* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AMEA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AMEA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2011

Praca zbiorowa: Wbrew naturze

Amea, Liszki 2010.

Kres życia w obrazkach

Chociaż nieobecność starości w kulturze masowej została już dawno zauważona i opisana, nie robi się wiele, by ten stan rzeczy zmienić. Starość przegrywa, nie jest medialna, atrakcyjna dla konsumentów kultury, przynosi strach przed przemijaniem i zbyt mocno przypomina o zbliżającej się śmierci. Starość nie jest samowystarczalna, wymaga pomocy drugiego człowieka, poświęcenia, na jakie ciężko się czasem zdobyć. Smutny stereotyp starości nakazuje dostrzeganie tylko jej negatywnych stron.

Trochę mnie zaskoczyło, że antologia „Wbrew naturze”, zamiast próbować podjąć walkę z tym zjawiskiem, z jednostronnym oglądem tematu, raczej podsyca stereotyp i czerpie z niego pełnymi garściami. Książka, w której starość miała być tematem wiodącym, przynosi zbiór obrazków potwierdzających automatyczne skojarzenia z tym wątkiem. Być może dlatego, że autorzy to w większości młodzi ludzie, którym podeszły wiek jeszcze z niczym się nie kojarzy – i brak własnych doświadczeń zamaskować próbują zestawem truizmów? W efekcie podczas lektury będzie można podziwiać sprawność warsztatową twórców, czasem niebanalny koncept czy puentę, ale nie starość jako taką. Starość bowiem wybrzmi tu tak samo przygnębiająco jak w wyobraźni większości odbiorców. Ucieczka z kolein politycznej poprawności, nakazującej sprzeniewierzenie się krzywdzącym opiniom, zaowocować musiała wpadnięciem w drugą pułapkę, w potwierdzenie stereotypu.

U Aidy Amer pojawia się motyw sobowtóra wtrąconego w alternatywne środowisko. Natalia Bobrowska postawiła na znikanie, Agnieszka Drotkiewicz pokazuje starość przefiltrowaną przez punkt widzenia nieszczególnie oddanej opiekunki, co interesująco koresponduje z opowiadaniem Anny Janko. Włodzimierz Kowalewski wybrał filozoficzną refleksję nad kontrastem między starością i młodością, a Marcin Królik z dziadka uczynił obrońcę przed potworami dzieciństwa. Roman Lipczyński, autor fotografii i najkrótszego w tomie tekstu, odchodzi od rutyny i ostrożności w swoim buntowniczym, sprzecznym z poetyką starości, szkicu prezentuje pomysłową metaforę procesu starzenia się. Marta Mizuro za to zamiast starości wybrała równie stereotypowo zrealizowany temat – dziewczyńskiego dojrzewania. Grażyna Plebanek starość widzi jako tęsknotę za ukochaną osobą, Beata Rudzińska – jako zderzenie pokoleń w obrazach matki i córki. Zyta Rudzka kieruje się do antykwariatu, Hanna Samson pokazuje starość jako chorobę i śmierć matki. Tomasz Sobieraj sięga po nadzieję i lęki, Iza Sowa – po rutynę starego małżeństwa, które nie potrzebuje zdobyczy młodości. Joanna Stróżniak ładnie zagrała nierealistyczną przemianą w starą bohaterkę (i to drugi, obok Lipczyńskiego, komentarz, który mocno się w książce wyróżnia – i przekonuje). Michał Sufin postawił na wyrazistość bohaterki przeniesionej z PRL-u, a Izabela Szolc zdecydowała się na grę na emocjach. Do tego dochodzą jeszcze zdjęcia, zamykające każdy tekst – prace Lipczyńskiego, pełne symboli i czekające na interpretacje, przynajmniej czasem uwalniające się od stereotypów.

„Wbrew naturze” nie przyniesie wielkich zadziwień czy motywów, które do tej pory mogły umknąć odbiorców przy koheletowych rozważaniach. Wydaje się raczej zbiorem wypracowań (dobrych literacko, to fakt) na temat, niż rzeczywistym poszukiwaniem istoty zagadnienia. Starość, chociaż przybiera różne oblicza, nie zmienia się w kolejnych opowiadaniach, nawet jeśli zmieni się styl mówienia o niej. Nie wiem, czy to sukces czy porażka autorów.

sobota, 14 maja 2011

Izabela Szolc: Naga

AMEA, Liszki 2010.

Kobiecość nieujarzmiona

Nie zamierzam czytać literatury teoriami genderowymi, tworzenie i rozdmuchiwanie znaczenia literackich więzień wydaje mi się pozbawione sensu. Jeśli pierwsze zdanie na okładce „Nagiej” Izabeli Szolc głosi, że „Naga to literacka esencja kobiecości” mam ochotę wstawić między dwa ostatnie słowa dopowiedzenie, którego tu zabrakło: „stereotypu”. Stereotypu kobiecości. Chyba że przyjmiemy, że kobiecość sprowadza się do waginy i uzewnętrzniania dwóch silnych uczuć – miłości i nienawiści. Jeżeli tak, to współczuję. Podobne postrzeganie świata musi być bardzo nudne.

„Naga” to zbió® opowiadań o stereotypowej, boleśnie stypizowanej kobiecości. Jednej z bohaterek życie rozpada się z przyjściem wiadomości, że jej mąż ma dziecko z inną kobietą (nie dopuścił się zdrady, to dziecko z wcześniejszego związku), kolejna walczy o miłość ukochanej z… górami – pasja za każdym razem wygrywa z trudnym uczuciem. Inna kobieta zanurza się w retrospekcjach, by od nienawiści do matki przejść do przekonania o miłości do rodzicielki. Któraś z pań jest w ciąży, pewna dziewczyna nosi traumę po tym, jak została zgwałcona – ale próbuje przezwyciężyć wspomnienia dla dobra jej związku. Maria Skłodowska cierpi po śmierci męża, a następna z szeregu bezimiennych bohaterek chce mieć dziecko, by w ten samolubny sposób zagłuszyć własną samotność. Wszystko obraca się wokół macierzyństwa i/lub seksu – świat kobiet zawęża się do pożądania i pragnienia posiadania dziecka. Obrazki to nie dość, że jednostronne, to jeszcze nie zawsze przekonujące.

Mam wrażenie, że Izabela Szolc na siłę próbuje zrozumieć swoje bohaterki i wtłoczyć je w ramy genderowych schematów, a przez to wpada w pułapkę nieoryginalności. Chce ratować fabułki opowiadań, wprowadzając do nich elementy lekko egzotyczne (wspinaczka górska) – ale w tych momentach gubi się w prawdopodobieństwie. Jeśli przekona jako noblistka w ludzkim (nie: kobiecym) studium cierpienia, to kompletnie zawiedzie w motywie transseksualizmu. Kiedy proponuje ciekawą poetykę w opowiadaniu o oszukanej kobiecie, nie jest wiarygodna w historii molestowanej przez ojca Alicji. Cała „Naga” staje się huśtawką, zestawem opowieści raz czerpiących z bogatej wyobraźni, raz – z banału. Być może to moje uprzedzenia do teorii gender dyktują taką ocenę – ale te drugie historie wydają się zbyt wymuszone, by dobrze sprawdziły się w tomiku. Zupełnie jakby rozrastająca się bez kontroli Kobiecość przygłuszała fabułę, pomysł na kreację postaci, realizm. Ta autodestrukcyjność części opowiadań rzuca się w oczy – mimo że przecież czytelnikom nie wmawia się, że mają do czynienia z czymś innym niż feministyczne wywody.

Izabela Szolc szuka różnych środków wyrazu, stara się ową groźną Kobiecość oglądać z różnych stron – stąd rozmaitość bohaterek: matki i córki, kochanki, żony, wdowy, święte i nieczyste. Tylko że wszystkie ich historie sprowadzają się do jednej, Kobiecość w charakterze koszmaru wypełza z kolejnych akapitów i niszczy wszystko, co znajdzie się na jej drodze. Jak tu po takim tomie uwierzyć w sens płciowych podziałów w literaturze? Kobiecość nie musi chyba być manifestowana przez podpaski (zawsze grube) i włosy łonowe?
Nie wierzę Szolc. I cieszę się, że nie muszę.

niedziela, 8 maja 2011

Marta Szarejko: Nie ma o czym mówić

AMEA, Liszki 2010.


Literatura na marginesie

Oczywisty pomysł. Literatura na wyciągnięcie (proszącej o datki) ręki. Wystarczy tylko na moment przystanąć, zajrzeć w oczy, wysłuchać. Pokonać strach albo wstręt. Bez wysiłku, bez podziwu, z dala od ugrzecznionego świata. Z polifonicznej historii szybko wyłoni się zakotwiczona w fantastycznej wyobraźni prawda o marginesie społeczeństwa, o ludziach, których większość najchętniej by nie zauważała. Tymczasem niewidzialni też mają głos, mają swoje – nie zawsze prawdziwe, ale czy o realizm tu chodzi? – opowieści, które powinny wzbudzić jeśli nie litość to przynajmniej zainteresowanie spieszących się rodaków. Wołanie o to, by zatrzymać się nad losem kloszardów (tych, którzy taki styl życia świadomie wybrali, ale i tych, którzy nie znaleźli innego wyjścia), przez nich samych rozbudowywane, nie może jednak przynieść efektu.

Marta Szarejko w „Nie ma o czym mówić” podsłuchuje oralną literaturę dworcową. Oddaje głos postaciom odrzuconym i zagubionym, tym, które straciły zdrowe zmysły i tym, które od rzeczywistości wolą barwny świat snów. „Cytuje” zagubionych i nieszczęśliwych – oraz degeneratów. Nawiązuje do typowych monologów tych, którzy nauczyli się wykorzystywać ludzką naiwność i żerować na litości, a obok nich proponuje opowieści oryginalne, zrodzone w okaleczonych umysłach, nieskrępowanych już żadnymi konwencjami.

W pierwszej części tego niewielkiego tomiku autorka oddaje głos bohaterom, przywołuje historie, jakie każdy może usłyszeć: typowe pomysły naciągaczy i ograne chwyty – ale też i nietuzinkowe relacje: sny Cyganki, zamknięte w pojedynczych akapitach czy obserwacje czynione przez ludzi, którzy mają dużo wolnego czasu. W tych miniaturach łatwo odnaleźć ślady poetyckości, spojrzenie z innej perspektywy niejednokrotnie zaskoczy czytelników i pozwoli na chwilę refleksji. Mało tego: przekształci ludzi z marginesu w postacie barwne, z intruzów przemieni ich w literatów. Drugą partię książki stanowią charaktery złamane chorobami psychicznymi: każdy z bohaterów ma tu swoją prywatną obsesję, od której nie jest w stanie się uwolnić. Część nie może znieść upodlenia i dąży do osiągnięcia przynajmniej namiastki doskonałości, część odchodzi od zdrowych zmysłów, część ma nerwicę natręctw – łączy ich jedno: przekonanie o słuszności własnych poczynań. To świat jest zły, szalony czy głupi, nie oni: na marginesie społeczeństwa znajdują się najbardziej normalni ludzie, to tylko świat jest nienormalny. Trzecia część tomu, jako jedyna, została zatytułowana. To księga skarg i zażaleń – zbiór odchyleń od zwyczajności, postrzeganych oczami zaangażowanych w konflikty osób. Marta Szarejko eksperymentuje tu z różnymi gatunkami, próbując wypracować podwójne spojrzenie na zdegenerowany mikrokosmos – od wewnątrz – co usiłowała uzyskać w całym tomie – oraz od zewnątrz (chociaż nie jest powiedziane, że obserwatorzy nie mają swoich obsesji i przynależą do normalnej rzeczywistości).

„Nie ma o czym mówić” to publikacja ciekawa od strony literackiej: język podlega tu niespodziewanemu kształtowaniu, ujawnia swoją plastyczność i prowadzi w głąb prezentowanych, ultrakrótkich historii. Ale staje się także przekornym zwierciadłem współczesności: odbija i zwielokrotnia to, co chciałoby się ukryć i przemilczeć. Dobry słuch językowy pomaga autorce w kreowaniu postaci – ludzi spychanych na margines. Jest Marta Szarejko przekonująca.