Media Rodzina, Poznań 2022.
Ratunek
Noe ma sen. Wie, że musi zbudować arkę i zaprosić na nią zwierzęta, żeby ocalić je przed potopem. Postanawia zawierzyć swojej wizji i przystępuje do ciężkiej pracy, w której pomagają mu synowie. Trzeba będzie jednak jeszcze przekonać zwierzęta, że tylko arka może je ocalić. Biblijną historię przedstawia dość dowcipnie Piotr Wilkoń - a ilustruje ją Józef Wilkoń. Dzięki temu dzieci otrzymują apokryficzną bajkę - godną polecenia ze względu na kulturową symbolikę i obecność w dziełach. Ponadto jest to historia, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta, więc będzie to magnesem dla małych odbiorców. Noe dogaduje się ze zwierzętami, chociaż nie zawsze od razu jest w stanie przekonać je do swoich pomysłów - czasami musi uciekać się do fortelu albo wręcz dopuścić do głosu silne emocje, żeby zapanować nad zróżnicowanym stadem. "Arka Noego" to znana historia w nowej wersji.
Piotr Wilkoń stara się opowiadać tak, by zaangażować w lekturę dzieci. Stawia na wymyślane scenki i interakcje między bohaterami, stara się naświetlić różne rodzaje emocji - nie zawsze Noe i zwierzęta idealnie się dogadują, zdarza się, że ktoś ma pretensje, a ktoś chciałby znaleźć się gdzie indziej, zdarza się też, że ktoś zaskoczy samego Noego - okazuje się, że mimo umiejętności przewidzenia tego, co się stanie, bohater ma czasami problemy z logicznym myśleniem - a to prosta droga do rozbawienia odbiorców. Czytelnicy mogą się tu skupiać na relacjach Noego z kolejnymi gatunkami zwierząt, w końcu nie od dzisiaj wiadomo, że zwierzęcy bohaterowie najszybciej przyciągną do lektury. Sama historia nie miałaby czym zaskoczyć w warstwie fabularnej - w końcu znają ją wszyscy. Jednak Piotr Wilkoń postanawia wybrać dowcip jako motyw przekonujący do czytania - wie, że jeśli uda mu się rozśmieszyć dzieci, zostaną przy książce.
Osobną kategorię stanowią ilustracje Józefa Wilkonia. Obrazki są wielkoformatowe i ładnie wpisują się w tekst - pokazują nastroje bohaterów. Czasami są pełne szczegółów, które można długo oglądać i podziwiać - zwłaszcza gdy w grę wchodzi prezentowanie rozmaitości zwierzęcych pasażerów na arce - czasami autor jednak skupia się na detalu wpasowanym w wyraziste tło i wtedy uwaga odbiorców może się przenieść na kunszt twórcy. Stonowana kolorystyka sprawia, że także dorośli będą mogli zachwycać się rozwiązaniami stosowanymi przez Józefa Wilkonia. To ilustracje nie tylko idealnie dopasowane do historii, ale też same w sobie prowadzące własną narrację - tak, że dzieci, które nie chcą czytać, mogą sprawdzać bieg wydarzeń bezpośrednio na obrazkach i ćwiczyć samodzielne prowadzenie narracji. Jest "Arka Noego" wielofunkcyjnym picture bookiem, który ucieszy nie tylko młodych odbiorców.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Wilkoń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Wilkoń. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 stycznia 2023
niedziela, 29 listopada 2020
Józef Wilkoń, Piotr Wilkoń: Leopantera. Historia pewnej miłości
Media Rodzina, Poznań 2020.
Wielkie koty
Jest to publikacja klasyczna i piękna, będąca przede wszystkim popisem graficznym Józefa Wilkonia - i z historią Piotra Wilkonia, a przedstawia motyw nietypowy w książkach dla najmłodszych, bo - miłość. Oto Bruno, nieśmiały leopard, który po raz pierwszy wypuszcza się samotnie do dżungli. Tam spotyka Lisę, czarną gepardzicę, która zawraca mu w głowie. Lisa jest uosobieniem wolności i niezależności, zawsze robi to, na co ma ochotę i nie zamierza oglądać się na innych. Nie słucha rozkazów ani próśb, jest pewna siebie i nawet wyniosła. Aż dziwne, że zwraca uwagę na Bruna, który właściwie nie ma jej nic podobnego do zaoferowania: dopiero wyrwał się z domu, jeszcze czuje się przywiązany do mamy i potrzebuje przewodników w świecie dorosłych. Lisa jednak może podjąć się takiej roli - rozbudza zainteresowanie sobą, a potem ucieka. Nie ma ochoty na wpadanie w pułapki, wikłanie się w relacje ze zwierzętami. Nie chce pokazywać się innym - zresztą jej kolor umożliwia jej ukrywanie się w ciemnej dżungli. Lisa jest samotnikiem, nawet nie potrafiłaby podporządkowywać się innym. I to ważna lekcja dla Bruna: jeśli chciałby połączyć się z Lisą, musi zaakceptować jej warunki. Jego potrzeby są tu mniej ważne.
Kiedy Lisa znika, Bruno szuka jej w różnych miejscach. W końcu musi przyznać się bliskim, że poznał kogoś wyjątkowego i że wiąże z Lisą nadzieje na przyszłość - jednak potrzebuje też porad oraz wsparcia. Sam nie zrozumie przecież, że jeśli Lisa zniknęła, to po to, żeby jej szukał i żeby udowodnił swoją samodzielność. Im większemu wyzwaniu podoła, tym lepiej wypadnie w oczach ukochanej. Bruno stopniowo przekonuje się, że to, co czuje, to miłość - i że chciałby z Lisą spędzić resztę życia. Nie przeraża go niestabilność partnerki, to, że nie liczy się ona z jego uczuciami i że narzuca własne warunki wspólnej egzystencji. Poszukiwanie Lisy nadaje dramaturgii historii - sprawia, że dzieci zaczynają kibicować bohaterowi i przejmować się jego uczuciami. Zrozumieją też dzięki leopardowi, że miłość nie zawsze na początku jest oczywista, nie objawia się wyłącznie w jeden sposób.
"Leopantera. Historia pewnej miłości" to tomik obrazkowy, znacznie więcej mówią tu ilustracje niż tekst, chociaż ich wzajemne uzupełnianie się jest wielką wartością książki. Józef Wilkoń wybiera rozwiązania ciekawe pod względem graficznym. Bruno i Lisa różnią się umaszczeniem, jednak wizualnie są do siebie bardzo podobni, co jeszcze uwypukla kontrast między nimi. Są przeciwieństwami charakterologicznymi i pod kątem relacji z innymi - a jednak coś do siebie czują i szybko robią się dla siebie ważni. Kiedy znikają wśród roślin (albo wyłaniają się z gąszczu), wywołują w odbiorcach silne uczucia. To nie maskotki z kreskówek, a dzikie zwierzęta, które na chwilę pozwoliły zajrzeć do swojej codzienności - i to dla czytelników może być bardzo niezwykłe. Józef Wilkoń nie uwodzi maluchów, nie próbuje wpasować się w ich oczekiwania. Proponuje opowieść graficzną, która nie daje się przewidzieć, wyzwala szereg pytań i wątpliwości. Przykuwa uwagę także dorosłych odbiorców, może budzić zainteresowanie - a przez uniwersalność historii - przetrwa w kolejnych pokoleniach. "Leopantera" to tomik wyjątkowy.
Wielkie koty
Jest to publikacja klasyczna i piękna, będąca przede wszystkim popisem graficznym Józefa Wilkonia - i z historią Piotra Wilkonia, a przedstawia motyw nietypowy w książkach dla najmłodszych, bo - miłość. Oto Bruno, nieśmiały leopard, który po raz pierwszy wypuszcza się samotnie do dżungli. Tam spotyka Lisę, czarną gepardzicę, która zawraca mu w głowie. Lisa jest uosobieniem wolności i niezależności, zawsze robi to, na co ma ochotę i nie zamierza oglądać się na innych. Nie słucha rozkazów ani próśb, jest pewna siebie i nawet wyniosła. Aż dziwne, że zwraca uwagę na Bruna, który właściwie nie ma jej nic podobnego do zaoferowania: dopiero wyrwał się z domu, jeszcze czuje się przywiązany do mamy i potrzebuje przewodników w świecie dorosłych. Lisa jednak może podjąć się takiej roli - rozbudza zainteresowanie sobą, a potem ucieka. Nie ma ochoty na wpadanie w pułapki, wikłanie się w relacje ze zwierzętami. Nie chce pokazywać się innym - zresztą jej kolor umożliwia jej ukrywanie się w ciemnej dżungli. Lisa jest samotnikiem, nawet nie potrafiłaby podporządkowywać się innym. I to ważna lekcja dla Bruna: jeśli chciałby połączyć się z Lisą, musi zaakceptować jej warunki. Jego potrzeby są tu mniej ważne.
Kiedy Lisa znika, Bruno szuka jej w różnych miejscach. W końcu musi przyznać się bliskim, że poznał kogoś wyjątkowego i że wiąże z Lisą nadzieje na przyszłość - jednak potrzebuje też porad oraz wsparcia. Sam nie zrozumie przecież, że jeśli Lisa zniknęła, to po to, żeby jej szukał i żeby udowodnił swoją samodzielność. Im większemu wyzwaniu podoła, tym lepiej wypadnie w oczach ukochanej. Bruno stopniowo przekonuje się, że to, co czuje, to miłość - i że chciałby z Lisą spędzić resztę życia. Nie przeraża go niestabilność partnerki, to, że nie liczy się ona z jego uczuciami i że narzuca własne warunki wspólnej egzystencji. Poszukiwanie Lisy nadaje dramaturgii historii - sprawia, że dzieci zaczynają kibicować bohaterowi i przejmować się jego uczuciami. Zrozumieją też dzięki leopardowi, że miłość nie zawsze na początku jest oczywista, nie objawia się wyłącznie w jeden sposób.
"Leopantera. Historia pewnej miłości" to tomik obrazkowy, znacznie więcej mówią tu ilustracje niż tekst, chociaż ich wzajemne uzupełnianie się jest wielką wartością książki. Józef Wilkoń wybiera rozwiązania ciekawe pod względem graficznym. Bruno i Lisa różnią się umaszczeniem, jednak wizualnie są do siebie bardzo podobni, co jeszcze uwypukla kontrast między nimi. Są przeciwieństwami charakterologicznymi i pod kątem relacji z innymi - a jednak coś do siebie czują i szybko robią się dla siebie ważni. Kiedy znikają wśród roślin (albo wyłaniają się z gąszczu), wywołują w odbiorcach silne uczucia. To nie maskotki z kreskówek, a dzikie zwierzęta, które na chwilę pozwoliły zajrzeć do swojej codzienności - i to dla czytelników może być bardzo niezwykłe. Józef Wilkoń nie uwodzi maluchów, nie próbuje wpasować się w ich oczekiwania. Proponuje opowieść graficzną, która nie daje się przewidzieć, wyzwala szereg pytań i wątpliwości. Przykuwa uwagę także dorosłych odbiorców, może budzić zainteresowanie - a przez uniwersalność historii - przetrwa w kolejnych pokoleniach. "Leopantera" to tomik wyjątkowy.
niedziela, 18 marca 2018
Agata Napiórska: Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Marginesy, Warszawa 2018.
Dwie historie
Jedna rozmowa – do innej książki (tomu, którym Agata Napiórska weszła na rynek) zaowocowała pomysłem na wywiad-rzekę. Potem nastąpił szereg szczęśliwych przypadków” okazało się, że artysta ma podobne wrażenia z pierwszego spotkania i zgadza się na pełnowymiarową publikację. Rynek chłonie tego typu opowieści – lekkie, zanurzone w biografii, ale pozbawione encyklopedycznej dokładności książki. I jeszcze trend w wydawnictwie Marginesy: bardzo umiejętne rozbudowywanie strony graficznej, zdjęcia i przedruki ciągnące się czasem przez kilka lub kilkanaście stron. W takich warunkach można tworzyć relację o artyście – ilustratorze, malarzu i rzeźbiarzu. „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia” to pozycja atrakcyjna dla odbiorców, a przygotowana niebanalnie.
Agata Napiórska spotyka się z Józefem Wilkoniem w jego domu i wysłuchuje wspomnień, częstowana przez gospodarza i jego gosposię samymi przysmakami. Rozmawia bez przymusu układania biografii, pozwala płynąć skojarzeniom, czasami dostaje w prezencie anegdotę. Czuje się tu familiarną atmosferę, swojskość, która procentuje międzypokoleniowym porozumieniem. Józef Wilkoń opowiada o rodzicach i o rodzinie, bo to element obowiązkowy każdej publikacji w tym nurcie. Ale nie rozwodzi się przesadnie nad kolejnymi kwestiami. Precyzyjnie zarysowuje temat, by zaraz przejść do następnego. Ucieka od rutyny. Przedstawia zawodowe przyjaźnie i wyzwania twórcze. Najwięcej miejsca poświęca swojej pracy – kolejnym odkryciom i możliwościom. Oprowadza odbiorców po „warsztacie”, komentuje współpracę z pismami dla dzieci czy wydawnictwami, opowiada o poszukiwaniach różnych technik. Gdzieniegdzie przemyca informacje o sukcesach – ale nie po to, żeby się chwalić, raczej dla porządku i samej przyjemności wspominania miłych sytuacji. Dzięki temu może Józef Wilkoń bezpośrednio pokazywać odbiorcom, co dla niego ważne. Zdarzają się i rozmowy niezwiązane z pracą i życiorysem – choćby ta dotycząca jedzenia albo spaceru po ogrodzie. I one pełnią ważną funkcję – bo pomagają w poznawaniu twórcy, w kreowaniu sobie jego wizerunku.
Dla Agaty Napiórskiej ważne było to, że Marginesy umożliwiają wprowadzanie do publikacji mnóstwa zdjęć. Traktuje je – łącznie z reprintami ilustracji – jak dodatkową narrację. Czasami w ogóle rezygnuje ze słów, zwłaszcza wtedy, gdy zadawanie pytań wydaje się zbyt naiwne, mało precyzyjne i wtórne – przechodzi wówczas na fotoreportaż. I ma rację, bo trudno byłoby opisać to, co dzieje się w pracowni podczas tworzenia. Zdjęcie umożliwiają lepsze orientowanie się w sytuacji, a do tego oddalają widmo powtórzeń czy banałów w opowieściach o pracy twórczej. Reprinty z kolei zapewniają podróż sentymentalną – z ilustracjami Józefa Wilkonia każdy musiał się zetknąć – zapewne więc znajdą się w tomie obrazy zapamiętane z dzieciństwa. „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia” to opowieść prowadzona równolegle przez słowa i grafiki – czasami te dwie sfery wzajemnie się komentują, ale równie często po prostu się uzupełniają. Józef Wilkoń zabiera czytelników w świat własnej wyobraźni. Tu łatwo prześledzić jego artystyczną wrażliwość oraz pomysły realizowane w ramach różnych zadań. Agacie Napiórskiej udało się stworzyć książkę, która wpisuje się w nurt wywiadów-rzek, a przy tym różni się od modnych publikacji znaczeniem nadawanym stronie wizualnej.
Dwie historie
Jedna rozmowa – do innej książki (tomu, którym Agata Napiórska weszła na rynek) zaowocowała pomysłem na wywiad-rzekę. Potem nastąpił szereg szczęśliwych przypadków” okazało się, że artysta ma podobne wrażenia z pierwszego spotkania i zgadza się na pełnowymiarową publikację. Rynek chłonie tego typu opowieści – lekkie, zanurzone w biografii, ale pozbawione encyklopedycznej dokładności książki. I jeszcze trend w wydawnictwie Marginesy: bardzo umiejętne rozbudowywanie strony graficznej, zdjęcia i przedruki ciągnące się czasem przez kilka lub kilkanaście stron. W takich warunkach można tworzyć relację o artyście – ilustratorze, malarzu i rzeźbiarzu. „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia” to pozycja atrakcyjna dla odbiorców, a przygotowana niebanalnie.
Agata Napiórska spotyka się z Józefem Wilkoniem w jego domu i wysłuchuje wspomnień, częstowana przez gospodarza i jego gosposię samymi przysmakami. Rozmawia bez przymusu układania biografii, pozwala płynąć skojarzeniom, czasami dostaje w prezencie anegdotę. Czuje się tu familiarną atmosferę, swojskość, która procentuje międzypokoleniowym porozumieniem. Józef Wilkoń opowiada o rodzicach i o rodzinie, bo to element obowiązkowy każdej publikacji w tym nurcie. Ale nie rozwodzi się przesadnie nad kolejnymi kwestiami. Precyzyjnie zarysowuje temat, by zaraz przejść do następnego. Ucieka od rutyny. Przedstawia zawodowe przyjaźnie i wyzwania twórcze. Najwięcej miejsca poświęca swojej pracy – kolejnym odkryciom i możliwościom. Oprowadza odbiorców po „warsztacie”, komentuje współpracę z pismami dla dzieci czy wydawnictwami, opowiada o poszukiwaniach różnych technik. Gdzieniegdzie przemyca informacje o sukcesach – ale nie po to, żeby się chwalić, raczej dla porządku i samej przyjemności wspominania miłych sytuacji. Dzięki temu może Józef Wilkoń bezpośrednio pokazywać odbiorcom, co dla niego ważne. Zdarzają się i rozmowy niezwiązane z pracą i życiorysem – choćby ta dotycząca jedzenia albo spaceru po ogrodzie. I one pełnią ważną funkcję – bo pomagają w poznawaniu twórcy, w kreowaniu sobie jego wizerunku.
Dla Agaty Napiórskiej ważne było to, że Marginesy umożliwiają wprowadzanie do publikacji mnóstwa zdjęć. Traktuje je – łącznie z reprintami ilustracji – jak dodatkową narrację. Czasami w ogóle rezygnuje ze słów, zwłaszcza wtedy, gdy zadawanie pytań wydaje się zbyt naiwne, mało precyzyjne i wtórne – przechodzi wówczas na fotoreportaż. I ma rację, bo trudno byłoby opisać to, co dzieje się w pracowni podczas tworzenia. Zdjęcie umożliwiają lepsze orientowanie się w sytuacji, a do tego oddalają widmo powtórzeń czy banałów w opowieściach o pracy twórczej. Reprinty z kolei zapewniają podróż sentymentalną – z ilustracjami Józefa Wilkonia każdy musiał się zetknąć – zapewne więc znajdą się w tomie obrazy zapamiętane z dzieciństwa. „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia” to opowieść prowadzona równolegle przez słowa i grafiki – czasami te dwie sfery wzajemnie się komentują, ale równie często po prostu się uzupełniają. Józef Wilkoń zabiera czytelników w świat własnej wyobraźni. Tu łatwo prześledzić jego artystyczną wrażliwość oraz pomysły realizowane w ramach różnych zadań. Agacie Napiórskiej udało się stworzyć książkę, która wpisuje się w nurt wywiadów-rzek, a przy tym różni się od modnych publikacji znaczeniem nadawanym stronie wizualnej.
piątek, 30 lipca 2010
Aleksandra Zgorzelska, Józef Wilkoń: Nazywam się... Fryderyk Chopin
Media Rodzina, Poznań 2010.
Biografia kompozytora
Pomysł na przedstawianie dzieciom życiorysów sławnych ludzi w formie monologów owych sław nie jest nowy i dobrze się sprawdza w lekturze. Nic dziwnego, że kolejne serie książeczek edukacyjnych przybliżają maluchom fabularyzowane biografie tak, by wzbudzić ciekawość i przemycić jak najwięcej informacji w pozornie plotkarskim wyznaniu. Pomysł sam w sobie wydaje się być bardzo udany, różnie bywa za to z realizacją, chociaż przeważnie pierwszoosobowa narracja ożywia suche fakty i zachęca dzieci do lektury.
W serii „Nazywam się…” wydawnictwa Media Rodzina pojawili się między innymi Szekspir, Mozart, Einstein, Picasso, Jan Paweł II czy Maria Skłodowska-Curie. Teraz przyszedł czas na Fryderyka Chopina – dzieci dowiedzą się czegoś o twórcy i o jego dziełach, a przy okazji otrzymają przyjemną historyjkę do poczytania, krótką i bogato ilustrowaną. Bohater publikacji prowadzi małych odbiorców przez wydarzenia z różnych etapów własnej egzystencji i próbuje przy tym wytłumaczyć, dlaczego jego dokonania są tak ważne i cenione mimo upływu czasu. Ponieważ swój wywód rozpoczyna słowem „cześć” i zwraca się ciągle bezpośrednio do czytelników, łatwo przyciągnąć uwagę maluchów.
Aleksandra Zgorzelska nie wyważyła jednak dobrze proporcji w narracji. Przez wywód Fryderyka Chopina przebija tekst bazowy, nie do końca udanie przerobiony na historię dla dzieci. Przede wszystkim za dużo tu patosu i wielkich słów, jakby autorka posiłkowała się rozpiskami z akademii w szkołach podstawowych. Sporo sformułowań dałoby się uprościć, sporo tu kwestii, które, odarte z aury niezwykłości, brzmiałyby znacznie lepiej. Fryderyk Chopin, który powinien relacjonować własne życie i swoje doświadczenia bez trudu, mówi językiem z archaicznych już podręczników, nie ma w tej narracji swobody, beztroski i lekkości. Inaczej: chociaż autorka sugeruje imitowanie języka mówionego, Chopin w jej książce posługuje się stylem literackim, od czasu do czasu przeplatanym zwrotami kolokwialnymi. U dorosłych odbiorców wywoływać to będzie wrażenie niedopasowania formy do pomysłu – ale najprawdopodobniej maluchy nie odczują tego tak silnie.
Uda się tą historią pobudzić wyobraźnię czytających. Chopin nie mówi o znanej i granej na całym świecie muzyce, a wymienia odległe tereny i proponuje dzieciom, by sprawdziły na globusie, jak daleko od siebie leżą. Obok nietypowego konkretyzowania przewijają się przez tę niewielką książeczkę również refleksje natury estetycznej. Opowieść o życiu Chopina staje się również pretekstem do snucia rozważań na temat piękna, egzystencji artysty (to jest – każdego twórcy) czy istoty tworzenia. Aleksandra Zgorzelska próbuje przemycić w tym tomie wskazówki do rozumienia prawdziwej sztuki. Robi to subtelnie i dyskretnie, dlatego ma szansę na odniesienie sukcesu.
Życie Fryderyka Chopina miało wpływ na jego kompozycje – co do tego nie ma chyba żadnych wątpliwości. Autorka książki „Nazywam się… Fryderyk Chopin” stara się uchwycić te zależności, pokazując, jak kolejne doznania młodego kompozytora rzutowały na wybierane przez niego rozwiązania muzyczne. Oczywiście nie brakuje tu i tła historycznego, przy okazji maluchy będą więc zapoznawać się z emigracyjnymi losami Polaków.
Józef Wilkoń jest autorem całkiem niezłych ilustracji (ale wyraźny problem ma z odwzorowywaniem dłoni). Dzięki temu, że zamiast reprodukcji pojawiają się tu obrazy przerysowane przez ilustratora, całość nabiera spójnego charakteru. Duże obrazki rozbijają nieco rytm przesyconej faktami narracji i przynoszą wytchnienie, mimo że utrzymane są raczej w ponurej kolorystycznej tonacji.
Biografia kompozytora
Pomysł na przedstawianie dzieciom życiorysów sławnych ludzi w formie monologów owych sław nie jest nowy i dobrze się sprawdza w lekturze. Nic dziwnego, że kolejne serie książeczek edukacyjnych przybliżają maluchom fabularyzowane biografie tak, by wzbudzić ciekawość i przemycić jak najwięcej informacji w pozornie plotkarskim wyznaniu. Pomysł sam w sobie wydaje się być bardzo udany, różnie bywa za to z realizacją, chociaż przeważnie pierwszoosobowa narracja ożywia suche fakty i zachęca dzieci do lektury.
W serii „Nazywam się…” wydawnictwa Media Rodzina pojawili się między innymi Szekspir, Mozart, Einstein, Picasso, Jan Paweł II czy Maria Skłodowska-Curie. Teraz przyszedł czas na Fryderyka Chopina – dzieci dowiedzą się czegoś o twórcy i o jego dziełach, a przy okazji otrzymają przyjemną historyjkę do poczytania, krótką i bogato ilustrowaną. Bohater publikacji prowadzi małych odbiorców przez wydarzenia z różnych etapów własnej egzystencji i próbuje przy tym wytłumaczyć, dlaczego jego dokonania są tak ważne i cenione mimo upływu czasu. Ponieważ swój wywód rozpoczyna słowem „cześć” i zwraca się ciągle bezpośrednio do czytelników, łatwo przyciągnąć uwagę maluchów.
Aleksandra Zgorzelska nie wyważyła jednak dobrze proporcji w narracji. Przez wywód Fryderyka Chopina przebija tekst bazowy, nie do końca udanie przerobiony na historię dla dzieci. Przede wszystkim za dużo tu patosu i wielkich słów, jakby autorka posiłkowała się rozpiskami z akademii w szkołach podstawowych. Sporo sformułowań dałoby się uprościć, sporo tu kwestii, które, odarte z aury niezwykłości, brzmiałyby znacznie lepiej. Fryderyk Chopin, który powinien relacjonować własne życie i swoje doświadczenia bez trudu, mówi językiem z archaicznych już podręczników, nie ma w tej narracji swobody, beztroski i lekkości. Inaczej: chociaż autorka sugeruje imitowanie języka mówionego, Chopin w jej książce posługuje się stylem literackim, od czasu do czasu przeplatanym zwrotami kolokwialnymi. U dorosłych odbiorców wywoływać to będzie wrażenie niedopasowania formy do pomysłu – ale najprawdopodobniej maluchy nie odczują tego tak silnie.
Uda się tą historią pobudzić wyobraźnię czytających. Chopin nie mówi o znanej i granej na całym świecie muzyce, a wymienia odległe tereny i proponuje dzieciom, by sprawdziły na globusie, jak daleko od siebie leżą. Obok nietypowego konkretyzowania przewijają się przez tę niewielką książeczkę również refleksje natury estetycznej. Opowieść o życiu Chopina staje się również pretekstem do snucia rozważań na temat piękna, egzystencji artysty (to jest – każdego twórcy) czy istoty tworzenia. Aleksandra Zgorzelska próbuje przemycić w tym tomie wskazówki do rozumienia prawdziwej sztuki. Robi to subtelnie i dyskretnie, dlatego ma szansę na odniesienie sukcesu.
Życie Fryderyka Chopina miało wpływ na jego kompozycje – co do tego nie ma chyba żadnych wątpliwości. Autorka książki „Nazywam się… Fryderyk Chopin” stara się uchwycić te zależności, pokazując, jak kolejne doznania młodego kompozytora rzutowały na wybierane przez niego rozwiązania muzyczne. Oczywiście nie brakuje tu i tła historycznego, przy okazji maluchy będą więc zapoznawać się z emigracyjnymi losami Polaków.
Józef Wilkoń jest autorem całkiem niezłych ilustracji (ale wyraźny problem ma z odwzorowywaniem dłoni). Dzięki temu, że zamiast reprodukcji pojawiają się tu obrazy przerysowane przez ilustratora, całość nabiera spójnego charakteru. Duże obrazki rozbijają nieco rytm przesyconej faktami narracji i przynoszą wytchnienie, mimo że utrzymane są raczej w ponurej kolorystycznej tonacji.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






