Agora, Warszawa 2013.
Niszcząca siła
Drugi raz ukazuje się na rynku zbiór reportaży „Polski hydraulik”, wzbogacony o nowe teksty. Maciej Zaremba Bielawski przedstawia w obszernym tomie fakty, od których włos jeży się na głowie – mimo że dotyczą one szwedzkiej codzienności. Pokazuje bowiem, do czego mogą doprowadzić zbyt liberalne decyzje rządzących i nieprzemyślane przepisy. Przygląda się skandalom i skandalikom, które niby nie mają wpływu na życie przeciętnego człowieka – a jednak w każdej chwili mogą utrudnić mu egzystencję. Tworzy „Polskiego hydraulika” w celu informowania społeczeństw o nadużyciach w różnych dziedzinach – ale też ku przestrodze. Cóż z tego, skoro i tak łatwo jest wpaść w opisywane przez niego pułapki – i to całym narodom.
Maciej Zaremba Bielawski za temat do reportaży bierze największe i często nieuświadamiane socjologiczne lęki. Nieprzypadkowo pierwszym tekstem w „Polskim hydrauliku” jest artykuł o mankamentach systemu służby zdrowia. Autor pokazuje, jak chory przegrywa z biurokracją i jak wykorzystywany jest do zdobywania pieniędzy na placówkę medyczną. Tu nikomu nie zależy na szybkim i skutecznym wyleczeniu pacjenta – a na załatwieniu dzięki niemu kolejnych dofinansowań. Maciej Zaremba Bielawski szuka odpowiedzialnych za taki stan rzeczy i stara się wytłumaczyć, jak działają systemy cenników w szwedzkich szpitalach. Wykazuje oczywiste wady takiego rozwiązania, ale zależy mu nie tyle na publicystycznym burzeniu opinii publicznej, co na epatowaniu faktami i danymi. Sprawdza, zagłębia się w temat, wychodząc od problemu jednostki dociera coraz dalej i coraz bardziej szokuje odbiorców, snując pozornie bezemocjonalną historię. Interesuje go także mobbing, temat imigrantów zarobkowych, pokazuje, do jakich nadużyć według państwa prowadzi przyjaźń terapeuty z pacjentem, wreszcie na długo zatrzymuje się nad błędami w systemie szkolnictwa. Jest dociekliwy, nie ustępuje, dopóki nie odkryje przyczyn zjawiska, nie zadowala się pierwszym wyjaśnieniem. Drobiazgowo analizuje problemy, co usatysfakcjonuje zwłaszcza spragnionych detali czytelników. A fakt, że odnosi się do zagadnień z początkiem XXI wieku jeszcze podsyca tę ciekawość: oto bowiem autor odkrywa mroczną stronę ulegania niebezpiecznym trendom.
W „Polskim hydrauliku” najważniejsze są teksty rozbudowywane, bo Maciej Zaremba Bielawski nie ma pióra felietonisty. W krótkich tekstach jedynie sygnalizuje interesujące tematy, ale nie angażuje w nie przesadnie odbiorców, funkcjonuje jako obserwator. Tymczasem w rozbudowanych reportażach zamienia się niemal w śledczego – chce sprawdzać wszystkie tropy i docierać do sedna problemów. Jego reportaże dotyczą życia w Szwecji – ale w odbiorze to nie ma znaczenia, bo autor zwraca uwagę na to, co gubi się w urzędniczych decyzjach – na człowieczeństwo. Ono ma wymiar uniwersalny. I prawdopodobnie dlatego tak wstrząsające wrażenie robią artykuły o szaleńcach czy o konsekwencjach politycznej poprawności. Maciej Zaremba Bielawski ostrzega, ale nie zamierza uciekać się do tanich populistycznych chwytów. Funkcjonuje jako ten, który przekłada mechanizmy praw na egzystencję zwykłego człowieka niepotrafiącego się bronić. Jest w „Polskim hydrauliku” dostarczycielem danych i specjalistą od ich prezentowania – odbiorcom pozostawia reakcje. Chłodny i bezemocjonalny styl przy tematach budzących wzburzenie społeczeństwa – to pomysł tego autora na teksty publicystyczne. Nie maestria stylistyczna, a umiejętność prowadzenia szczegółowych obserwacji zamienia „Polskiego hydraulika” w lekturę ważną. To książka, która długo nie straci na wartości – jest bowiem także obrazem destrukcyjnych działań, przed którymi zwykłemu człowiekowi bardzo trudno uciec.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 13 grudnia 2013
Maryla Rodowicz, Jarek Szubrycht: Wariatka tańczy
G + J, Gruner + Jahr, Warszawa 2013, Merlin.
O scenie
Trwa moda na wywiady-rzeki z twórcami kojarzonymi przez całe pokolenia odbiorców. Na tle kolejnych publikacji pop bardzo dobrze wypada Maryla Rodowicz, która Jarkowi Szubrychtowi opowiada o swojej karierze, anegdotach z tras oraz o budowaniu życia prywatnego. „Wariatka tańczy” to niemal modelowy przykład długiej rozmowy przygotowanej z myślą o czytelnikach, niekoniecznie rekrutujących się spośród fanów. To rodzaj wspomnieniowego zbioru anegdot, przeglądu artystycznego życia – i pomysłu na sztukę. Szubrycht odnosi się do kolejnych osiągnięć piosenkarki (i do kolejnych etapów jej sławy), pytając o najciekawsze doznania, obserwacje i wrażenia. Każda wypowiedź zamienia się więc w małą narrację, skrótową, a mimo to niespieszną. Można mieć wrażenie, że Maryla Rodowicz czasem dość powierzchownie traktuje niektóre tematy – ale to bardziej chęć ucieczki od rutyny. Artystka biografom zostawia żmudne rejestrowanie faktów, sobie pozwala natomiast na snucie swobodnej opowieści o tym, czego nie widać na scenie. Zwykle są to rzeczy przyjemne lub zabawne – a przynajmniej takie, których minorowe brzmienie łagodzi czas. Maryla Rodowicz opowiada o sobie z dużym poczuciem humoru, nie zamierza w książce przyjmować pozycji gwiazdy. Nie narzeka na własną codzienność, za to próbuje doszukiwać się pozytywów w każdej sytuacji. „Wariatka tańczy” to zatem lektura ciepła i optymistyczna, a także ciekawa z punktu widzenia publiczności: oto bowiem artystka przywołuje naprawdę wiele opowieści z życia koncertowego.
Jarek Szubrycht od początku przyjmuje postawę tego, który zna fakty i chce teraz uzupełnić je o interpretacje. Podrzuca Maryli Rodowicz kolejne wydarzenia atrakcyjne z punktu widzenia odbiorców i tylko czasami dopytuje o przyczyny konkretnych wyborów. Tworzy nastrój przyjemnej i przyjacielskiej pogawędki, chowa się za wydarzeniami. Zapewnia szkielet wspomnieniom, ale nie zamierza przyczyniać się do jego obudowywania. Jedynie od czasu do czasu wyrywa mu się osobista uwaga na temat omawianej właśnie płyty. Szubrycht lubi też przyjmować rolę słuchacza – pyta wtedy w imieniu przeciętnego odbiorcy, którym kieruje najbardziej elementarna ciekawość. Nie sięga natomiast po cudze recenzje i nie zasłania się wycinkami z prasy, głos oddaje Maryli Rodowicz i w swoim dystansowaniu się jest konsekwentny. Prowadzi luźną rozmowę i chociaż jest do niej przygotowany, próżno by tu szukać bibliografii czy spisu nagrań. Szubrycht usuwa się w cień do tego stopnia, że „Wariatka tańczy” przypomina tematyzowany pamiętnik Rodowicz.
„Wariatka tańczy” to miły dodatek do płyt artystki, oczywiście ozdabiany zdjęciami z prywatnego archiwum. Nie stawia się tutaj na biograficzne zwierzenia – wyjątkiem jest kwestia kolejnych partnerów i dzieci Maryli Rodowicz, a także kilka pytań ogólniejszych, które zamykają tom. Jarek Szubrycht szuka odpowiedzi na pytania nurtujące fanów, ale nigdy nie zniża się do poziomu „dziennikarzy” z tabloidów, widać za to, że Rodowicz ma do niego zaufanie i dobrze czuje się w tej rozmowie. Piosenkarka opowiada również o swoich scenicznych przyjaźniach i antypatiach, o pomysłach na kostiumy, a także o występach w serialu „Rodzina zastępcza”. Podczas lektury cały czas czuje się powierzchowne poruszanie tematów – wszystko podane jest lekko i bez niepotrzebnych analiz. Bywa, że czytelnicy zatęsknią za bardziej dokładnymi opowieściami – ale w „Wariatce” została przyjęta konwencja, która doskonale tłumaczy wszelkie skróty i właściwie uniemożliwia budowanie biograficznych historii. „Wariatka tańczy” jest wywiadem-ciekawostką, sympatycznym prezentem dla fanów Maryli Rodowicz – i książką, na którą wielu odbiorców czekało. Dostarcza sporo rozrywki, chociaż na rzetelne przedstawienie dokonań Maryli Rodowicz przyjdzie jeszcze poczekać.
O scenie
Trwa moda na wywiady-rzeki z twórcami kojarzonymi przez całe pokolenia odbiorców. Na tle kolejnych publikacji pop bardzo dobrze wypada Maryla Rodowicz, która Jarkowi Szubrychtowi opowiada o swojej karierze, anegdotach z tras oraz o budowaniu życia prywatnego. „Wariatka tańczy” to niemal modelowy przykład długiej rozmowy przygotowanej z myślą o czytelnikach, niekoniecznie rekrutujących się spośród fanów. To rodzaj wspomnieniowego zbioru anegdot, przeglądu artystycznego życia – i pomysłu na sztukę. Szubrycht odnosi się do kolejnych osiągnięć piosenkarki (i do kolejnych etapów jej sławy), pytając o najciekawsze doznania, obserwacje i wrażenia. Każda wypowiedź zamienia się więc w małą narrację, skrótową, a mimo to niespieszną. Można mieć wrażenie, że Maryla Rodowicz czasem dość powierzchownie traktuje niektóre tematy – ale to bardziej chęć ucieczki od rutyny. Artystka biografom zostawia żmudne rejestrowanie faktów, sobie pozwala natomiast na snucie swobodnej opowieści o tym, czego nie widać na scenie. Zwykle są to rzeczy przyjemne lub zabawne – a przynajmniej takie, których minorowe brzmienie łagodzi czas. Maryla Rodowicz opowiada o sobie z dużym poczuciem humoru, nie zamierza w książce przyjmować pozycji gwiazdy. Nie narzeka na własną codzienność, za to próbuje doszukiwać się pozytywów w każdej sytuacji. „Wariatka tańczy” to zatem lektura ciepła i optymistyczna, a także ciekawa z punktu widzenia publiczności: oto bowiem artystka przywołuje naprawdę wiele opowieści z życia koncertowego.
Jarek Szubrycht od początku przyjmuje postawę tego, który zna fakty i chce teraz uzupełnić je o interpretacje. Podrzuca Maryli Rodowicz kolejne wydarzenia atrakcyjne z punktu widzenia odbiorców i tylko czasami dopytuje o przyczyny konkretnych wyborów. Tworzy nastrój przyjemnej i przyjacielskiej pogawędki, chowa się za wydarzeniami. Zapewnia szkielet wspomnieniom, ale nie zamierza przyczyniać się do jego obudowywania. Jedynie od czasu do czasu wyrywa mu się osobista uwaga na temat omawianej właśnie płyty. Szubrycht lubi też przyjmować rolę słuchacza – pyta wtedy w imieniu przeciętnego odbiorcy, którym kieruje najbardziej elementarna ciekawość. Nie sięga natomiast po cudze recenzje i nie zasłania się wycinkami z prasy, głos oddaje Maryli Rodowicz i w swoim dystansowaniu się jest konsekwentny. Prowadzi luźną rozmowę i chociaż jest do niej przygotowany, próżno by tu szukać bibliografii czy spisu nagrań. Szubrycht usuwa się w cień do tego stopnia, że „Wariatka tańczy” przypomina tematyzowany pamiętnik Rodowicz.
„Wariatka tańczy” to miły dodatek do płyt artystki, oczywiście ozdabiany zdjęciami z prywatnego archiwum. Nie stawia się tutaj na biograficzne zwierzenia – wyjątkiem jest kwestia kolejnych partnerów i dzieci Maryli Rodowicz, a także kilka pytań ogólniejszych, które zamykają tom. Jarek Szubrycht szuka odpowiedzi na pytania nurtujące fanów, ale nigdy nie zniża się do poziomu „dziennikarzy” z tabloidów, widać za to, że Rodowicz ma do niego zaufanie i dobrze czuje się w tej rozmowie. Piosenkarka opowiada również o swoich scenicznych przyjaźniach i antypatiach, o pomysłach na kostiumy, a także o występach w serialu „Rodzina zastępcza”. Podczas lektury cały czas czuje się powierzchowne poruszanie tematów – wszystko podane jest lekko i bez niepotrzebnych analiz. Bywa, że czytelnicy zatęsknią za bardziej dokładnymi opowieściami – ale w „Wariatce” została przyjęta konwencja, która doskonale tłumaczy wszelkie skróty i właściwie uniemożliwia budowanie biograficznych historii. „Wariatka tańczy” jest wywiadem-ciekawostką, sympatycznym prezentem dla fanów Maryli Rodowicz – i książką, na którą wielu odbiorców czekało. Dostarcza sporo rozrywki, chociaż na rzetelne przedstawienie dokonań Maryli Rodowicz przyjdzie jeszcze poczekać.
czwartek, 12 grudnia 2013
Danuta Wawiłow dzieciom
Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.
Klimat natury
Ekskluzywna bajkowa seria Naszej Księgarni prezentująca twórczość najwybitniejszych autorów literatury czwartej jest nie tylko sposobem na uatrakcyjnienie domowej biblioteczki, ale też szansą na uchwycenie najbardziej charakterystycznych pomysłów i warsztatowych rozwiązań. Książka „Danuta Wawiłow dzieciom” to na przykład zestaw utworów klimatycznych. Ważna jest w nich atmosfera, rodzaj zakodowanych emocji i baśniowość. Danuta Wawiłow często sięga też do motywów ludowych, elementów folkloru i opowieści mówionych. Z tego układa wiersze melodyjne i łatwe do zapamiętania, proste z pozoru, ale przepełnione rozmaitymi uczuciami. Naturalność dostrzega się również w warstwie tematycznej – Wawiłow lubi wykorzystywać w wierszach motywy pór roku oraz zwykłe obserwacje, które można wpasować w codzienne spacery. Świat u Danuty Wawiłow jest światem swojskim, dużo w nim obrazów przyrody, to jakby obraz Polski z dawnych podań i legend, ale uwolniony od obecności człowieka. W ten sposób Danuta Wawiłow przygotowuje jedną warstwę swoich rymowanych bajek.
Drugą warstwę stanowi spojrzenie dziecka. Tu autorka wprowadza istoty z wyobraźni (między innymi rupaki), pokazuje, co potrafi zawładnąć dziecięcymi myślami (zapach czekolady) oraz zajmuje się baśniowymi metamorfozami, jakie zapewnia wyobraźnia malucha (siostra królewna). Danuta Wawiłow dba o to, żeby jej utwory były zakorzenione w coraz mniej dzisiaj znanej zwyczajności – ale pozwala się im rozwijać i docierać do fantazyjnych motywów. Naturalności towarzyszy tu przeważnie lekka melancholia, Danuta Wawiłow nie zawsze zajmuje się tworzeniem żartów i puent, bardziej interesuje ją wyznaczanie klimatu i wrażeń płynących z obserwowania otoczenia. Zaletą bajek jest melodyjność, kojący rytm i dobór głosek.
Zresztą w tomie „Danuta Wawiłow dzieciom” można dokładnie śledzić warsztatowe pomysły autorki. To, co nie wszystkim wychodzi, czyli operowanie rymami gramatycznymi, spieszczeniami i zdrobnieniami, tu idealnie pełni swoje funkcje, składając się na brzmienie tekstu. Wawiłow nie szuka puent w klauzulach wersów – pozostawia w rymach miejsce na zachwyt nad słowami. Lubi wsłuchiwać się w wyrazy, w słowotwórcze możliwości i zabawy. Takich popisów i operacji na poszczególnych słowach jest w tomie „Danuta Wawiłow dzieciom” dużo. Książkę zamyka kilka opowiadań dla młodszych i starszych dziecięcych odbiorców: tu zmienia się tematyka i metody rozwiązywania akcji. Dla Danuty Wawiłow ważne okazują się zwłaszcza interpersonalne relacje, zasady funkcjonowania w społeczeństwie – to utwory, których część dorosłych może nie pamiętać, ale które odgrywały ważną rolę w procesie edukacji.
Jola Richter-Magnuszewska dostosowała się do onirycznej aury utworów, także wybierając ilustrowanie nastrojów, a nie sytuacji. Zmienia techniki, by pokazać odbiorcom różne możliwości interpretowania tekstów i stara się dopełniać utwory, a nie odwracać od nich uwagę. „Danuta Wawiłow dzieciom” to publikacja ważna w serii, ciekawa, przypominająca czytelnikom klasykę literatury czwartej. Do tego przynosi wiele utworów, które zrobią wrażenie także na dorosłych odbiorcach. Danuta Wawiłow nie traktuje bajek jako możliwości opowiedzenia infantylnych historii, ukazuje za to dzieciom piękno literatury. Nasza Księgarnia całą serią sprawia ogromną przyjemność także rodzicom, którzy mają szansę sięgnąć po utwory z własnego dzieciństwa. Nawet tych, którzy do tomu chcą zajrzeć z sentymentu, zachęci sposób wydania cyklu.
Klimat natury
Ekskluzywna bajkowa seria Naszej Księgarni prezentująca twórczość najwybitniejszych autorów literatury czwartej jest nie tylko sposobem na uatrakcyjnienie domowej biblioteczki, ale też szansą na uchwycenie najbardziej charakterystycznych pomysłów i warsztatowych rozwiązań. Książka „Danuta Wawiłow dzieciom” to na przykład zestaw utworów klimatycznych. Ważna jest w nich atmosfera, rodzaj zakodowanych emocji i baśniowość. Danuta Wawiłow często sięga też do motywów ludowych, elementów folkloru i opowieści mówionych. Z tego układa wiersze melodyjne i łatwe do zapamiętania, proste z pozoru, ale przepełnione rozmaitymi uczuciami. Naturalność dostrzega się również w warstwie tematycznej – Wawiłow lubi wykorzystywać w wierszach motywy pór roku oraz zwykłe obserwacje, które można wpasować w codzienne spacery. Świat u Danuty Wawiłow jest światem swojskim, dużo w nim obrazów przyrody, to jakby obraz Polski z dawnych podań i legend, ale uwolniony od obecności człowieka. W ten sposób Danuta Wawiłow przygotowuje jedną warstwę swoich rymowanych bajek.
Drugą warstwę stanowi spojrzenie dziecka. Tu autorka wprowadza istoty z wyobraźni (między innymi rupaki), pokazuje, co potrafi zawładnąć dziecięcymi myślami (zapach czekolady) oraz zajmuje się baśniowymi metamorfozami, jakie zapewnia wyobraźnia malucha (siostra królewna). Danuta Wawiłow dba o to, żeby jej utwory były zakorzenione w coraz mniej dzisiaj znanej zwyczajności – ale pozwala się im rozwijać i docierać do fantazyjnych motywów. Naturalności towarzyszy tu przeważnie lekka melancholia, Danuta Wawiłow nie zawsze zajmuje się tworzeniem żartów i puent, bardziej interesuje ją wyznaczanie klimatu i wrażeń płynących z obserwowania otoczenia. Zaletą bajek jest melodyjność, kojący rytm i dobór głosek.
Zresztą w tomie „Danuta Wawiłow dzieciom” można dokładnie śledzić warsztatowe pomysły autorki. To, co nie wszystkim wychodzi, czyli operowanie rymami gramatycznymi, spieszczeniami i zdrobnieniami, tu idealnie pełni swoje funkcje, składając się na brzmienie tekstu. Wawiłow nie szuka puent w klauzulach wersów – pozostawia w rymach miejsce na zachwyt nad słowami. Lubi wsłuchiwać się w wyrazy, w słowotwórcze możliwości i zabawy. Takich popisów i operacji na poszczególnych słowach jest w tomie „Danuta Wawiłow dzieciom” dużo. Książkę zamyka kilka opowiadań dla młodszych i starszych dziecięcych odbiorców: tu zmienia się tematyka i metody rozwiązywania akcji. Dla Danuty Wawiłow ważne okazują się zwłaszcza interpersonalne relacje, zasady funkcjonowania w społeczeństwie – to utwory, których część dorosłych może nie pamiętać, ale które odgrywały ważną rolę w procesie edukacji.
Jola Richter-Magnuszewska dostosowała się do onirycznej aury utworów, także wybierając ilustrowanie nastrojów, a nie sytuacji. Zmienia techniki, by pokazać odbiorcom różne możliwości interpretowania tekstów i stara się dopełniać utwory, a nie odwracać od nich uwagę. „Danuta Wawiłow dzieciom” to publikacja ważna w serii, ciekawa, przypominająca czytelnikom klasykę literatury czwartej. Do tego przynosi wiele utworów, które zrobią wrażenie także na dorosłych odbiorcach. Danuta Wawiłow nie traktuje bajek jako możliwości opowiedzenia infantylnych historii, ukazuje za to dzieciom piękno literatury. Nasza Księgarnia całą serią sprawia ogromną przyjemność także rodzicom, którzy mają szansę sięgnąć po utwory z własnego dzieciństwa. Nawet tych, którzy do tomu chcą zajrzeć z sentymentu, zachęci sposób wydania cyklu.
środa, 11 grudnia 2013
Ania Szado: Studio Saint-Ex
Marginesy, Warszawa 2013.
Życie artystów
„Studio Saint-Ex” to powieść osnuta na wątkach z życia autora „Małego Księcia”, książka niebiograficzna i rozpięta między kilkoma namiętnościami. Sławny pisarz jest tu tłem, obserwowany przez młodą projektantkę mody, Mignonne, uosabia potęgę miłości i przywiązania – do sztuki oraz do kobiet. Mignonne próbuje wejść w świat mody, zaistnieć w Nowym Jorku – to utalentowana i pracowita dziewczyna, której brakuje odpowiednich znajomości. Bohaterka musi nawet pogodzić się z kradzieżą swoich projektów przez przyszłą chlebodawczynię. Sama staje się tylko narzędziem w rękach bardziej doświadczonych postaci. Antoine czuje się dzieckiem. Tworzy i nie potrafi odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Potrzebuje spokoju. Jego związek z Consuelo nie należy do typowych. Żona nie toleruje rozstań, chociaż sama angażuje się w romanse. I Antoine, i Consuelo zachwycają się Mignonne, każde z innych powodów – i każde na inny sposób.
Ania Szado tworzy powieść wysmakowaną i niespieszną. Nie dąży do rejestrowania i wykorzystywania faktów z biografii pisarza, woli budować klimat historii za sprawą ulotnych wrażeń, zauroczeń i inspiracji. Posługuje się alegoriami, lubi proste chociaż wymowne metafory. Czasami właściwie specjalnie teatralizuje zachowania i reakcje postaci, by czytelnicy mogli z tego odczytać sens więzi łączących bohaterów. Przez odsunięcie Antoine’a, uzyskuje wrażenie tajemniczości, podsyca ciekawość odbiorców i niemal zmusza do zaangażowania się w lekturę. Nie proponuje za to rozbuchanej seksualności, wszystko okazuje się tutaj delikatne, ulotne i niekonkretne. W dorosły świat Ania Szado wprowadza ludzi, którzy nie wyrośli z dziecięcych marzeń i którzy w związku z tym nie przystają do groźnej rzeczywistości. I wcale nie chodzi tu o skandale czy wskazywanie niewierności małżeńskiej – Antoine i Consuelo wplątują Mignonne w niecodzienną relację, zmuszając do podejmowania trudnych decyzji.
Z jednej strony pojawia się w tej powieści miłość nieoczywista i trafiająca na ciągłe wyzwania, pełna goryczy i rozczarowań, ale silna i niemożliwa do przerwania. Z drugiej natomiast – ogromne zrozumienie dla sztuki. W wersji pisarskiej to przyglądanie się procesowi pisania i nawiązywanie zwłaszcza do „Małego Księcia” oraz „Ziemi planety ludzi”: bohaterowie tworzą własne interpretacje wątków z tych książek. W wersji projektantki – to świat, w którym głos oddaje się tkaninom. Ania Szado pokazuje, jak rozumieć materiał i jak wykorzystywać jego cechy do podkreślania urody. Równolegle zajmuje się dwoma bardzo różnymi procesami tworzenia, by w końcu połączyć je w jednym celu. Autotematyzm jest w tej książce potężną siłą: chociaż istnieje obok fabuły, może trafić do przekonania odbiorcom. Autorce udało się temat pasji przełożyć na czytelne dla odbiorców i często odkrywcze sceny z aktów twórczych.
Tom nie jest biografią, czerpie za to inspirację z prawdziwych postaci. Autorka wybrała tu intensywność przeżywania i przekonującą narrację, która sprawia, że losy Mignonne śledzi się z przyjemnością. „Mały Książę” to punkt odniesienia, zbiór symboli, które zaczynają żyć własnym życiem i nadawać ton egzystencji bohaterów. Opowieść złożona z namiętności nie może pozostać obojętna. Czytelnicy będą w niej szukać nie śladów skandali czy romansów, a pragnienia ucieczki przed samotnością, na jaką skazuje artystyczny umysł. Ania Szado proponuje ciekawą perspektywę – a że łączy ją ze sprawną narracją, „Studio Sant-Ex” będzie dostarczać lekturowej przyjemności odbiorcom.
Życie artystów
„Studio Saint-Ex” to powieść osnuta na wątkach z życia autora „Małego Księcia”, książka niebiograficzna i rozpięta między kilkoma namiętnościami. Sławny pisarz jest tu tłem, obserwowany przez młodą projektantkę mody, Mignonne, uosabia potęgę miłości i przywiązania – do sztuki oraz do kobiet. Mignonne próbuje wejść w świat mody, zaistnieć w Nowym Jorku – to utalentowana i pracowita dziewczyna, której brakuje odpowiednich znajomości. Bohaterka musi nawet pogodzić się z kradzieżą swoich projektów przez przyszłą chlebodawczynię. Sama staje się tylko narzędziem w rękach bardziej doświadczonych postaci. Antoine czuje się dzieckiem. Tworzy i nie potrafi odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Potrzebuje spokoju. Jego związek z Consuelo nie należy do typowych. Żona nie toleruje rozstań, chociaż sama angażuje się w romanse. I Antoine, i Consuelo zachwycają się Mignonne, każde z innych powodów – i każde na inny sposób.
Ania Szado tworzy powieść wysmakowaną i niespieszną. Nie dąży do rejestrowania i wykorzystywania faktów z biografii pisarza, woli budować klimat historii za sprawą ulotnych wrażeń, zauroczeń i inspiracji. Posługuje się alegoriami, lubi proste chociaż wymowne metafory. Czasami właściwie specjalnie teatralizuje zachowania i reakcje postaci, by czytelnicy mogli z tego odczytać sens więzi łączących bohaterów. Przez odsunięcie Antoine’a, uzyskuje wrażenie tajemniczości, podsyca ciekawość odbiorców i niemal zmusza do zaangażowania się w lekturę. Nie proponuje za to rozbuchanej seksualności, wszystko okazuje się tutaj delikatne, ulotne i niekonkretne. W dorosły świat Ania Szado wprowadza ludzi, którzy nie wyrośli z dziecięcych marzeń i którzy w związku z tym nie przystają do groźnej rzeczywistości. I wcale nie chodzi tu o skandale czy wskazywanie niewierności małżeńskiej – Antoine i Consuelo wplątują Mignonne w niecodzienną relację, zmuszając do podejmowania trudnych decyzji.
Z jednej strony pojawia się w tej powieści miłość nieoczywista i trafiająca na ciągłe wyzwania, pełna goryczy i rozczarowań, ale silna i niemożliwa do przerwania. Z drugiej natomiast – ogromne zrozumienie dla sztuki. W wersji pisarskiej to przyglądanie się procesowi pisania i nawiązywanie zwłaszcza do „Małego Księcia” oraz „Ziemi planety ludzi”: bohaterowie tworzą własne interpretacje wątków z tych książek. W wersji projektantki – to świat, w którym głos oddaje się tkaninom. Ania Szado pokazuje, jak rozumieć materiał i jak wykorzystywać jego cechy do podkreślania urody. Równolegle zajmuje się dwoma bardzo różnymi procesami tworzenia, by w końcu połączyć je w jednym celu. Autotematyzm jest w tej książce potężną siłą: chociaż istnieje obok fabuły, może trafić do przekonania odbiorcom. Autorce udało się temat pasji przełożyć na czytelne dla odbiorców i często odkrywcze sceny z aktów twórczych.
Tom nie jest biografią, czerpie za to inspirację z prawdziwych postaci. Autorka wybrała tu intensywność przeżywania i przekonującą narrację, która sprawia, że losy Mignonne śledzi się z przyjemnością. „Mały Książę” to punkt odniesienia, zbiór symboli, które zaczynają żyć własnym życiem i nadawać ton egzystencji bohaterów. Opowieść złożona z namiętności nie może pozostać obojętna. Czytelnicy będą w niej szukać nie śladów skandali czy romansów, a pragnienia ucieczki przed samotnością, na jaką skazuje artystyczny umysł. Ania Szado proponuje ciekawą perspektywę – a że łączy ją ze sprawną narracją, „Studio Sant-Ex” będzie dostarczać lekturowej przyjemności odbiorcom.
wtorek, 10 grudnia 2013
Tina Oziewicz: Tyranozaur i traktorzystki
Czerwony Konik, Kraków 2013.
Przygoda z porcelany
Czerwony Konik stawia zawsze na oryginalne publikacje dla najmłodszych – niekoniecznie edukacyjne, niekoniecznie klasycyzujące – ważne, żeby miały w sobie coś, co każe odbiorcom wracać do propozycji tego wydawnictwa. Historyjką, która rozbudza wyobraźnię dzieci, jest tym razem „Tyranozaur i traktorzystki”, bajka już samym tytułem sugerująca nieszablonowość pomysłu. Tina Oziewicz wybiera nietypową jak na dzisiejszą literaturę czwartą inspirację – sięga po motywy właściwie od dawna niemodne, więc też siłą rzeczy nieobecne w wyobraźni najmłodszych. W ten sposób może zyskać ich uznanie i uwagę.
Dwie traktorzystki to dziewczynki namalowane na talerzu – jedna jeździ po jego brzegach na motorze, druga wybiera traktor. Nie znają żadnego innego świata poza swoim, porcelanowym – więc wiodłyby całkiem nudny żywot, nawet jeśli wziąć pod uwagę tajemnice porcelanowych malunków. Ale Tina Oziewicz nie poprzestaje na prezentowaniu codzienności traktorzystek. Pewnego dnia talerz rozbija się i dziewczynki tracą swój dom. Nie mogą się odnaleźć na innych talerzach, więc wyruszają w nieznane – a to oznacza przygody. Traktorem z wmontowanym silnikiem motocykla jeżdżą po suficie i ścianach. A na ścianach są tapety z rozmaitymi motywami, które, tak samo jak traktorzystki na porcelanowym talerzu, ożywają, kiedy nikt nie patrzy. To oznacza, że przed bohaterkami otwiera się inna, nieodkryta do tej pory rzeczywistość. Traktorzystki wpadną w kłopoty zanim odnajdą swoje miejsce. Tina Oziewicz sięga tu po motywy stale obecne w wyobraźni dzieci, między innymi po dinozaury. To łącznik między niespotykanymi pomysłami, a stałą z opowieści dla maluchów. Oziewicz zapewnia jeszcze rozbudzanie ciekawości – nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się opowieść, skoro stworzona została z pomysłów dotąd w literaturze czwartej nieznanych. „Tyranozaur i traktorzystki” to zatem zapowiedź literackiej atrakcji. Autorka odwołuje się do fantazji najmłodszych, prezentując im świat, który mógłby istnieć tuż obok: elementy ludzkiej codzienności są w nim reinterpretowane i podlegają zupełnie innym ocenom. Wystarczy zmiana perspektywy, aby to, co zwykle niedostrzegane, uaktywniło się w nowym kontekście.
Ola Woldańska-Płocińska tworzy dla najmłodszych porcelanową rzeczywistość tak, by nie odwoływać się do przesłodzonych dziecięcych ilustracji, a zasugerować „malowane”, czyli sztuczne z punktu widzenia człowieka, przestrzenie. Stąd biorą się dość rachityczne drzewka czy traktor z kresek. Ilustratorka odrzuca kontury przedmiotów, posługuje się plamami kolorów i kiedy tylko się da- upraszcza obrazki. Rezygnuje z tradycyjnego i naiwnego stylu, lubi zmiany perspektywy i pewną oniryczność prezentowanych scenek – tutaj łatwo zagubić się w odwiedzanych przez bohaterki przestrzeniach, chociaż traktorzystki siłą rzeczy nie mogą przebywać w krainach zbyt skomplikowanych. Woldańska-Płocińska jednak unika monotonii czy powtarzalności. Potrafi zasugerować kształt talerza z namalowanymi bohaterkami po to, by za chwilę wprowadzić odbiorców w głąb krain. Lubi zmieniać nastroje przez agresywne (to znaczy widoczne) operowanie kolorystyką tła – jeśli tylko potrzebne jest wprowadzenie innej atmosfery. Wśród kolorowych kształtów z tapet i talerzy pojazd traktorzystek staje się jedynym motywem bogatym w detale – co może dzieciom uświadomić różnice między miejscami.
W malowanych krainach zdarzyć się może bardzo wiele, a ludzie, którzy tuż przed nosem mają konkretne ilustracje i dające do myślenia motywy, ani na moment nie zatrzymują się nad tym, co mogłoby się przytrafiać bohaterom z rysunków. Tina Oziewicz zachęca do uważnego przyglądania się temu, czego na co dzień już się nie dostrzega. Funduje dzieciom podróż daleką bez wychodzenia z domu – i dobrze się bawi rozwijaniem wyobraźniowych doświadczeń. Traktorzystki nie mają literackich przyjaciół ani poprzedników. Czerwony Konik po raz kolejny udowadnia swoje nietuzinkowe podejście do literatury dziecięcej – i proponuje maluchom coś odkrywczego. To docenią także dorośli.
Przygoda z porcelany
Czerwony Konik stawia zawsze na oryginalne publikacje dla najmłodszych – niekoniecznie edukacyjne, niekoniecznie klasycyzujące – ważne, żeby miały w sobie coś, co każe odbiorcom wracać do propozycji tego wydawnictwa. Historyjką, która rozbudza wyobraźnię dzieci, jest tym razem „Tyranozaur i traktorzystki”, bajka już samym tytułem sugerująca nieszablonowość pomysłu. Tina Oziewicz wybiera nietypową jak na dzisiejszą literaturę czwartą inspirację – sięga po motywy właściwie od dawna niemodne, więc też siłą rzeczy nieobecne w wyobraźni najmłodszych. W ten sposób może zyskać ich uznanie i uwagę.
Dwie traktorzystki to dziewczynki namalowane na talerzu – jedna jeździ po jego brzegach na motorze, druga wybiera traktor. Nie znają żadnego innego świata poza swoim, porcelanowym – więc wiodłyby całkiem nudny żywot, nawet jeśli wziąć pod uwagę tajemnice porcelanowych malunków. Ale Tina Oziewicz nie poprzestaje na prezentowaniu codzienności traktorzystek. Pewnego dnia talerz rozbija się i dziewczynki tracą swój dom. Nie mogą się odnaleźć na innych talerzach, więc wyruszają w nieznane – a to oznacza przygody. Traktorem z wmontowanym silnikiem motocykla jeżdżą po suficie i ścianach. A na ścianach są tapety z rozmaitymi motywami, które, tak samo jak traktorzystki na porcelanowym talerzu, ożywają, kiedy nikt nie patrzy. To oznacza, że przed bohaterkami otwiera się inna, nieodkryta do tej pory rzeczywistość. Traktorzystki wpadną w kłopoty zanim odnajdą swoje miejsce. Tina Oziewicz sięga tu po motywy stale obecne w wyobraźni dzieci, między innymi po dinozaury. To łącznik między niespotykanymi pomysłami, a stałą z opowieści dla maluchów. Oziewicz zapewnia jeszcze rozbudzanie ciekawości – nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się opowieść, skoro stworzona została z pomysłów dotąd w literaturze czwartej nieznanych. „Tyranozaur i traktorzystki” to zatem zapowiedź literackiej atrakcji. Autorka odwołuje się do fantazji najmłodszych, prezentując im świat, który mógłby istnieć tuż obok: elementy ludzkiej codzienności są w nim reinterpretowane i podlegają zupełnie innym ocenom. Wystarczy zmiana perspektywy, aby to, co zwykle niedostrzegane, uaktywniło się w nowym kontekście.
Ola Woldańska-Płocińska tworzy dla najmłodszych porcelanową rzeczywistość tak, by nie odwoływać się do przesłodzonych dziecięcych ilustracji, a zasugerować „malowane”, czyli sztuczne z punktu widzenia człowieka, przestrzenie. Stąd biorą się dość rachityczne drzewka czy traktor z kresek. Ilustratorka odrzuca kontury przedmiotów, posługuje się plamami kolorów i kiedy tylko się da- upraszcza obrazki. Rezygnuje z tradycyjnego i naiwnego stylu, lubi zmiany perspektywy i pewną oniryczność prezentowanych scenek – tutaj łatwo zagubić się w odwiedzanych przez bohaterki przestrzeniach, chociaż traktorzystki siłą rzeczy nie mogą przebywać w krainach zbyt skomplikowanych. Woldańska-Płocińska jednak unika monotonii czy powtarzalności. Potrafi zasugerować kształt talerza z namalowanymi bohaterkami po to, by za chwilę wprowadzić odbiorców w głąb krain. Lubi zmieniać nastroje przez agresywne (to znaczy widoczne) operowanie kolorystyką tła – jeśli tylko potrzebne jest wprowadzenie innej atmosfery. Wśród kolorowych kształtów z tapet i talerzy pojazd traktorzystek staje się jedynym motywem bogatym w detale – co może dzieciom uświadomić różnice między miejscami.
W malowanych krainach zdarzyć się może bardzo wiele, a ludzie, którzy tuż przed nosem mają konkretne ilustracje i dające do myślenia motywy, ani na moment nie zatrzymują się nad tym, co mogłoby się przytrafiać bohaterom z rysunków. Tina Oziewicz zachęca do uważnego przyglądania się temu, czego na co dzień już się nie dostrzega. Funduje dzieciom podróż daleką bez wychodzenia z domu – i dobrze się bawi rozwijaniem wyobraźniowych doświadczeń. Traktorzystki nie mają literackich przyjaciół ani poprzedników. Czerwony Konik po raz kolejny udowadnia swoje nietuzinkowe podejście do literatury dziecięcej – i proponuje maluchom coś odkrywczego. To docenią także dorośli.
Anna Czerwińska-Rydel: Mój brat czarodziej
Akapit Press, Łódź 2013.
Życie Tuwima
Kolejne pokolenia wychowują się na książkach tłumaczonych przez Irenę Tuwim – i na wierszach-bajkach Juliana Tuwima. Rodzeństwo zaistniało w literaturze czwartej – i mimo upływu czasu nadal kieruje wyobraźnią maluchów. Kiedy starsi odbiorcy zagłębiają się we wspomnienia o Julianie Tuwimie, nie mogą pominąć opisów jego „magicznego” dzieciństwa, pełnego chemicznych eksperymentów i zachwytów nad słowami, wzbogaconego o wytwory wyobraźni i niezwykłe interpretacje codziennych wydarzeń. Dzieci jednak dużo rzadziej trafiają na zapiski Ireny Tuwim, a przez to autor bajek może funkcjonować w ich świadomości tylko za sprawą fantazyjnych światów. Anna Czerwińska-Rydel sięgnęła po fakty, anegdoty z życia młodego Juliana Tuwima i stworzyła dla najmłodszych prostą opowieść „Mój brat czarodziej”.
Narratorką w książce jest dziewczynka zafascynowana starszym o cztery lata bratem. Julek jest prawdziwym czarodziejem: w wieczornych cieniach na oknie dopatruje się dżungli, porozumiewa się z siostrą skrótowym szyfrem, wymyśla rozmaite zabawy, czasem psoci, a czasem zachwyca się brzmieniami różnych języków świata. Nic dziwnego, że dla młodszej siostry jest wzorem i prawdziwym autorytetem, nawet gdy w oczach dorosłych nie zasługuje na podziw. Przy Julku codzienność nie może być zwyczajna – mali odbiorcy mają szansę przyjrzeć się sławnemu twórcy z jego młodych lat. I zaczynają przejmować sposób patrzenia Ireny, bezkrytycznie uwielbiać chłopaka, który przeżył kilka ciekawych, niemal książkowych przygód.
Jeden temat to jeden bardzo krótki rozdział. Czerwińska-Rydel wybiera opowieści tematyzowane i poukładane chronologicznie, ale skupia się tylko na zagadnieniach, które przyciągną dzieci do tomu. Chce budzić zainteresowanie, sięga zatem po anegdotki i czasem niewiele znaczące epizody – szybko przedstawia kolejny pomysł Tuwima, by w następnym rozdziale poruszyć już inny, równie atrakcyjny temat. Dorośli z reguły wiedzą i o chemicznych eksperymentach, i o bibliofilskich zainteresowaniach Tuwima, o jego przyjaźni ze Staffem czy miłości do słów. Dla dzieci będzie to brzmiało jak odkrywanie pięknej tajemnicy. Odkrywanie dostosowane do wieku i możliwości współczesnych maluchów – bo „Mój brat czarodziej” to książka napisana wbrew tematowi językiem poppublikacji.
Przy okazji autorka pokazuje, jak życie młodego Juliana Tuwima przekładało się potem na jego twórczość. Po każdym drobnym rozdziale znajduje się malutki fragment wiersza Juliana Tuwima – czasami to wiersze dla dzieci, a czasami wyimki z dorosłych poezji, autobiograficzne wstawki. Tym sposobem najmłodsi odbiorcy przyjrzeć się mogą związkom między literaturą i rzeczywistością, sprawdzić, jak funkcjonują wspomnienia i gdzie szukać źródeł inspiracji. Fragmenty utworów są niewielkie – dla dzieci to wygodne rozwiązanie, możliwość osłuchania się z pomysłami Tuwima. Niknie za to w książce narratorka – o Irenie Tuwim dzieci dowiedzą się czegoś dopiero z notki zamieszczonej na końcu książki. Cała uwaga skierowana jest bowiem na wielkiego poetę, który jeszcze nie przeczuwa, że na długo zawładnie wyobraźnią i uczuciami czytelników.
Życie Tuwima
Kolejne pokolenia wychowują się na książkach tłumaczonych przez Irenę Tuwim – i na wierszach-bajkach Juliana Tuwima. Rodzeństwo zaistniało w literaturze czwartej – i mimo upływu czasu nadal kieruje wyobraźnią maluchów. Kiedy starsi odbiorcy zagłębiają się we wspomnienia o Julianie Tuwimie, nie mogą pominąć opisów jego „magicznego” dzieciństwa, pełnego chemicznych eksperymentów i zachwytów nad słowami, wzbogaconego o wytwory wyobraźni i niezwykłe interpretacje codziennych wydarzeń. Dzieci jednak dużo rzadziej trafiają na zapiski Ireny Tuwim, a przez to autor bajek może funkcjonować w ich świadomości tylko za sprawą fantazyjnych światów. Anna Czerwińska-Rydel sięgnęła po fakty, anegdoty z życia młodego Juliana Tuwima i stworzyła dla najmłodszych prostą opowieść „Mój brat czarodziej”.
Narratorką w książce jest dziewczynka zafascynowana starszym o cztery lata bratem. Julek jest prawdziwym czarodziejem: w wieczornych cieniach na oknie dopatruje się dżungli, porozumiewa się z siostrą skrótowym szyfrem, wymyśla rozmaite zabawy, czasem psoci, a czasem zachwyca się brzmieniami różnych języków świata. Nic dziwnego, że dla młodszej siostry jest wzorem i prawdziwym autorytetem, nawet gdy w oczach dorosłych nie zasługuje na podziw. Przy Julku codzienność nie może być zwyczajna – mali odbiorcy mają szansę przyjrzeć się sławnemu twórcy z jego młodych lat. I zaczynają przejmować sposób patrzenia Ireny, bezkrytycznie uwielbiać chłopaka, który przeżył kilka ciekawych, niemal książkowych przygód.
Jeden temat to jeden bardzo krótki rozdział. Czerwińska-Rydel wybiera opowieści tematyzowane i poukładane chronologicznie, ale skupia się tylko na zagadnieniach, które przyciągną dzieci do tomu. Chce budzić zainteresowanie, sięga zatem po anegdotki i czasem niewiele znaczące epizody – szybko przedstawia kolejny pomysł Tuwima, by w następnym rozdziale poruszyć już inny, równie atrakcyjny temat. Dorośli z reguły wiedzą i o chemicznych eksperymentach, i o bibliofilskich zainteresowaniach Tuwima, o jego przyjaźni ze Staffem czy miłości do słów. Dla dzieci będzie to brzmiało jak odkrywanie pięknej tajemnicy. Odkrywanie dostosowane do wieku i możliwości współczesnych maluchów – bo „Mój brat czarodziej” to książka napisana wbrew tematowi językiem poppublikacji.
Przy okazji autorka pokazuje, jak życie młodego Juliana Tuwima przekładało się potem na jego twórczość. Po każdym drobnym rozdziale znajduje się malutki fragment wiersza Juliana Tuwima – czasami to wiersze dla dzieci, a czasami wyimki z dorosłych poezji, autobiograficzne wstawki. Tym sposobem najmłodsi odbiorcy przyjrzeć się mogą związkom między literaturą i rzeczywistością, sprawdzić, jak funkcjonują wspomnienia i gdzie szukać źródeł inspiracji. Fragmenty utworów są niewielkie – dla dzieci to wygodne rozwiązanie, możliwość osłuchania się z pomysłami Tuwima. Niknie za to w książce narratorka – o Irenie Tuwim dzieci dowiedzą się czegoś dopiero z notki zamieszczonej na końcu książki. Cała uwaga skierowana jest bowiem na wielkiego poetę, który jeszcze nie przeczuwa, że na długo zawładnie wyobraźnią i uczuciami czytelników.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Alberto Salazar, John Brant: 14 minut. Historia legendarnego biegacza i trenera
Galaktyka, Łódź 2013.
Przeżycia
Chociaż „14 minut” jest tomem wydanym w sportowej serii Galaktyki, samego sportu znajduje się tu niewiele. Alberto Salazar (oraz jego ghost, John Brant) nie zamierza zdradzać treningowych sztuczek, ani charakteryzować krok po kroku sportowej kariery bohatera tomu. Salazar i Brant próbują dostarczać czytelnikom zupełnie innych emocji – i nie zawsze spotkają się z uznaniem.
Salazar, jak wszyscy, przedstawia swoje dzieciństwo, w którym pojawiały się zalążki biegaczej pasji – ale bardziej obchodzi go wyjaśnianie politycznych powiązań członków rodziny, a i opisywanie temperamentów bliskich. Ten element byłby konieczny w autobiografii kogoś, kto jest znany z wybuchowego charakteru lub choćby z burzliwych kłótni w rodzinnym gronie. Tymczasem Alberto Salazar nie należy do celebrytów, nie osiągnął jako zawodnik olśniewających sukcesów, a jako trener biegaczy szerokiej publiczności niemal nie jest znany – mógł więc spokojnie ten temat pominąć. A jednak, co okaże się w dalszej części tomu, Salazar siebie postrzega zupełnie inaczej niż jest widziany z zewnątrz. Z tych rozbieżności tworzy się lepszy portret, dla samego trenera kompletnie niedostępny.
Najważniejszym zagadnieniem w książce jest motyw unikania śmierci. Bohater książki w młodości nie przejmował się zbytnio bezpieczeństwem podczas biegania i doprowadzał organizm na skraj wytrzymałości przez zaniedbania, a nie pasję czy chęć eksperymentowania. Najdziwniejszy i trudny do wyjaśnienia z medycznego punktu widzenia jest tu motyw z czternastominutowym zatrzymaniem akcji serca, po którym autor doszedł do siebie. To wydarzenie ukształtowało go i tłumaczy sens powstania książki. Jest świadectwem niemożliwego, a przy okazji sugeruje, że każdy człowiek nosi w sobie ekscytującą historię. Salazara zupełnie nie interesują teorie na temat biegania – dopóki nie zostanie trenerem, nie koncentruje się na sporcie. Teoretyczne rozważania do niczego mu się nie przydają i niczego nie uczą. To spory kontrast z dotychczasowymi publikacjami, w których kolejni sportowcy bez przerwy analizują swoje dokonania i poszukują recept na zwycięstwo. Salazar nie przejmuje się odkryciami. On po prostu wierzy.
I właśnie wiara może zdominować tę lekturę – jak u Jurka i Rolla dieta, jak u McDougalla bieganie boso. Salazar o Bogu wspomina przy każdej możliwej okazji, co staje się zabawne w chwili, gdy (pod koniec książki) wyjaśnia nowym podopiecznym, że mówi się o nim jako o osobie bardzo religijnej, ale sam nie zaczyna tego tematu, chyba że ktoś wyrazi chęć rozmowy o wierze. Przez cały tom natomiast udowadniał, że jest zupełnie inaczej. Salazar bardziej niż bieganiem przejmuje się duchowością, co może być uciążliwe dla odbiorców, którzy czekają na kolejną zanurzoną w sporcie opowieść i zdradzanie tajników pracy trenera. Pod koniec opisuje jeszcze budowanie specjalnej drużyny – to bardziej tematy marketingowe niż zawodowe.
Alberto Salazar dba o to, żeby przedstawić odbiorcom nieznane aspekty swojego życia. Sport jest tu tylko dodatkiem przy autoprezentacji – ale nie elementem ważnym czy przyciągającym uwagę. Po zapoznaniu się z opowieścią nie dziwi już okładkowe zdjęcie, bardziej przypominające wizerunki uzdrowicieli i wizjonerów niż sportowców. „14 minut” to książka, z której raczej trudno będzie wyłuskać miłość do biegania, co część czytelników może rozczarować – mimo że Salazar i Brant starają się rozbudzić zainteresowanie egzystencją trenera.
Przeżycia
Chociaż „14 minut” jest tomem wydanym w sportowej serii Galaktyki, samego sportu znajduje się tu niewiele. Alberto Salazar (oraz jego ghost, John Brant) nie zamierza zdradzać treningowych sztuczek, ani charakteryzować krok po kroku sportowej kariery bohatera tomu. Salazar i Brant próbują dostarczać czytelnikom zupełnie innych emocji – i nie zawsze spotkają się z uznaniem.
Salazar, jak wszyscy, przedstawia swoje dzieciństwo, w którym pojawiały się zalążki biegaczej pasji – ale bardziej obchodzi go wyjaśnianie politycznych powiązań członków rodziny, a i opisywanie temperamentów bliskich. Ten element byłby konieczny w autobiografii kogoś, kto jest znany z wybuchowego charakteru lub choćby z burzliwych kłótni w rodzinnym gronie. Tymczasem Alberto Salazar nie należy do celebrytów, nie osiągnął jako zawodnik olśniewających sukcesów, a jako trener biegaczy szerokiej publiczności niemal nie jest znany – mógł więc spokojnie ten temat pominąć. A jednak, co okaże się w dalszej części tomu, Salazar siebie postrzega zupełnie inaczej niż jest widziany z zewnątrz. Z tych rozbieżności tworzy się lepszy portret, dla samego trenera kompletnie niedostępny.
Najważniejszym zagadnieniem w książce jest motyw unikania śmierci. Bohater książki w młodości nie przejmował się zbytnio bezpieczeństwem podczas biegania i doprowadzał organizm na skraj wytrzymałości przez zaniedbania, a nie pasję czy chęć eksperymentowania. Najdziwniejszy i trudny do wyjaśnienia z medycznego punktu widzenia jest tu motyw z czternastominutowym zatrzymaniem akcji serca, po którym autor doszedł do siebie. To wydarzenie ukształtowało go i tłumaczy sens powstania książki. Jest świadectwem niemożliwego, a przy okazji sugeruje, że każdy człowiek nosi w sobie ekscytującą historię. Salazara zupełnie nie interesują teorie na temat biegania – dopóki nie zostanie trenerem, nie koncentruje się na sporcie. Teoretyczne rozważania do niczego mu się nie przydają i niczego nie uczą. To spory kontrast z dotychczasowymi publikacjami, w których kolejni sportowcy bez przerwy analizują swoje dokonania i poszukują recept na zwycięstwo. Salazar nie przejmuje się odkryciami. On po prostu wierzy.
I właśnie wiara może zdominować tę lekturę – jak u Jurka i Rolla dieta, jak u McDougalla bieganie boso. Salazar o Bogu wspomina przy każdej możliwej okazji, co staje się zabawne w chwili, gdy (pod koniec książki) wyjaśnia nowym podopiecznym, że mówi się o nim jako o osobie bardzo religijnej, ale sam nie zaczyna tego tematu, chyba że ktoś wyrazi chęć rozmowy o wierze. Przez cały tom natomiast udowadniał, że jest zupełnie inaczej. Salazar bardziej niż bieganiem przejmuje się duchowością, co może być uciążliwe dla odbiorców, którzy czekają na kolejną zanurzoną w sporcie opowieść i zdradzanie tajników pracy trenera. Pod koniec opisuje jeszcze budowanie specjalnej drużyny – to bardziej tematy marketingowe niż zawodowe.
Alberto Salazar dba o to, żeby przedstawić odbiorcom nieznane aspekty swojego życia. Sport jest tu tylko dodatkiem przy autoprezentacji – ale nie elementem ważnym czy przyciągającym uwagę. Po zapoznaniu się z opowieścią nie dziwi już okładkowe zdjęcie, bardziej przypominające wizerunki uzdrowicieli i wizjonerów niż sportowców. „14 minut” to książka, z której raczej trudno będzie wyłuskać miłość do biegania, co część czytelników może rozczarować – mimo że Salazar i Brant starają się rozbudzić zainteresowanie egzystencją trenera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






