest tym ciekawsze, że Władysław Kozłowski bardzo naturalnie rymuje. Dzięki takim rozwiązaniom nie tylko ilustracje Olgi Siemaszko, ale również sam tekst mogą przetrwać i skusić małych czytelników. Odbiorcy poznają tu niespotykane dzisiaj zasady tworzenia, zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej - i przekonają się, że jeden gatunek może mieć mnóstwo różnych odsłon.
Przyjęcie
Seria poświęcona mistrzom ilustracji w Dwóch Siostrach to strzał w dziesiątkę - młodszym pozwala poznać inne niż kreskówkowe i przelukrowane sposoby zdobienia historyjek, starszym zapewnia sentymentalną podróż w przeszłość, a wszystko dla zachowania tego, co w historii literatury czwartej cenne i zapadające w pamięć. O ile bowiem część odbiorców może nie kojarzyć treści lub sformułowań, o ile nie przywoła nazwiska autora rysunków w ulubionej bajce - o tyle na widok ilustracji natychmiast skojarzy sobie zestaw dawnych wrażeń i przeżyć. Korzystają z tej magii wydawcy, którzy co pewien czas odświeżają historie pozornie przebrzmiałe. "Imieninowa przygoda" Władysława Kozłowskiego należy do takich właśnie - przywołanych po dekadach - tomików, niby niepozornych, a jednak bardzo ważnych dla odbiorców. W tym wypadku liczy się najbardziej pomysłowość Olgi Siemaszko i zestaw propozycji, jakich dzisiaj się w bajkach dla najmłodszych raczej nie spotyka. Olga Siemaszko pozwala tu poznać tajniki swojego warsztatu, czasami wprowadza rysunki, które sugerują kolejne fazy ruchu, to znów - dopowiada rzeczy, których próżno by szukać w tekście. Odrzuca infantylizowany styl zdobienia książki, traktuje swoich odbiorców bardzo poważnie, a w efekcie tworzy małe dzieła sztuki. Nic dziwnego, że taka książka nie powinna ulec zapomnieniu i zostaje przywrócona do świadomości czytelników. "Imieninowa przygoda" to podróż do czasów, w których dzieci były odbiorcami równie ważnymi jak dorośli - a może nawet ważniejszymi. Nie będzie tu zatem ostrych konturów kojarzonych obecnie z kreskówkami, nie będzie też przejaskrawionych kolorów. W momencie, gdy na rynku królują - niestety - komputerowo tworzone i bezduszne grafiki, Olga Siemaszko może zachwycać indywidualizmem i wyczuciem tematu. W końcu nie ilustruje typowej bajki - przymierza się do stworzenia obrazkowego kryminału. Bo takim właśnie gatunkiem inspiruje się Władysław Kozłowski - w chwili, gdy nikt jeszcze nie podejrzewa, że zamiast powieści detektywistycznych rynek książki zdominują kryminały w wersji pop. Kozłowski postanawia dostarczyć odbiorcom dziecięcym mocnych wrażeń i zabiera ich do świata dorosłych.
Oto przyjęcie z okazji imienin zajęczycy. Bohaterka jest bardzo lubiana i ceniona, na imprezę zjeżdżają się jej różni krewni oraz przyjaciele. Zajęczyca dostaje mnóstwo prezentów, każdy przynosi jej coś - najlepiej przygotowanego własnoręcznie - co ma wielką wartość emocjonalną, a czasami też - i zwłaszcza w świecie zwierząt - również jest cenne. Stąd zresztą bierze się cały problem. Zabawę przerywa okrzyk głównej bohaterki: Zajęczyca orientuje się, że podczas tańca zniknęły jej klipsy. Biżuterię z drewna właśnie przed chwilą dostała, ale już zdążyła się do niej przywiązać. Podejrzenia łatwo rzucać, zwłaszcza jeśli na przyjęciu znajdują się zwierzęta słynące z przebiegłości lub zamiłowania do błyskotek - jednak śledztwo nie może przebiegać aż tak prosto. I tak "Imieninowa przygoda" zamienia się w opowieść kryminalną, co jest tym ciekawsze, że Władysław Kozłowski bardzo naturalnie rymuje. Dzięki takim rozwiązaniom nie tylko ilustracje Olgi Siemaszko, ale również sam tekst mogą przetrwać i skusić małych czytelników. Odbiorcy poznają tu niespotykane dzisiaj zasady tworzenia, zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej - i przekonają się, że jeden gatunek może mieć mnóstwo różnych odsłon.
czwartek, 5 grudnia 2019
Zdeněk Svěrák: Tato, ta ci się udała
Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Wymagania
Dwójka małych łobuziaków może wyprowadzić z równowagi każdego. Te dzieci – Petrzik i Petruszka – w zasadzie w tomiku „Tato, ta ci się udała” są tylko katalizatorami akcji. To maluchy, którym trzeba opowiadać bajki na dobranoc – żeby dzieci nie zeszły na złą drogę i żeby miały rozwiniętą wyobraźnię. Mama zdaje sobie sprawę z wychowawczej mocy bajek, tata przyjmuje to do wiadomości. Zwykle jego żona prezentuje kolejne historyjki, wymyślane co wieczór i podporządkowane dziecięcej dociekliwości. Taki stan rzeczy mógłby trwać dowolnie długo, tylko że pewnego dnia mama się buntuje. Stwierdza, że zbyt dużo obowiązków ma na głowie: wylicza starannie kolejne zajęcia, obejmujące i pracę zarobkową, i prowadzenie domu – przy tym wszystkim nie ma w ogóle czasu dla siebie, więc żąda, żeby tatuś przejął jedno z zajęć, teoretycznie – proste. Tyle tylko, że tatuś nigdy nie opowiadał bajek i nie wie, jak to się robi. Próbuje, owszem. Ale pierwsze próby są z góry skazane na niepowodzenie – opowiadanie bajek to sztuka, którą mamusia posiadła, tatuś na razie nie rozumie mechanizmów obowiązujących w dobranockowych historiach. Petrzik i Petruszka dostrzegają słabość proponowanych im zastępczo fabuł, ale też nie zamierzają niczego ojcu ułatwiać. Za to mama służy radami.
Tatuś jako bohater z prawdziwego zdarzenia stara się poprawić swoją sytuację. Nie uniknie nowego obowiązku, nawet jeśli to mu się nie podoba. Jest jednak ambitny i próbuje nauczyć się opowiadania bajek. Wysłuchuje podpowiedzi, szuka inspiracji, a poza tym – podsłuchuje wieczorne spotkania dzieci z mamą i wysnuwa z nich wnioski. Takie fabularne rozwiązanie daje autorowi szansę na wprowadzanie kompozycji szkatułkowej. Oprócz bajki realistycznej – scenek z domu Petrzika i Petruszki – dzieci dostają zestaw historyjek prezentowanych na dobranoc bohaterom. Te opowiadane przez mamusię są wspaniałe i nawet pytania słuchaczy nie wybijają autorki z rytmu. Te tatusiowe obnażają swoje słabości. W małych odbiorcach narastać będzie ciekawość – każdy zechce sprawdzić, jakie efekty przyniosą lekcje, które tatuś pobiera. A ponieważ w czeskiej narracji pełno jest humoru – nie da się od tej historyjki oderwać. Rozśmieszy nawet dorosłych, którzy świetnie odnajdą się w postaciach tatusia i mamusi (i dostrzegą satyrę na małe pociechy). W ogóle Zdenek Sverak bardzo chętnie posługuje się satyrą i ironią z perspektywy dorosłego – będzie tym odbiorców kusić i zachęcać do sprawdzania perypetii sympatycznej rodziny. Bajka o opowiadaniu bajek może przetrwać za sprawą ładunku komizmotwórczego.
Na rynku jednak „Tato, ta ci się udała” pojawia się w serii Mistrzowie ilustracji, czyli śmiech jest tylko dodatkiem do oryginalnych grafik. Adolf Born proponuje tu rysunki satyryczne w kresce, kolorowe i z czeskimi podpisami (wydawnictwo zostawia je na szczęście). Sposób ozdobienia zabawnej historii zasługuje na uwagę i na utrwalenie na rynku, koresponduje z humorem w samej narracji. W rezultacie „Tato, ta ci się udała” to publikacja, która powinna trafić do każdego domu – bo wszyscy powinni opowiadać swoim dzieciom bajki na dobranoc.
Wymagania
Dwójka małych łobuziaków może wyprowadzić z równowagi każdego. Te dzieci – Petrzik i Petruszka – w zasadzie w tomiku „Tato, ta ci się udała” są tylko katalizatorami akcji. To maluchy, którym trzeba opowiadać bajki na dobranoc – żeby dzieci nie zeszły na złą drogę i żeby miały rozwiniętą wyobraźnię. Mama zdaje sobie sprawę z wychowawczej mocy bajek, tata przyjmuje to do wiadomości. Zwykle jego żona prezentuje kolejne historyjki, wymyślane co wieczór i podporządkowane dziecięcej dociekliwości. Taki stan rzeczy mógłby trwać dowolnie długo, tylko że pewnego dnia mama się buntuje. Stwierdza, że zbyt dużo obowiązków ma na głowie: wylicza starannie kolejne zajęcia, obejmujące i pracę zarobkową, i prowadzenie domu – przy tym wszystkim nie ma w ogóle czasu dla siebie, więc żąda, żeby tatuś przejął jedno z zajęć, teoretycznie – proste. Tyle tylko, że tatuś nigdy nie opowiadał bajek i nie wie, jak to się robi. Próbuje, owszem. Ale pierwsze próby są z góry skazane na niepowodzenie – opowiadanie bajek to sztuka, którą mamusia posiadła, tatuś na razie nie rozumie mechanizmów obowiązujących w dobranockowych historiach. Petrzik i Petruszka dostrzegają słabość proponowanych im zastępczo fabuł, ale też nie zamierzają niczego ojcu ułatwiać. Za to mama służy radami.
Tatuś jako bohater z prawdziwego zdarzenia stara się poprawić swoją sytuację. Nie uniknie nowego obowiązku, nawet jeśli to mu się nie podoba. Jest jednak ambitny i próbuje nauczyć się opowiadania bajek. Wysłuchuje podpowiedzi, szuka inspiracji, a poza tym – podsłuchuje wieczorne spotkania dzieci z mamą i wysnuwa z nich wnioski. Takie fabularne rozwiązanie daje autorowi szansę na wprowadzanie kompozycji szkatułkowej. Oprócz bajki realistycznej – scenek z domu Petrzika i Petruszki – dzieci dostają zestaw historyjek prezentowanych na dobranoc bohaterom. Te opowiadane przez mamusię są wspaniałe i nawet pytania słuchaczy nie wybijają autorki z rytmu. Te tatusiowe obnażają swoje słabości. W małych odbiorcach narastać będzie ciekawość – każdy zechce sprawdzić, jakie efekty przyniosą lekcje, które tatuś pobiera. A ponieważ w czeskiej narracji pełno jest humoru – nie da się od tej historyjki oderwać. Rozśmieszy nawet dorosłych, którzy świetnie odnajdą się w postaciach tatusia i mamusi (i dostrzegą satyrę na małe pociechy). W ogóle Zdenek Sverak bardzo chętnie posługuje się satyrą i ironią z perspektywy dorosłego – będzie tym odbiorców kusić i zachęcać do sprawdzania perypetii sympatycznej rodziny. Bajka o opowiadaniu bajek może przetrwać za sprawą ładunku komizmotwórczego.
Na rynku jednak „Tato, ta ci się udała” pojawia się w serii Mistrzowie ilustracji, czyli śmiech jest tylko dodatkiem do oryginalnych grafik. Adolf Born proponuje tu rysunki satyryczne w kresce, kolorowe i z czeskimi podpisami (wydawnictwo zostawia je na szczęście). Sposób ozdobienia zabawnej historii zasługuje na uwagę i na utrwalenie na rynku, koresponduje z humorem w samej narracji. W rezultacie „Tato, ta ci się udała” to publikacja, która powinna trafić do każdego domu – bo wszyscy powinni opowiadać swoim dzieciom bajki na dobranoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






