Media Rodzina, Poznań 2016.
Zagadka
Nunuś jest dla Anity Głowińskiej najlepszym pretekstem, żeby zwykłe dziecięce zabawy przenieść do książeczki i ucieszyć najmłodszych odbiorców faktem, że bohater literacki spędza czas tak samo jak oni (i słyszy te same pochwały). „Co robisz” to tomik, który jest jednocześnie zgadywanką i powtórzeniem motywów z codzienności dzieci. Kicia Kocia bawi się z młodszym braciszkiem, a przy tym i z odbiorcami tej książeczki w prostą grę. Puka do drzwi i zadaje pytanie „Co robisz”. Każdy w tym momencie może spróbować swoich sił w dziecięcej zgaduj-zgaduli, bo przy Kici Koci namalowany jest drobiazg, który jednoznacznie wskazuje na aktualne zajęcie Nunusia. Przewrócenie kartonowej strony to rozwiązanie zagadki. Pojawia się ono w wersji tekstowej – najpierw jako zdanie oznajmujące, później jako wykrzyknienie, oznaka podziwu – kierowane prosto do małego bohatera. Nunuś też nie jest pozbawiony prawa głosu: wprowadza swoje dźwiękonaśladowcze określenia na wykonywane czynności („Am am” przy jedzeniu, a „szuru-buru” przy sprzątaniu). To kolejna płaszczyzna porozumienia z maluchami, które będą tę książeczkę oglądać: to dla nich hasła w pełni zrozumiałe.
„Kicia Kocia i Nunuś. Co robisz” to tomik kierowany do młodszego rodzeństwa fanów Kici Koci (którzy zresztą mogą się sprawdzić w roli lektorów). Anita Głowińska wykorzystuje to, co przyniosło jej popularność, czyli bawi się prostymi i naiwnymi ilustracjami (ślicznymi w swojej prostocie) i oczywistymi obserwacjami dziecięcych zwyczajów. Wprowadza konwencję książeczki obrazkowej opartej na wyliczance: są tu refrenowe powtórzenia – zaproszenia do zabawy, ale i przewidywalna (bezpieczna) konstrukcja całości. Kicia Kocia zawsze pochwali Nunusia (co sprawia, że malec jeszcze chętniej będzie wykonywać proste czynności – samodzielnie jeść, malować lub zamiatać). W ślad za nim pójdą i odbiorcy, bo autorka nie proponuje zadań ponad ich siły. To jednocześnie podpowiedź dla odbiorców – jak można się bawić z młodszym rodzeństwem (w końcu tę rozrywkę da się bez wysiłku wyobraźniowego rozbudowywać o następne zagadki i przenieść doświadczenie Nunusia do prawdziwego życia). Nunuś i tym razem uczy samodzielności w najbardziej podstawowym zakresie, jest wzorem do naśladowania i podpowiada, jak zapracować na uznanie ze strony bliskich.
Mała kartonowa książeczka została przygotowana tak, by dzieci mogły oglądać ją samodzielnie. Ma zaokrąglone rogi i mocne kolory. Maluchy nie muszą czekać na starszych czytających, żeby odkrywać sens przesłań – wszystko otrzymają na wymownych rysunkach. A w tych, jak zwykle, Anita Głowińska osiąga mistrzostwo. Miłe i uśmiechnięte pyszczki kocich bohaterów zapraszają do zabawy. Na ilustracjach jest niewiele szczegółów: drzwi zapowiadające odkrycie niespodzianki i kilka przedmiotów potrzebnych przy wykonywaniu zadania. Wszystko dostępne także małym odbiorcom, obecne w każdym domu – w związku z tym w każdej chwili można sprawdzić jakość Nunusiowej rozrywki. Jest tu radość dzieci, jest i pełna akceptacja ich wyborów, bo Głowińska do samodzielności nakłania wyrazami zachwytu. Każdy mały odbiorca (książeczka przeznaczona jest dla dzieci do trzech lat) będzie mógł się poczuć jak Nunuś.
Anita Głowińska po raz kolejny pokazuje dzieciom, że są ważne i zasługują na swoje własne lektury od najmłodszych lat. Rozbawia i odrobinę uczy, oddaje maluchom tomik, który przyjemnie się ogląda i który można wykorzystać w praktyce do urozmaicenia codziennych zabaw czy pomysłów. Wszystkim małym Nunusiom taka historyjka musi się spodobać – zwłaszcza że kojarzy się z przyjemnością i sympatycznym towarzystwem.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 13 sierpnia 2016
piątek, 12 sierpnia 2016
Agnieszka Wojdowicz: Niepokorne. Judyta
WNK, Warszawa 2016.
Decyzje
„Judyta”, ostatnia część trylogii Niepokorne Agnieszki Wojdowicz jest równocześnie częścią najlepszą. Autorka w punkcie wyjścia odwołuje się do dawniej nakreślonych planów Klary oraz tytułowej bohaterki. Ta pierwsza angażuje się w działalność polityczną i wywrotową, przemyca bibułę lub amunicję, ta druga zajmuje się malowaniem i przygotowywaniem wystaw. Pierwsza szerzy hasła feministyczne, druga wychowuje córkę, owoc nieślubnego związku. Agnieszka Wojdowicz przeskakuje między tymi postaciami, bo zapewniają fabule mocną różnorodność. Z czasem okazuje się też, że zaprzyjaźnione kobiety sporo łączy: obie chcą żyć po swojemu, a nie podporządkowywać się opinii innych. Obie działają autodestrukcyjnie, nawet jeśli w przekonaniu, że szukają własnego szczęścia.
Agnieszka Wojdowicz w zderzeniu tych dwóch postaci może tym razem uzyskać kontrast między polityką i obyczajowością. Sytuacje, w które wplątuje się Klara, dają przegląd nastrojów społecznych z początku XX wieku. Pojawiają się tu nazwiska znane z historii i wydarzenia postrzegane przez pryzmat upartych kobiet. Klara, wolna od sentymentów i wyzwolona, przejmuje się jednak losem kilkulatka, rezolutnego urwisa, którego poznaje za sprawą pewnego wypadku. O ile nie lubi manifestowania uczuć, chce znaleźć klucz do tego dziecka. Przy okazji małego Tymika uruchamia autorka również temat dzieci ulicy, które radzą sobie i nie dopuszczają do siebie dorosłych. To kolejny społeczny motyw pasujący zresztą do całej historii. Judyta tymczasem zastanawia się, jak przekonać małą Hanię do mówienia po polsku i jak przekazać jej żydowskie tradycje. Jej niezalegalizowany związek z Maxem przestaje mieć znaczenie w obliczu wydarzeń z przeszłości. Judyta dużo ryzykuje, ale też podejmuje decyzje, jakich nie powstydziłyby się dzisiejsze bohaterki. Wojdowicz robi wszystko, by po zakończeniu lektury czytelniczki zatęskniły za przedstawianym światem, mimo komplikacji na drodze do szczęścia kobiet. Akcję prowadzi tym razem autorka odważnie, jakby widmo końca trylogii oznaczało przyzwolenie na ostrzejsze rozwiązania. To sygnał dla odbiorczyń – nie da się przewidzieć finału. Dzięki temu też „Judyta” nabiera barw.
Jednym z mocnych punktów opowieści jest stawianie na koloryt lokalny. Wojdowicz dobrze wie, że nie tylko w obyczajach odtwarzać musi przeszłość, zwłaszcza że jej bohaterki uwielbiają wprost łamać konwencję i wystawiać na próbę cierpliwość co bardziej konserwatywnych znajomych. Olbrzymia dawka przeszłości kryje się w detalach, trudno tego nie docenić – język nie jest stylizowany (mimo że postacie wysławiają się dość dystyngowanie), ale w opisach widać pilne śledzenie dawnych mód. Wbrew pozorom nie spowalnia to narracji, autorka ma w zanadrzu całkiem sporo rewelacji dla odbiorczyń i może spokojnie zatrzymywać się nad znakami czasu, nie tylko tymi publicystycznymi.
W „Judycie” widać też, jakie wartości mogą być uniwersalne, wspólne bohaterkom i odbiorczyniom – ten zabieg, bardzo częsty w dzisiejszych powieściach historycznych, nie funkcjonuje tutaj na prawach uproszczenia czy szukania czytelniczek. Wynika wprost z fabuły, jest efektem wybranych zdarzeń i kontrowersyjnych decyzji postaci. W „Judycie” mimo obyczajowych ograniczeń epoki bohaterki same wywalczą sobie wolność zachowań. Są na tyle silne, żeby poradzić sobie z nieżyczliwymi opiniami, mogą samodzielnie kształtować los. Owszem, mają przy tym sporo do stracenia, ale są skłonne podjąć ryzyko, bo tylko w ten sposób będą mogły się realizować. „Judyta” stanowi wymarzone zamknięcie cyklu – i jeszcze jedno spojrzenie na życiowe wybory bez względu na zewnętrzne ograniczenia.
Decyzje
„Judyta”, ostatnia część trylogii Niepokorne Agnieszki Wojdowicz jest równocześnie częścią najlepszą. Autorka w punkcie wyjścia odwołuje się do dawniej nakreślonych planów Klary oraz tytułowej bohaterki. Ta pierwsza angażuje się w działalność polityczną i wywrotową, przemyca bibułę lub amunicję, ta druga zajmuje się malowaniem i przygotowywaniem wystaw. Pierwsza szerzy hasła feministyczne, druga wychowuje córkę, owoc nieślubnego związku. Agnieszka Wojdowicz przeskakuje między tymi postaciami, bo zapewniają fabule mocną różnorodność. Z czasem okazuje się też, że zaprzyjaźnione kobiety sporo łączy: obie chcą żyć po swojemu, a nie podporządkowywać się opinii innych. Obie działają autodestrukcyjnie, nawet jeśli w przekonaniu, że szukają własnego szczęścia.
Agnieszka Wojdowicz w zderzeniu tych dwóch postaci może tym razem uzyskać kontrast między polityką i obyczajowością. Sytuacje, w które wplątuje się Klara, dają przegląd nastrojów społecznych z początku XX wieku. Pojawiają się tu nazwiska znane z historii i wydarzenia postrzegane przez pryzmat upartych kobiet. Klara, wolna od sentymentów i wyzwolona, przejmuje się jednak losem kilkulatka, rezolutnego urwisa, którego poznaje za sprawą pewnego wypadku. O ile nie lubi manifestowania uczuć, chce znaleźć klucz do tego dziecka. Przy okazji małego Tymika uruchamia autorka również temat dzieci ulicy, które radzą sobie i nie dopuszczają do siebie dorosłych. To kolejny społeczny motyw pasujący zresztą do całej historii. Judyta tymczasem zastanawia się, jak przekonać małą Hanię do mówienia po polsku i jak przekazać jej żydowskie tradycje. Jej niezalegalizowany związek z Maxem przestaje mieć znaczenie w obliczu wydarzeń z przeszłości. Judyta dużo ryzykuje, ale też podejmuje decyzje, jakich nie powstydziłyby się dzisiejsze bohaterki. Wojdowicz robi wszystko, by po zakończeniu lektury czytelniczki zatęskniły za przedstawianym światem, mimo komplikacji na drodze do szczęścia kobiet. Akcję prowadzi tym razem autorka odważnie, jakby widmo końca trylogii oznaczało przyzwolenie na ostrzejsze rozwiązania. To sygnał dla odbiorczyń – nie da się przewidzieć finału. Dzięki temu też „Judyta” nabiera barw.
Jednym z mocnych punktów opowieści jest stawianie na koloryt lokalny. Wojdowicz dobrze wie, że nie tylko w obyczajach odtwarzać musi przeszłość, zwłaszcza że jej bohaterki uwielbiają wprost łamać konwencję i wystawiać na próbę cierpliwość co bardziej konserwatywnych znajomych. Olbrzymia dawka przeszłości kryje się w detalach, trudno tego nie docenić – język nie jest stylizowany (mimo że postacie wysławiają się dość dystyngowanie), ale w opisach widać pilne śledzenie dawnych mód. Wbrew pozorom nie spowalnia to narracji, autorka ma w zanadrzu całkiem sporo rewelacji dla odbiorczyń i może spokojnie zatrzymywać się nad znakami czasu, nie tylko tymi publicystycznymi.
W „Judycie” widać też, jakie wartości mogą być uniwersalne, wspólne bohaterkom i odbiorczyniom – ten zabieg, bardzo częsty w dzisiejszych powieściach historycznych, nie funkcjonuje tutaj na prawach uproszczenia czy szukania czytelniczek. Wynika wprost z fabuły, jest efektem wybranych zdarzeń i kontrowersyjnych decyzji postaci. W „Judycie” mimo obyczajowych ograniczeń epoki bohaterki same wywalczą sobie wolność zachowań. Są na tyle silne, żeby poradzić sobie z nieżyczliwymi opiniami, mogą samodzielnie kształtować los. Owszem, mają przy tym sporo do stracenia, ale są skłonne podjąć ryzyko, bo tylko w ten sposób będą mogły się realizować. „Judyta” stanowi wymarzone zamknięcie cyklu – i jeszcze jedno spojrzenie na życiowe wybory bez względu na zewnętrzne ograniczenia.
Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram
Egmont, Warszawa 2016.
Zabawa w pisanie
Kluczem do sukcesu w przypadku ćwiczenia pisania jest odpowiednie zmotywowanie dziecka. Rysowanie rządków szlaczków czy żmudne powtarzanie kształtów liter każdego by zmęczyło. Inaczej będzie jednak, kiedy ćwiczenia zamieni się w zabawę. A już naprawdę magicznie, kiedy ta zabawa dostarczy niespodziewanych możliwości. Warto zwrócić uwagę na zeszyt „Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram”, bo wśród propozycji edukacyjno-rozrywkowych wyróżnia się on właśnie sprytnym rozwiązaniem „technicznym” które sprawi, że dzieci bardzo chętnie będą bawić się w rozmaite uzupełnianki.
Pod kątem zawartości ten tomik gromadzi bardzo klasyczne ćwiczenia wykorzystujące bajkę o Mai jako pretekst do wysiłków. Maluchy często będą miały za zadanie obrysować kółkiem konkretną postać, zaznaczać odpowiednie rozwiązania lub łączyć kropki (czyli tak naprawdę rysować po liniach wyznaczanych przez twórców). Ale w tym wypadku wszelkie zakreślania czy uzupełniania stanowią część zabawy – można je wprowadzać dopiero wtedy, kiedy zna się poprawną odpowiedź. Euforia z rozwiązania zagadki przyćmiewa właściwy sens polecenia, dziecko odpowiadające na pytanie nie zauważa nawet podstępu, dzięki któremu ćwiczy umiejętność pisania. Tomik uczy logicznego myślenia: trzeba czasami połączyć w pary cień z właścicielem lub miny różnych postaci, trzeba sprawdzić, który obrazek przedstawia wybranego bohatera tyłem, dojść labiryntem do ula i zaznaczyć spotkane po drodze postacie, policzyć kwiatki, znaleźć różnice między obrazkami… Trzeba też rysować szlaczki, ale nie takie zwyczajne: tu szlaczki oznaczają ulubione rodzaje skoków bohaterów, a to przecież nie ma nic wspólnego z nudnymi zeszytowymi wzorkami.
Tego tomiku nie da się pokolorować, dlatego też jest już bajecznie kolorowy, trójwymiarowe postacie przyciągają samą swoją barwną obecnością. A nie da się pokolorować, bo autorzy wymyślili nową odsłonę zestawu łamigłówek. Do tomiku dołączony został pisak, który w zatyczce ma „gumkę” do ścierania krzywych linii czy błędnych odpowiedzi. Cała książka wydrukowana jest na śliskim kredowym papierze – zwykłymi kredkami czy ołówkami nie da się tu nic uzupełnić. Używanie pisaka nie tylko nie niszczy książki, ale pozwala na wielokrotne jej wypełnianie: wystarczy zmazać linie. To jak z pisaniem na tablicach, tyle tylko, że podpowiedzi się nie stracą. Czy można wyobrazić sobie lepszą zabawę dla dzieci? „Rysuję i ścieram” zajmie je na długo. Ścieranie nie dotyczy wyłącznie poprawiania błędów – to szansa na niekończącą się zabawę (a i ćwiczenie ręki). Nie ma też strachu przed błędnym uzupełnieniem tomiku.
Zagadki wprowadzane przez autorów czasem są jednorazowe, to jest – kto pozna rozwiązanie, nie będzie już drugi raz go szukać – ale w części przypadków opierają się na rysowaniu (skrzydła dla Beatrycze, strzałki do smakołyków) – i tutaj dzieci mogą wykazać się kreatywnością, a przy okazji jeszcze poeksperymentować z formą. „Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram” to najlepszy sposób na ćwiczenie ręki: najmłodsi dadzą się nabrać, nie zauważą nawet, że to taki sam wysiłek jak ten, do którego zmuszani są w szkole przy pisaniu w zeszytach. Tu wiąże się on z beztroską zabawą, z możliwością samodzielnego decydowania o rodzaju zadań i o sposobach ich wypełniania. A do tego żadne dziecko nie pozostanie obojętne na „magiczną” rozrywkę ze zmazywalnym pisakiem – to największy atut publikacji i pozwala na zainteresowanie tomikiem większego grona dziecięcych odbiorców. Coś, co dla rodziców jest niewiele wartą fanaberią, przysłuży się do lekcji pisania. Przy takim pomyśle na formę nawet medialni bohaterowie popularnych bajek nie będą tak potrzebni jako element marketingu. „Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram” to obietnica zabawy.
Zabawa w pisanie
Kluczem do sukcesu w przypadku ćwiczenia pisania jest odpowiednie zmotywowanie dziecka. Rysowanie rządków szlaczków czy żmudne powtarzanie kształtów liter każdego by zmęczyło. Inaczej będzie jednak, kiedy ćwiczenia zamieni się w zabawę. A już naprawdę magicznie, kiedy ta zabawa dostarczy niespodziewanych możliwości. Warto zwrócić uwagę na zeszyt „Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram”, bo wśród propozycji edukacyjno-rozrywkowych wyróżnia się on właśnie sprytnym rozwiązaniem „technicznym” które sprawi, że dzieci bardzo chętnie będą bawić się w rozmaite uzupełnianki.
Pod kątem zawartości ten tomik gromadzi bardzo klasyczne ćwiczenia wykorzystujące bajkę o Mai jako pretekst do wysiłków. Maluchy często będą miały za zadanie obrysować kółkiem konkretną postać, zaznaczać odpowiednie rozwiązania lub łączyć kropki (czyli tak naprawdę rysować po liniach wyznaczanych przez twórców). Ale w tym wypadku wszelkie zakreślania czy uzupełniania stanowią część zabawy – można je wprowadzać dopiero wtedy, kiedy zna się poprawną odpowiedź. Euforia z rozwiązania zagadki przyćmiewa właściwy sens polecenia, dziecko odpowiadające na pytanie nie zauważa nawet podstępu, dzięki któremu ćwiczy umiejętność pisania. Tomik uczy logicznego myślenia: trzeba czasami połączyć w pary cień z właścicielem lub miny różnych postaci, trzeba sprawdzić, który obrazek przedstawia wybranego bohatera tyłem, dojść labiryntem do ula i zaznaczyć spotkane po drodze postacie, policzyć kwiatki, znaleźć różnice między obrazkami… Trzeba też rysować szlaczki, ale nie takie zwyczajne: tu szlaczki oznaczają ulubione rodzaje skoków bohaterów, a to przecież nie ma nic wspólnego z nudnymi zeszytowymi wzorkami.
Tego tomiku nie da się pokolorować, dlatego też jest już bajecznie kolorowy, trójwymiarowe postacie przyciągają samą swoją barwną obecnością. A nie da się pokolorować, bo autorzy wymyślili nową odsłonę zestawu łamigłówek. Do tomiku dołączony został pisak, który w zatyczce ma „gumkę” do ścierania krzywych linii czy błędnych odpowiedzi. Cała książka wydrukowana jest na śliskim kredowym papierze – zwykłymi kredkami czy ołówkami nie da się tu nic uzupełnić. Używanie pisaka nie tylko nie niszczy książki, ale pozwala na wielokrotne jej wypełnianie: wystarczy zmazać linie. To jak z pisaniem na tablicach, tyle tylko, że podpowiedzi się nie stracą. Czy można wyobrazić sobie lepszą zabawę dla dzieci? „Rysuję i ścieram” zajmie je na długo. Ścieranie nie dotyczy wyłącznie poprawiania błędów – to szansa na niekończącą się zabawę (a i ćwiczenie ręki). Nie ma też strachu przed błędnym uzupełnieniem tomiku.
Zagadki wprowadzane przez autorów czasem są jednorazowe, to jest – kto pozna rozwiązanie, nie będzie już drugi raz go szukać – ale w części przypadków opierają się na rysowaniu (skrzydła dla Beatrycze, strzałki do smakołyków) – i tutaj dzieci mogą wykazać się kreatywnością, a przy okazji jeszcze poeksperymentować z formą. „Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram” to najlepszy sposób na ćwiczenie ręki: najmłodsi dadzą się nabrać, nie zauważą nawet, że to taki sam wysiłek jak ten, do którego zmuszani są w szkole przy pisaniu w zeszytach. Tu wiąże się on z beztroską zabawą, z możliwością samodzielnego decydowania o rodzaju zadań i o sposobach ich wypełniania. A do tego żadne dziecko nie pozostanie obojętne na „magiczną” rozrywkę ze zmazywalnym pisakiem – to największy atut publikacji i pozwala na zainteresowanie tomikiem większego grona dziecięcych odbiorców. Coś, co dla rodziców jest niewiele wartą fanaberią, przysłuży się do lekcji pisania. Przy takim pomyśle na formę nawet medialni bohaterowie popularnych bajek nie będą tak potrzebni jako element marketingu. „Pszczółka Maja. Rysuję i ścieram” to obietnica zabawy.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Elizabeth Bard: Piknik w Prowansji
Bukowy Las, Wrocław 2016.
Smaki
Teraz już nie może być mowy o podróży do Francji, Elizabeth Bard, autorka „Lunchu w Paryżu” zamienia się prawie we Francuzkę. Co prawda nie ma jeszcze francuskiego obywatelstwa i odkłada załatwienie tej sprawy na potem mimo że wie, jak działają tutejsze urzędy, ale już tu mieszka ze swoim mężem i małym synkiem. I wciąż odkrywa różnice kulturowe, obyczajowe detale w zachowaniach czy przyzwyczajeniach. „Piknik w Prowansji” to rodzaj tematyzowanej autobiografii szalenie apetycznej z racji ogólnego nastawienia autorki. Bard nie chce bowiem odnotowywać szeregu absurdów, z jakimi spotyka się Amerykanka we Francji. Te interesują ją niemal wyłącznie przy okazji innych odkryć. Zajęta jest pisaniem książki, uczy się bez przerwy czegoś o lokalnej kuchni i sezonowym gotowaniu, zawiera nowe znajomości. Z czasem wprowadza odrobinę obyczajowej dramaturgii, kiedy nie umie nawiązać kontaktu ze swoim dzieckiem i niemal żebrze o jego miłość, czy kiedy decyduje się z mężem na otwarcie lodziarni i przygotowuje do tak wielkiego wyzwania. Prezentuje też swoje relacje z matką i teściową (i w tych obu przypadkach chodzi jej o pokazanie różnic w podejściu do gotowania, czy, szerzej, do tworzenia rodziny. Czas płynie jej również na miłych kulinarnych spotkaniach, bo kuchnia, obok życiorysu, jest drugim najważniejszym elementem tej historii.
„Piknik w Prowansji” to tom obszerny i smakowity (zwłaszcza dla tych, którzy lubią czytać przy jedzeniu albo wypróbowywać potrawy, o których autorka wspomina – a wspomina tak, że każdego prędzej czy później najdzie ochota na spróbowanie czegoś nowego. Wtedy przydają się przepisy. Elizabeth Bard chętnie dzieli się z odbiorcami, przede wszystkim tymi recepturami, które najlepiej się sprawdziły, zachwyciły ją na jakiejś uroczystości lub pasują do idei gotowania sezonowego. Bard dość dokładnie objaśnia nie tylko sam proces przyrządzenia potrawy: wprowadza też uwagi dotyczące ewentualnych modyfikacji lub dodatków. Wszystko po to, żeby odbiorcy uniknęli rozczarowania.
Zdarza się całkiem często, że jedzenie jest tematem rozdziału, niekoniecznie jako proces, ale od strony zdobywania składników. Elizabeth Bard zabiera odbiorców na poszukiwanie trufli, zbiera wiśnie, ale i szafran. Opowiada, co przygotowuje na święta, jak zamierza ugościć przyjaciół i jakie dania przyrządza, żeby znaleźć kontakt z trzyletnim synem. Przedstawia zatem nie tylko smakowite potrawy, ale i okazje do ich wypróbowania, podsuwa naprawdę wiele pomysłów – może więc być dla niektórych inspiracją kulinarną. Innym, odbiorcom, którzy nie zamierzają zajmować się gotowaniem, proponuje szereg ciekawie opisywanych doświadczeń z życia we Francji. Co pewien czas nawiązuje do trybu życia miejscowych, odkrywa uroki małego miasteczka, ale też sprawdza, jak działa system opieki nad dziećmi. Opowiada o zawartych przyjaźniach i o drobiazgach, dzięki którym łatwiej o aklimatyzację. „Piknik w Prowansji” jest opowieścią bardzo spokojną i pozbawioną ekstremalnych uczuć. Elizabeth Bard nigdy nie wpada w gniew (co najwyżej prezentuje lekką nostalgię czy żal, ale też bez męczących tonów), nie wpada też nigdy w nadmierną ekscytację. Wybiera normalność i z tą normalnością kojarzy czytelnikom spokojny, niespieszny rytm życia w Prowansji. Nawiązuje tą opowieścią do licznych marzeń (i mód) o wyprowadzce z wielkiego miasta, gdzieś, gdzie będzie cicho, spokojnie i bezpiecznie. „Piknik w Prowansji” dzięki temu stanowić będzie dla odbiorców kojącą lekturą niepozbawioną walorów rozrywkowych. Dobrze się tę publikację czyta, a przepisy podawane po prywatnych opowieściach aż się proszą o natychmiastowe wypróbowanie.
Smaki
Teraz już nie może być mowy o podróży do Francji, Elizabeth Bard, autorka „Lunchu w Paryżu” zamienia się prawie we Francuzkę. Co prawda nie ma jeszcze francuskiego obywatelstwa i odkłada załatwienie tej sprawy na potem mimo że wie, jak działają tutejsze urzędy, ale już tu mieszka ze swoim mężem i małym synkiem. I wciąż odkrywa różnice kulturowe, obyczajowe detale w zachowaniach czy przyzwyczajeniach. „Piknik w Prowansji” to rodzaj tematyzowanej autobiografii szalenie apetycznej z racji ogólnego nastawienia autorki. Bard nie chce bowiem odnotowywać szeregu absurdów, z jakimi spotyka się Amerykanka we Francji. Te interesują ją niemal wyłącznie przy okazji innych odkryć. Zajęta jest pisaniem książki, uczy się bez przerwy czegoś o lokalnej kuchni i sezonowym gotowaniu, zawiera nowe znajomości. Z czasem wprowadza odrobinę obyczajowej dramaturgii, kiedy nie umie nawiązać kontaktu ze swoim dzieckiem i niemal żebrze o jego miłość, czy kiedy decyduje się z mężem na otwarcie lodziarni i przygotowuje do tak wielkiego wyzwania. Prezentuje też swoje relacje z matką i teściową (i w tych obu przypadkach chodzi jej o pokazanie różnic w podejściu do gotowania, czy, szerzej, do tworzenia rodziny. Czas płynie jej również na miłych kulinarnych spotkaniach, bo kuchnia, obok życiorysu, jest drugim najważniejszym elementem tej historii.
„Piknik w Prowansji” to tom obszerny i smakowity (zwłaszcza dla tych, którzy lubią czytać przy jedzeniu albo wypróbowywać potrawy, o których autorka wspomina – a wspomina tak, że każdego prędzej czy później najdzie ochota na spróbowanie czegoś nowego. Wtedy przydają się przepisy. Elizabeth Bard chętnie dzieli się z odbiorcami, przede wszystkim tymi recepturami, które najlepiej się sprawdziły, zachwyciły ją na jakiejś uroczystości lub pasują do idei gotowania sezonowego. Bard dość dokładnie objaśnia nie tylko sam proces przyrządzenia potrawy: wprowadza też uwagi dotyczące ewentualnych modyfikacji lub dodatków. Wszystko po to, żeby odbiorcy uniknęli rozczarowania.
Zdarza się całkiem często, że jedzenie jest tematem rozdziału, niekoniecznie jako proces, ale od strony zdobywania składników. Elizabeth Bard zabiera odbiorców na poszukiwanie trufli, zbiera wiśnie, ale i szafran. Opowiada, co przygotowuje na święta, jak zamierza ugościć przyjaciół i jakie dania przyrządza, żeby znaleźć kontakt z trzyletnim synem. Przedstawia zatem nie tylko smakowite potrawy, ale i okazje do ich wypróbowania, podsuwa naprawdę wiele pomysłów – może więc być dla niektórych inspiracją kulinarną. Innym, odbiorcom, którzy nie zamierzają zajmować się gotowaniem, proponuje szereg ciekawie opisywanych doświadczeń z życia we Francji. Co pewien czas nawiązuje do trybu życia miejscowych, odkrywa uroki małego miasteczka, ale też sprawdza, jak działa system opieki nad dziećmi. Opowiada o zawartych przyjaźniach i o drobiazgach, dzięki którym łatwiej o aklimatyzację. „Piknik w Prowansji” jest opowieścią bardzo spokojną i pozbawioną ekstremalnych uczuć. Elizabeth Bard nigdy nie wpada w gniew (co najwyżej prezentuje lekką nostalgię czy żal, ale też bez męczących tonów), nie wpada też nigdy w nadmierną ekscytację. Wybiera normalność i z tą normalnością kojarzy czytelnikom spokojny, niespieszny rytm życia w Prowansji. Nawiązuje tą opowieścią do licznych marzeń (i mód) o wyprowadzce z wielkiego miasta, gdzieś, gdzie będzie cicho, spokojnie i bezpiecznie. „Piknik w Prowansji” dzięki temu stanowić będzie dla odbiorców kojącą lekturą niepozbawioną walorów rozrywkowych. Dobrze się tę publikację czyta, a przepisy podawane po prywatnych opowieściach aż się proszą o natychmiastowe wypróbowanie.
Moje książeczki. Księga druga
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Konkurencja
Nieważne, ile ma się lat: lektury z dzieciństwa na zawsze pozostają w pamięci. Wystarczy byle drobiazg, żeby obudzić wspomnienia z nimi związane. Dlatego oczywiste jest to, że wielką radość rozbudzają wznowienia „kultowych” kiedyś serii – obok Poczytaj mi, mamo Nasza Księgarnia przypomina także cykl Moje książeczki z charakterystycznym kotem w czerwonych butach. Druga księga „Moich książeczek” to znów zestaw historii ponadczasowych i mocno zapadających w pamięć dzieciom. Przede wszystkim dlatego, że zawierają uniwersalne prawdy o życiu, pouczają i bawią przez wyobraźnię, polegają na prezentowaniu fabuł wyrazistych, atrakcyjnych i wartościowych. W tych bajkach nie liczą się ani mody w literaturze czwartej, ani sensacyjne odkrycia pedagogów. Tu twórcy nie mają wątpliwości co do składników dobrej opowieści. Każdy snuje bajkę w inny sposób i każdy zabiera małych odbiorców do świata marzeń.
W „Księdze drugiej” pojawia się Tygrys o Złotym Sercu – ofiara stereotypów, łagodne zwierzę, które nie może się z nikim zaprzyjaźnić, bo wszyscy widzą w nim tylko groźnego drapieżnika. Jest Wawa, mądry piesek, który do poparzonego Marcinka sprowadza dzieci: chłopiec leży w zaciemnionym pokoju i cierpi na samotność, wysyła więc psa po towarzyszy zabaw. Biedny Jaś kapelusznik próbuje dopasować kapelusz księżycowi, a Waluś rysuje sobie samolot z pilotem (z wąsami!), żeby móc wybrać się w podniebną podróż do ciotki. Apolejka szuka sposobu na odczarowanie pięknego królewicza, a zwierzęta usiłują zapamiętać nazwę dziwnego owocu. Całości dopełnia jeszcze obecność Kota w butach. Historyjki, które dawniej ukazywały się w niewielkich objętościowo zeszytach teraz powracają jako reprinty – z dawnymi ilustracjami i nawet stopkami (świetny zwyczaj, dzisiejsi twórcy mogą tylko pozazdrościć nakładów). Mistrzowie ilustracji sprawiają tu za to, że w dorosłych tym razem czytelnikach mogą odżyć wspomnienia: dzieci przekonają się natomiast, na jak wiele sposobów można ozdabiać historyjki. „Moje książeczki” nie mają rysunków banalnych czy przesłodzonych: tu odbiorców traktuje się z pełną powagą. Stąd fantazyjne krainy, lasy pełne dzikich zwierząt, nietypowe przecierki i sposoby na oddanie bajkowych przestrzeni na nowo, bez oczywistości. Autorzy ilustracji rezygnują z komiksowych konturów, udowadniają, że da się tworzyć dla dzieci i zachowywać indywidualny styl, nie rezygnować przy tym ze sztuki. Te grafiki – bez wyjątku – są imponujące, i to bez względu na zastosowaną technikę czy odniesienia do samych tekstów. Wciągają w inny świat, uzupełniają bajki i zabierają na prawdziwe wycieczki wszystkich czytelników.
„Moje książeczki. Księga druga” to lekturowa przyjemność. Historie dobrane zostały tak, by obok baśni pojawiały się życiowe relacje, a także – by dzieci mogły z każdej opowieści wyciągnąć właściwe wnioski. Wiele się przy okazji lektury nauczą, a przecież autorzy wcale nie stawiają na edukowanie młodych pokoleń, przynajmniej nie w pierwszej i podstawowej lekturze. Dostarczają za to rozrywki, tematów do rozmyślań i zabaw. Właściwie jedyne, co się tu zestarzało, to imiona bohaterów: dzisiaj wśród maluchów trudno znaleźć imienników postaci z „Moich książeczek”. Od czasu do czasu pobrzmiewa gdzieś mniej kojarzona fraza czy rytm. Ale to, co najbardziej wartościowe, musi tu przetrwać. Baki naszych rodziców w dalszym ciągu nadają się do czytania maluchom, o czym „Księga druga” tej pięknej serii przypomina. Cieszy, że całe pokolenia mogą się połączyć nad tą książką: dzięki wznowieniu danych lektur w ich szacie graficznej w pełni można docenić jakość publikacji dla najmłodszych. Chociaż dzisiaj na rynku literatury czwartej konkurencja jest ogromna, powrót do klasyki się sprawdza. „Moje książeczki. Księga druga” wytrzymuje rywalizację z tym, co do zaoferowania mają obecnie twórcy – a wiele produkcji w ogóle deklasuje. W dodatku to książka, której reklamować nie trzeba, sama do siebie przekona.
Konkurencja
Nieważne, ile ma się lat: lektury z dzieciństwa na zawsze pozostają w pamięci. Wystarczy byle drobiazg, żeby obudzić wspomnienia z nimi związane. Dlatego oczywiste jest to, że wielką radość rozbudzają wznowienia „kultowych” kiedyś serii – obok Poczytaj mi, mamo Nasza Księgarnia przypomina także cykl Moje książeczki z charakterystycznym kotem w czerwonych butach. Druga księga „Moich książeczek” to znów zestaw historii ponadczasowych i mocno zapadających w pamięć dzieciom. Przede wszystkim dlatego, że zawierają uniwersalne prawdy o życiu, pouczają i bawią przez wyobraźnię, polegają na prezentowaniu fabuł wyrazistych, atrakcyjnych i wartościowych. W tych bajkach nie liczą się ani mody w literaturze czwartej, ani sensacyjne odkrycia pedagogów. Tu twórcy nie mają wątpliwości co do składników dobrej opowieści. Każdy snuje bajkę w inny sposób i każdy zabiera małych odbiorców do świata marzeń.
W „Księdze drugiej” pojawia się Tygrys o Złotym Sercu – ofiara stereotypów, łagodne zwierzę, które nie może się z nikim zaprzyjaźnić, bo wszyscy widzą w nim tylko groźnego drapieżnika. Jest Wawa, mądry piesek, który do poparzonego Marcinka sprowadza dzieci: chłopiec leży w zaciemnionym pokoju i cierpi na samotność, wysyła więc psa po towarzyszy zabaw. Biedny Jaś kapelusznik próbuje dopasować kapelusz księżycowi, a Waluś rysuje sobie samolot z pilotem (z wąsami!), żeby móc wybrać się w podniebną podróż do ciotki. Apolejka szuka sposobu na odczarowanie pięknego królewicza, a zwierzęta usiłują zapamiętać nazwę dziwnego owocu. Całości dopełnia jeszcze obecność Kota w butach. Historyjki, które dawniej ukazywały się w niewielkich objętościowo zeszytach teraz powracają jako reprinty – z dawnymi ilustracjami i nawet stopkami (świetny zwyczaj, dzisiejsi twórcy mogą tylko pozazdrościć nakładów). Mistrzowie ilustracji sprawiają tu za to, że w dorosłych tym razem czytelnikach mogą odżyć wspomnienia: dzieci przekonają się natomiast, na jak wiele sposobów można ozdabiać historyjki. „Moje książeczki” nie mają rysunków banalnych czy przesłodzonych: tu odbiorców traktuje się z pełną powagą. Stąd fantazyjne krainy, lasy pełne dzikich zwierząt, nietypowe przecierki i sposoby na oddanie bajkowych przestrzeni na nowo, bez oczywistości. Autorzy ilustracji rezygnują z komiksowych konturów, udowadniają, że da się tworzyć dla dzieci i zachowywać indywidualny styl, nie rezygnować przy tym ze sztuki. Te grafiki – bez wyjątku – są imponujące, i to bez względu na zastosowaną technikę czy odniesienia do samych tekstów. Wciągają w inny świat, uzupełniają bajki i zabierają na prawdziwe wycieczki wszystkich czytelników.
„Moje książeczki. Księga druga” to lekturowa przyjemność. Historie dobrane zostały tak, by obok baśni pojawiały się życiowe relacje, a także – by dzieci mogły z każdej opowieści wyciągnąć właściwe wnioski. Wiele się przy okazji lektury nauczą, a przecież autorzy wcale nie stawiają na edukowanie młodych pokoleń, przynajmniej nie w pierwszej i podstawowej lekturze. Dostarczają za to rozrywki, tematów do rozmyślań i zabaw. Właściwie jedyne, co się tu zestarzało, to imiona bohaterów: dzisiaj wśród maluchów trudno znaleźć imienników postaci z „Moich książeczek”. Od czasu do czasu pobrzmiewa gdzieś mniej kojarzona fraza czy rytm. Ale to, co najbardziej wartościowe, musi tu przetrwać. Baki naszych rodziców w dalszym ciągu nadają się do czytania maluchom, o czym „Księga druga” tej pięknej serii przypomina. Cieszy, że całe pokolenia mogą się połączyć nad tą książką: dzięki wznowieniu danych lektur w ich szacie graficznej w pełni można docenić jakość publikacji dla najmłodszych. Chociaż dzisiaj na rynku literatury czwartej konkurencja jest ogromna, powrót do klasyki się sprawdza. „Moje książeczki. Księga druga” wytrzymuje rywalizację z tym, co do zaoferowania mają obecnie twórcy – a wiele produkcji w ogóle deklasuje. W dodatku to książka, której reklamować nie trzeba, sama do siebie przekona.
zapowiedź ChTO
12 sierpnia, godz. 19:00
w Sztygarce
Trzej Muszkieterowie
Teatr Montownia (Warszawa) i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)
tekst: Aleksander Dumas
reżyseria: Giovanny Castellanos
adaptacja: Jakub Roszkowski
scenografia i kostiumy: Dominika Skaza
muzyka: Marcin Rumiński
na scenie: Monika Fronczek, Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki
czas trwania: 80 minut
Trzej Muszkieterowie to klasyk. Opowieść o przyjaźni czterech mistrzów szpady łączy w sobie wszystko, co kochają widzowie: szalone przygody, pojedynki, namiętności, nieoczekiwane zwroty akcji i zabarwione erotyzmem sceny zalotów i zdrad. Zespół Montowni proponuje widzowi nowe odczytanie bestselleru Aleksandra Dumasa. Skomplikowana, ale naszkicowana niezwykle precyzyjnie i odgrywana w szaleńczym tempie intryga oraz koloryt siedemnastowiecznej Francji, nieustannie zmieniający role aktorzy i tylko jeden element scenografii: wielofunkcyjna szafa. Wszystko to jest pretekstem do zabawy w teatr, gry ze stereotypami i popkulturowymi wyobrażeniami na temat doskonale wszystkim znanej powieści. Montownia przefiltrowuje je przez swój charakterystyczny styl, wrażliwość i poczucie humoru. Trzej Muszkieterowie to także wyborny popis aktorskiego rzemiosła, oparty na grze gestów, wyobraźni i eksponowaniu przerysowanej fizyczności kolejnych bohaterów. Choć piątka aktorów odtwarza aż kilkanaście postaci, nie może tu być mowy o pomyłce. Nie sposób pominąć też brawurowych ról psa de Gaulle'a i kota Richelieu… To po prostu trzeba zobaczyć!
Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?ID=22062
oraz w recepcji Sztygarki (tel. 32 249 59 92)
13 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
Teatr w Kłodzku (Kłodzko) – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
tekst: Karel Čapek
adaptacja i reżyseria: Michał Tramer
projekt i wykonanie lalek: Elżbieta Żelezik
muzyka: Leszek Nowotarski
kostiumy: Anna Kandziora
na scenie: Joanna Półtoranos, Joanna Załucka
Spektakl przedstawia perypetie dorastającego szczeniaka. Poza wspaniałym tekstem literackim dużym walorem przedstawienia jest jego strona plastyczna i muzyczna. Kolorowe lecz proste dekoracje i kostiumy stanowią świetne tło dla efektownych lalek psów, Daszeńka... jest spektaklem jednocześnie radosnym, dynamicznym, ciepłym i mądrym, który nie tylko bawi, ale i uczy. Skierowany jest do wszystkich widzów od 5 do 105 lat, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników psów.
Wstęp wolny
15 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
DZIECINADA
– a na dobry początek:
Babeczka z jajeczka
Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)
tekst: Iva Procházková
adaptacja: Katka Aulitisová
reżyseria: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
scenografia: Markétka Plachá
muzyka: Peter Vaňouček
na scenie: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
Po co ojciec na tronie lub mama-królowa, jeśli nie mają czasu dla swojego dziecka? W dodatku czasami potrafią tak zdenerwować, że człowiek wyskoczyłby ze skóry!
Najwyższa pora na cud! Złota rybka? Lampa Aladyna? Czarodziejskie lusterko?
Nie. Jajeczko. Zwyczajne małe jajeczko.
oraz warsztaty teatralne i plastyczne a także konkursy i niespodzianki
(we współpracy z Fundacją Edukacyjną KOMBINATORY)
Wstęp wolny
w Sztygarce
Trzej Muszkieterowie
Teatr Montownia (Warszawa) i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)
tekst: Aleksander Dumas
reżyseria: Giovanny Castellanos
adaptacja: Jakub Roszkowski
scenografia i kostiumy: Dominika Skaza
muzyka: Marcin Rumiński
na scenie: Monika Fronczek, Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki
czas trwania: 80 minut
Trzej Muszkieterowie to klasyk. Opowieść o przyjaźni czterech mistrzów szpady łączy w sobie wszystko, co kochają widzowie: szalone przygody, pojedynki, namiętności, nieoczekiwane zwroty akcji i zabarwione erotyzmem sceny zalotów i zdrad. Zespół Montowni proponuje widzowi nowe odczytanie bestselleru Aleksandra Dumasa. Skomplikowana, ale naszkicowana niezwykle precyzyjnie i odgrywana w szaleńczym tempie intryga oraz koloryt siedemnastowiecznej Francji, nieustannie zmieniający role aktorzy i tylko jeden element scenografii: wielofunkcyjna szafa. Wszystko to jest pretekstem do zabawy w teatr, gry ze stereotypami i popkulturowymi wyobrażeniami na temat doskonale wszystkim znanej powieści. Montownia przefiltrowuje je przez swój charakterystyczny styl, wrażliwość i poczucie humoru. Trzej Muszkieterowie to także wyborny popis aktorskiego rzemiosła, oparty na grze gestów, wyobraźni i eksponowaniu przerysowanej fizyczności kolejnych bohaterów. Choć piątka aktorów odtwarza aż kilkanaście postaci, nie może tu być mowy o pomyłce. Nie sposób pominąć też brawurowych ról psa de Gaulle'a i kota Richelieu… To po prostu trzeba zobaczyć!
Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?ID=22062
oraz w recepcji Sztygarki (tel. 32 249 59 92)
13 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
Teatr w Kłodzku (Kłodzko) – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
tekst: Karel Čapek
adaptacja i reżyseria: Michał Tramer
projekt i wykonanie lalek: Elżbieta Żelezik
muzyka: Leszek Nowotarski
kostiumy: Anna Kandziora
na scenie: Joanna Półtoranos, Joanna Załucka
Spektakl przedstawia perypetie dorastającego szczeniaka. Poza wspaniałym tekstem literackim dużym walorem przedstawienia jest jego strona plastyczna i muzyczna. Kolorowe lecz proste dekoracje i kostiumy stanowią świetne tło dla efektownych lalek psów, Daszeńka... jest spektaklem jednocześnie radosnym, dynamicznym, ciepłym i mądrym, który nie tylko bawi, ale i uczy. Skierowany jest do wszystkich widzów od 5 do 105 lat, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników psów.
Wstęp wolny
15 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
DZIECINADA
– a na dobry początek:
Babeczka z jajeczka
Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)
tekst: Iva Procházková
adaptacja: Katka Aulitisová
reżyseria: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
scenografia: Markétka Plachá
muzyka: Peter Vaňouček
na scenie: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
Po co ojciec na tronie lub mama-królowa, jeśli nie mają czasu dla swojego dziecka? W dodatku czasami potrafią tak zdenerwować, że człowiek wyskoczyłby ze skóry!
Najwyższa pora na cud! Złota rybka? Lampa Aladyna? Czarodziejskie lusterko?
Nie. Jajeczko. Zwyczajne małe jajeczko.
oraz warsztaty teatralne i plastyczne a także konkursy i niespodzianki
(we współpracy z Fundacją Edukacyjną KOMBINATORY)
Wstęp wolny
środa, 10 sierpnia 2016
Danuta Wawiłow: Wierszykarnia
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Tradycja i natura
„Wierszykarnia” Danuty Wawiłow to zapowiedź przepięknej literackiej przygody i to zarówno dla dzieci, jak i dla ich rodziców, którzy będą towarzyszyć pociechom w lekturze lub przedstawiać klasykę literatury. To zestaw kilkudziesięciu pięknych wierszy fascynująco śpiewnych, melodyjnych i opartych na najprostszych obserwacjach przyrodniczych – lub na nawiązaniach do ludowych bajań. Danuta Wawiłow potrafi budować klimat historyjek na drobiazgach albo cudzie istnienia, zachwyca się wiatrem, deszczem i księżycem, przywołuje – z rzadka – zwierzęta lub ptaki. Inspirują ją polskie krajobrazy i pejzaże znane dzieciom. Potrafi opowiedzieć o jabłonce i źdźble trawy, o mieszkańcach borów i lasów, o porach roku, ale i o zjawiskach towarzyszących im za sprawą ludzi (znicze zapalane dla tych, którzy odeszli, jako nieodłączny motyw jesieni). Autorka bardzo chętnie nawiązuje do ludowych przekazów, wiele w jej historyjkach intertekstualnych odniesień. Dzisiaj takie bajki wydają się niemal egzotyczne, tak daleko autorzy odeszli od konwencji przez Wawiłow podchwytywanych. Tu zaroi się od kołysanek i przyśpiewek, ożyją stare dziecięce zabawki i rozrywki sprzed ery komputerów i telewizorów. W ogóle Danuta Wawiłow bardzo dobrze rozumie najmłodszych – wiele z jej wierszy przedstawia sposób myślenia czy wnioskowania dzieci. To płaszczyzna na naiwne marzenia o byciu dorosłym, ale i rozmowy z mamą i tatą. Bliskości z rodzicami maluchy potrzebują przed zaśnięciem – reagują też, gdy dorosły z jakiegoś powodu jest smutny. Chociaż wydaje się, że Danuta Wawiłow bardziej woli prawdę i zwyczajność, zdarza jej się ucieczka w świat fantazji. Wtedy powołuje do istnienia czarnego lwa lub wilki, wprowadza odrobinę magii do normalnych przeżyć. W „Wierszykarni” nigdy nie wiadomo, czy rzeczywistość nie przerodzi się nagle w baśń. Może to zrobić bezpośrednio albo przez dziecięcego bohatera – Danuta Wawiłow obie te drogi wykorzystuje bardzo chętnie.
Tym, co dzisiaj zwraca uwagę w tekstach zgromadzonych w „Wierszykarni”, jest ich śpiewność. Wawiłow stale nawiązuje do twórczości ludowej, rytm i konstrukcję wierszy podporządkowuje rozmaitym przyśpiewkom, stosuje powtórzenia wersów lub aliteracje. O temacie utworu opowiada nie tylko przez dosłownie przedstawiane obrazy, ale i przez brzmienia zapewniające estetyczne doznania. Danuta Wawiłow mistrzowsko operuje nastrojami. Także w twórczości dla najmłodszych stawia na poetyckość, układa liryki, a nie naiwne rymowanki. To sprawia, że teksty zyskują na uniwersalności i mimo upływu czasu nie tracą na znaczeniu. „Wierszykarnia” to powrót do najlepszych tradycji, łatwo się o tym przekonać, bo i dzisiaj wiersze Danuty Wawiłow od razu trafiają do dzieci (i nie tylko do nich). Ich walory odkrywać można stopniowo, wczytując się w kolejne linijki. Dobrze więc się stało, że Nasza Księgarnia wypuszcza na rynek „Wierszykarnię” – dla najmłodszych to okazja do wyrobienia czytelniczego gustu i spotkanie z literaturą wysokiej klasy. Ich rodzicom tej autorki przedstawiać nie trzeba.
Jola Richter-Magnuszewska nadaje tym wierszom oprawę graficzną. Rysuje najbardziej fantastycznych bohaterów, stosuje różne techniki, kolaże i wycinanki uzupełniające tradycyjne rysunki. Nie lubi jednolitego tła, więc nadaje kolorowym stronom dodatkowe tekstury. Rysuje z humorem, a trochę i po dziecięcemu, dostosowując się do klimatu kolejnych wierszy. To również brak formalnych eksperymentów. Ilustracje Richter-Magnuszewskiej dobrze korespondują z wierszami Danuty Wawiłow i na pewno uprzyjemnią lekturę dzieciom i ich rodzicom. „Wierszykarnia” to kolejny sposób na zapoznanie najmłodszych z klasyką literatury, a i źródło najlepszych czytanek na dobranoc. Dziś już nie pisze się dla dzieci w ten sposób, warto zatem wykorzystać okazję do przeżycia lekturowej przygody.
Tradycja i natura
„Wierszykarnia” Danuty Wawiłow to zapowiedź przepięknej literackiej przygody i to zarówno dla dzieci, jak i dla ich rodziców, którzy będą towarzyszyć pociechom w lekturze lub przedstawiać klasykę literatury. To zestaw kilkudziesięciu pięknych wierszy fascynująco śpiewnych, melodyjnych i opartych na najprostszych obserwacjach przyrodniczych – lub na nawiązaniach do ludowych bajań. Danuta Wawiłow potrafi budować klimat historyjek na drobiazgach albo cudzie istnienia, zachwyca się wiatrem, deszczem i księżycem, przywołuje – z rzadka – zwierzęta lub ptaki. Inspirują ją polskie krajobrazy i pejzaże znane dzieciom. Potrafi opowiedzieć o jabłonce i źdźble trawy, o mieszkańcach borów i lasów, o porach roku, ale i o zjawiskach towarzyszących im za sprawą ludzi (znicze zapalane dla tych, którzy odeszli, jako nieodłączny motyw jesieni). Autorka bardzo chętnie nawiązuje do ludowych przekazów, wiele w jej historyjkach intertekstualnych odniesień. Dzisiaj takie bajki wydają się niemal egzotyczne, tak daleko autorzy odeszli od konwencji przez Wawiłow podchwytywanych. Tu zaroi się od kołysanek i przyśpiewek, ożyją stare dziecięce zabawki i rozrywki sprzed ery komputerów i telewizorów. W ogóle Danuta Wawiłow bardzo dobrze rozumie najmłodszych – wiele z jej wierszy przedstawia sposób myślenia czy wnioskowania dzieci. To płaszczyzna na naiwne marzenia o byciu dorosłym, ale i rozmowy z mamą i tatą. Bliskości z rodzicami maluchy potrzebują przed zaśnięciem – reagują też, gdy dorosły z jakiegoś powodu jest smutny. Chociaż wydaje się, że Danuta Wawiłow bardziej woli prawdę i zwyczajność, zdarza jej się ucieczka w świat fantazji. Wtedy powołuje do istnienia czarnego lwa lub wilki, wprowadza odrobinę magii do normalnych przeżyć. W „Wierszykarni” nigdy nie wiadomo, czy rzeczywistość nie przerodzi się nagle w baśń. Może to zrobić bezpośrednio albo przez dziecięcego bohatera – Danuta Wawiłow obie te drogi wykorzystuje bardzo chętnie.
Tym, co dzisiaj zwraca uwagę w tekstach zgromadzonych w „Wierszykarni”, jest ich śpiewność. Wawiłow stale nawiązuje do twórczości ludowej, rytm i konstrukcję wierszy podporządkowuje rozmaitym przyśpiewkom, stosuje powtórzenia wersów lub aliteracje. O temacie utworu opowiada nie tylko przez dosłownie przedstawiane obrazy, ale i przez brzmienia zapewniające estetyczne doznania. Danuta Wawiłow mistrzowsko operuje nastrojami. Także w twórczości dla najmłodszych stawia na poetyckość, układa liryki, a nie naiwne rymowanki. To sprawia, że teksty zyskują na uniwersalności i mimo upływu czasu nie tracą na znaczeniu. „Wierszykarnia” to powrót do najlepszych tradycji, łatwo się o tym przekonać, bo i dzisiaj wiersze Danuty Wawiłow od razu trafiają do dzieci (i nie tylko do nich). Ich walory odkrywać można stopniowo, wczytując się w kolejne linijki. Dobrze więc się stało, że Nasza Księgarnia wypuszcza na rynek „Wierszykarnię” – dla najmłodszych to okazja do wyrobienia czytelniczego gustu i spotkanie z literaturą wysokiej klasy. Ich rodzicom tej autorki przedstawiać nie trzeba.
Jola Richter-Magnuszewska nadaje tym wierszom oprawę graficzną. Rysuje najbardziej fantastycznych bohaterów, stosuje różne techniki, kolaże i wycinanki uzupełniające tradycyjne rysunki. Nie lubi jednolitego tła, więc nadaje kolorowym stronom dodatkowe tekstury. Rysuje z humorem, a trochę i po dziecięcemu, dostosowując się do klimatu kolejnych wierszy. To również brak formalnych eksperymentów. Ilustracje Richter-Magnuszewskiej dobrze korespondują z wierszami Danuty Wawiłow i na pewno uprzyjemnią lekturę dzieciom i ich rodzicom. „Wierszykarnia” to kolejny sposób na zapoznanie najmłodszych z klasyką literatury, a i źródło najlepszych czytanek na dobranoc. Dziś już nie pisze się dla dzieci w ten sposób, warto zatem wykorzystać okazję do przeżycia lekturowej przygody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






