* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 7 marca 2013

Lewis Carroll: Alicja w Krainie Czarów

Buchmann, Warszawa 2013.

Klasyka dziś

Czytana po raz kolejny „Alicja w Krainie Czarów” nie traci nic ze swojej magii i aury niezwykłości. To jedna z tych historii, które doczekują się wielu wydań, rozmaitych opraw graficznych (i gadżeciarskich), a także – co w wypadku klasyki nie zawsze jest oczywistością – wielu tłumaczeń. U Buchmanna za przybliżenie dzieciom przygód Alicji zabrał się Krzysztof Dworak, przy współpracy – w partiach rymowanych – Agnieszki Tyszki.

Jak Lewis Carroll oddziałuje na czytelników – wiadomo, bo trudno sobie wyobrazić, by ktoś nie zetknął się z jego fabułą i postaciami wyznaczającymi potem sieć kulturowych odniesień. Krzysztof Dworak postanowił w swoim przekładzie jak najbardziej przybliżyć Alicję dzieciom. Postawił na prostotę języka, unikanie archaizmów i „angielskości”, która w pewnych fragmentach mogłaby być przez maluchy z braku świadomości historycznego i społecznego kontekstu, nieodczytana. Nie zmienia się zatem fabuła, zmienia się sposób jej prezentowania – wszystko okazuje się łatwiejsze do przyswojenia, bardziej naturalne, proste i przez to właśnie bardziej baśniowe. Przyzwyczajonym do dawnych tłumaczeń na pewno „Alicja” w wersji Dworaka będzie się wydawać zbyt lekka w narracji, jakby zmiana językowych upodobań mogła zakłócić odbiór zgrabnie wymyślonych sytuacji. Dla dzieci, które takich przyzwyczajeń nie mają, lektura będzie przyjemna i bardziej rozrywkowa – a trzeba mieć na uwadze fakt, że Buchmann przygotował wersję klasyki dla najmłodszych – o czym świadczy sposób wydania.

Cenię Agnieszkę Tyszkę jako pisarkę, ale w wierszowanych fragmentach „Alicji” mocno mnie rozczarowała. Owszem, dopasowała się stylem do prostej linii narracyjnej Dworaka, ale jej wersje rymowanek brzmią raczej dość infantylnie. Czasami próbuje Tyszka zmieniać formę czy słowem sugerować śpiewność (lub międzygatunkowe przejścia) – ale jest tego zbyt mało, by uwieść starszych czytelników. Nie ma absurdu, nie ma zabaw lingwistycznych – czyli tego, z czego rymowane i dowcipne części tomu słynęły. Przy takiej konkurencji, jaka panuje wśród tłumaczeń „Alicji”, Tyszka niestety wypada bardzo blado. W tym wypadku poprawność nie wystarczy, a prostota nie jest uzasadniona. Wcale nie musiało chodzić tłumaczom o inny efekt, ale w obliczu ciągłych uproszczeń w historiach dla dzieci pozbawianie maluchów szansy na zabawę słowem (którą na pewnym etapie rozwoju by doceniły) nie przekonuje.

Tom wydany został (nie bez racji) jako baśniowy skarb dla dzieci. Duży, ciężki, w twardych okładkach, na kredowym papierze i z wszytą zakładką. Przyciąga uwagę i jest takim samym bodźcem dla oka jak fabuła dla wyobraźni. Robert Ingpen, autor ilustracji, przenosi czytelników w krainę równie baśniową co realistyczną. Nie proponuje obrazków bajkowych, a utrzymane w stylu wiktoriańskim, szczegółowe i odzwierciedlające powieściową rzeczywistość scenki. Raz przybierają one formę migawek z opowieści (bywa, że filmowych zbliżeń), innym razem to czarno-białe, nie mniej szczegółowe szkice z onirycznym przesłaniem. Dobrze oddają atmosferę książki, jej żartobliwość i niepokoje, a przy okazji też wspomagają wrażenie uczestniczenia w niezwykłej przygodzie, wciąż wpływającej na odbiorców. To wydanie „Alicji” staje się skarbnicą przepięknych ilustracji, popisem udanego mariażu fantazji rysownika z wyobraźnią autora. Ilustracje Ingpena oczarowują – a nie są sztuką tylko dla najmłodszych.

środa, 6 marca 2013

David DiSalvo: Mózg na manowcach. Dlaczego oszukujemy, udajemy i ulegamy pokusom?

Carta Blanca, Warszawa 2013.

Oszustwa umysłu

Zadaniem publikacji w stylu tomu „Mózg na manowcach” jest popularyzowanie wiedzy i przekazywanie ciekawostek na temat ludzkich zachowań. Autor, David DiSalvo, nie przekracza granicy z prościutkimi poradnikami i strzępkami nauki, daje za to czytelnikom rzetelne wykłady z psychologii. Sięga przy tym po temat, który wielu zaintryguje. W podtytule DiSalvo pyta „Dlaczego oszukujemy, udajemy i ulegamy pokusom?”. Rzuca zatem autor wyzwanie tym, którzy wierzą w mechanizmy samokontroli i tym, którzy sądzą, że mają wpływ na własne postawy. W rzeczywistości dość szybko zmienia brzmienie tego pytania i zaczyna się zastanawiać, jak to się dzieje, że oszukuje nas własny mózg – tym ciekawsze okazują się zamieszczone w tomie rozważania.

Chociaż i tytuł, i okładka książki przygotowane są według zasad marketingowych dla publikacji spod znaku pop, autor decyduje się podnieść poprzeczkę. Jego książka mieści się w połowie drogi między popporadnikami a podręcznikami akademickimi, co oznacza, że dość szeroki może być krąg odbiorców zainteresowanych pozycją. Zwłaszcza że autor, aby wyjaśniać mechanizmy psychologiczne, sięga po tematy bliskie szerokim rzeszom czytelników. Wśród zagadnień pojawi się między innymi kwestia wychodzenia z nałogu (i efektu przełamywania barier psychicznych po osiągnięciu celu), podejmowania decyzji czy iluzji prawdy. Pokazuje, jak różne czynniki, z pozoru nieistotne, wpływają na ocenę sytuacji, przygląda się też motywacjom. Dotyka różnych aspektów codziennego życia, zestawiając wrażenie czy wewnętrzne przekonanie człowieka z rzeczywistymi mechanizmami, jakie nim kierują. DiSalvo nie podaje prostych recept na ograniczanie niechcianych wpływów: pozwala uzmysłowić sobie tkwiące w nas odruchy i reakcje, ale nie wierzy w możliwość zapanowania nad nimi. Podaje za to odpowiedzi na pytania o przyczynę pewnych działań – a to sprawia, że książkę chce się czytać dalej.

David DiSalvo przytacza – wzorem wielu psychologicznych publikacji – rozmaite doświadczenia, które wykazały, jak w określonych sytuacjach zachowuje się większość ludzi. Te doświadczenia stają się dla niego początkiem wyjaśnień serwowanych odbiorcom. To autor, który nie chce zostawiać odbiorców bez przewodnika po świecie psychologii, więc nieustannie analizuje, tłumaczy i kojarzy fakty – na takiej lekturze skorzystają zatem zwykli czytelnicy. Zwłaszcza że sporo przedstawianych tu eksperymentów imituje wybory dokonywane w codziennym życiu. DiSalvo mniej zajmuje się definicjami i regułami, a bardziej odniesieniami do zwykłej egzystencji. Pokazuje, co robi mózg, by osiągnąć stan „szczęśliwości” – i prezentowane przez niego wyniki poszukiwań będą sporą niespodzianką dla części odbiorców.

Gęsta od doświadczeń i argumentów książka za sprawą powtarzalności wrażeń staje się frapującą lekturą. DiSalvo, jako rasowy popularyzator nauki, nie musi martwić się o odbiór tomu. Dostarcza czytelnikom przyjemności związanej z odkrywaniem tajników umysłu, pokazuje pułapki i metody, którymi mózg usiłuje przechytrzyć człowieka – śledzenie tego typu potyczek nie może znudzić. Wzbudza autor zainteresowanie psychologią, odnosząc się do zagadnień bliskich każdemu czytelnikowi – uświadamia, jak niewiele o sobie wiemy. Tok wykładów sprawia, że odbiorcy nie będą skłonni lekceważyć przedstawianych tu treści – DiSalvo potrafi dostrzec w naukowych badaniach to, co dla każdego będzie zagadnieniem istotnym i rozbudzającym ciekawość. W tym tonie utrzymany jest cały „Mózg na manowcach”.

wtorek, 5 marca 2013

Helene Plüschke, Esther von Schwerin, Ursula Pless-Damm: Wypędzone

PWN, Warszawa 2013.

Ofiary zemsty

„Wypędzone” to kolejna trudna lektura w serii „Karty historii”. Przedstawia diariuszowe i wspomnieniowe zapiski trzech Niemek – z Pomorza, Prus Wschodnich i Dolnego Śląska – prześladowanych za pochodzenie przez Sowietów i Polaków. „Wypędzone” to trzy indywidualne historie przedstawicielek różnych sfer, to trzy jednostkowe ujęcia jednego tematu. To wreszcie niezadane pytanie o słuszność zemsty i zadawania cierpienia w odwecie za poniesione krzywdy. Kolejne relacje łączy finałowy motyw ucieczki lub przymusowego wysiedlenia – ale kwestia pozostawienia rodzinnych stron i sentymentów związanych ze wspomnieniami dobrego życia właściwie nie ma tu racji bytu. Wiąże się za to wyjazd z kresem dramatów – choć i niepewnością tego, co nastąpi. Wypędzone skupiają się na przedstawianiu kolejnych sytuacji, unikają raczej analizowania, oskarżania czy usprawiedliwiania. Fakty zresztą wydają się przemawiać silniej niż jakiekolwiek oceny. Jeśli autorki zapisków zestawiają własne doświadczenia z przeżyciami okupacyjnymi Polaków, te drugie traktują z niedowierzaniem, lecz znajdują w nich i wyjaśnienie swojego losu. Ale nawet gdy któraś z kobiet zauważy, że bierność wobec poczynań hitlerowców może być postrzegana jako współodpowiedzialność za nie, pytanie o winę pozostaje bez odpowiedzi.

Obok strachu o siebie i dzieci, niemieckie kobiety doświadczają poniżenia. Pierwsza otwarcie opisuje gwałty zbiorowe, których była ofiarą – jednak czasem poczucie godności niszczą powodowane nienawiścią gesty. Wrażliwe i pozbawione opieki mężów bohaterki tych opowieści przedstawiają doznawane przykrości i upokorzenia – a obok nich i trudy walki o zachowanie twarzy. Znajdą się tu i opowieści o rozstaniach z bliskimi, i troska o losy dzieci, i rzadkie przejawy człowieczeństwa wobec samotnych bezbronnych Niemek. Za każdym razem zapiski stanowią próbę ocalenia siebie, wykrzyczenia krzywd, a także pewnego uspokojenia potomnych co do braku realnych i indywidualnych win.

Trzy relacje przybierają trzy formy. Helene Plüschke decyduje się na prowadzenie dramatycznego dziennika. W bardzo krótkich notatkach zaznacza kolejne wydarzenia, pisze niemal po męsku, stawia na opisy akcji. Krótkie zdania wzmagają jeszcze siłę wyrazu historii. Esther von Schwerin wybrała pamiętnik – swoje wspomnienia wpisuje po latach i chociaż jest w nich również szczera, nie pozwala sobie na turpistyczne relacje. Jej pamiętnik wydaje się bardziej literacki, z perspektywy czasu można zwrócić uwagę na symbole czy spojrzeć na tragedie w szerszym kontekście. Nie bez wpływu pozostaje tu też społeczne pochodzenie autorki. Wreszcie Ursula Pless-Damm w swoim dzienniku stara się na bieżąco komentować obserwowane sytuacje. W dziennych zapiskach zamieszcza wiele informacji, ale też sporą dozę naiwności. Na tych trzech zwierzeniach nie kończą się przecież opisy krzywd wypędzonych Niemek – wiele wypowiedzi innych kobiet trafiło do ilustrującego trudny temat posłowia.

„Wypędzone” zapewniają inne spojrzenie na temat wojennych krzywd. Wymagają lektury wielopoziomowej, obudowanej historyczną świadomością. Nie wywołują prostych emocji, za to skłaniają do zastanowienia nad znaczeniem wojny dla zwykłych ludzi. Dla trzech autorek opowieść o własnych losach to jedyny sposób na ocalenie. Dziś to również wstrząsające świadectwo dla myślących czytelników.

poniedziałek, 4 marca 2013

Magdalena Witkiewicz: Lilka i spółka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Wakacyjna przygoda

Takich książek dla dzieci ciągle mi mało. „Lilka i spółka” to pomysł na świetną wakacyjną lekturę, do której dzieci będą chciały wracać – bo nie da się nie lubić sympatycznego rodzeństwa z tomu Magdaleny Witkiewicz. Przygody Lilki, Wiktorii i ich małego brata – Matewki – to popis humoru, realizmu i dziecięcej wyobraźni zniekształcającej codzienne obserwacje. Autorka wprowadza czytelników w atmosferę ciepła i zrozumienia – i na takim gruncie może budować rzekomo kryminalne wydarzenia. A wszystko tradycyjnie zaczyna się od tego, że potrzeb najmłodszych nie bierze się pod uwagę, gdy wakacyjne plany dorosłych muszą ulec modyfikacji. Dzieci muszą wyjechać do domu niespecjalnie lubianej ciotki – zamiast do swojego stałego miejsca zabaw. Od początku dostrzegają zatem wyłącznie złe strony takiego rozwiązania i szukają możliwości uwolnienia się od despotycznej krewnej. Z czasem ich plany zaczynają przybierać coraz bardziej realne kształty.

Magdalena Witkiewicz wybrała emocje bliskie małym odbiorcom – oraz zrozumiałe dla nich kwestie. Młodzi bohaterowie tworzą w swoich umysłach cały obraz sytuacji – w zwyczajnych sprawach dopatrują się niezwykłości, a niby kryminalne przesłanki interpretują jak prawdziwe detektywistyczne wskazówki. Wakacyjny rytm życia pozwala im na pozorne odejście od rutyny – w oczach rodzeństwa każde zwyczajne wydarzenie może okazać się kolejnym tropem wskazującym drogę do prawdziwej przygody. Dzieci kierują się własną logiką i nie przechodzą nigdy w świat bajkowej wyobraźni – niezapomniane przeżycia mają na wyciągnięcie ręki, muszą tylko pozwolić sobie na działanie. To ułatwia fakt, że nie znajdują się chwilowo pod opieką czujnych rodziców.

Nieprzypadkowo ta historia ukazuje się w serii „Dla fanów Mikołajka”, chociaż autorka wybiera zupełnie inną poetykę i zupełnie inne tradycje literackie. Magdalena Witkiewicz stawia bowiem na humor sytuacyjny i swoją opowieść prowadzi tak, by rozbawić małych czytelników i nastroić ich pozytywnie do lektury. Tu rozszyfrowuje się perfidne zagrania dorosłych, tu w oryginalny sposób znajduje się imię dla kota-przybłędy, tu niebanalnie rozwiązuje się konflikty. Kłótnie mogą zostać zażegnane śmiechem, radość nie da się zdominować lękom. Autorka w ten sposób uzyskuje atmosferę wręcz wymarzoną: ma dostarczać dzieciom rozrywki, nie chce za to męczyć ich poważnymi problemami czy pouczeniami. Bohaterowie dadzą się lubić – zwłaszcza za optymistyczne podejście do świata. Dodatkowo u Magdaleny Witkiewicz sposób prowadzenia narracji wyda się odbiorcom naturalny i przystający do klimatu samej opowieści – tak więc nie będzie problemów z zachęcaniem dzieci do czytania o czymś, co same mogą przeżywać razem z bohaterami.

Sprawdziły się w tej książce także ilustracje Joanny Zagner-Kołat. Czarno-białe komiksowe rysunki stylem idealnie komponują się z treścią tomu. Zdeformowane sylwetki postaci nadają całości satyrycznego posmaku, a jednocześnie nie wytrącają z tempa realistycznej bajki. Zagner-Kołat tworzy niemal krewnych Calvina z komiksów Billa Wattersona, nie ma żadnych trudności z przekazywaniem książkowych sytuacji czy wrażeń – ilustracje w tej historii bardzo uprzyjemniają odbiór. Razem z tekstem zapewniają to, co w dobrych książkach ceni się najbardziej: całkowite przeniesienie do wykreowanego świata. „Lilka i spółka” to tom, którego dzieci nie odrzucą.

niedziela, 3 marca 2013

Małgorzata Maj: Weronika zmienia zdanie

Zysk i S-ka, Poznań 2013.

Romans z uśmiechem

Małgorzata Maj wybrała idealizowany motyw jedynej prawdziwej miłości dla współczesnej i niedoskonałej singielki jako oś fabularną powieści dla pań „Weronika zmienia zdanie”. Postawiła na motyw z marzeń, lekko sentymentalny i niemal klasyczny. I chociaż można mieć parę uwag co do konstrukcji tomu i kreacji niektórych postaci, „Weronika” jako czytadło sprawdza się nieźle. Wiadomo w końcu, że dwoje ludzi, którzy przypadkiem spotkają się na początku, pokonają wszelkie przeszkody, by wreszcie być razem – taka konwencja. W związku z tym wybacza się autorce uproszczenia i naiwności. Przecież książka rozrywki i wytchnienia dostarcza, a że odchodzi w dalszoplanowych wątkach od schematów – tym lepiej.

Weronika jest dziennikarką, ale atmosfera w jej pracy daleka jest od doskonałej. Zresztą o zawodowej karierze postaci mowa jest jedynie przez kilka pierwszych stron, potem temat zanika i tylko co pewien czas w pojedynczych frazach Maj o tym przypomina, koncentruje się na pozamedialnych osiągnięciach Weroniki. Poza niezbyt miłą pracą Weronika ma też nadwagę (ale dodatkowe kilogramy tylko dodają jej uroku). Cechą charakterystyczną tej postaci jest również skłonność do snów erotycznych, z których przed finałem zawsze ktoś ją wyrywa. Zwłaszcza na początku tomu bohaterka gdzie padnie, tam we śnie przeżywa rozkosze – właściwie nie wiadomo, po co Maj tak mnoży oniryczne (nie)spełnienia: na jawie więcej jest dyskrecji i wręcz pruderyjności. Weronika ponadto na rauszu przeprowadza skomplikowane procesy myślowe, w wyniku których obrzuca kalumniami ukochanego. Ukochany pojawia się znikąd i jest idealny – tyle że ma w życiu pewien sekret. Stanowi tło dla przerysowanej pod wieloma względami Weroniki.

Para głównych bohaterów nie może niczym zaskoczyć, więc Małgorzata Maj odbija to sobie w tworzeniu ich rodzin. Jerzy wychowywany jest przez dwóch ojców, Żorża i Feliksa – uroczych, dowcipnych i pomysłowych gejów, których obecność ubarwia nie tylko fabułę, ale i narrację. W dodatku opiekuje się kimś, kto przedstawia kaprysy typowe dla ciężarnych kobiet – co stanowi raczej poważną przeszkodę na drodze do wspólnego szczęścia dla Weroniki. Z jej strony z kolei pojawia się despotyczna i skłonna do robienia malowniczych awantur matka oraz nienawidzący kobiet ojciec. Ponadto matka Weroniki wraz z przyjaciółką kobiety znają się na wróżbach, aurach i przewidywaniu przyszłości. Całe to towarzystwo da się lubić i bardzo uatrakcyjnia tom.

Chociaż Małgorzata Maj świetnie tworzy charaktery, mniej udanie radzi sobie z przebiegiem akcji. Nie jest w stanie przekonać czytelników do atmosfery, którą w danej chwili pragnie wywołać. Poczucie zagrożenia blednie, chociaż postacie są nie na żarty przerażone. Niepewność bohaterki co do rozwoju sercowych perypetii dla odbiorców staje się przytłumiona przez świadomość konwencji czytadła. Sporo jest fabularnych pułapek, które przypominają o umowności książkowego świata. Co ciekawe, z lektury nie wybija dobrze prowadzona narracja – Małgorzata Maj ma pisarski warsztat, lecz niezbyt dobrze próbuje rozmieszczać powieściowe akcenty. Jej książka bawi – napisana została z humorem i znajomością zalet czytadeł – ale nie do końca pozwala na zanurzenie się w wyimaginowanej przestrzeni. Zabrakło wyraźnego samookreślenia, sprawdzenia, co jest w akcji najważniejsze i na co powinno się kłaść nacisk – Małgorzata Maj próbuje wszystkiego po trochu i przez to traci rytm książki. Co nie zmienia faktu, że czytelniczki przy lekturze będą się dobrze bawić. W końcu jest w „Weronice” całkiem sporo udanych akcentów humorystycznych, a obok baśniowej miłości pojawia się cały zestaw krzepiących wartości, z przyjaźnią rodzin, wyrozumiałością i mądrością na czele. Wiadomo, co się wydarzy, ale sama droga do finału będzie atrakcyjna na tyle, by wynagrodzić odbiorczyniom wszystkie uproszczenia i umowności.

sobota, 2 marca 2013

Ewa Przybylska: Most nad Missisipi

Akapit Press, Łódź 2012.

Kod blokowiska

Na pewnym osiedlu żyje sobie nastoletni Kuba. Jego naturalnym środowiskiem jest blokowisko i ludzie, których najchętniej większość usunęłaby ze świadomości. Kuba przyjaźni się z Lete, starszą kobietą, która potrafi przejść bramy wyobraźni i zapewnić ucieczkę z ponurej codzienności. Ale Lete kiedyś znika i nie wraca, chociaż obiecała. Kuba prowadzi śledztwo, które doprowadza go do szpitala oraz do chciwych krewnych kobiety, chcących ubezwłasnowolnić staruszkę. Wychowywany przez podwórko dzieciak postanawia zawalczyć o jedyną osobę, dla której coś znaczy. Nie zawaha się przed wydawaniem poleceń dorosłym znajomym – i przed buntem wobec swoich bliskich. Wszystko, żeby ratować bezbronną Lete.

Ewa Przybylska w „Moście nad Missisipi” wybrała narrację ponadrealną, kompletnie oderwaną od świata, który przedstawia. Język relacji uwzniośla obraz, odrywa go od bolesnej przyziemności, a przy okazji pozwala też zgrabnie zamaskować wszelkie odejścia od prawdopodobieństwa. Mały Kuba w normalnych warunkach nie miałby szansy na podjęcie walki z tymi, którzy próbują zniszczyć starszą panią, co więcej – nie miałby żadnego wpływu na dorosłych z marginesu, których sprytem, szantażem lub drwinami zmusza do działania. W tej przestrzeni możliwe jest wszystko – autorka stworzyła scenę degeneracji i ostatecznego upadku – wyzwoleniem może być tylko skazany na porażkę ostatni zryw sprawiedliwości. Kuba go dokonuje, bo nie ma już nic do stracenia. W „Moście nad Missisipi” nie ma mowy o nietypowym czy dziwnym wydarzeniu – punktem wyjścia jest zwyczajna, choć przykra, sytuacja, która dopiero w oczach dzieciaka z blokowiska zyskuje quasi-baśniową oprawę. Wszyscy posługują się językiem półprawd, unikają bezpośredniego nazywania tego, co się stało – w enigmatycznej historii zakodowane zostały wyzwalające wartości, ostatni bastion nadziei.

Ale motyw ocalających uczuć w kontekście „Mostu nad Missisipi” brzmi raczej banalnie i płytko – zwłaszcza że w powierzchniowej warstwie lektury uwagę przykuwa nietypowa poetyka. Ewa Przybylska napisała książkę, nad którą chętnie dyskutować będą dorośli, specjaliści od literatury czwartej. To pozycja, która młodych odbiorców zmusi do myślenia, ambitna i niełatwa – a przy tym wymagająca przełamania autorskiego kodu. Bo świat, który Przybylska opisała, istnieje na wyciągnięcie ręki. Ale język, którym przedstawia się bolesną historię, w niczym nie przypomina opowieści pastiszujących rzeczywistość, zupełnie jakby autorka sięgnęła po urban legend, nie chcąc sugerować czasu ani miejsca akcji.

W „Moście nad Missisipi” nie ma powodu do pytania o szczerość. U źródła historii leży prawda – ale zostaje ona przysłaniana kolejnymi fałszowanymi motywami – i w planie treści, i w planie języka. Deszyfrowanie tych autorskich zabiegów stanie się zatem ważnym lekturowym zadaniem. Ta drobna powieść gęsta jest od ukrytych znaczeń i zawoalowanych komentarzy, kipi od metafor i rozmaitych możliwości interpretacyjnych, natomiast nie dostarcza masowo pojmowanej rozrywki. Tu liczy się psychologia i etyka, pytania o kodeks wartości w nieprzyjaznym świecie i sprawozdanie z utraty. Nie zdziwiłabym się, gdyby „Most nad Missisipi” trafił do kanonu szkolnych lektur – bo warto na niego zwrócić uwagę nastolatków myślących i zbuntowanych.

piątek, 1 marca 2013

Donna Leon: Kwestia wiary

Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Problemy Wenecji

Donna Leon swoje kryminały traktuje nie tylko jako literaturę dostarczającą czytelnikom upragnionej porcji rozrywki. Dała się również poznać – i udowadnia to w każdej kolejnej książce o komisarzu Brunettim – jako wnikliwa obserwatorka życia społecznego we Włoszech. Porusza tematy ważne dla lokalnej społeczności, ale i dające się uogólnić tak, by odbiorcy nie czuli się lekceważeni. Swojemu bohaterowi towarzyszy przez cały czas, zna jego problemy i małe radości, co sprawia, że komisarz Brunetti może naprawdę budzić sympatię czytelników.

W „Kwestii wiary” wymagające śledztwa odkrycia dotyczą nadużyć finansowych. Sprawa jest o tyle delikatna, że dotyczy szanowanej sędzi oraz sądowego woźnego. W dodatku inspektor Vianello odkrywa, że jego krewna trwoni majątek rodzinnej firmy. Tu pomóc może tylko zaufany przyjaciel o błyskotliwym umyśle. Komisarzowi Brunettiemu pracy nie zabraknie, a wiedza o popełnianych przestępstwach nie zatrzyma fali zła. Wkrótce zrobi się znacznie mroczniej.

Tymczasem komisarz Brunetti – jak wszyscy – cierpi z powodu ekstremalnych upałów, marzy o ochłodzie i wypoczynku, najlepiej z dziećmi i kochającą oraz wyrozumiałą żoną, jego centrum normalności. Musi jednak podjąć kolejne wyzwania, bez względu na własne nadzieje o chwili prywatności. Nie da się ukryć: pracoholik Brunetti kocha swój zawód i działania śledcze są dla niego priorytetem w każdej sytuacji. Nawet gdy przyjdzie mu zatrudnić teściową. W „Kwestii wiary” intryga pleciona jest jak francuski warkocz – nowe kwestie dochodzą z czasem, wątki krzyżują się i uzupełniają, ale stale potrzebują dopowiedzeń z zewnątrz. Żeby nie zmęczyć odbiorców meandrami kryminalnych śledztw, Donna Leon rozrzedza fabułę. W tym celu po pierwsze – buduje uproszczony obraz prywatnego życia komisarza Brunettiego (oraz ciekawy portret jego żony), a po drugie – sugeruje zdradzanie psychologicznego podejścia bohatera do przesłuchiwanych. Odbiorcy są tu więc w komfortowej sytuacji – nie tylko mogą obserwować proces docierania do prawdy w zwykłym – zatem mistrzowskim – wykonaniu sympatycznego bohatera, ale również poznają kulisy jego dociekań, cały warsztat śledczego. Dla Donny Leon zresztą kwestie psychologiczne są bardzo istotne i powracają subtelnie przy kolejnych scenkach. Dzięki temu autorka nie musi skupiać się wyłącznie na rozwoju kryminalnej fabuły, a co za tym idzie – poszerza krąg odbiorców. Zadziwiająco pojemna staje się forma kryminału, gdy dla Leon zaczynają się liczyć interpersonalne kontakty oraz tematy społeczne. Nie zapomina przy tym autorka o atmosferze tajemniczości – ale sprawy, którymi na co dzień żyje komisarz Brunetti i jego koledzy po fachu, naturalnie wypływają z rozwoju akcji, Donna Leon unika literackiego fałszu. Widać, że dobrze czuje się w ramach gatunku – a i w wypracowanej przez siebie modyfikacji. Kieszonkowy format książek z serii maskuje ilość rozmaitych wątków i klimatów powieściowej rzeczywistości. Momentami nawet relacje z samego śledztwa przegrywają z przenikliwymi analizami społecznych problemów – w „Kwestii wiary”, wychodzącej od drobnych niepokojów, widać to najlepiej. Komisarz Brunetti zdobył już spore grono wielbicieli – i w najnowszej książce Donny Leon nie straci ich zaufania. „Kwestia wiary” ma cechy klasycznego kryminału, a dodatkowo porusza zagadnienia istotne dla czytelników, niełatwe chociaż potrzebne – a wszystko to w rozrywkowej i gęstej narracji.