* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 11 maja 2011

Jan Brzechwa: Wiersze i wierszyki dla najmłodszych

Wilga, Warszawa 2011.

Znane raz jeszcze

Są takie nieśmiertelne utwory, na których kolejne pokolenia maluchów rozpoczynają swoją przygodę z literaturą. Bez przerwy wznawiane z coraz to inną szatą graficzną, ku uciesze dzieci i rodziców, bajki, o których nie można zapomnieć, stają się częścią kulturowego dziedzictwa. Gdyby chcieć zliczyć wszystkie publikacje wierszyków Jana Brzechwy, okazałoby się zapewne, że mamy do czynienia z pokaźną biblioteką. Do tego zestawu dochodzi teraz następny wybór, tym razem przygotowany dla najmłodszych odbiorców – „Wiersze i wierszyki dla najmłodszych” (to także tytuł całej serii), opublikowany przez Wilgę. Wydawnictwo proponuje dzieciom klasykę w atrakcyjnym dla nich formacie (książki mają kształt kwadratu o zaokrąglonych – ze względów bezpieczeństwa – rogach). Lekturze towarzyszyć będą przyjemne doznania zmysłowe, czemu przysłuży się miękka okładka. Z kolei sztywne kartonowe kartki to także ukłon w stronę najmłodszych fanów Brzechwy – książeczki nie da się łatwo zniszczyć.

Publikacja jest duża i bajecznie kolorowa: każda para sąsiadujących ze sobą stron przynosi inną – soczystą – barwę tła i kontrastujące z nim (ale w przyjemny sposób) przedmioty i bohaterów. Autorką ilustracji jest Marianna Jagoda-Mioduszewska. Postawiła ona na zaburzenia perspektywy, jej obrazki zapełniane są przez sylwetki zwierząt o zróżnicowanej wielkości i „zachwianym” pionie. Same postacie przypominają twory dziecięcej wyobraźni czy też produkty łagodniejszych kreskówek – ilustratorka wybiera uśmiechnięte i sympatyczne pyszczki, okrągłe oczy okolone rzęsami i fantazyjne – choć nawiązujące do rzeczywistości – kolory. Z rzadka proponuje kolaże (tym zaskoczy maluchy na przykład przy wierszyku o ciotce Danucie, kiedy to z drutów bohaterki spływa… fotografia prawdziwej dzianiny). Widać też, że Jagoda-Mioduszewska chce oddalić skojarzenia z komputerowo obrabianymi rysunkami i stara się, by widoczna była faktura tła (za każdym razem inna, choć przecież wiele razy na obrazkach dają się zauważyć – przynajmniej dorosłym – wstawki z programów graficznych, powtarzające się jaśniejsze motywy czy wycinane i sklejane ze sobą płaszczyzny). Ilustratorka lubi zresztą owe rozpraszające monotonię i przyciągające wzrok zabiegi – chętnie sięga po nieistotne dla tekstu, a ważne dla ostatecznego kształtu obrazka kropki, zawijasy czy kwiatki, którymi przyozdabia kolejne mniej ważne partie rysunków. Wybiera, mimo zamiłowania do bajkowych min postaci, raczej dosłowność: igła i nitka na jej ilustracjach nie ożyją, by we wspólnym tańcu uszyć fartuch, a ciotka Danuta siedzi wygodnie w fotelu (pamiętam wydanie z mojego dzieciństwa, kiedy rysownik podążał za absurdalną wyobraźnią poety). To jednak nie będzie akurat przeszkadzało najmłodszych, do których książeczka jest kierowana.

W wyborze wierszy znalazły się zarówno te najbardziej znane (o robaczku, który miał chęć na befsztyczek, czy o chorej żabie), takie, o których w końcu się zapomina (rozmowa żuka z biedronką, zestaw psich smutków), czy te mniej kojarzone (bajka o kosie czy o żółwiu). Wszystkie jednak charakteryzuje melodyjność, która spodoba się maluchom, a także poczucie humoru – to przypadnie do gustu zwłaszcza ich starszemu rodzeństwu. Chociaż z czasem wyrasta się z bajek, miło powracać po latach do wierszyków, które budzą wspomnienia dzieciństwa. Części maluchów Brzechwa będzie się kojarzył właśnie z tym wydaniem.

wtorek, 10 maja 2011

Trudy Friend: Przewodnik artysty. Pejzaże, kwiaty, zwierzęta

Muza SA, Warszawa 2011.

Sztuka malowania

Na rynku wydawniczym istnieje całkiem spro publikacji, które mają pomóc odbiorcom w rozwinięciu talentów rysunkowych – przy założeniu, że takie umiejętności da się wyćwiczyć, zaangażowaniu oraz chęci odniesienia prywatnego sukcesu można zatem znaleźć atrakcyjne i dające satysfakcję hobby. Ale co dalej? Dalej pojawia się „Przewodnik artysty” autorstwa Trudy Friend, poradnik dla tych już odrobinę wprawionych w rysowaniu i malowaniu. Friend skupia się na trzech akcentowanych w podtytule tematach, podpowiada, jak odwzorowywać pejzaże, kwiaty oraz zwierzęta – koncentruje się zatem na tych elementach, które najbardziej interesują początkujących twórców. Tyle że stopień zaawansowania jej prac i wskazówek wyraźnie kieruje tom w stronę bardziej doświadczonych artystów.

Autorka przyjęła rolę osoby prowadzącej kurs malowania i rysunku dla nieco zaawansowanych. Każdy rozdział rozpoczyna serią ćwiczeń i wprawek, próbuje oswoić odbiorców z określonymi przyborami malarskimi oraz technikami ich używania. Tu ze stawianych na szybko kresek i krzyżyków wyłaniają się liście drzew, a z innych kształtów chmury, elewacje starych budynków czy powierzchnia wody. Następnie wybiera Trudy Friend metodę wskazywania problemów i sposoby ich omijania. W tym celu prezentuje szkice nieudane, niedopracowane i pełne błędów, które zaburzają realizm całości – by na następnej stronie zaprezentować poprawnie wykonane obrazy. Wielu początkujących artystów nie osiągnie jednak nawet poziomu złego rysunku, dlatego też „Przewodnik” polecić można przede wszystkim osobom, które chcą rozwijać swój talent.

Pojawiają się w książce odpowiedzi technik, które zaskakują (malowanie pnia drzewa przez przesuwanie kropli farby) i szczegóły realistycznych kompozycji – Friend nie ma czasu, by krok po kroku ukazywać powstawanie dzieła, skupia się jedynie na obecnych w nim detalach: fakturach i cieniach – o ile więc po lekturze czytelnicy nie powinni mieć problemów z odwzorowywaniem drzew czy chmur, o tyle już pejzaż miejski może jedynie przyprawić ich o rozpacz bądź kompleksy.

Sporo miejsca w tomie, zwłaszcza w pierwszej i drugiej jego części, zajmują zagadnienia związane z kompozycją. Autorka stoi na stanowisku, że nie trzeba wiernie odtwarzać tego, co jawi się naszym oczom: dla dobra rysunku czasem wystarczy usunąć jakiś dom, domalować więcej drzew czy dodać elementy, których w zasięgu wzroku nie ma – to ulepszanie rzeczywistości stanowi wyższy stopień malarskiego wtajemniczenia, ale bez wątpienia nauczy odbiorców oglądania potencjalnych kadrów.

Modelowe obrazki autorki są przepiękne i wręcz kipią od detali, a części wskazówek warto poświęcić więcej czasu. Rysowanie małych partii prac wydaje się tak proste, że każdy będzie chciał spróbować swoich sił w tej sztuce – mając pod ręką naprawdę dobry przewodnik. Reszta – być może – przyjdzie później. Warto skupić się nie tylko na „litym” tekście, ale i na uwagach wokół rysunków – krótkie hasła, odsyłające do konkretnych miejsc ilustracji wnoszą naprawdę wiele do świadomości twórców. Trudy Friend zwraca uwagę na proste błędy, które bez wielkiego wysiłku można wyeliminować, pod warunkiem, że zdaje się sobie z nich sprawę. Z „Przewodnikiem artysty” łatwiej będzie doskonalić umiejętności i tworzyć realistyczne obrazy, które wprawią w zachwyt nie tylko znajomych.

Co najważniejsze – wcale nie trzeba być artystą, żeby czerpać przyjemność z przeglądania tej publikacji: samo obserwowanie procesu twórczego, poszczególnych składników obrazów, już może cieszyć. W „Przewodniku artysty” Trudy Friend zrezygnowała z banalnych uwag i prób przekonywania, że każdy może malować – jej poradnik nie jest więc kolejną naiwną książką, ale wartościowym podręcznikiem specjalistycznym.

poniedziałek, 9 maja 2011

Aleksandra Niżyńska: Street art jako alternatywna forma debaty publicznej w przestrzeni miejskiej

Trio, Warszawa 2011.

Napisy na murach

Spośród różnych rodzajów sztuki ta, która wychodzi na ulice, ma największe szanse na dotarcie do szerokiego grona odbiorców – ale też trzeba pogłębiania świadomości społecznej, by rozmaite formy ekspresji w przestrzeni miejskiej zaczęły być postrzegane w kategoriach artyzmu, nie wandalizmu. W ramach walki o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury wiele miast sięgnęło po festiwale street artu – upiększanie ponurych murów miało nie tylko uczynić miasta bardziej kolorowymi i wesołymi, ale też zainteresować mieszkańców alternatywnymi działaniami twórczymi. Street art zaczyna być w Polsce coraz bardziej popularną dziedziną sztuki, nic więc dziwnego, że interesują się nią również badacze. Kto chciałby usystematyzować swoją wiedzę na temat street artu lub zrozumieć idee przyświecające autorom murali czy vlepek, powinien sięgnąć po publikację „Street art jako alternatywna forma debaty publicznej w przestrzeni miejskiej”.

Książka ta powstała na bazie pracy magisterskiej Aleksandry Niżyńskiej – lecz łatwo zauważyć, że autorka charakteryzuje się umiejętnością precyzyjnego formułowania myśli i dążeniem do stworzenia syntezy zjawiska. Tom jest pracą naukową, rozdziały teoretyczne przeciętnemu odbiorcy mogą się zatem wydać ciężkie w lekturze – inaczej będzie natomiast z partiami, w których Niżyńska opisuje konkretne działania artystyczne w ramach street artu. Zwłaszcza że część teoretyczna poświęcona jest zagadnieniu, które pewnej grupie czytelników może się wydać niestrawne, to jest związkowi street artu, debaty publicznej i polityki. Położenie nacisku na zaangażowanie społeczno-polityczne oddala, rzecz jasna, aspekty estetyczne i spycha samą sztukę na dalszy plan. Potem jednak Aleksandra Niżyńska sięga po kilka sposobów artystycznej manifestacji: przedstawia projekty Joanny Rajkowskiej oraz animatora bródnowskiej społeczności Pawła Althamera, przedstawia udane i nieudane twórcze pomysły przez ich wpływ na życie mieszkańców (w tym celu przeprowadza ciekawe rozmowy z mieszkańcami zaangażowanymi w projekty i z ich obserwatorami). Przechodzi następnie do tych form street artu, które wpisują się już w życie miast: jej systematyzacja pozwoli nie tylko na lepszą orientację w przestrzeni miejskiej sztuki, ale i na zrozumienie działań promocyjnych części dużych firm, które coraz agresywniej wkraczają w świat twórczości zaangażowanej. Niżyńska pokazuje również zjawisko instytucjonalizacji street artu – obrazuje więc przemiany tego odgałęzienia artystyczno-politycznej działalności. Koncentruje się na wycinku sztuki, nie próbuje przywoływać dużej liczby przykładów, wybiera zaledwie kilka i na ich podstawie wyciąga ogólniejsze wnioski. W ten sposób może zaostrzyć apetyty tych odbiorców, którzy chcieliby poznać jak najwięcej styli, twórców czy celów, dla których malowane są mury. Niżyńska daje dobry punkt wyjścia do dalszych poszukiwań streetartowych realizacji, ale w pewnym momencie przestaje wystarczać.

Do książki dołączonych zostało kilkanaście fotografii, ukazujących działania miejskich artystów – część ilustruje prezentowane w publikacji twórcze eksperymenty, część ukazuje, jak wiele jeszcze stawiający pierwsze kroki w temacie będą musieli doczytać z innych źródeł. Nie ulega jednak wątpliwości, że „Street art” to praca przydatna i ciekawa.

niedziela, 8 maja 2011

Marta Szarejko: Nie ma o czym mówić

AMEA, Liszki 2010.


Literatura na marginesie

Oczywisty pomysł. Literatura na wyciągnięcie (proszącej o datki) ręki. Wystarczy tylko na moment przystanąć, zajrzeć w oczy, wysłuchać. Pokonać strach albo wstręt. Bez wysiłku, bez podziwu, z dala od ugrzecznionego świata. Z polifonicznej historii szybko wyłoni się zakotwiczona w fantastycznej wyobraźni prawda o marginesie społeczeństwa, o ludziach, których większość najchętniej by nie zauważała. Tymczasem niewidzialni też mają głos, mają swoje – nie zawsze prawdziwe, ale czy o realizm tu chodzi? – opowieści, które powinny wzbudzić jeśli nie litość to przynajmniej zainteresowanie spieszących się rodaków. Wołanie o to, by zatrzymać się nad losem kloszardów (tych, którzy taki styl życia świadomie wybrali, ale i tych, którzy nie znaleźli innego wyjścia), przez nich samych rozbudowywane, nie może jednak przynieść efektu.

Marta Szarejko w „Nie ma o czym mówić” podsłuchuje oralną literaturę dworcową. Oddaje głos postaciom odrzuconym i zagubionym, tym, które straciły zdrowe zmysły i tym, które od rzeczywistości wolą barwny świat snów. „Cytuje” zagubionych i nieszczęśliwych – oraz degeneratów. Nawiązuje do typowych monologów tych, którzy nauczyli się wykorzystywać ludzką naiwność i żerować na litości, a obok nich proponuje opowieści oryginalne, zrodzone w okaleczonych umysłach, nieskrępowanych już żadnymi konwencjami.

W pierwszej części tego niewielkiego tomiku autorka oddaje głos bohaterom, przywołuje historie, jakie każdy może usłyszeć: typowe pomysły naciągaczy i ograne chwyty – ale też i nietuzinkowe relacje: sny Cyganki, zamknięte w pojedynczych akapitach czy obserwacje czynione przez ludzi, którzy mają dużo wolnego czasu. W tych miniaturach łatwo odnaleźć ślady poetyckości, spojrzenie z innej perspektywy niejednokrotnie zaskoczy czytelników i pozwoli na chwilę refleksji. Mało tego: przekształci ludzi z marginesu w postacie barwne, z intruzów przemieni ich w literatów. Drugą partię książki stanowią charaktery złamane chorobami psychicznymi: każdy z bohaterów ma tu swoją prywatną obsesję, od której nie jest w stanie się uwolnić. Część nie może znieść upodlenia i dąży do osiągnięcia przynajmniej namiastki doskonałości, część odchodzi od zdrowych zmysłów, część ma nerwicę natręctw – łączy ich jedno: przekonanie o słuszności własnych poczynań. To świat jest zły, szalony czy głupi, nie oni: na marginesie społeczeństwa znajdują się najbardziej normalni ludzie, to tylko świat jest nienormalny. Trzecia część tomu, jako jedyna, została zatytułowana. To księga skarg i zażaleń – zbiór odchyleń od zwyczajności, postrzeganych oczami zaangażowanych w konflikty osób. Marta Szarejko eksperymentuje tu z różnymi gatunkami, próbując wypracować podwójne spojrzenie na zdegenerowany mikrokosmos – od wewnątrz – co usiłowała uzyskać w całym tomie – oraz od zewnątrz (chociaż nie jest powiedziane, że obserwatorzy nie mają swoich obsesji i przynależą do normalnej rzeczywistości).

„Nie ma o czym mówić” to publikacja ciekawa od strony literackiej: język podlega tu niespodziewanemu kształtowaniu, ujawnia swoją plastyczność i prowadzi w głąb prezentowanych, ultrakrótkich historii. Ale staje się także przekornym zwierciadłem współczesności: odbija i zwielokrotnia to, co chciałoby się ukryć i przemilczeć. Dobry słuch językowy pomaga autorce w kreowaniu postaci – ludzi spychanych na margines. Jest Marta Szarejko przekonująca.

sobota, 7 maja 2011

Gretchen Rubin: Projekt szczęście

WNK, Warszawa 2011.

Żyć szczęśliwie

Istnieje mnóstwo cytatów i aforyzmów poświęconych tematowi szczęścia. W lapidarnych sformułowaniach i rozbudowanych powieściach autorzy poszukują jednej niezawodnej recepty, która pozwoli na zwiększenie poziomu szczęśliwości i zapewni radość każdemu człowiekowi. Ale stosunkowo rzadko zdarzają się twórcy pokroju Gretchen Rubin, którzy próbują istnienie szczęścia zamknąć w ściśle określonych systemach zachowań – i którzy decydują się poświęcić rok własnego życia na studiowanie istoty bycia szczęśliwym. Co więcej: niewielu ludzi wierzy, że tego typu doświadczenia da się uogólnić i polecać innym. Gretchen Rubin nie dopuszcza do siebie myśli, że szczęście jest sprawą indywidualną każdego człowieka i dzieli się z odbiorcami całą serią pomysłów na poprawienie samopoczucia. Tym właśnie jest „Projekt szczęście”: rozpisanym na miesiące zestawem zadań i refleksji na najważniejsze dla autorki tematy.

Gretchen Rubin łączy w swojej książce wnioski wyciągane z lektur o szczęściu i samodzielnie prowadzonych obserwacji z próbą metodycznego ujęcia porad – i zwierzeniami, dotyczącymi wcielania owych porad w codzienne życie. Na początku roku planuje, czym będzie się zajmować w ciągu kolejnych 365 dni, wyznacza sobie cele i zadania – czasem poważne i brzmiące niezwykle w kontekście mówienia o szczęściu (rozmyślania o przemijaniu i śmierci), czasem przyziemne i rażące swoją trywialnością (by zawsze mieć w zapasie rolkę papieru toaletowego). Przywołuje spostrzeżenia psychologów i bez przerwy analizuje swoje życie, nie szczędząc osobistych przykładów – i komentarzy związanych z zachowaniami czy reakcjami męża. Niekiedy ma się wrażenie, że książka jest studium wywoływania i łagodzenia małżeńskich konfliktów, tak uparcie Rubin powraca do sfery drobnych nieporozumień z mężem.

Trafi się w tym obszernym tomie wiele wskazówek, które warto wykorzystać, ale i cały szereg naiwnych uwag, tak typowych dla amerykańskich poradników spod znaku retoryki sukcesu (przytulanie, które musi trwać co najmniej sześć sekund, żeby było skuteczne). Gretchen Rubin jest entuzjastycznie nastawiona do swojego projektu i nie dostrzega jego słabych stron (metodą pisania przeszło półtora tysiąca słów dziennie tworzy w miesiąc „powieść”: czerpie satysfakcję z tego, że jej się udało, ale nie zastanawia się nad tym, czy powstałe w ten sposób dzieło jest cokolwiek warte pod względem literackim). Zdarza się, że autorka irytuje ciągłym podekscytowaniem bądź optymizmem, zbyt tanim, by mógł pełnić rolę perswazyjną, śmieszy infantylizmem – ale też niejeden raz podrzuci rady naprawdę cenne.

„Projekt szczęście” różni się od typowych publikacji, mówiących, jak zmienić swoje życie. Obok zestawu ćwiczeń i wskazówek zawiera bowiem całe mnóstwo anegdot z przebiegu eksperymentu – oraz opinii innych, czytelników bloga autorki. To już nie suchy podręcznik, a pamiętnikopodobna, skrząca się emocjami, barwna pozycja dla tych, którzy są gotowi podjąć wyzwanie, by stać się bardziej szczęśliwymi ludźmi. Gretchen Rubin zauważyła podczas szukania własnej recepty na szczęście, że zapis indywidualnych doświadczeń był dla niej za każdym razem ważniejszy niż ogólnikowe porady – z tego też względu zdecydowała się na ubarwianie relacji z projektu notatkami z codzienności.

„Jestem szczęśliwa, ale mogę być szczęśliwsza” stwierdziła autorka pewnego dnia. I jeśli tylko czytelników nie będzie irytować szczęście odmieniane przez przypadki i perswazje, by polepszyć swoje samopoczucie – mogą z „Projektu szczęście” zaczerpnąć parę sensownych porad.

piątek, 6 maja 2011

Martin Widmark, Helena Willis: Tajemnica zwierząt

Zakamarki, Poznań 2011.

Śledztwo w sprawie świnek

Lasse i Maja prowadzą własne biuro detektywistyczne – o tym wiedzą wszyscy, nawet komisarz policji chętnie współpracuje z parą błyskotliwych kilkulatków i korzysta z ich podpowiedzi. Lasse i Maja mają na koncie mnóstwo rozwiązanych spraw (ich przygody zostały opisane już w dwunastu książeczkach – a to nie koniec cyklu), więc z chęcią podejmują kolejne wyzwania. W „Tajemnicy zwierząt” dzieci mogą wreszcie przejść od procesu dedukcji (który to sposób rozstrzygania trudnych kwestii dominował dotąd) do prawdziwego detektywistycznego działania: mali bohaterowie fotografują wszystko, co ma związek z aktualnie prowadzoną sprawą, mierzą pozostawione przez sprawców ślady i notują wszystkie dane, żeby nie zgubić się w gąszczu informacji, czasem chaotycznych i pozornie nieprzydatnych.

A sprawa ma tym razem prawdziwy posmak kryminalny, w dodatku budzi sprzeciw nie tylko postaci: ktoś prawdopodobnie usiłuje otruć zwierzęta w sklepie zoologicznym. Nie można tego inaczej wyjaśnić: ptaki, króliki, świnki morskie, a nawet rybki są osowiałe i całymi dniami śpią, jakby ktoś dosypywał im truciznę do witamin. Lasse i Maja nie mogą tego tak zostawić: wspólnie z przyjaciółką, córką dyrektora cyrku, Mirandą, zabierają się do rozwikłania trudnej zagadki. Przy okazji trafiają na trop dziwnych konfliktów, rozgrywających się w otoczeniu sklepu. Tu już nie wystarczy przenikliwy umysł – trzeba będzie sprytu, czujności, spostrzegawczości, a także nie lada odwagi, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w sklepie. Lasse i Maja, wspierani przez dzielną Mirandę, która nieźle radzi sobie z wyzwaniem, muszą przecież uratować zwierzęta: jeśli oni nie pomogą właścicielowi sklepu, nikt tego nie zrobi.

Martin Widmark postawił na odważną i emocjonującą fabułkę, wybrał opowieść, która rozgrywa się szybko, ale jednocześnie pełna jest nietypowych zwrotów akcji i rozwiązań, których naprawdę nie da się przewidzieć. Jak zwykle każdy z podejrzanych ma swoje powody, by dopuścić się niecnego czynu – wytłumaczenie (i właściwy przebieg wydarzeń, który łagodzi wyjściowe założenia) leży gdzie indziej i małym odbiorcom trudno będzie domyślić się, co naprawdę działo się w sklepie – mimo że Widmark bardzo dba o szczegóły i proponuje cały szereg trudnych do jednoznacznej oceny (dla niewtajemniczonych) zjawisk, których sens wychodzi na jaw dopiero po rozstrzygnięciu kryminalnych łamigłówek.

Duży druk i taka interlinia sprawiają, że małym odbiorcom łatwiej będzie przyswajać tekst. Proces czytania okaże się tym przyjemniejszy, że prowadzi przez lekturę imitującą dorosłe powieści, wyzwalającą dreszczyk emocji i pełną zagadek. Widmark zadbał o to, by czytelnicy ani przez moment się nie nudzili i mogli ze swoimi ulubionymi bohaterami podążać tropem przestępców. W książce wartka akcja jest równie ważna jak logiczne rozwiązania – i jedno, i drugie dla dzieci powinno być magnesem, przykuwającym uwagę.

czwartek, 5 maja 2011

Paul Martin: Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu

Muza SA, Warszawa 2011.

Tajemnica snu

Sen należy do tych funkcji życiowych człowieka, które wciąż jeszcze, mimo rozwoju nauki, budzą sporo pytań. Oniryczne rojenia straciły swoje miejsce w literaturze, ale ciągle jeszcze rozpalają wyobraźnię. Dla tych, którzy chcieliby lepiej poznać naturę snu, przeznaczona jest apetyczna książka Paula Martina „Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu”. Choć publikacja traktuje o senności, nie ma obaw, że czytelnicy usną nad nią z nudów; wręcz przeciwnie: będą z ciekawością chłonąć każde słowo, bo autorowi udało się połączyć skomplikowane niekiedy informacje z lekkim, eseistycznym stylem. Mało tego, od czasu do czasu Martin pozwala sobie na dowcipne komentarze – wiadomości spuentowane z przymrużeniem oka łatwo zapadają w pamięć i działają na wyobraźnię.

Książka zaspokaja ciekawość i prowadzi odbiorców w wielu kierunkach. Czytelnicy dowiedzą się z niej, z jakich faz składa się sen i jak zachowuje się śpiący człowiek, sprawdzą, jak poprawić jakość snu i jak panować nad własnym zegarem biologicznym. Poznają możliwości śnienia świadomego i tajniki snów. Ale ogromna część tej publikacji poświęcona została zaburzeniom związanym ze snami. Paul Martin interesuje się współczesną kulturą i cywilizacją, która sen uważa za niepotrzebny kaprys – i z racji jego rzekomej bezproduktywności – spycha na margines. W książce pojawią się zatem pytania o konsekwencje niedoboru snu, choroby i niebezpieczeństwa stąd płynące oraz przyczyny bezsenności. Autor zajmie się porównywaniem objawów zmęczenia i kaca oraz ekstremalnymi wyzwaniami, związanymi z brakiem snu. Nie pomija też analiz wpływu snu na zdrowie człowieka oraz znaczenia snu w historii. Kiedy już podstawowe informacje związane z tematem wyczerpie, zacznie szukać ciekawostek: opowie między innymi o nocnych erekcjach i ziewaniu oraz o czynnikach wywołujących i rozpraszających senność. Zapyta o nietypowe lub stereotypowe zachowania – lunatykowanie, koszmary czy chrapanie, aż po niebezpieczne zaburzenia pracy organizmu. Odwoła się wreszcie do związanych z zasypianiem przyjemności – włącznie z krótkim przeglądem ewolucji w produkowaniu łóżek.

W „Liczeniu baranów” Paul Martin niemal bez przerwy opisuje eksperymenty psychologów i wyniki badań – ale naukowe wywody cały czas przeplata… odwołaniami do literatury. Motta, otwierające kolejne rozdziały, często pochodzą z Szekspira (kto by przypuszczał, że znajdzie się u niego aż tak wiele opisów związanych ze snem?), ale odkrycia i spostrzeżenia pisarzy powracają w tomie niemal bez przerwy – na prawach anegdotycznych obserwacji i tez. To zestawienie realności i fikcji, trywialności i kreowania świata jest jednocześnie próbą zderzenia prawd i mitów na temat snów. Martin stara się rozwiewać wątpliwości, ale w wielu momentach może tylko („tylko”) stawiać kolejne pytania. Dzięki temu lekturowa podróż przez sen poza przyjemnościami poznawczymi dostarczy również tematów do przemyśleń.

Autor fachowe opinie i doświadczenia opisuje przystępnym językiem. To wielka zaleta publikacji: sięgnąć po nią może praktycznie każdy, kto ma ochotę dowiedzieć się czegoś o naturze snów. Dla wielu odbiorców tom może stać się przestrogą bądź poważnym ostrzeżeniem: część czytelników zapewne nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji lekceważenia snu. Przed szkodliwym dla zdrowia niedoborem wypoczynku Paul Martin umiejętnie ostrzega. Podpowiada też, co zrobić, by czerpać większą przyjemność ze spania; ma zatem ta książka również wymiar praktyczny. Czyta się ją lekko i z rosnącą ciekawością – a nierzadko i z uśmiechem. To coś dla śpiochów i pracoholików, dla których sen jest niepotrzebną fanaberią.