* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romek Pawlak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romek Pawlak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2015

Romek Pawlak: Piotrek, Ulpik i tajemnica komputera

Akapit Press, Łódź 2015.

Przyjaźń

Przygoda Piotrka utrzymana jest w dość obojętnym tonie – nawet nie tyle przygnębiającym czy niewesołym, co właśnie obojętnym, pozbawionym cieplejszych emocji związanych z bohaterem. Piotrek jest, istnieje, przeżywa kilka rzeczy – i tyle. Trudno go nawet polubić przez to, że wydaje się taki zwyczajny i nijaki. A skoro tak, trzeba znaleźć sposób na zaangażowanie się w akcję.

U Romka Pawlaka owym sposobem ma być tajemnica Ulpika. Ulpik to mysz z rodziny Mikruchów. Mieszka w sieci specjalnie wybudowanych pomieszczeń i korytarzy w mieszkaniu, do którego niedługo wprowadzi się Piotrek z rodzicami. Ulpik nie jest zwyczajną myszą: kiedyś był Hapekiem, komputerem. Elektronika nie sprawi mu kłopotu. Z dawnego wcielenia została Ulpikowi umiejętność zamieniania się w mgłę i kontrolowania przynajmniej części urządzeń elektrycznych i elektronicznych. Potrafi sprawić, żeby zgasła żarówka czy żeby nagle zawibrowały telefony komórkowe. Ulpik, ze względu na swoją przeszłość, panicznie boi się piorunów: wie, że mogłyby zrobić mu krzywdę. Ma też wielkie marzenie związane z wychodzeniem z domu.

Samotny Piotrek i nierozumiany Ulpik trafiają na siebie i zaprzyjaźniają się, bo nie może być inaczej. Dziecko zyskuje powiernika, który redukuje lęki – mysz – opiekuna w świecie ludzi. Jeden jest drugiemu potrzebny, z czego stopniowo będą zdawać sobie sprawę. I nikogo nie obchodzi, dlaczego Ulpik ma tak pogmatwaną przeszłość, ani w którym momencie do jego egzystencji wkradła się magia. Ten stan rzeczy nie podlega wyjaśnianiu, trzeba go po prostu zaakceptować.

Piotrek poza samotnością ma też problem ze szkolnym prześladowcą – tyle że i tu Romek Pawlak nie wprowadza motywów ekstremalnych. Wdowczyk, określany jako prowodyr prześladowców, od czasu do czasu tylko zaczepia Piotrka, prowadząc z nim normalne rozmowy. Trochę trudno przez to zrozumieć uczucia bohatera: „dręczenie” odbywa się najwyraźniej poza akcją powieści. Pawlak wprowadza dwa nadrzędne dla akcji tematy. Piotrek musi jakoś uregulować swoją sytuację wśród rówieśników, znaleźć sobie przyjaciela, a pozbyć się problemów z Wdowczykiem. Ulpik z kolei chce sprawdzić rodzinny dogmat: nie rozumie, dlaczego wychodzenie z domu ma być czymś złym, nie wierzy tacie i sam chciałby to sprawdzić, zwłaszcza że czuje, że powinien skontaktować się z wierzbą rosnącą w dali na podwórku.

Autor stawia na krótkie rozdziały i proste scenki. Próbuje wprowadzić nieco emocji za sprawą nieprzewidzianych zagrożeń – przeważnie dla Ulpika, któremu szkodzą nie tylko pioruny, ale i mama Piotrka panicznie bojąca się gryzoni. Wprowadza też szereg niewytłumaczalnych dla osób postronnych zjawisk: gdy gdzieś znienacka zgaśnie światło, Piotrek nie boi się, bo wie, że to może być sprawka Ulpika. I tak wszystko, co występuje jako katalizator lęków czytelników, natychmiast jest łagodzone, tonowane i zestrajane z przeciętnością Piotrka. Wiadomo też, do czego autor dąży, przynajmniej w dziedzinie międzyludzkich kontaktów – choć Piotrek w dość dziwny sposób traktuje przyszłego ewentualnego kolegę.

Romek Pawlak sięga jeszcze po konwencję baśni, która ma ożywić obyczajówkę. Nasyca wybrane motywy magią – ale nie tą magią od „działania”, która zmienia Ulpika w chmurę, a magią w sensie nastroju, niewytłumaczalnych przeczuć i porozumień ponad gatunkami. Nie trzeba tu być racjonalistą i umieć wyjaśnić każdy element historii przez pryzmat psychologii czy techniki. Magia to to, co pcha Ulpika do działania, co budzi wątpliwości bohaterów i pozwala im odnaleźć w sobie tajemną siłę. Czasami aż szkoda, że ten temat zostaje zdominowany przez zwykłe życie – to jedyny element w „Piotrku, Ulpiku i tajemnicy komputera”, który kusi nieprzewidywalnością.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Romek Pawlak: Dziura w sercu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Oblicza przyjaźni

Romek Pawlak próbuje swoich sił w różnych gatunkach literatury czwartej, testuje możliwości, jakie dają mu zmiany docelowych grup czytelników. Teraz przyszła pora na powieść dla dziewcząt – w skoroszytowej serii Naszej Księgarni ukazała się „Dziura w sercu”, tom oryginalny i dobrze wpisujący się w cykl wydawnictwa. Romek Pawlak postawił na wartości w książkach dla młodzieży istotne, zrezygnował z sentymentalnych obrazów pierwszej miłości, a w zamian zaproponował cały szereg emocji innego rodzaju; sięgnął po motywy schematyczne, porady z internetu i po uczucia, a do budowania akcji posłużyły mu nietypowe międzyludzkie relacje.

Fusia ma prawie czternaście lat. Ojca nie zna, matka zmarła. Dziewczynki nie chcą u siebie krewni, dopiero ciotka Stasia zabiera nastolatkę do siebie, do Kalenicy. Nie potrafi jednak stworzyć rodzinnej atmosfery, a Fusia ma wrażenie, że ciotka większą sympatią darzy małego Jacka, synka alkoholika. Zagubiona bohaterka ma też problem ze zdobywaniem przyjaciół (a co dopiero mówić o chłopaku). To punkt wyjścia „Dziury w sercu”.

Romek Pawlak w rzeczywistości nastolatek wyraźnie czuje się niepewnie. Aby uwiarygodnić sylwetki dziewczyn, próbuje sięgnąć do mody i kosmetyków, odczytane na forach internetowych wskazówki przywołuje jako porady od starszych i bardziej doświadczonych koleżanek – jednym słowem robi wszystko, by stworzyć postacie z krwi i kości – a jednak w tym aspekcie wypada raczej blado. Proces ujednolicania młodych dziewczyn skończył się drobnymi zgrzytami w paru miejscach. Dużo lepiej niż wskazywanie rzekomo typowych dla nastolatek zachowań wychodzi Pawlakowi śledzenie myśli i uczuć bohaterki – i tego powinien się trzymać, by czytelniczki nie wyczuły fałszu i nieświadomości autora – mimo że ten wykonał sporą pracę, by rozgryźć sekret bycia dojrzewającą dziewczyną.

Procentuje w książce natomiast oderwanie się od standardowych w dziewczęcych powieściach motywów. Romek Pawlak zaskakuje, gdy wprowadza do akcji postać cierpiącą na kleptomanię. W życie Fusi owa postać wkroczy. Drugim interesującym wątkiem staje się relacja między Fusią i Jackiej: w nielubianym dziecku bohaterka odkrywa substytut młodszego brata. Zamiast po raz kolejny skupiać się na analizowaniu pierwszych zauroczeń, Pawlak wybiera kształtowanie mniej oklepanych motywów, pokazuje, jak rozwija się przyjaźń z odrzucanymi przez środowisko osobami, uczucie między kostyczną opiekunką i bohaterką i wreszcie – odkrywa charaktery fałszywych przyjaciółek. Zepchnięcie na margines wątku najbardziej przez nastolatki pożądanego wyszło książce na dobre: dzięki temu Romek Pawlak może dotrzeć do większej liczby czytelników, wyróżnia się też wśród propozycji dla dziewczyn.

Romek Pawlak dyskretnie próbuje przeniknąć do świata nastoletnich odbiorczyń za sprawą kolokwializowanego języka. Tu i ówdzie wtrąca zwroty charakterystyczne dla młodzieżowego slangu, ale niekoniecznie wciąż modne. Na szczęście nie przesadza z językową kreacją – mógłby stać się przez to mniej wiarygodny, a „Dziura w sercu” znacznie szybciej by się zestarzała. Niepotrzebnie też chyba podkpiwa sobie z postaw bohaterek – kiedy dziewczyny śmiertelnie się na siebie obrażają, w narracji daje się wyczuć dystans i obcość, jakby Pawlak chciał pokazać, że sam nigdy by tak nie postąpił, wydaje mu się to niepoważne. Dla dorosłych takie oddalenie się od emocjonalnych reakcji jest najzupełniej naturalne i sensowne, ale przecież tu autor musi spoglądać na codzienne sprawy oczami młodej bohaterki i nie wolno mu wypadać z roli – choćby nawet starał się przekonać odbiorczynie o braku sensu w podobnych zachowaniach. Najlepszy jest natomiast Pawlak, kiedy zapomina o własnych uprzedzeniach, o potrzebie kreacji i wyczytanych na forach dla nastolatek wiadomościach – kiedy zaczyna rzeczywiście rozumieć swoją bohaterkę i pracować nad jej emocjami. Wtedy narracji nie można nic zarzucić, a powieść może wciągać i działać na emocje czytelniczek.


poniedziałek, 15 lutego 2010

Rozmowa z Romkiem Pawlakiem

Bez patrzenia z góry

Izabela Mikrut: „Czapka Holmesa” to ukłon w stronę klasycznych już młodzieżowych powieści detektywistycznych. Których autorów w ramach tego gatunku cenił Pan w młodości najbardziej?
Romek Pawlak: Pewno Panią zadziwię: kryminał, czy to w wersji dla dorosłych, czy młodzieżowy, nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Znam oczywiście klasykę gatunku w wersji dla dorosłych, tu najbliżej mi do nieśmiertelnego Chandlera i tych wszystkich twórców, którzy stawiają na silne tło obyczajowe. W dziale dla młodzieży nie ma wielkiego wyboru, dwa nazwiska wybijają się w sposób naturalny, kłaniają się Nienacki oraz Niziurski, chociaż w mojej powieści pewno tego nie widać. Niemniej, takie połączenie akcji z wymową wydaje się atrakcyjne dla czytelnika. Uczyć bawiąc – o ile to możliwe, chociaż to dziś niemodne hasło, prawda? Natomiast zbrodnią byłoby nie wspomnieć o detektywie Kajetanie Chrumpsie i jego przeciwniku, słynnym kocie Makawitym, chociaż mam pretensje do Macieja Wojtyszki, że nie poświęcił im całej książki. Kajetan oraz inna postać z jego książki „Bromba i inni”, Gluś, na pewno mają wpływ na to, co i w jaki sposób piszę.

IM: Powiedział mi Pan, że sporo na polskim rynku wydawniczym literatury dla dzieci i młodzieży pisanej z kobiecej perspektywy. Czym charakteryzuje się więc „męski” punkt widzenia w książkach dla młodego odbiorcy?
RP: Na polu literatury dziecięcej i młodzieżowej jestem niemal debiutantem, no i nie znam wszystkiego, co zostało opublikowane, nie odważę się więc na jakieś generalne oceny. Niemniej, daje się zauważyć fakt, że większość literatury dla dzieci i młodzieży piszą kobiety. Czasem genialnie, jednak bywa, że z pełnym niezrozumieniem młodej męskiej duszy. Mężczyźni postrzegają świat inaczej – młodzi chłopcy także. Myślę o nieco innym typie wrażliwości, o mniejszym zainteresowaniu tajnikami psychiki, za to większym nacisku na narrację, na fabularność, powiedziałbym, nieco upraszczając, że większym oczekiwaniu na zagadki oraz fajerwerki niż emocji.
Chodzi o to, że kiedy w książce dla dwunastolatków znajdzie się zajmujący stronę opis pokoju bohatera, to znacznie większe są szanse, że przeczyta go dziewczynka, chcąca sobie wyobrazić ten pokój, niż chłopak, który mruknie: – Pokój, aha. I zajrzy od razu kartkę dalej, aby sprawdzić, czy bohater coś już zrobił, zamiast wciąż się przyglądać wzorkom na tapecie.
Próbuję balansować gdzieś pośrodku, ale przyznaję, że to niełatwe. Staram się nie rezygnować z opisów, zarówno tła, jak i psychologii bohaterów, zastawiam jednak fabularne sieci na chłopców oczekujących akcji.

IM: W „Czapce Holmesa” spory nacisk kładzie Pan na problemy współczesności (emigracja zarobkowa, prowadząca do rozpadu rodziny) i uniwersalne dziecięce troski (znęcanie się starszych nad młodszymi). Jaka jest tu rola literatury? Czy przez powieści można pomóc nastoletnim odbiorcom uporać się z codziennymi kłopotami?
RP: Nie jestem idealistą, wobec tego nie wiem, czy można „aż” pomóc. Na pewno można próbować zwrócić uwagę, że ich problemy są w jakiś sposób typowe, zdarzają się innym. A więc są do pokonania. W „Czapce Holmesa” starałem się podsunąć recepty – właściwie bohaterowie dopiero w grupie, w rozmowach pomiędzy sobą i z dorosłymi, którym trochę zaufali, zaczynają sobie radzić z problemami, a więc jest to apel o szukanie pomocy, zamiast duszenia się w sobie, co rodzi jeszcze większą frustrację i depresję, czasem doprowadzając do znacznie większych problemów w szkole czy domu albo nawet do jakiejś tragedii.

IM: Jak, Pana zdaniem, literatura może dzisiaj wygrać z rozrywkami, które zapewnia telewizja czy internet?
RP: Nie może wygrać. Natomiast może być czymś równorzędnym. Alternatywą. To strasznie trudne, ale trzeba próbować. Ja dlatego nie odsądzam od czci i wiary książek Rowling czy Mayer, zdaję sobie bowiem dobrze sprawę, że literatura też się zmienia, sposób pisania podlega ewolucji. Weźmy „Anię z Zielonego Wzgórza” albo „Tajemniczy ogród”. Dziś wydają się archaicznie napisane, chociaż w sferze treści są to nadal bardzo dobre i ważne książki. Żeby jednak dzieci chciały sięgnąć po książkę, ona powinna być pisana raczej tak, jak swój cykl pisze Rafał Kosik czy Rowling. Autor nie może kurczowo trzymać się cennej, ale nieco zmurszałej formy sprzed wielu dekad.
Zresztą, ja nie jestem krytykiem internetu. To też jest medium „czytane”, dla dzieci i młodzieży ważne. Wolę wybór od przymusu. Do literatury można tylko zachęcać, właśnie ciekawie napisanymi tekstami. Zmuszanie rodzi odwrotną reakcję.

IM: Widzę w „Czapce Holmesa” pewną tęsknotę za dawnymi, być może tylko literackimi, kodeksami wartości czy honorem u młodych ludzi. Ciekawa jestem, jak wyobraża Pan sobie odbiorcę tej książki.
RP: Nie wydaje mi się, aby młodzież była dziś zupełnie pozbawiona kodeksów. Jak myślę, media przerysowują sytuację. Wszystko zależy od rodziców i nauczycieli. Od środowiska. Zdarzają się dzieci, a często np. całe klasy, w których jakiś kodeks obowiązuje. Jeśli jest łamany, to jednak ze świadomością, że to brzydkie.
Rzeczywiście, w swojej książce odwołuję się do pewnych wartości, takich jak przyjaźń, honor czy współdziałanie. Ale też obserwuję dzieci, które tych wartości szukają w życiu, przestrzegają ich. Zatem czytelnik mojej książki to wcale nie jest istota z Marsa, nie, to taki uczeń klasy czwartej, piątej czy szóstej, który może i lubi komputer, ale chciałby czasem wyjść na podwórko i mieć tam prawdziwego przyjaciela czy przyjaciółkę, z którymi można pograć w piłkę albo w klasy. Chciałby, aby jego życie było ciekawe, ale jednak nie zrobi wszystkiego, żeby je sobie uatrakcyjnić. A kiedy widzi zło, to chociaż nie zawsze będzie chciał czy umiał mu zapobiec, to przynajmniej będzie umiał nazwać je złem.
Czy to jest od razu idealizm? Nie, chyba nie. Natomiast literatura dla dzieci i młodzieży powinna jednak nieść pozytywne przesłanie i pokazywać pewne wzorce. Nie każda to robi, i ja nie ganię nikogo, kto pisze dla czystej rozrywki dzieci, ale moim wyborem jest jednak gdzieś w tle poruszać sprawy ważne. Jak to czynili moi mistrzowie, w tym nieodżałowana Marta Tomaszewska.

IM: Stara się Pan nakreślać w tej powieści wielowymiarowe charaktery postaci z drugiego planu, odchodząc od stereotypów i uproszczeń. Co w pisaniu takiej książki jest najtrudniejsze?
RP: Tak, starałem się, aby bohaterowie byli wiarygodni, mieli swoje życie. Najtrudniejsze było więc z jednej strony uzyskanie tej wiarygodności, a zarazem uniwersalności poruszanych problemów, z drugiej – uniknięcie pokusy opisywania prawdziwych osób. Tło jest tu ważne, bo uważam, że wiele problemów dzieci mieszkających we współczesnych blokowiskach wciąż czeka na poruszenie. Szczególnie dzieci mieszkających na prowincji. Mam wrażenie, że z warszawskiej perspektywy wiele rzeczy wygląda inaczej niż z mojej, autora osiadłego w mniejszym mieście.
Ale prawdę mówiąc, wszystko tu było trudne, bo to pierwsza taka moja książka dla młodego czytelnika. Niby kryminał, ale z próbą przemycenia kilku ważnych spraw. Boję się odbioru tej książki…

IM: Zadedykował Pan „Czapkę Holmesa” Marcie Tomaszewskiej. Jaki był wpływ tej autorki na Pana twórczość?
RP: Bardzo duży. I jako czytelnika, którym najpierw byłem, i jako autora. Marta Tomaszewska tak długo popychała mnie w stronę literatury dziecięcej, aż posłuchałem. Teraz żałuję, że tak późno.

IM: Co w pisaniu dla młodych ludzi jest najważniejsze?
RP: To zależy, co się chce osiągnąć. Jeśli wysoki nakład, to ważne są smoki, czarodzieje i wampiry, tak jest dziś, a nie wiadomo co jutro, bo mody się zmieniają. Natomiast jeśli chce się młodzieży coś powiedzieć, to myślę, że najważniejsza jest obserwacja. Rozmowa z nimi. Próba zrozumienia ich.
„Czapka Holmesa” wzięła się z artykułu dr Sylwii Jakubiec, który miałem okazję czytać, a który dotyczył eurosieroctwa, problemów dzieci, których rodzice wyjechali za pracą. To mi uświadomiło, że jest jakaś bolesna rana, której literatura dotąd nie dotknęła albo uczyniła to co najwyżej powierzchownie. Później zobaczyłem, jak to wygląda w praktyce. Znam dzieci, których rodzice wyjechali. Nawet jeśli dziecko nie opuszcza się w nauce, to jednak problemy emocjonalne nadal istnieją.
Zatem myślę, że w pisaniu dla młodych ludzi bardzo ważne, o ile nie najważniejsze, jest udane spojrzenie na świat ich oczyma, a nie naszymi, ludzi dorosłych, z całym tym naszym bagażem doświadczeń. Często coś bagatelizujemy, uważając, że dzieci mają małe problemy, nie takie, jakie my… Nieprawda! Z ich perspektywy problemy, przed którymi stają, potrafią być bardzo wielkie, choć my uważamy, że to są sprawy błahe, nieważne. O tym też opowiada „Czapka Holmesa”. O traktowaniu serio dzieci i ich świata.

IM: Czy napisanie „Czapki Holmesa” poprzedzały jakieś studia, poszukiwania istotnych dla dzieci zagadnień?
RP: Jak wspomniałem, pomysł napisania książki o tej problematyce podsunął mi pewien artykuł. Jego autorka była dla mnie tym cenniejszym źródłem wiedzy, że choć jest wykładowcą uniwersyteckim, to uczy także w szkole podstawowej, jej poglądy nie są konstrukcjami teoretycznymi. Sporo dowiedziałem się o prawdziwych problemach dzieci, o tym, jak naprawdę postrzegają świat.
Oczywiście, dotarłem do innych źródeł, w tym raportu Fundacji Prawo Europejskie.
A równolegle przyglądałem się dzieciom, bo mądre artykuły i książki to cenna wiedza, ale nie tylko one stanowią o jakości tekstu. Dzieci z zaprzyjaźnionej szkoły pozwoliły mi zrozumieć, jak powinien wyglądać mój bohater. A obserwacja jednego ze stworzeń, którego tu nie mogę ujawnić ze względu na zagadkę ukrytą w książce, dało mi podstawę do pisania nie tylko o ludziach.

IM: Jak zaczęła się Pana przygoda z pisaniem dla młodzieży?
RP: To dziwne, bo ta przygoda ma kilka odsłon ze szczęśliwym finałem. Od samego początku, przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, czyli odkąd zacząłem pisać fantastykę, namawiała mnie na pisanie dla dzieci Marta Tomaszewska, twórczości której byłem wielkim fanem. Przy okazji różnych jej spotkań autorskich widywaliśmy się co parę lat i nieodmiennie słyszałem pytanie, czy już coś zacząłem, a ja zawsze odpowiadałem, że nie, bo chyba nie umiem. Ale pani Marta miała przekonanie, że powinienem pisać dla dzieci - nie wiem, skąd, może trochę znając moje teksty widziała w nich odpowiedni typ wrażliwości (tak myślę)? W każdym razie opierałem się. Aż któregoś dnia moja bratanica opowiedziała mi zdarzenie z udziałem jej koleżanki. „Oho, to jest niezły motyw do wykorzystania” – pomyślałem i zanotowałem ten pomysł. Nim jednak zacząłem pisać tę pierwszą książkę, czyli „Miłka z Czarnego Lasu”, minęły jeszcze niemal dwa lata.
W końcu jednak rzecz napisałem, szybko opublikował ją Powergraph, za co jestem wydawnictwu niezmiernie wdzięczny, bo w pewnym sensie to wydarzenie zmieniło kierunek mojego pisarstwa. Bowiem ku mojej radości, po roku książka najpierw została nominowana do nagrody IBBY, a następnie zdobyła ją w kategorii literatury dla dzieci.
A na rozdaniu nagród pojawiła się pani Marta i gratulując mi, powiedziała z uśmiechem: – A nie mówiłam, panie Romku?
Można więc powiedzieć, że zawsze towarzyszyła mi jej wiara, a ja dziś próbuję nie zawieść tego zaufania, również kolejne książki starając się pisać w podobny sposób jak „Miłka…” czy tę nową powieść.
Myślę zresztą, że w „Czapce Holmesa” widać pewne podobieństwa do twórczości Marty Tomaszewskiej - nie tyle może w treści, ile w samym zamyśle, aby starać się uczynić tekst atrakcyjnym dla czytelnika, jednak nie kosztem treści, jak to dziś czasem bywa, kiedy książka dla dzieci kojarzy się tylko z przygodą, z rozrywką.
Moja przygoda z pisaniem dla dzieci i młodzieży dopiero się rozpoczyna, ale chciałbym, żeby ktoś kiedyś powiedział, że lektura moich książek coś mu dała, pozwoliła zrozumieć coś ważnego. Nie wiem, czy to się uda, ale ta wiara mnie napędza, chociaż mam świadomość, że to trochę niemodne myślenie.

sobota, 16 stycznia 2010

Romek Pawlak: Czapka Holmesa

Akapit Press, Łódź 2009.


Szkolny detektyw

Powieści kryminalne dla dzieci i młodzieży można podzielić na te, w których autorzy skupiają się na konstruowaniu przemyślnej intrygi i na te, w których pracy detektywistycznej towarzyszą dyskutowane niekoniecznie na marginesie kwestie obyczajowe. Romek Pawlak, autor „Czapki Holmesa” skłania się ku temu drugiemu nurtowi i w swojej książce przemyca całkiem sporo ważnych dla młodych ludzi kwestii. W prezentowaniu szkolnego świata zbliża się ostrożnie do Niziurskiego, lecz nie sięga po lekki humor, zmierza raczej w kierunku uświadamiania odbiorcom niewesołych prawd codzienności. Zwraca uwagę na te sfery zachowań dorosłych, które nie pozostają bez wpływu na młodych ludzi, porusza tematy szczególnie ważne dzisiaj, w dobie emigracji zarobkowej. Romek Pawlak zwraca uwagę na patologie i źródła kłopotów czy zmartwień dzieci, a jednocześnie nawiązuje do niemal klasycznych tematów w opowieściach literatury czwartej, należących do nurtu detektywistyczno-kryminalnego.

Wszelkie intertekstualia są tu dobrze zamaskowane. Romek Pawlak nie popisuje się erudycją, pozoruje relację prawdziwą, wolną od fikcyjności i międzytekstowych kodów, ale w planie treści i w samej słownej warstwie narracji da się sporo nawiązań odkryć.
„Czapka Holmesa” udaje zatem prostą historyjkę z życia wziętą. Spory nacisk kładzie Romek Pawlak na kwestie społeczne, nakreśla kilka charakterystycznych środowisk i typów postaci. Po pierwsze, zatrzymuje się nad rodzinami rozdzielonymi przez emigrację zarobkową: tata Marcina jest w Anglii i nie ma zamiaru wracać – wobec takiego postawienia sprawy mama Marcina zaczyna się spotykać z innymi mężczyznami, z oczywistych względów ukrywając to przed chłopcem i skazując go na szok oraz rozmaite domysły. Krzysiek, kolega Marcina, ma ojca alkoholika i pijących braci. Na osiedlu i w szkole dręczy Marcina herszt podwórkowej bandy, niejaki Karczycho – wobec którego nauczyciele i ludzie są bezradni. Obrazu dopełniają barwne dalszoplanowe postacie – tajemniczy Chrzanowski, który okazuje się świetnym opiekunem, czy pewien sympatyczny malarz – prawdziwy przyjaciel młodzieży.

Sprawa, dość pospiesznie nakreślona, stanowi oś fabularną tomu: oto na osiedlu Marcina pojawia się dziwna postać, Czarny Zając. Obecność Czarnego Zająca nastolatki łączą sobie ze zniknięciem jednej z dziewczynek. Jeżeli kryje się za tym Czarny Zając, dzieci są w niebezpieczeństwie. Marcin, lubujący się w kryminalnych zagadkach, postanawia rozwiązać ten problem – to zresztą jedyna szansa, by mieć chwilę wytchnienia od Karczycha. Odnoszę wrażenie, że Romkowi Pawlakowi motyw Czarnego Zająca posłużył przede wszystkim jako pretekst do przedstawienia trosk zupełnie zwyczajnego nastolatka. Świetnie poradził sobie autor z rodzącą się między Marcinem i Krzyśkiem przyjaźnią, opartą na pełnej szczerości i możliwości polegania na sobie – dla obu chłopców ten niespodziewany dar stanowi oparcie i źródło spokoju. Bohaterom łatwiej we dwójkę mierzyć się z przeciwnościami losu – jest im też raźniej. Ładnie Romek Pawlak naszkicował również kiełkujące zauroczenie Marcina pewną Agnieszką – widać tu oczytanie w „klasycznych” powieściach tego gatunku, ale także znajomość dziewczęcej psychiki – Pawlak nie potyka się na drobiazgach, jest przekonujący i szczery. Na uwagę zasługują szkolne opowieści i złudna pewność dorosłych (rodziców, wychowawców i nauczycieli), że są w stanie zaradzić awanturom i ujarzmić chuliganów, terroryzujących młodsze dzieci. Marcin doskonale wie, że sam musi uporać się z Karczychem – pomaga mu w tym przypadek (trzeba przyznać, dobrze przez autora wypracowany), ale Romek Pawlak uświadamia młodym odbiorcom, że zna ich kłopoty. Całej historii patronuje Sherlock Holmes, dla piątoklasisty Marcina postać niezwykle ważna.

Jeszcze w paru miejscach zdarzyły się lekkie przeskoki rytmu tej prozy, ale w „Czapce Holmesa” Romek Pawlak udowadnia, że potrafi pisać interesujące powieści dla młodzieży: udało mu się w książce połączyć dobrą, przejrzystą narrację, ciekawą fabułę i cały zestaw społecznych portretów – w ten sposób zaproponował czytelnikom książkę nawiązującą do klasyki, a przy tym aktualną i potrzebną.