* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 31 października 2011

Andreas Steinhöfel: Rico, Oskar i głębocienie

WAM, Kraków 2011.

Potęga przyjaźni

Kto powiedział, że detektywem musi być logicznie myślący i niezwykle spostrzegawczy bohater? Andrew Steinhöfel udowodnił, że i upośledzony umysłowo chłopiec przeprowadzić może prawdziwe śledztwo, jeśli tylko zostanie do tego odpowiednio zmotywowany. Rico woli mówić o sobie, że jest „głęboko utalentowany” – co oznacza, że myśli dużo, lecz wolniej niż inni. Lubi oglądać kryminały i kiedy tylko ma taką możliwość, sam zachowuje się jak bohater tego typu filmów – prowadzi śledztwa, których, rzecz jasna, nie rozumie żaden dorosły. Rico nie ma pojęcia o tym, że już wkrótce będzie musiał w praktyce zastosować metody dedukcji, a nawet – wyruszyć na ratunek przyjacielowi.

Rico nie rozróżnia kierunków i kolorów, a w stresujących sytuacjach nie potrafi podejmować żadnych sensownych decyzji, bo czuje, jakby w jego głowie zderzały się ze sobą kule bilardowe. Pewnego dnia spotyka Oskara – małego chłopca wiecznie chodzącego w kasku. Oskar to geniusz, jego umysł pracuje ze zdwojoną szybkością. A jednak chłopiec nagle znika: okazuje się, że padł ofiarą szalejącego w okolicy kidnapera. Rico nie może szukać pomocy u mamy – bo ta właśnie wyjechała do umierającego na raka brata. Sam zaczyna szukać Oskara – a zabiera się do tego nadzwyczaj sprawnie. Przyjaźń uruchamia w nim całe pokłady pomysłowości, energii i odwagi.

Steinhöfel swoją powieścią trafi do przekonania młodym odbiorcom, którzy bez trudu odnajdą się w uproszczonym świecie, oswajanym przez Rico: ale też podbije serca dorosłych, którzy gustują w pięknych, wzruszających i – co najważniejsze – oryginalnych powieściach o tym, co w życiu ważne. Prostota w konstruowaniu rzeczywistości upośledzonego chłopca ma w sobie coś z baśniowości i nieskrępowanej wyobraźni. Chociaż Rico szuka towarzystwa sąsiadów, jest bardzo osamotniony: w Oskarze odkrywa bratnią duszę – chociaż nie dorównuje mu wiedzą. Sam wreszcie staje się dla kogoś opoką: Oskar to również dziwak, który – jak przyznaje – bezpiecznie czuje się przy nowym koledze. Dwóch chłopców, z różnych względów odrzucanych przez środowisko, odnajduje sens istnienia. Autor, wykorzystując szkielet konstrukcji kryminału, pokazuje możliwość spełnienia nieujawnianych marzeń dzieci – które wcale nie afiszują się ze swoim dzieciństwem. W obrazie Rico i Oskara wielu odbiorców dostrzec będzie mogło ślady własnych tęsknot i przeżyć, co wpłynie na lekturę.

Opowieść prowadzona jest z perspektywy upośledzonego bohatera. Rico prezentuje zatem dziecięcą naiwność i nietypową logikę, wzbogaconą jeszcze o lęki płynące z choroby. Dzięki temu chłopiec może w prosty sposób przekazywać swoje obserwacje i tłumaczyć niezrozumiałe dla maluchów elementy świata dorosłych czy bardziej skomplikowane terminy. Bywa, że prawidłowo pracujący umysł podsuwa mu skojarzenia, których starsi by się nie spodziewali – na przykład motyw z sikaniem na rabaty rozbawi wszystkich – dociera do pierwotnych znaczeń i zyskuje nowe powody do zaskoczenia. Jest zatem ta książka pełna humoru i urzekającego piękna, czasem przybierającego kształt niespodziewanej poetyckości.

W literaturze czwartej tworzonej przez niemieckich autorów często pojawiają się tematy uznawane za trudne w książkach dla dzieci. I tu mamy do czynienia z chorobą i śmiercią, osieroceniem (Rico nie ma już taty), porwaniami dzieci, pijaństwem dorosłych. Mimo to pisze z optymizmem i radością. Przedstawia wszystkie trudne wątki subtelnie i bez przełamywania tabu. Tworzy ciepłą historię, o której chce się pamiętać. Inną niż wszystkie i atrakcyjną dla odbiorców niezależnie od wieku.

niedziela, 30 października 2011

Lucy Dillon: Spacer po szczęście

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Humor pod psem?

Te powieści obyczajowe, w których liczy się dążenie do osiągnięcia bajkowego czy baśniowego happy endu często rozpoczynają się od mniejszych lub większych dramatów bohaterów. I „Spacer po szczęście” nie wyłamuje się z tego schematu, choć przynosi ciepłą, krzepiącą historię: od smutku się zaczyna, więcej – dość długo o tym smutku przypomina. Tym razem chodzi o przepracowanie żałoby. Mąż Juliet, Ben, umiera krótko po ślubie. Kobieta zamyka się w niewykończonym domu, czas spędzając na oglądaniu telewizji i spaniu. Nie pomagają jej sesje terapeutyczne ani podpowiedzi lekarzy, nie pomaga troskliwość irytującej czasami matki. Juliet ucieka od życia, rozpaczając po stracie ukochanego – jej depresję pogłębia jeszcze świadomość, że w gniewie powiedziała mu kilka słów za dużo i teraz nie ma możliwości naprawienia błędów. Wreszcie otrzymuje od rodzicielki propozycję nie do odrzucenia: ma zająć się psem. Na spacerach Juliet poznaje kolejnych właścicieli czworonogów, którzy proponują jej pracę z ich pupilami. W domu obok pojawia się za to przystojny i taktowny sąsiad, który pomaga Juliet przy remoncie. Bohaterka powoli wraca do normalności, w czym spory udział mają miłe i mądre psy.

Żeby akcja nie toczyła się w jednym kierunku, Lucy Dillon wprowadza także motyw siostry Juliet, prawniczki Louise. Ta doskonale zorganizowana pracownica, żona i matka ma w życiu pewien mroczny sekret, a na koncie dość poważny konflikt z pogrążoną w żałobie siostrą. Mąż Louise chciałby mieć drugie dziecko – ale kobieta nie radzi sobie z sytuacjami, które stają się dla niej destrukcyjne i czuje się coraz bardziej zagubiona.

Dillon wie dobrze, jak zmieszać składniki powieści obyczajowej o posmaku romantycznym, żeby – po pierwsze – przyciągnąć spragnione sercowych dylematów czytelniczki, po drugie – obiecać książkę nienachalnie optymistyczną i doskonałą na długie wieczory. Udaje jej się zrealizować przepis na bestsellerowe czytadło, nie zmęczyć nadmierną radością czy ułatwianiem bohaterom życia. Świadomość konwencji wykluczy u odbiorczyń przygnębienie, ale i nie zepsuje smaku zakończenia. Krótko mówiąc, „Spacer po szczęście” spełnia wymagania, jakie stawia się dobrej rozrywkowej powieści o niezbyt skomplikowanej, więc i niemęczącej fabule.

„Spacer po szczęście” to jedna z tych publikacji, o których wielbicielki gatunku zwykły mówić, że są smaczne. Raczej nie będzie zbierać kurzu na bibliotecznych półkach: ta książka to typowy umilacz życia, sposób na przyjemne spędzenie czasu – co może zdziwić, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę przyczynę powracającej ciągle depresji bohaterki. Jednak Dillon dostarcza przede wszystkim emocji tego rodzaju, na jakie czekają czytelniczki. I nic nie pomoże oburzanie się, że gdy na scenę wkroczy przystojniak z sąsiedztwa, rozwiązanie problemów Juliet pojawi się wraz z łatwym do zwęszenia romansem: ta autorka potrafi uwodzić narracją – bez trudu można jej więc wybaczyć przewidywalność.

Dodatkowym atutem dla części czytelniczek będzie też fakt umieszczenia w centralnej części opowieści psów – katalizatorów rozmaitych uczuć. Nie pierwsza to (i z pewnością nie ostatnia) książka, w której czworonogi przyciągać mają konkretną grupę odbiorców. Niewymuszona obecność zwierząt nadaje fabule lekkości i sensu: Dillon może bez większego wysiłku uzasadnić dzięki temu poczynania swoich bohaterów, co na dobre wychodzi powieści. „Spacer po szczęście” to czytadło bardzo sympatyczne.

sobota, 29 października 2011

Stefan Wiechecki (Wiech): Głowa spod łóżka

Etiuda, Kraków 2005.

Popis dowcipu

Chociaż nie istnieje już rzeczywistość, której dotyczyły, opowieści Wiecha pod względem zawartości humoru nie starzeją się i mogą bawić kolejne pokolenia – pod warunkiem oczywiście, że ktoś o nich przypomni. Nie ma w tym stwierdzeniu przesady, wystarczy zresztą raz sięgnąć do sądowych felietonów, by wszystkie inne pitavale straciły smak. Świat prezentowany przez obserwatora drobnych procesów składa się z szeregu stereotypowych niemal, obyczajowych i zwykle niegroźnych w skutkach wykroczeń, specyficznej logiki szmoncesów i kąśliwych lub prześmiewczych komentarzy autora, który dostrzega więcej niż inni. „Głowa spod łóżka” przynosi relacje z lat 1934–1936 i mimo że to drugi tom opowiadań sądowych o tematyce żydowskiej, dostarcza tyle samo rozrywki co „Mąż za tysiąc złotych”. O rutynie czy schematyczności mowy być nie może, lektura książki wiązać się będzie wyłącznie z przyjemnością i radykalną poprawą nastroju.

Przedstawiając środowisko drobnych cwaniaczków, budzących sympatię quasi-przestępców (zwykle zatruwających życie niewielkiej liczbie osób) i poszkodowanych, którzy próbują zawalczyć o swoje prawa, Wiech stawia tu na naiwność i niską szkodliwość społeczną popełnianych przez postacie uczynków. Pozwala swoim bohaterom na silne emocje, dokładnie jednak ukierunkowane: nie ma tu mowy o eskalacji zła, zemsta, jeśli się pojawi, wymierzona będzie w tego, który konflikt rozpoczął. Poczucie krzywdy nie wzbudza litości, wypływa bowiem często ze sprawiedliwości pojmowanej subiektywnie i dość specyficznie: zamiast współczucia może się dzięki temu rodzić w czytelnikach wesołość. Porywczy bohaterowie są w istocie marionetkami, nie potrafią nad sobą zapanować, lecz – na szczęście – nie doprowadzą też nigdy do prawdziwych tragedii. Takie obniżenie tonu pomaga Wiechowi w budowaniu żartów.

Postacie występujące na kartach „Głowy spod łóżka” cechują się niespotykaną wręcz na co dzień pomysłowością, doprowadzając do niezwykłych scen. Tu w godzinach szczytu w tramwaju pojawi się narciarz w pełnym rynsztunku, kochanek żony uda kuzyna ze Lwowa, a karawaniarz urządzi sobie wyścig z dorożkarzem. Wyobraźnia oskarżonych to podstawowy czynnik humorystyczny w książce. Niekonwencjonalne myślenie wzbogaca wydarzenia: jeden z bohaterów na przykład wielkiego i groźnego psa-przybłędę (który to czworonóg sterroryzował całą rodzinę) nazywa nie wiedzieć czemu – Mlimluś. Wiech doskonale wie, jak podsycać dowcip, doskonale panuje nad jego mechanizmami. Niemal wszyscy oskarżeni przekonani są o własnych racjach, a co za tym idzie – także o własnej niewinności, stąd bierze się komiczna naiwność i, przy okazji, pomysłowość w argumentacji przed sądem. Który to sąd czasem traci odrobinę powagi i zdradza bardziej ludzkie oblicze – przynajmniej w ujęciu Wiecha.

Sam autor także nie pozostaje obojętny i bezstronny w narracji. Relacjonując kolejne sprawy często ubarwia tekst – po pierwsze przez obrazowe metafory i eufemizmy (przyczynia się tym samym do podkreślania naiwności), po drugie – za sprawą odautorskich komentarzy, w których raz przychyla się do ocen sądu, to znowu przyznaje słuszność oskarżonym bądź poszkodowanym. Bywa, że drobne słówko podsumowania, westchnienie sprawiedliwego, staje się w utworku dodatkową puentą i przynosi nową porcję śmiechu.
Wiech sprawdza się w tym tomie idealnie jako satyryk świadomy warsztatu. Chętnie posługuje się absurdem, negatywne emocje zastępuje kreatywnym podejściem do rzeczywistości, operuje stereotypami (zyskującymi za każdym razem nową i ożywczą realizację) i sam dobrze bawi się pisaniem – dzięki temu z tekstów zgromadzonych w książce do dzisiaj cieszyć się mogą czytelnicy.

piątek, 28 października 2011

Katarina Bader: Życie po ocaleniu. Testament Jurka

Świat Książki, Warszawa 2011.

Nienapisana książka

Są opowieści, które człowiek nosi w sobie, opowieści, od których uwolnienie przyjść może dopiero po spisaniu ich i zaprezentowaniu światu. Katarina Bader także od swojej opowieści musiała się uwolnić, choć opowieść to nietypowa, jakby na marginesie innej, nieistniejącej księgi-świadectwa. „Życie po ocaleniu. Testament Jurka” to bowiem publikacja pełna niepokoju, połączona z – może – wyrzutami sumienia, może z żalem, że nie udało się spełnić marzenia Jerzego Hronowskiego, może wreszcie z próbą wynagrodzenia bohaterowi długich lat samotności i opuszczenia. Katarina Bader nie mówi tego, co chciał przedstawić Jerzy Hronowski – mówi natomiast o nim samym, o jego walce o ocalenie pamięci. Rekonstruuje mniej chlubne karty z życiorysu Polaka (współpraca ze Służbą Bezpieczeństwa), przedstawia też gorszą stronę charakteru Jerzego (którego konsekwentnie przez całą książkę nazywa Jurkiem). Pisze o przyjaźni z osiemdziesięcioletnim Hronowskim, o zażyłości, w której różnica wieku wynosiła ponad sześćdziesiąt lat. Zwierza się z własnych obaw, przemyśleń i wniosków.

Jerzy Hronowski był więźniem obozu koncentracyjnego. Udało mu się przeżyć Auschwitz i po wojnie przez czterdzieści lat był przewodnikiem po tym miejscu: oprowadzał grupy z Niemiec. Bader przypomina niektóre jego opowieści, zaznaczając ich uporządkowanie i dopracowanie: według niej Hronowski zawsze powtarzał historie w ten sam sposób, identycznie rozkładając akcenty i emocje. Zaprzyjaźnił się z młodą Niemką i próbował przekonać ją do współpracy przy tworzeniu książki. U schyłku życia jednak nasiliły się u Hronowskiego objawy schizofrenii, która nakazywała odrzucanie wszelkiej pomocy. Także Katarina Bader nie napisała wymarzonej przez Jurka opowieści, zaproponowała za to relację na marginesie – o pracy z Hronowskim, o nim samym widzianym z zewnątrz i o sobie, momentami zagubionej wśród odkrywanych dokumentów. W „Życiu po ocaleniu” pojawiają się również co jakiś czas krótkie fragmenty z opowieści Hronowskiego: pełnią one funkcję ilustracji, wypływają z nagłych skojarzeń i wspomnień i mają za zadanie przybliżyć czytelnikom przeżycia Hronowskiego w obozie. Bader rzadko podejmuje się ich komentowania, wybiera raczej nawiązywanie do konkretnych sytuacji na zasadzie wspólnego z odbiorcami porozumienia: to, co było jej bliskie i znane, musi szybko stać się znane także publiczności literackiej: polskiej i niemieckiej. Autorka nie stroni od wyznań osobistych, wie, że pochodzi z „wrogiego” Hronowskiemu kraju i że w jej rodzinie temat nazizmu istniał – choć mogłaby to w zasadzie przemilczeć, nie pomija nawet zawstydzających ją faktów z życia członków rodziny: przez wierność Hronowskiemu, dla spokoju sumienia czy może z dziennikarskiej rzetelności. To nieistotne, ważne natomiast, że „Życie po ocaleniu” zyskuje dodatkowego bohatera.

Książka ta całkowicie różni się od polskich tomów poświęconych wspomnieniom z czasów wojny. Uderza w niej także warsztat pracy historyka, komplikacje, na jakie trafiała autorka przy zbieraniu materiałów, wielu prawdopodobnie zniechęciłyby do pisania. „Życie po ocaleniu” gęste jest od notatek, informacji, ale i subiektywnych odczuć.

czwartek, 27 października 2011

Teatr Korez (Katowice): Pojedynek

tekst: Anthony Shaffer
na scenie: Mirosław Neinert, Artur Święs,
reżyseria: Radek Dunaszewski,
opracowanie muzyczne: Regina Gowarzewska-Griessgraber,
scenografia: Anna Niemira,
reżyseria światła i dźwięku: Sergiusz Brożek,
realizacja światła: Sławomir Jastrzębski,
realizacja dźwięku: Sergiusz Brożek


Gra kryminalna


Nikt nie wie, dlaczego znany pisarz poczytnych kryminałów, Andrew Wyke, zaprosił do swojego domu ubogiego fryzjera, który bezskutecznie zabiega o bycie aktorem. Milo Tindle też nie ma pojęcia o przyczynach niespodziewanego zaproszenia, ale posłusznie stawia się w urządzonej z przepychem willi i próbuje udawać światowca. Spotkanie rozpoczęte szeregiem uprzejmości potoczy się jednak w nieprzewidzianym przez bohatera i widzów kierunku… Anthony Shaffer zapewnia tekst nasycony silnymi przeżyciami.

W repertuarze teatru Korez pojawił się kryminał utrzymany w stylu telewizyjnego Teatru Sensacji i pełen zaskakujących (a także mocno emocjonujących) zwrotów akcji. Misternie budowana intryga staje się w spektaklu tylko dodatkiem do prawdziwego pojedynku emocji, uzupełnieniem do bogatego zestawu silnie polaryzowanych zależności między dwoma mężczyznami, którzy zostać mogą wrogami, przyjaciółmi, bliskimi lub obojętnymi sobie nawzajem ludźmi. Wydarzenia w domu Wyke’a są prostą konsekwencją braku tajemnic: panowie, choć nie poznali się wcześniej, wiedzą o sobie wszystko, znają swoje słabości i sekrety – i w każdej chwili mogą tę wiedzę wykorzystać. Tak rozpoczyna się gra, którą na długo zapamiętają i postacie, i widzowie.

Scenografia do „Sztuki” Yasminy Rezy w Korezie była przedsmakiem tego, co czeka publiczność przy „Pojedynku”. Dobrze znana przestrzeń sceny zmienia się nie do poznania, przeistaczając się w ekskluzywne i wielopoziomowe wnętrze domu pisarza. Za sprawą Anny Niemiry na ścianach pojawiają się wzory, półki z książkami, zasłony i draperie, podłogę pokrywa droga wykładzina złożona z białych i czarnych kwadratów. Z boku sceny schody prowadzą do szafy i drugiej kondygnacji willi, designerskie stoliki i krzesła nadają całości wymiaru niewymuszonej elegancji, jedynie kanapa, która sceniczną karierę zaczynała w „Dietrich i Leander”, a obecnie staje się świadkiem nie tylko łóżkowych scen w „Kryzysach albo historii miłosnej” Młodej Sceny Teatru Korez (lub służy widzom w foyer teatru), przypomina o korezowym wyposażeniu. Jest kominek i dobrze zaopatrzony barek. W „Pojedynku” królują drobiazgi – pomniejszych rekwizytów, które mają uwiarygodnić odważną fabułę i nietypową przestrzeń jest tu mnóstwo – aż zaczyna się tęsknić do ascetycznych rozwiązań z „2” czy „Scenariusza dla 3 aktorów”. Ale w końcu Andrew Wyke nie mógłby żyć i przebywać w surowym, pozbawionym luksusów wnętrzu. Barokowy niemal przepych ułatwia też prowadzenie samej opowieści i ukrycie przed wzrokiem odbiorców detali istotnych dla przebiegu kryminalnej opowieści.

W tak przygotowanym wnętrzu dwóch aktorów nie musiałoby nawet zbytnio starać się o przyciągnięcie uwagi publiki. Mirosław Neinert w pierwszym akcie może sobie pozwolić na spokój, pewność siebie i zblazowanie. Ma w końcu w każdej dziedzinie przewagę nad swoim rywalem. Władza, pieniądze, kochanka, piękny dom, sława, talent i zamiłowanie do gier logicznych – to wszystko sprawia, że Wyke jawi się jako zwycięzca. Neinert w podomce i bamboszkach prezentuje się iście po królewsku. Z czasem metamorfoza jego bohatera pozwala mu na uruchamianie czy ujawnianie innych cech charakteru i uczuć: poczucia humoru, nienawiści, strachu czy osamotnienia. Dyrektor Korezu jak zwykle do postaci dokłada trochę dobrze znanych widzom zachowań, ale widać, że pewnie czuje się w swojej, niełatwej przecież, roli. „Pojedynek” to jednak przede wszystkim genialny popis Artura Święsa, przechodzącego w spektaklu przez trzy fazy rozwoju. Najpierw radosny, lekko naiwny, szczęśliwie zakochany i onieśmielony obecnością Wyke’a, Milo Tindle – wystawiany na pośmiewisko – doznaje prawdziwej przemiany. Bez zdradzania fabuły powiedzieć można, że ten aktor w pełni udowadnia swój kunszt i przedstawia trzy zupełnie różne role, a w każdej jest przekonujący tak bardzo, że łatwo zapomnieć o jego pozascenicznej tożsamości. Choć przez sporą część przedstawienia ma bawić, nie przerysowuje swoich bohaterów, a bazuje na realizmie i celnych obserwacjach. W kameralnej przestrzeni Korezu z przyjemnością śledzić można także jego mimikę, mikrogesty, które zakotwiczają go w konkretnej postaci. Neinert przyzwyczaił swoich widzów do charyzmatycznych postaci i quasi-prywatnych przemian. Święs ma szansę podbić serca odbiorców i stać się kolejnym ulubieńcem korezowej publiczności – mimo że niekoniecznie to uwielbienie płynąć będzie wprost z fabuły. Dokonuje na scenie cudów – w pełni więc zasłużył na najwyższe uznanie.

Chociaż w gąszczu rekwizytów i dekoracji łatwo się zagubić, warto zwrócić uwagę na świet(l)ne efekty specjalne pomysłu Sergiusza Brożka: w całej sztuce nie ma zbyt wiele miejsca na reflektorowe popisy (chociaż smugi światła, które pomagają uwypuklić najważniejsze momenty relacji Wyke’a w drugim akcie to dowód na świetną współpracę i porozumienie Neinerta i Brożka), ale scena z oknem czy eksplozja to rozwiązania godne podziwu. Równie ładnie atmosferę podkreśla opracowanie muzyczne sztuki, autorstwa Reginy Gowarzewskiej-Griessgraber. Reżyser, Radek Dunaszewski, wybrał lekko filmowy sposób opowiadania: czasem aż chciałoby się zastosować najazd kamery na konkretny punkt sceny, obfitej w dosłowne rekwizyty i ulotne emocje.

Korez lubi spektakle słodko-gorzkie. W „Pojedynku” miejsca na śmiech jest sporo, na strach – równie wiele. Tyle że emocje budowane w oparciu o kryminalną intrygę da się przeżyć tylko raz… Na szczęście przyjemność płynąca z gry Neinerta i Święsa nie ulegnie osłabieniu przy powtórnym oglądaniu sztuki.

środa, 26 października 2011

Ralf Toyka, Ferenc B. Regös, Heike Ossenkop: Uwaga, budowa! Jak się projektuje i buduje dom

Media Rodzina, Poznań 2011.

Tajemnice budowy

Budowanie domu to nie taka prosta sprawa. Dzieciom, które są zainteresowane takim procesem (są świadkami powstawania domu rodzinnego, lubią oglądać sprzęt, który na budowach się pojawia, albo zwyczajnie chciałyby się dowiedzieć, jak powstaje budowla, która nie jest złożona z klocków), mogą teraz zapoznać się z kolejnymi etapami prac i zrozumieć zajęcia członków kolejnych ekip. Historyjka edukacyjna „Uwaga, budowa!” rozpoczyna się w chwili, gdy na miejscu przyszłego domu stoi jeszcze stara stacja benzynowa. Mały Marek może śledzić to, co dzieje się z terenem: to jego rodzice będą stawiać dom, a jego wujek – architekt – zaprojektuje budynek i będzie pilnował robotników. Dodatkowo wujek sam mianuje się przewodnikiem Marka i obiecuje, że wszystko mu wytłumaczy,

W każdym małym rozdziale mieści się krótki opis wykonywanych czynności, pełny wyjaśnień, ale też przefiltrowanym przez perspektywę małego podekscytowanego chłopca, który co jakiś czas zwraca się do słuchaczy-rówieśników, zadaje im pytania, sam ocenia rozmaite pomysły dorosłych i podsyca emocje czytelników. Rozdziały są dobrze przygotowane i rzeczowe, można się z nich dowiedzieć wiele – z pewnością wystarczająco dużo, by móc odpowiadać na rozmaite dziecięce pytania. Ta publikacja jest jak filmik edukacyjny, tyle że wzbogacona została o autentyczny zachwyt malucha, zachwyt płynący ze zdziwienia.

Warstwie tekstowej towarzyszą duże ilustracje, pomysłowo zaplanowane. Na każdej lewej stronie mieści się tekst, legenda (opis najważniejszych partii z obrazka), drobny rysunek i niespodzianka dla dziecka. Na prawej stronie widzimy fragmenty dwóch domów, które niedługo będą sąsiadować z domem Marka – i przestrzeni między nimi. Ta przestrzeń jest najciekawsza, bo z każdą kartką się zmienia. Możemy obserwować nie tylko jak dom rośnie i jak przybywa w nim ważnych elementów, ale też jak zmienia się jego wnętrze – dzięki rozwijającym wyobraźnię rysunkom przekrojowym. Na kolejnych ilustracjach pojawiają się poza tym robotnicy przy pracy, sąsiedzi (w oknach lub swoich pokojach) i maszyny pracujące na budowie, będzie to zatem raj dla dzieci, które lubią przyglądać się podobnym wydarzeniom. Obrazki są realistyczne a nie bajkowe, pełne szczegółów i drobiazgów, których nie da się wychwycić szybkim rzutem oka na stronę.

Jest jeszcze niespodzianka – wszystkie lewe strony mają dodatkową zakładkę. Po jej odgięciu uwidaczniają się kolejne sekrety pracy, tym razem związane z wyglądem domu i urządzaniem wnętrz: podane są na przykład różne drzwi i okna (które dziecko musi połączyć w pasujące do siebie zestawy), rodzaje podłóg (związane z zagadką – na co można wejść w kaloszach, a na co – boso), etapy tworzenia ekologicznego dachu – trawnika i wiele, wiele innych. W ten sposób bez rozbijania tekstu podstawowego dziecko może dowiedzieć się znacznie więcej, niż by wymyśliło w zwykłych pytaniach.

wtorek, 25 października 2011

Paulina Sołowianiuk: Ta piękna mitomanka

Iskry, Warszawa 2011.

Legenda

Ta, o której (i do której) Franciszek Fiszer powiedział, że jest fenomenalnie głupią kobietą, doczekała się arcyciekawej biografii: barwnej jak jej egzystencja, lekkiej jak podejście do życia i miłości. „Ta piękna mitomanka” Pauliny Sołowianiuk poświęcona Izabeli Czajce-Stachowicz to książka wolna od banału i schematów typowych dla standardowych biografii. Autorka tomu próbuje nadążyć za opowieściami bohaterki i pokazać prawdę o niej, lecz zamiast brutalnie niszczyć niekonsekwentnie budowaną legendę, próbuje tworzyć przypisy na marginesie cudzych poczynań. Pozwala Czajce-Stachowicz na zachowanie urzekającego wielu sposobu bycia, przenosząc rejestr faktów na drugi plan. Szkielet z rzeczywistych wydarzeń zostaje tu sprytnie zamaskowany przez odważne poczynania niebanalnej postaci. Książka o Izabeli Czajce-Stachowicz zamienia się w rejestr postępowań na przekór konwenansom, zdrowemu rozsądkowi i konserwatywnej opinii społecznej, co u jednych czytelników budzić będzie grozę, u drugich – zachwyt i podziw.

Paulina Sołowianiuk już na początku styka się z wyzwaniem dość poważnym, bo zamiast jednej daty urodzin bohaterki otrzymuje potencjalnych terminów kilka, mniej lub bardziej prawdopodobnych. Radzi sobie z tym dość dobrze, prezentując kolejne hipotezy i próby ich ocenienia – tak naprawdę przecież nie chodzi o metrykę, a o system konstruowania alternatywnego życiorysu. To rzeczywiście udane wprowadzenie do biografii. Potem robi się coraz ciekawiej – Sołowianiuk śledzi losy Czajki-Stachowicz, często odwołując się do jej własnych zapisków i wspomnień. Jednak przystankami w opowieści stają się częściej anegdoty i oryginalne decyzje bohaterki niż punkty obowiązkowe w zwykłej biografii, przełomowe dla każdego człowieka. Życie Izabeli Czajki-Stachowicz, postrzegane przez Sołowianiuk, nie daje się podporządkować gnuśnej normalności.

Tuwim, Iwaszkiewicz, Gałczyński i… Teofil Ociepka – to tylko kilku bohaterów opowieści o Czajce. „Piękna mitomanka” zapisała się w pamięci potomnych nie tyle wierszami (co do których część odbiorców wciąż ma wątpliwości – czy to grafomania czy przejaw geniuszu) czy tekstami autobiograficznymi, a zachowaniem – frywolnym, dalekim od spokoju i skromności. Czajka czarowała tych, których poznała, pod jej urokiem pozostawało wielu – i tę niezwykłość kobiety Paulinie Sołowianiuk udało się oddać w nieskrępowanym wymogami gatunku biograficznym tomie: wielka to zasługa autorki, że tę książkę czyta się bardzo dobrze. Oddawanie głosu Beli i jej przyjaciołom jest tu zawsze trafne, sensownie umotywowane i wnosi sporo do lektury.

Szkoda tylko – ale na to akurat nie można nic poradzić – że zabrakło przedwojennych zdjęć Izabeli Czajki (zdjęcia z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych prezentują kobietę już dojrzałą, dalej wprawdzie gorszącą opinię publiczną, ale już nie za sprawą skandali i romansów). Zamiast portretów nietuzinkowej damy pojawiają się znacznie częściej wizerunki jej znajomych. Za to fotografia, która trafiła na okładkę tomu, idealnie ilustruje całą historię o życiu i twórczości Czajki.

Niebanalne postacie nieczęsto mają szansę być opisane przez sprawnych biografistów, zdolnych w zajmujący sposób opowiedzieć o ich pogmatwanych losach. Izabela Czajka-Stachowicz miała szczęście, że jej egzystencję prezentuje właśnie Paulina Sołowianiuk – dzięki zgrabnemu i pomysłowemu stylowi lektura spodoba się także osobom, którym opisywana postać jest obojętna…