Znak, Kraków 2017 (wydanie II).
Codzienność
Anna Dymna znajduje czas nie tylko na grę w teatrze i w filmach czy uczenie studentów. Jako aktorka nauczyła się wykorzystywać popularność do pomagania innym i do szerzenia kultury. Jej Salony Poezji mają ogromne grono zwolenników, fundacja pomaga niepełnosprawnym. Sama aktorka z dorosłymi niepełnosprawnymi umysłowo organizuje teatr, utalentowanym wokalnie daje szansę zaprezentowania się przed szerszą publicznością, spełnia marzenia chorych dzieci. Znajduje czas, by porozmawiać z bezdomnymi, pomaga, gdy ktoś potrzebuje wsparcia. I bywa, że płaci za swoją naiwność, ale nie odmawia. Przy całej społecznej działalności nie traci energii ani wiary w drugiego człowieka, wciąż ważna jest dla niej dobroć i miłość. Taki autoportret Anna Dymna pokazuje ludziom. A Wojciech Szczawiński nie chce w niego uwierzyć.
Ta książka, „Warto mimo wszystko”, premierę miała w Znaku jedenaście lat temu i rozpoczynała się raczej odstraszającym dziennikarzy rodzajowym obrazkiem, scenką, która nie wróżyła dobrze wywiadowi. Wojciech Szczawiński, który chciał dopiero namówić artystkę na szeroko zakrojone zwierzenia, zderzył się z zaangażowaniem w milion innych spraw, z informacyjnym szumem i chaosem, który właściwie wykluczał skupienie na szczerej rozmowie. Jednocześnie był to obrazek ładnie ilustrujący mnogość zajęć i zobowiązań Anny Dymnej. Wbrew tej historii aktorka w rozmowach zdobywa się na olbrzymią szczerość – i bardzo dokładnie analizuje swoje uczucia czy doświadczenia. Jest szczera, nie chowa się za dyplomatycznymi gładkimi zdaniami nawet wtedy, gdy nie odpowiada jej kierunek rozmowy czy ton interlokutora. Bo Wojciech Szczawiński nie zamierza tworzyć laurki dla aktorki. Na początku uświadamia jej, że nie wierzy w wizerunek medialny, że chce poznać prawdziwą Dymną. Gdy w rozmowie wydaje mu się, że aktorka prezentuje nazbyt idealistyczną postawę, protestuje, próbuje prowokować, wybić ze strefy komfortu. Nie szuka skandalu, ale usiłuje autorkę rozdrażnić w nadziei na to, że Anna Dymna pod wpływem niekontrolowanych emocji się odkryje. Nie sprawia to nastawienie, że kwestionuje każdą wypowiedź – zwykle po prostu słucha i precyzuje zdobywane informacje, nie bywa przeważnie z punktu widzenia czytelników uciążliwy, nadaje za to barw samemu wywiadowi.
Ale że „Warto mimo wszystko” jest znakomitą lekturą, to zasługa Anny Dymnej. Ta publikacja w pełni zasługuje na okładkowe miano bestsellerowej. W odróżnieniu od wywiadów-rzek pojawiających się w ostatnich latach masowo na rynku a przygotowywanych w pośpiechu i niestarannie, tu mowy nie ma o lekceważeniu odbiorców. Bez względu na temat, który został poruszony, Anna Dymna odpowiada rzeczowo. Odwołuje się do faktów – albo przedstawia filozoficzne bardziej rozważania (na przykład na temat powinności aktora czy istoty teatru), zawsze z myślą o treściach, które chce odbiorcom przekazać. Nie daje się wciągnąć w polityczne przepychanki, nie narzeka i nie prosi o pomoc – po prostu działa i to czytelnikom przedstawia. Przy okazji przypomina też kilka nieprzyjemnych sytuacji płynących z popularności – tak, by dać do myślenia fanom i zasygnalizować prawo do prywatności. To jedyne momenty, w których aktorka pozwala sobie na odrzucenie witalności i radości – ale w pełni zrozumiałe.
Wraca ta książka na rynek po latach, wzbogacona o kolejne doświadczenia aktorskie Anny Dymnej czy o historie, które rozwinęły się po 2006 roku. Zawiera sporo fotografii z odręcznymi dopiskami aktorki – w ogóle opracowanie edytorskie jest tu w porównaniu z pierwszym wydaniem imponujące. Anna Dymna to aktorka wzbudzająca ciekawość i podziw – dzięki tej publikacji wpuszcza odbiorców do swojego świata o kolejnych wyzwań. Udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych i że każdy, kto tylko chce, może wiele osiągnąć. To książka inspirująca, poza tym, że dobrze napisana (czy – opowiedziana).
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 4 maja 2017
środa, 3 maja 2017
Agata Młynarska: Moja wizja. Rozmawia Anieszka Litorowicz-Siegert
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.
Telewizyjne życie
Na wydanie książki ze wspomnieniami czy wywiadu-rzeki decydują się często osoby sławne w momencie przełomowym swojego życia. Dla Agaty Młynarskiej był to moment rozstania z TVP – klamra kompozycyjna tekstu. „Moja wizja”, rozmowa przeprowadzona przez Agnieszkę Litorowicz-Siegert jest przeglądem zawodowych i rodzinnych wyborów Agaty Młynarskiej, zestawem podsumowań, anegdot i wyjaśnień utrzymanych w dość optymistycznym tonie. Młynarska powraca do tematu pierwszych kroków w telewizji – opowiada o swoich mentorach i przewodnikach, o programach i trudnościach w ich realizacji, o szalonych pomysłach wcielanych w życie z różnym skutkiem, o wyzwaniach, jakie czekają prezenterów i producentów telewizyjnych magazynów. W opowieściach Agaty Młynarskich odległość czasowa nie ma większego znaczenia – bohaterka tomu jest w stanie precyzyjnie określać swoje emocje i przeżycia sprzed lat, dzięki temu przeprowadza czytelników przez kolejne etapy swojej kariery bez znużenia. Nie zatrzymuje się nad jedną kwestią zbyt długo – stawiana konkrety, więc wyczerpuje temat w kilku rzeczowych odpowiedziach, zaspokaja ciekawość i rozwiewa wątpliwości odbiorców. Przedstawia kulisy telewizyjnych produkcji, żarty robione sobie przez prowadzących, tajemnice „stylizacji”, sposób przygotowania się do wejścia na wizję. Analizuje własną determinację i wyjaśnia, czego musiała dokonywać, żeby zrealizować swoje marzenia. Z czasem zaczyna też zestawiać to, czego nauczyła się w latach 90. z dzisiejszymi zjawiskami – oczywiście na niekorzyść tych ostatnich. Telewizja i programy rozrywkowe (w tym „chałtury” specyficznie traktowane jako wyznacznik popularności) to najważniejszy motyw tomu. Agata Młynarska poświęca mu najwięcej uwagi nie z wyrachowania czy prób podsumowania dotychczasowych osiągnięć: widać, że kocha swoją pracę i nie istnieją w niej rzeczy niemożliwe. Ten aspekt zrozumieją tylko podobnie zaangażowani we własne zajęcia – Młynarska pokazuje, czym jest fascynacja pracą.
Tematem celowo spychanym przez nią na margines staje się natomiast rodzina. Najwięcej, trochę z konieczności, mówi o swoich sławnych rodzicach, odwołując się także do motywów niewygodnych – na przykład choroby ojca i przeszło czterdziestoletnich z nią zmagań. Widać, że to zagadnienie ma już przepracowane (zresztą sama nie ukrywa korzystania z pomocy terapeutki), ale zaznacza też momenty, w których brakowało jej wsparcia ojca. Ciepło wspomina swojego pierwszego męża i dość powściągliwie chwali się aktualnym partnerem – nie zamierza wpadać w stylistykę z czasopism brukowych ani dawać pożywki plotkom. Rodzeństwo i synów za to jedynie wymienia przy kilku okazjach, ale szanuje ich prawo do prywatności i nie zostawia miejsca we własnych zwierzeniach. Komentuje za to swoje relacje z Jerzym Owsiakiem czy Niną Terentiew, przedstawia branżowe życie towarzyskie. Mocno podkreśla rytm pracy – ale i to, że w pewnym momencie długotrwały stres zaczął się odbijać na jej zdrowiu.
Książka sprawia wrażenie szczegółowej, ma na to wpływ styl odpowiedzi, ale cały tom wypełniony jest fotografiami z różnych etapów pracy Agaty Młynarskiej. Te zdjęcia układają się w odrębną relację o telewizyjnej egzystencji prezenterki. Jest „Moja wizja” książką, która wpisuje się w mody na poczytne dzisiaj na rynku publikacje autoprezentacyjne znanych ludzi – Agata Młynarska stara się, żeby czytelnicy zrozumieli jej motywy i decyzje – oraz właściwie zinterpretowali sytuacje, w jakich się znalazła. To zwierzenie, nad którym bohaterka wywiadu ma pełną kontrolę – sama decyduje, jak daleko do swojej zawodowej codzienności wpuścić czytelników. Zainteresowanym rozwojem telewizji proponuje skrótową podróż przez programy nie tylko rozrywkowe.
Telewizyjne życie
Na wydanie książki ze wspomnieniami czy wywiadu-rzeki decydują się często osoby sławne w momencie przełomowym swojego życia. Dla Agaty Młynarskiej był to moment rozstania z TVP – klamra kompozycyjna tekstu. „Moja wizja”, rozmowa przeprowadzona przez Agnieszkę Litorowicz-Siegert jest przeglądem zawodowych i rodzinnych wyborów Agaty Młynarskiej, zestawem podsumowań, anegdot i wyjaśnień utrzymanych w dość optymistycznym tonie. Młynarska powraca do tematu pierwszych kroków w telewizji – opowiada o swoich mentorach i przewodnikach, o programach i trudnościach w ich realizacji, o szalonych pomysłach wcielanych w życie z różnym skutkiem, o wyzwaniach, jakie czekają prezenterów i producentów telewizyjnych magazynów. W opowieściach Agaty Młynarskich odległość czasowa nie ma większego znaczenia – bohaterka tomu jest w stanie precyzyjnie określać swoje emocje i przeżycia sprzed lat, dzięki temu przeprowadza czytelników przez kolejne etapy swojej kariery bez znużenia. Nie zatrzymuje się nad jedną kwestią zbyt długo – stawiana konkrety, więc wyczerpuje temat w kilku rzeczowych odpowiedziach, zaspokaja ciekawość i rozwiewa wątpliwości odbiorców. Przedstawia kulisy telewizyjnych produkcji, żarty robione sobie przez prowadzących, tajemnice „stylizacji”, sposób przygotowania się do wejścia na wizję. Analizuje własną determinację i wyjaśnia, czego musiała dokonywać, żeby zrealizować swoje marzenia. Z czasem zaczyna też zestawiać to, czego nauczyła się w latach 90. z dzisiejszymi zjawiskami – oczywiście na niekorzyść tych ostatnich. Telewizja i programy rozrywkowe (w tym „chałtury” specyficznie traktowane jako wyznacznik popularności) to najważniejszy motyw tomu. Agata Młynarska poświęca mu najwięcej uwagi nie z wyrachowania czy prób podsumowania dotychczasowych osiągnięć: widać, że kocha swoją pracę i nie istnieją w niej rzeczy niemożliwe. Ten aspekt zrozumieją tylko podobnie zaangażowani we własne zajęcia – Młynarska pokazuje, czym jest fascynacja pracą.
Tematem celowo spychanym przez nią na margines staje się natomiast rodzina. Najwięcej, trochę z konieczności, mówi o swoich sławnych rodzicach, odwołując się także do motywów niewygodnych – na przykład choroby ojca i przeszło czterdziestoletnich z nią zmagań. Widać, że to zagadnienie ma już przepracowane (zresztą sama nie ukrywa korzystania z pomocy terapeutki), ale zaznacza też momenty, w których brakowało jej wsparcia ojca. Ciepło wspomina swojego pierwszego męża i dość powściągliwie chwali się aktualnym partnerem – nie zamierza wpadać w stylistykę z czasopism brukowych ani dawać pożywki plotkom. Rodzeństwo i synów za to jedynie wymienia przy kilku okazjach, ale szanuje ich prawo do prywatności i nie zostawia miejsca we własnych zwierzeniach. Komentuje za to swoje relacje z Jerzym Owsiakiem czy Niną Terentiew, przedstawia branżowe życie towarzyskie. Mocno podkreśla rytm pracy – ale i to, że w pewnym momencie długotrwały stres zaczął się odbijać na jej zdrowiu.
Książka sprawia wrażenie szczegółowej, ma na to wpływ styl odpowiedzi, ale cały tom wypełniony jest fotografiami z różnych etapów pracy Agaty Młynarskiej. Te zdjęcia układają się w odrębną relację o telewizyjnej egzystencji prezenterki. Jest „Moja wizja” książką, która wpisuje się w mody na poczytne dzisiaj na rynku publikacje autoprezentacyjne znanych ludzi – Agata Młynarska stara się, żeby czytelnicy zrozumieli jej motywy i decyzje – oraz właściwie zinterpretowali sytuacje, w jakich się znalazła. To zwierzenie, nad którym bohaterka wywiadu ma pełną kontrolę – sama decyduje, jak daleko do swojej zawodowej codzienności wpuścić czytelników. Zainteresowanym rozwojem telewizji proponuje skrótową podróż przez programy nie tylko rozrywkowe.
Disney: Piękna i Bestia
Egmont, Warszawa 2017.
Baśń na nowo
Disneyowska wersja tej baśni wypiera poprzednie historie i już wkrótce chyba tylko fanki starszej części Jeżycjady będą w ogóle wspominać antykwariatowe wydania „Pięknej i Bestii”. Teraz powieść wraca na rynek zapośredniczona, z adaptacji scenariusza kinowego hitu. Z jednej strony to powód do narzekań dla ceniących sobie klasykę, z drugiej… ta książka została naprawdę dobrze od strony literackiej przygotowana. Nie ma błędów adaptacyjnych, spisana została z uwagą, bez pośpiechu i z literackim wysmakowaniem oraz z delikatną nutą dowcipu, co gwarantuje ciekawy efekt. Ta „Piękna i Bestia” staje się kilkupoziomową relacją z mocno podkreślanymi uczuciami. Owszem, pamięć o kreskówce Disneya przez niektóre fragmenty przebija, ale jest to jedna z lepszych publikacji postfilmowych, jakie pojawiły się w ostatnim czasie na rynku i zasługuje na komentarz.
Charaktery zostały tu przerysowane, to niemal obowiązkowy element kina familijnego, ale i prawidłowość z baśni. Bella czuje się samotna i nierozumiana przez mieszkańców miasteczka. To dobra i dzielna dziewczyna, która kocha swojego ojca i odrzuca umizgi wojownika Gastona, doprowadzonego tu do karykatury. Gaston jako narcyz rozkwita w obecności wiernego przyjaciela. Tymczasem w zamku, którego nikt nie widział, w lesie pełnym wilków Książę-Bestia wraz z dworem czeka, aż ktoś uwolni go od kary. Czas na ratunek odmierzają spadające płatki róż. Dalej – wiadomo: najpierw ojciec Belli wpada w szpony Bestii, dziewczyna rusza na ratunek i pozostaje w więzieniu zamiast niego. Tu zaprzyjaźnia się z ożywionymi sprzętami domowymi (a raczej zaklętą w sprzęty służbą, co jest równocześnie pokazem dowcipu) i coraz lepiej poznaje Bestię. Gdy odzyskuje wolność, przekonuje się, na czym naprawdę jej zależy. Nie zabraknie scen wzruszających i wstrząsających, wiadomy wszystkim finał nie psuje odbioru tomu – lektura pozwala się nasycić wyrazistymi obrazkami i drobnymi żartami, zwłaszcza że wszyscy zaklęci służący prezentują zróżnicowane poczucie humoru – urwisowaty Bryczek, dobroduszna Pani Imbryk, skromna miotełka, senna szafa… i oczywiście Płomyk i Trybik, dwaj przewodnicy po zaczarowanej rzeczywistości – wszyscy oni odmalowani są precyzyjnie i z pomysłem, sprawiając, że młodym czytelnikom znane sytuacje nie będą się nudzić.
Sporo w tym świecie planowania i szacowania strat oraz zysków. Tu nawet miłość początkowo zdaje się być przedmiotem targów. Grę we flirt prowadzić mogą wszyscy, nawet Gaston stroszy piórka i udaje kogoś, kim nie jest naprawdę – nie dziwią zatem dobre rady dawane Bestii przez jego wiernych domowników. To staje się dodatkowym polem uruchamiania komizmu, nie tylko sytuacyjnego. Obok tematu Belli i Bestii przewijają się tu drobne historie z tła – miejscowa dziwaczka Agata, tęsknota Belli za matką, stary garncarz, który stracił żonę i syna. Ważny dla bohaterki jest świat książek, zawsze bardziej gościnny niż ludzie w miasteczku. Ta baśń nasycona też została ekstremalnie silnymi uczuciami nie tylko w dziedzinie damsko-męskiej. Na uwagę zasługuje stosunek do rodziców, szacunek dla starszych, stawianie dobra innych nad własne (lub odwrotnie!), pożądane przymioty charakteru lub cechy, które dyskwalifikują bohaterów w oczach innych ludzi. Bez względu na przesłania płynące z tej historii odbiorcy będą mogli docenić opracowanie literackie. Tu w narracji próżno by szukać pośpiechu czy nietrafionych opisów, cała historia zyskuje godną baśni oprawę. Trzyma w napięciu, ale i zachwyca delikatnością relacji. To naprawdę udane opracowanie scenariusza – działające na wyobraźnię, plastyczne i nie nudne.
Baśń na nowo
Disneyowska wersja tej baśni wypiera poprzednie historie i już wkrótce chyba tylko fanki starszej części Jeżycjady będą w ogóle wspominać antykwariatowe wydania „Pięknej i Bestii”. Teraz powieść wraca na rynek zapośredniczona, z adaptacji scenariusza kinowego hitu. Z jednej strony to powód do narzekań dla ceniących sobie klasykę, z drugiej… ta książka została naprawdę dobrze od strony literackiej przygotowana. Nie ma błędów adaptacyjnych, spisana została z uwagą, bez pośpiechu i z literackim wysmakowaniem oraz z delikatną nutą dowcipu, co gwarantuje ciekawy efekt. Ta „Piękna i Bestia” staje się kilkupoziomową relacją z mocno podkreślanymi uczuciami. Owszem, pamięć o kreskówce Disneya przez niektóre fragmenty przebija, ale jest to jedna z lepszych publikacji postfilmowych, jakie pojawiły się w ostatnim czasie na rynku i zasługuje na komentarz.
Charaktery zostały tu przerysowane, to niemal obowiązkowy element kina familijnego, ale i prawidłowość z baśni. Bella czuje się samotna i nierozumiana przez mieszkańców miasteczka. To dobra i dzielna dziewczyna, która kocha swojego ojca i odrzuca umizgi wojownika Gastona, doprowadzonego tu do karykatury. Gaston jako narcyz rozkwita w obecności wiernego przyjaciela. Tymczasem w zamku, którego nikt nie widział, w lesie pełnym wilków Książę-Bestia wraz z dworem czeka, aż ktoś uwolni go od kary. Czas na ratunek odmierzają spadające płatki róż. Dalej – wiadomo: najpierw ojciec Belli wpada w szpony Bestii, dziewczyna rusza na ratunek i pozostaje w więzieniu zamiast niego. Tu zaprzyjaźnia się z ożywionymi sprzętami domowymi (a raczej zaklętą w sprzęty służbą, co jest równocześnie pokazem dowcipu) i coraz lepiej poznaje Bestię. Gdy odzyskuje wolność, przekonuje się, na czym naprawdę jej zależy. Nie zabraknie scen wzruszających i wstrząsających, wiadomy wszystkim finał nie psuje odbioru tomu – lektura pozwala się nasycić wyrazistymi obrazkami i drobnymi żartami, zwłaszcza że wszyscy zaklęci służący prezentują zróżnicowane poczucie humoru – urwisowaty Bryczek, dobroduszna Pani Imbryk, skromna miotełka, senna szafa… i oczywiście Płomyk i Trybik, dwaj przewodnicy po zaczarowanej rzeczywistości – wszyscy oni odmalowani są precyzyjnie i z pomysłem, sprawiając, że młodym czytelnikom znane sytuacje nie będą się nudzić.
Sporo w tym świecie planowania i szacowania strat oraz zysków. Tu nawet miłość początkowo zdaje się być przedmiotem targów. Grę we flirt prowadzić mogą wszyscy, nawet Gaston stroszy piórka i udaje kogoś, kim nie jest naprawdę – nie dziwią zatem dobre rady dawane Bestii przez jego wiernych domowników. To staje się dodatkowym polem uruchamiania komizmu, nie tylko sytuacyjnego. Obok tematu Belli i Bestii przewijają się tu drobne historie z tła – miejscowa dziwaczka Agata, tęsknota Belli za matką, stary garncarz, który stracił żonę i syna. Ważny dla bohaterki jest świat książek, zawsze bardziej gościnny niż ludzie w miasteczku. Ta baśń nasycona też została ekstremalnie silnymi uczuciami nie tylko w dziedzinie damsko-męskiej. Na uwagę zasługuje stosunek do rodziców, szacunek dla starszych, stawianie dobra innych nad własne (lub odwrotnie!), pożądane przymioty charakteru lub cechy, które dyskwalifikują bohaterów w oczach innych ludzi. Bez względu na przesłania płynące z tej historii odbiorcy będą mogli docenić opracowanie literackie. Tu w narracji próżno by szukać pośpiechu czy nietrafionych opisów, cała historia zyskuje godną baśni oprawę. Trzyma w napięciu, ale i zachwyca delikatnością relacji. To naprawdę udane opracowanie scenariusza – działające na wyobraźnię, plastyczne i nie nudne.
wtorek, 2 maja 2017
Renata Gorczyńska: Małe miłosziana
Zeszyty Literackie, Warszawa 2017.
Odczytywanie
Renata Gorczyńska potrafi czytać Miłosza w oderwaniu od wielkich opracowań i narracji literaturoznawczych, chociaż struktur dyskursu pozazdrościć by jej mógł niejeden badacz. Przez kilka lat sekretarzowała wielkiemu poecie, a warsztat tłumacza i dziennikarskie zaplecze pozwoliły jej stworzyć cykl tekstów esencjonalnych, głębokich, a do tego bogatych w fakty. „Małe miłosziana” to publikacja niszowa, ale dla badaczy twórczości Czesława Miłosza z różnych względów przydatna. Autorka nie daje się tu porwać dzisiejszym trendom pisarskim, zgodnie z którymi najlepiej sprawdza się w lekturze konwencja pop. Woli rzeczowe wywody i dyscyplinę myślową, chociaż od czasu do czasu zdradza drobną informację na temat charakteru czy przyzwyczajeń poety. Świadoma jego potrzeby prywatności, zachowuje powściągliwość w zdradzaniu tajemnic. Skupia się bardziej na analizowaniu intertekstów, zestawianiu literackich dialogów i sprawdzaniu przyczyn niektórych komentarzy. Odsłania czytelnikom Miłosza jako polemistę, filozofa czy profesora, odwołuje się do dyskusji zachowanych w źródłach pisanych. Dociera do listów, dzięki którym rzucić może nowe światło na przytaczane cytaty. W ten sposób zapewnia odbiorcom przegląd literackich – ale nie tylko artystycznych – działań poety i przyczynić się do wyjaśnienia relacji między twórcami. Interpersonalne konteksty to jeden z podstawowych motywów „śledztw” tej autorki. Co ciekawe, nie zajmuje się ona wówczas perspektywą Miłosza, woli przedstawić czytelnikom dokładnie jego adwersarza, zdefiniować punkty sporne czy możliwości fałszowania obrazu, daje narzędzia do interpretowania sporów. Osobnym tematem stają się odczytania dzieł Miłosza: Renata Gorczyńska pisze o wybranych motywach powtarzających się w jego poezji, recenzuje też wybrane książki na temat Czesława Miłosza, dorzucając do szkiców własne spostrzeżenia. Odczytuje swojego chlebodawcę przez pryzmat pism, próbuje zachęcić do przyjrzenia się trudnej poezji, nakreślając kręgi znaczeniowe i zakodowane w literaturze obserwacje.
Czesław Miłosz jest głównym bohaterem tego tomu, ale nie jedynym, a na pewno nie – dominującym, bardzo często funkcjonuje tu jako kontekst do zjawisk w poezji, punkt odniesienia dla innych autorów. Renata Gorczyńska dba o nakreślanie szerokiej perspektywy literatury. Szczególnie interesujące – przede wszystkim ze względu na jej translatorskie doświadczenia – są uwagi o przekładach poetyckich i roli tłumacza. Do tego w „Małych miłoszianach” autorka dorzuca jeszcze teksty reportażowe – dotyczące nie tyle istoty literatury (czytania, interpretacji, możliwości), co życia literackiego – pokazuje, jak funkcjonowały konteksty dla twórczości. Czasami zdaje relację ze swoich podróży związanych z Czesławem Miłoszem: kiedy przechodzi w rytm reportażu, jej szkice automatycznie nabierają lekkości. Równie silnie przesycone konkretami, funkcjonują jako wartościowy dodatek do odczytań Miłosza. „Małe miłosziana” to książka dla miłośników gęstych narracji, precyzyjnych interpretacji i literackich ciekawostek. To książka, w której autorka zachowuje dystans do Czesława Miłosza – w tym sensie, że nie przedkłada prywatnych doświadczeń nad twórczość – ale darzy swojego bohatera niezwykłą sympatią i sentymentem. Pozwala przyjrzeć się kulisom pracy z noblistą, jednak bez irytującego woyeryzmu. Co również będzie ważne dla czytelników: „Małe miłosziana” to nie publikacja pisana z pozycji na kolanach, chociaż Miłosz jest tu traktowany jako absolutny i niezaprzeczalny autorytet, mistrz i mentor, nie zamęcza Gorczyńska swoim uwielbieniem dla niego czytelników.
„Małe miłosziana” to książka, która nie zdobędzie wielkiej popularności. Stanowi uzupełnienie lekturowe i pewne ułatwienie dla badaczy Miłosza, ciekawostkę dla literaturoznawców i prezent dla tradycjonalistów. Nie zawojuje rynków, ale do zainteresowanych bez problemu trafi. Renata Gorczyńska podsuwa odbiorcom zestaw drobnych artykułów o zróżnicowanej tematyce – przepełnionych treścią i pozbawionych słabych punktów.
Odczytywanie
Renata Gorczyńska potrafi czytać Miłosza w oderwaniu od wielkich opracowań i narracji literaturoznawczych, chociaż struktur dyskursu pozazdrościć by jej mógł niejeden badacz. Przez kilka lat sekretarzowała wielkiemu poecie, a warsztat tłumacza i dziennikarskie zaplecze pozwoliły jej stworzyć cykl tekstów esencjonalnych, głębokich, a do tego bogatych w fakty. „Małe miłosziana” to publikacja niszowa, ale dla badaczy twórczości Czesława Miłosza z różnych względów przydatna. Autorka nie daje się tu porwać dzisiejszym trendom pisarskim, zgodnie z którymi najlepiej sprawdza się w lekturze konwencja pop. Woli rzeczowe wywody i dyscyplinę myślową, chociaż od czasu do czasu zdradza drobną informację na temat charakteru czy przyzwyczajeń poety. Świadoma jego potrzeby prywatności, zachowuje powściągliwość w zdradzaniu tajemnic. Skupia się bardziej na analizowaniu intertekstów, zestawianiu literackich dialogów i sprawdzaniu przyczyn niektórych komentarzy. Odsłania czytelnikom Miłosza jako polemistę, filozofa czy profesora, odwołuje się do dyskusji zachowanych w źródłach pisanych. Dociera do listów, dzięki którym rzucić może nowe światło na przytaczane cytaty. W ten sposób zapewnia odbiorcom przegląd literackich – ale nie tylko artystycznych – działań poety i przyczynić się do wyjaśnienia relacji między twórcami. Interpersonalne konteksty to jeden z podstawowych motywów „śledztw” tej autorki. Co ciekawe, nie zajmuje się ona wówczas perspektywą Miłosza, woli przedstawić czytelnikom dokładnie jego adwersarza, zdefiniować punkty sporne czy możliwości fałszowania obrazu, daje narzędzia do interpretowania sporów. Osobnym tematem stają się odczytania dzieł Miłosza: Renata Gorczyńska pisze o wybranych motywach powtarzających się w jego poezji, recenzuje też wybrane książki na temat Czesława Miłosza, dorzucając do szkiców własne spostrzeżenia. Odczytuje swojego chlebodawcę przez pryzmat pism, próbuje zachęcić do przyjrzenia się trudnej poezji, nakreślając kręgi znaczeniowe i zakodowane w literaturze obserwacje.
Czesław Miłosz jest głównym bohaterem tego tomu, ale nie jedynym, a na pewno nie – dominującym, bardzo często funkcjonuje tu jako kontekst do zjawisk w poezji, punkt odniesienia dla innych autorów. Renata Gorczyńska dba o nakreślanie szerokiej perspektywy literatury. Szczególnie interesujące – przede wszystkim ze względu na jej translatorskie doświadczenia – są uwagi o przekładach poetyckich i roli tłumacza. Do tego w „Małych miłoszianach” autorka dorzuca jeszcze teksty reportażowe – dotyczące nie tyle istoty literatury (czytania, interpretacji, możliwości), co życia literackiego – pokazuje, jak funkcjonowały konteksty dla twórczości. Czasami zdaje relację ze swoich podróży związanych z Czesławem Miłoszem: kiedy przechodzi w rytm reportażu, jej szkice automatycznie nabierają lekkości. Równie silnie przesycone konkretami, funkcjonują jako wartościowy dodatek do odczytań Miłosza. „Małe miłosziana” to książka dla miłośników gęstych narracji, precyzyjnych interpretacji i literackich ciekawostek. To książka, w której autorka zachowuje dystans do Czesława Miłosza – w tym sensie, że nie przedkłada prywatnych doświadczeń nad twórczość – ale darzy swojego bohatera niezwykłą sympatią i sentymentem. Pozwala przyjrzeć się kulisom pracy z noblistą, jednak bez irytującego woyeryzmu. Co również będzie ważne dla czytelników: „Małe miłosziana” to nie publikacja pisana z pozycji na kolanach, chociaż Miłosz jest tu traktowany jako absolutny i niezaprzeczalny autorytet, mistrz i mentor, nie zamęcza Gorczyńska swoim uwielbieniem dla niego czytelników.
„Małe miłosziana” to książka, która nie zdobędzie wielkiej popularności. Stanowi uzupełnienie lekturowe i pewne ułatwienie dla badaczy Miłosza, ciekawostkę dla literaturoznawców i prezent dla tradycjonalistów. Nie zawojuje rynków, ale do zainteresowanych bez problemu trafi. Renata Gorczyńska podsuwa odbiorcom zestaw drobnych artykułów o zróżnicowanej tematyce – przepełnionych treścią i pozbawionych słabych punktów.
Alice Pantermüller: Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Misja specjalna
Jaguar, Warszawa 2017.
Ochrona zwierząt
Zuza razem ze swoją przyjaciółką Zośką ma do przygotowania oryginalny szkolny projekt. Dzieci będą malować ogrodzenie i wspólnie wymyśliły, by przedstawić na nim zwierzęta – gatunki zagrożone wyginięciem. W ten sposób zgromadzą sporo wiadomości i w skali mikro zaangażują się w ratowanie przyrody. To wszystkim się podoba (mimo że wiąże się wciąż z nauką i odrabianiem zadań). Gatunki zagrożone wyginięciem bywają naprawdę śmieszne, bo jest wśród nich i diabeł tasmański, i panda, a nawet… żółw. Zuza, która bez przerwy potyka się o żółwia Wacka, postanawia więc zająć się tym właśnie tematem, a gdy trzeba przygotować prezentację – zabiera Wacka do szkoły. Najważniejsze są jednak prace nad malowanymi wizerunkami zwierząt. Bohaterki przekonują się, jak trudno realistycznie przedstawić wybrane stworzenia, rywalizują z klasową pięknością – zadzierającą nosa Bereniką, a do tego ktoś uporczywie niszczy ich prace, zachlapując je… białą farbą. Albo nie farbą. Chociaż Zuza i Zośka wszystkiego najgorszego (i takiego też losu malowidła) życzą rywalce, to je spotyka przykrość. Nie mogą jednak zamartwiać się w nieskończoność – zbliżają się urodziny Zuzy, a wtedy cała rodzina (i Zośka) wybiorą się do zoo. Dla przyjaciółek to szansa, żeby sprawdzić, czy zwierzętom nie dzieje się krzywda, a poza tym – żeby pouczyć pracowników w kwestii opieki nad zagrożonymi gatunkami. Jak to wypadnie – można sobie wyobrazić.
Autorka tego cyklu stawia na śmiech masowej publiczności, chociaż widać też, że próbuje małych czytelników czegoś nauczyć. Wybiera zatem temat nośny i taki, który uprawdopodobni wrzucane mimochodem do narracji wiadomości. To nie pełne notki o zwierzętach, a ciekawostki wplatane jakby od niechcenia i przy okazji wygłupów. Bo tych będzie jak zwykle sporo – od kłótni, czy nietoperze istnieją naprawdę, czy to tylko pomysły z horrorów o Draculi, po ucieczkę namalowanego żółwia przed grą na czarodziejskim indyjskim flecie. Autorka sięga po rubaszny humor (kupy kruków, które brudzą nawet fryzurę i ubranie opiekuna szkolnego) i po wypadki z pędzlem i farbami – w tym prym wiedzie Zośka, która bez przerwy brudzi niechcący siebie i otoczenie. Dzieci fantazjują albo o zemście na nauczycielce, kiedy ta wprowadza zbędne ich zdaniem nakazy i zakazy, i o wrzuceniu zdechłego szczura do torebki Bereniki. Zuza i Zośka nie są przesadnie grzeczne, co ma do nich przekonać czytelników obu płci i zaprosić do dynamicznej lektury.
Nie ma tu zresztą przesadnie dużo czytania, bo tekst bez przerwy jest wzbogacany o drobne rysuneczki wzorowane na emoticonach lub większe ilustracje poglądowe. Kiedy wprowadzana jest jakaś postać lub zwierzę – otrzymuje już na poziomie wersu swoją graficzną miniaturkę. Zuza, snując opowieść, wciąż dokłada do niej wyjaśnienia rysunkowe, dzięki czemu czytelnicy nie muszą się specjalnie angażować w śledzenie opisów (doprowadzonych do minimum), wystarczy szybka lektura. „Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Misja specjalna” to przecież powieść komiksowa w stylu pop, czyli z zaznaczanymi akcentami zdaniowymi i emocjami postaci. Zuza jest żywiołem, którego nie da się okiełznać, można tylko śledzić jej wariactwa dla rozrywki. Małym odbiorcom spodoba się „niegrzeczność” tej bohaterki i wcielanie w życie kolejnych pomysłów, które czasami mają nieoczekiwane konsekwencje. To przede wszystkim tomik stworzony dla śmiechu.
Ochrona zwierząt
Zuza razem ze swoją przyjaciółką Zośką ma do przygotowania oryginalny szkolny projekt. Dzieci będą malować ogrodzenie i wspólnie wymyśliły, by przedstawić na nim zwierzęta – gatunki zagrożone wyginięciem. W ten sposób zgromadzą sporo wiadomości i w skali mikro zaangażują się w ratowanie przyrody. To wszystkim się podoba (mimo że wiąże się wciąż z nauką i odrabianiem zadań). Gatunki zagrożone wyginięciem bywają naprawdę śmieszne, bo jest wśród nich i diabeł tasmański, i panda, a nawet… żółw. Zuza, która bez przerwy potyka się o żółwia Wacka, postanawia więc zająć się tym właśnie tematem, a gdy trzeba przygotować prezentację – zabiera Wacka do szkoły. Najważniejsze są jednak prace nad malowanymi wizerunkami zwierząt. Bohaterki przekonują się, jak trudno realistycznie przedstawić wybrane stworzenia, rywalizują z klasową pięknością – zadzierającą nosa Bereniką, a do tego ktoś uporczywie niszczy ich prace, zachlapując je… białą farbą. Albo nie farbą. Chociaż Zuza i Zośka wszystkiego najgorszego (i takiego też losu malowidła) życzą rywalce, to je spotyka przykrość. Nie mogą jednak zamartwiać się w nieskończoność – zbliżają się urodziny Zuzy, a wtedy cała rodzina (i Zośka) wybiorą się do zoo. Dla przyjaciółek to szansa, żeby sprawdzić, czy zwierzętom nie dzieje się krzywda, a poza tym – żeby pouczyć pracowników w kwestii opieki nad zagrożonymi gatunkami. Jak to wypadnie – można sobie wyobrazić.
Autorka tego cyklu stawia na śmiech masowej publiczności, chociaż widać też, że próbuje małych czytelników czegoś nauczyć. Wybiera zatem temat nośny i taki, który uprawdopodobni wrzucane mimochodem do narracji wiadomości. To nie pełne notki o zwierzętach, a ciekawostki wplatane jakby od niechcenia i przy okazji wygłupów. Bo tych będzie jak zwykle sporo – od kłótni, czy nietoperze istnieją naprawdę, czy to tylko pomysły z horrorów o Draculi, po ucieczkę namalowanego żółwia przed grą na czarodziejskim indyjskim flecie. Autorka sięga po rubaszny humor (kupy kruków, które brudzą nawet fryzurę i ubranie opiekuna szkolnego) i po wypadki z pędzlem i farbami – w tym prym wiedzie Zośka, która bez przerwy brudzi niechcący siebie i otoczenie. Dzieci fantazjują albo o zemście na nauczycielce, kiedy ta wprowadza zbędne ich zdaniem nakazy i zakazy, i o wrzuceniu zdechłego szczura do torebki Bereniki. Zuza i Zośka nie są przesadnie grzeczne, co ma do nich przekonać czytelników obu płci i zaprosić do dynamicznej lektury.
Nie ma tu zresztą przesadnie dużo czytania, bo tekst bez przerwy jest wzbogacany o drobne rysuneczki wzorowane na emoticonach lub większe ilustracje poglądowe. Kiedy wprowadzana jest jakaś postać lub zwierzę – otrzymuje już na poziomie wersu swoją graficzną miniaturkę. Zuza, snując opowieść, wciąż dokłada do niej wyjaśnienia rysunkowe, dzięki czemu czytelnicy nie muszą się specjalnie angażować w śledzenie opisów (doprowadzonych do minimum), wystarczy szybka lektura. „Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Misja specjalna” to przecież powieść komiksowa w stylu pop, czyli z zaznaczanymi akcentami zdaniowymi i emocjami postaci. Zuza jest żywiołem, którego nie da się okiełznać, można tylko śledzić jej wariactwa dla rozrywki. Małym odbiorcom spodoba się „niegrzeczność” tej bohaterki i wcielanie w życie kolejnych pomysłów, które czasami mają nieoczekiwane konsekwencje. To przede wszystkim tomik stworzony dla śmiechu.
poniedziałek, 1 maja 2017
Jennifer Echols: Flirt roku. Tia & Will
Jaguar, Warszawa 2017.
Ucieczka
Jak zwykle jest ich dwoje. Wpadają na siebie przypadkiem, podczas imprezy i… zupełnie nieprawidłowo się nawzajem oceniają. Will dzięki diamentowemu kolczykowi w uchu wygląda jak pirat (a już na pewno – jak niegrzeczny chłopiec), co bardzo odpowiada Tii. Tia ma opinię rozrywkowej dziewczyny. Ten mit celowo podtrzymuje, chcąc uniknąć odpowiedzialności i zaangażowania. Rzeczywistość jednak wygląda zupełnie inaczej, Will chce stabilizacji i udowadnia innym swoją wartość, Tia – gdyby tylko chciała – zamieniłaby się bez wysiłku w najlepszą uczennicę i pracownicę. Gra, którą oboje toczą na zewnątrz, na użytek innych, przenosi się też do ich relacji. Jennifer Echols próbuje odejść od stereotypowych nastoletnich powieści; Tia przez cały czas deklaruje, że nie chce mieć chłopaka – i zrywa wszystkie swoje związki. Postępuje inaczej niż większość dziewczyn w jej wieku – w tym bohaterki lektur. Ale w szkole poza próbami orkiestry z Willem łączy ją tytuł Flirtu Roku. Teraz już trzeba podjąć wyzwanie i przynajmniej na użytek innych udawać.
Jest to powieść niezwykła z kilku powodów. Akcję autorka przenosi do upalnej Florydy, wysoka temperatura staje się nie do wytrzymania dla Willa, który przybył z Minnesoty – ale daje też szansę na rozluźnienie obyczajów i wprowadzenie motywów, które z zewnątrz wyglądają na zalążek flirtu. To po pierwsze. Po drugie – Echols odwraca młodzieżowe zasady. Kiedy Tia się zapomina, bez wysiłku zajmuje wysokie lokaty w konkursach, zdobywa najlepsze oceny w testach i staje się prawdziwą podporą w pracy: tu może liczyć na kolejny awans (którego wcale nie chce). Ta dziewczyna tylko gra rozimprezowaną i wyluzowaną – inaczej niż nastolatki, które od nauki i obowiązków stronią w sposób naturalny i w pełni zrozumiały. Automatycznie bohaterka staje się przez to intrygująca – bo inna. Po trzecie – Tia nie walczy o miłość, robi raczej wszystko, żeby zniechęcić Willa do siebie, nawet mimo pożądania, jakie chłopak w niej budzi. Zamiast szukania sposobów na bycie razem, jest tu szukanie sposobów na flirt bez zobowiązań i dalszego ciągu, niczym zamiana ról. Przeszkody dla związku tym razem płyną od środka, paradoksalnie tym trudniejsze są do pokonania. Echols po przeniesieniu akcji do szkoły na Florydzie stawia też na niezwykłość szkolnych zwyczajów – to nadawanie tytułów przez społeczność, ale też specyfika prób, niewielka przestrzeń, w której wszyscy wiedzą o wszystkich. Stopniowo będzie autorka osłaniać sekrety Tii, wyjaśniać jej życiowe decyzje. Pozwoli też na wprowadzanie potrzebnych zmian. „Flirt roku” toczy się dość szybko i w oddaleniu od realiów znanych polskim odbiorczyniom. Jednak jak zwykle to, co najciekawsze, rozgrywać się będzie w sferze uczuć – i to czynnik najważniejszy dla nastolatek.
Jest „Flirt roku” powieścią lekką, mimo że dotyka trudnych spraw – momentami dla odbiorczyń nie do pojęcia. Bywa, że w narracji autorka nie wykorzystuje potencjału historii długo nie pojawia się tu tajemniczy ojciec, więc byłby to kolejny składnik do budowania niepowtarzalnej atmosfery. Trochę za łatwo idzie też przekonanie do wielkich porządków jako sposobu bohaterki na radzenie sobie z problemami. Nastoletnie czytelniczki jednak docenią w pierwszej kolejności fakt, że autorka szuka oryginalnych rozwiązań, próbuje uciekać od schematów, mimo że ten najważniejszy – stanowiący oś opowieści – pozostawia. We „Flircie roku” pojawią się zdecydowane charaktery oraz mocne sytuacje, ale Echols nie chce pewnych granic przekraczać. Jej bohaterowie buntują się tylko na pozór, ale to im wystarcza do manifestowania własnych poglądów. Jest więc „Flirt roku” ciekawą obyczajówką dla tych nastolatek, które owszem, łakną historii o pierwszych miłościach, ale wolałyby uniknąć sentymentalnych i łzawych tonów. Jennifer Echols też takich nie ceni, pisze z pomysłem i wyczuciem młodzieżowych tematów.
Ucieczka
Jak zwykle jest ich dwoje. Wpadają na siebie przypadkiem, podczas imprezy i… zupełnie nieprawidłowo się nawzajem oceniają. Will dzięki diamentowemu kolczykowi w uchu wygląda jak pirat (a już na pewno – jak niegrzeczny chłopiec), co bardzo odpowiada Tii. Tia ma opinię rozrywkowej dziewczyny. Ten mit celowo podtrzymuje, chcąc uniknąć odpowiedzialności i zaangażowania. Rzeczywistość jednak wygląda zupełnie inaczej, Will chce stabilizacji i udowadnia innym swoją wartość, Tia – gdyby tylko chciała – zamieniłaby się bez wysiłku w najlepszą uczennicę i pracownicę. Gra, którą oboje toczą na zewnątrz, na użytek innych, przenosi się też do ich relacji. Jennifer Echols próbuje odejść od stereotypowych nastoletnich powieści; Tia przez cały czas deklaruje, że nie chce mieć chłopaka – i zrywa wszystkie swoje związki. Postępuje inaczej niż większość dziewczyn w jej wieku – w tym bohaterki lektur. Ale w szkole poza próbami orkiestry z Willem łączy ją tytuł Flirtu Roku. Teraz już trzeba podjąć wyzwanie i przynajmniej na użytek innych udawać.
Jest to powieść niezwykła z kilku powodów. Akcję autorka przenosi do upalnej Florydy, wysoka temperatura staje się nie do wytrzymania dla Willa, który przybył z Minnesoty – ale daje też szansę na rozluźnienie obyczajów i wprowadzenie motywów, które z zewnątrz wyglądają na zalążek flirtu. To po pierwsze. Po drugie – Echols odwraca młodzieżowe zasady. Kiedy Tia się zapomina, bez wysiłku zajmuje wysokie lokaty w konkursach, zdobywa najlepsze oceny w testach i staje się prawdziwą podporą w pracy: tu może liczyć na kolejny awans (którego wcale nie chce). Ta dziewczyna tylko gra rozimprezowaną i wyluzowaną – inaczej niż nastolatki, które od nauki i obowiązków stronią w sposób naturalny i w pełni zrozumiały. Automatycznie bohaterka staje się przez to intrygująca – bo inna. Po trzecie – Tia nie walczy o miłość, robi raczej wszystko, żeby zniechęcić Willa do siebie, nawet mimo pożądania, jakie chłopak w niej budzi. Zamiast szukania sposobów na bycie razem, jest tu szukanie sposobów na flirt bez zobowiązań i dalszego ciągu, niczym zamiana ról. Przeszkody dla związku tym razem płyną od środka, paradoksalnie tym trudniejsze są do pokonania. Echols po przeniesieniu akcji do szkoły na Florydzie stawia też na niezwykłość szkolnych zwyczajów – to nadawanie tytułów przez społeczność, ale też specyfika prób, niewielka przestrzeń, w której wszyscy wiedzą o wszystkich. Stopniowo będzie autorka osłaniać sekrety Tii, wyjaśniać jej życiowe decyzje. Pozwoli też na wprowadzanie potrzebnych zmian. „Flirt roku” toczy się dość szybko i w oddaleniu od realiów znanych polskim odbiorczyniom. Jednak jak zwykle to, co najciekawsze, rozgrywać się będzie w sferze uczuć – i to czynnik najważniejszy dla nastolatek.
Jest „Flirt roku” powieścią lekką, mimo że dotyka trudnych spraw – momentami dla odbiorczyń nie do pojęcia. Bywa, że w narracji autorka nie wykorzystuje potencjału historii długo nie pojawia się tu tajemniczy ojciec, więc byłby to kolejny składnik do budowania niepowtarzalnej atmosfery. Trochę za łatwo idzie też przekonanie do wielkich porządków jako sposobu bohaterki na radzenie sobie z problemami. Nastoletnie czytelniczki jednak docenią w pierwszej kolejności fakt, że autorka szuka oryginalnych rozwiązań, próbuje uciekać od schematów, mimo że ten najważniejszy – stanowiący oś opowieści – pozostawia. We „Flircie roku” pojawią się zdecydowane charaktery oraz mocne sytuacje, ale Echols nie chce pewnych granic przekraczać. Jej bohaterowie buntują się tylko na pozór, ale to im wystarcza do manifestowania własnych poglądów. Jest więc „Flirt roku” ciekawą obyczajówką dla tych nastolatek, które owszem, łakną historii o pierwszych miłościach, ale wolałyby uniknąć sentymentalnych i łzawych tonów. Jennifer Echols też takich nie ceni, pisze z pomysłem i wyczuciem młodzieżowych tematów.
Winx Club. Baw się modą 1 i 2
Wilga, Warszawa 2017.
Popisy
Baw się modą to kolejna podseria zeszytów kreatywnych skupionych wokół prostych historyjek o pięknych czarodziejkach. Tym razem małe dziewczynki otrzymują zestaw tomików pośrednio nawiązujących do dawnych lalkowych wycinanek. Mamy i babcie znają jeszcze tę zabawę, kiedy wycinało się z kartonu sylwetkę lalki i osobno zestawy ubrań, które można było nałożyć na modelkę. Do tego odrobinę odnosi się seria Baw się modą. Tu bowiem na marginesach (zewnętrznych częściach każdej strony) pojawiają się wybrane czarodziejki z rozpuszczonymi włosami i w samej bieliźnie. To modelki, którym trzeba będzie zaprojektować stroje.
Wewnętrzna część każdej strony to rodzaj bajkowego terminarza. Bohaterki mają starannie zaplanowane dni – oczywiście wyjściami do szkoły, ale poza tym i randkami, imprezami, wyjściami do muzeum, spacerami, wizytami na siłowni, pozaszkolnymi lekcjami, przejażdżkami skuterem… Winx nie mają czasu, żeby się nudzić, ich terminarze pękają w szwach od kolejnych przyjemności i ulubionych zajęć. W rytmie tygodnia znajdzie się wiele pretekstów, żeby zadbać o ciało i o ducha, bohaterki nigdy się nie lenią. Ale na każdą okazję potrzebują innego stroju i mają swoje wskazówki. Pod określeniem rodzaju zajęcia pojawiają się preferencje co do koloru, wybranego elementu garderoby oraz dodatków – czy motywy całkowicie na daną okoliczność zakazane. Raz odrzucona zostanie biała tiulowa mini, raz – ćwieki i naklejki lub futrzana pelerynka. Kiedy odbiorczynie zdobędą potrzebne wiadomości co do celu wyprawy, upodobań i przeciwwskazań, mogą przystąpić do pracy i zająć się komponowaniem „stylizacji”.
Preferowane motywy znaleźć można na jednej z dołączonych do każdego tomiku naklejek – i potraktować jako punkt wyjścia do tworzenia kreacji. Dziewczynki będą sprawdzać, co pasuje do danego elementu garderoby i proponować własne zestawienia ciuchów, ubierać Winx tak, jakby same chciały się nosić, lub popuszczać wodze fantazji i przesadnie je stylizować. Zabawa w kreatorki mody obejmuje stroje, dodatki i fryzury, a piękne czarodziejki aż się proszą, by zamienić je w baśniowe istoty. Można skorzystać z zestawu naklejek z propozycjami ubrań, ale to nie wszystko. W Baw się modą jest jeszcze wkładka z tekturki z powycinanymi kształtami ubrań lub dodatków. Po wykorzystaniu tych szablonów łatwiej będzie się dzieciom rysowało i kolorowało wymyślone spódnice i bluzki. Winx na marginesach różnią się tylko układem przedramion, co i tak nie ma znaczenia, bo wszystkie stroje mają krótki rękaw. Zabawę można rozciągać w nieskończoność nie tylko za sprawą kolejnych zeszytów serii: wystarczy zeskanować pojedynczą modelkę i powielać w razie potrzeby.
Baw się modą to ukłon w stronę małych odbiorczyń zainteresowanych barwnymi strojami i kreowaniem oryginalnych zestawów ubrań. To zabawa wymarzona dla dziewczynek – a przy okazji ciekawy pomysł na ożywienie serii tomików kreatywnych. Piękne czarodziejki Winx nadają się na modelki, dzieci będą na nich testować swoje twórcze pomysły i trochę uczyć się zasad dress code’u, uruchomią wyobraźnię i poznają zasady dobierania kolorów czy wzorów. Ale lekcja mody to coś, czym będzie się kierować niewielkie grono odbiorczyń – o wiele bardziej kusząca staje się w tym wypadku możliwość wejścia w świat bajkowych bohaterek i nadawania im charakteru według własnego uznania.
Popisy
Baw się modą to kolejna podseria zeszytów kreatywnych skupionych wokół prostych historyjek o pięknych czarodziejkach. Tym razem małe dziewczynki otrzymują zestaw tomików pośrednio nawiązujących do dawnych lalkowych wycinanek. Mamy i babcie znają jeszcze tę zabawę, kiedy wycinało się z kartonu sylwetkę lalki i osobno zestawy ubrań, które można było nałożyć na modelkę. Do tego odrobinę odnosi się seria Baw się modą. Tu bowiem na marginesach (zewnętrznych częściach każdej strony) pojawiają się wybrane czarodziejki z rozpuszczonymi włosami i w samej bieliźnie. To modelki, którym trzeba będzie zaprojektować stroje.
Wewnętrzna część każdej strony to rodzaj bajkowego terminarza. Bohaterki mają starannie zaplanowane dni – oczywiście wyjściami do szkoły, ale poza tym i randkami, imprezami, wyjściami do muzeum, spacerami, wizytami na siłowni, pozaszkolnymi lekcjami, przejażdżkami skuterem… Winx nie mają czasu, żeby się nudzić, ich terminarze pękają w szwach od kolejnych przyjemności i ulubionych zajęć. W rytmie tygodnia znajdzie się wiele pretekstów, żeby zadbać o ciało i o ducha, bohaterki nigdy się nie lenią. Ale na każdą okazję potrzebują innego stroju i mają swoje wskazówki. Pod określeniem rodzaju zajęcia pojawiają się preferencje co do koloru, wybranego elementu garderoby oraz dodatków – czy motywy całkowicie na daną okoliczność zakazane. Raz odrzucona zostanie biała tiulowa mini, raz – ćwieki i naklejki lub futrzana pelerynka. Kiedy odbiorczynie zdobędą potrzebne wiadomości co do celu wyprawy, upodobań i przeciwwskazań, mogą przystąpić do pracy i zająć się komponowaniem „stylizacji”.
Preferowane motywy znaleźć można na jednej z dołączonych do każdego tomiku naklejek – i potraktować jako punkt wyjścia do tworzenia kreacji. Dziewczynki będą sprawdzać, co pasuje do danego elementu garderoby i proponować własne zestawienia ciuchów, ubierać Winx tak, jakby same chciały się nosić, lub popuszczać wodze fantazji i przesadnie je stylizować. Zabawa w kreatorki mody obejmuje stroje, dodatki i fryzury, a piękne czarodziejki aż się proszą, by zamienić je w baśniowe istoty. Można skorzystać z zestawu naklejek z propozycjami ubrań, ale to nie wszystko. W Baw się modą jest jeszcze wkładka z tekturki z powycinanymi kształtami ubrań lub dodatków. Po wykorzystaniu tych szablonów łatwiej będzie się dzieciom rysowało i kolorowało wymyślone spódnice i bluzki. Winx na marginesach różnią się tylko układem przedramion, co i tak nie ma znaczenia, bo wszystkie stroje mają krótki rękaw. Zabawę można rozciągać w nieskończoność nie tylko za sprawą kolejnych zeszytów serii: wystarczy zeskanować pojedynczą modelkę i powielać w razie potrzeby.
Baw się modą to ukłon w stronę małych odbiorczyń zainteresowanych barwnymi strojami i kreowaniem oryginalnych zestawów ubrań. To zabawa wymarzona dla dziewczynek – a przy okazji ciekawy pomysł na ożywienie serii tomików kreatywnych. Piękne czarodziejki Winx nadają się na modelki, dzieci będą na nich testować swoje twórcze pomysły i trochę uczyć się zasad dress code’u, uruchomią wyobraźnię i poznają zasady dobierania kolorów czy wzorów. Ale lekcja mody to coś, czym będzie się kierować niewielkie grono odbiorczyń – o wiele bardziej kusząca staje się w tym wypadku możliwość wejścia w świat bajkowych bohaterek i nadawania im charakteru według własnego uznania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






