Egmont, Warszawa 2020.
Marzenie
Różne bohaterki z serii Mała Miss Rogera Hargreavesa mają cechy charakterystyczne, które je definiują i niemal automatycznie wyznaczają kierunek fabuły. Tym razem jest trochę inaczej – tomik „Mała Gwiazdeczka” przedstawia nie cechę a marzenie. Oto bohaterka, która chciałaby być sławna. Nie wie, jak tego dokonać. Można się zastanawiać, czy ta opowieść nie jest wynikiem czasów: nie tak dawno sława stanowiła pochodną talentu. Teraz staje się podstawowym celem. Na szczęście postaci można pomóc – wystarczy, że zwróci się do odpowiedniej osoby. Tutaj Roger Hargreaves bawi się motywami autotematycznymi, sugeruje też odbiorcom, że sława może mieć różne wymiary i niekoniecznie wiązać się z byciem celebrytą. Wprawdzie Gwiazdeczka mogłaby trochę popracować lub zastanowić się nad sobą i odkryć coś, dzięki czemu zasłynie, jednak to droga zbyt skomplikowana jak na rozmiary tomiku, poza tym Roger Hargreaves nie chce maniacko pouczać dzieci, stawia na rozrywkę, a to Mała Gwiazdeczka zapewni.
Odbiorcy mogą tu kibicować bohaterce – zwłaszcza jeśli sami liczą na sławę (co w dobie popularności wyszukujących gwiazdy programów rozrywkowych i tematyki pop w literaturze masowej nie jest niczym dziwnym). Gwiazdeczka przez swoją początkową niedookreśloność, przez brak wyznaczników pozwalających odgadnąć kierunek fabułki, zaintryguje dzieci.
W cyklu Mała Miss Roger Hargreaves umiejętnie łączy proste ilustracje z prostym tekstem – a wszystko razem i tak nabiera nowego znaczenia, bo czynnikiem wyzwalającym zainteresowanie czytelników (lub dzieci, które będą słuchać opowieści czytanej przez rodziców) jest humor. Mała Gwiazdeczka szybko wkradnie się w łaski maluchów, nawet bez wielkiego wysiłku. Gwiazdeczka nie czeka z założonymi rękami na upragniony sukces, działa po swojemu, może też autor nawiązać do tego, z czego już dał się odbiorcom poznać. „Mała Gwiazdeczka” to historyjka, którą Hargreaves pokazuje, że nie trzeba wpadać w schematy, kiedy tworzy się rozbudowaną serię miniaturowych historyjek. Dla tego autora ważne jest również odejście od publikacji modnych. To książeczka odległa od stylu picture booków. Autor wie, że nie wystarczy posługiwać się sprawdzonymi rozwiązaniami, lepiej ciągle szukać i oferować odbiorcom zaskoczenia.
„Mała Gwiazdeczka” to połączenie pomysłowej historyjki i prostych, a przy tym dowcipnych rysunków. Roger Hargreaves ma stałe grono odbiorców, wybiera raczej klasyczne podejście do literatury czwartej. Wie, że nie trzeba bez końca edukować maluchów, inteligentne żarty wystarczają jak powód sięgania po lekturę. Te książeczki czyta się szybko – ale mimo niewielkich rozmiarów można się spodziewać znacznie więcej tekstu niż w wielu tomikach – nie tylko obrazkowych. Autor też bardzo dba o jakość swoich publikacji. Podsuwa dzieciom szereg pomysłów – tak, że mimo wyraźnych wyznaczników serii, przygody małych bohaterek nie mogą się nikomu znudzić. „Mała Gwiazdeczka” przełamuje to, do czego dzieci zdążyły się już przyzwyczaić, a takie rozwiązanie pomaga w ćwiczeniu wyobraźni. Odbiorczynie mogą identyfikować się z wybranymi postaciami w serii, między innymi na tym polega zabawa lekturowa. Hargreaves nie musi szukać wielu przesłań. Wystarczy, że wie, jak opowiadać zachęcająco – i umie do narracji włączyć realne dylematy postaci. Ci bohaterowie nie dokonują może wielkich czynów, ale kiedy pojawiają się na horyzoncie, wiadomo, że będzie wesoło.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roger Hargreaves. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roger Hargreaves. Pokaż wszystkie posty
sobota, 30 maja 2020
niedziela, 24 maja 2020
Roger Hargreaves: Mała Konstruktorka
Egmont, Warszawa 2020.
Wynalazki z wyobraźni
Rzadko kiedy maluchy czują się mocne w majsterkowaniu, więc tomik „Mała Konstruktorka” w genialnym cyklu Mała Miss Rogera Hargreavesa będzie nie tyle wskazówką co do hobby, co podpowiedzią w kwestii rozwijania wyobraźni. Idea serii jest jasna: za każdym razem odbiorcy śledzą przygody jednej postaci, której konkretna, dominująca cecha wyeksponowana jest już w imieniu. Same przygody nie należą do specjalnie skomplikowanych, ale też są mniej uproszczone niż w dzisiejszych licencyjnych picture bookach. Chociaż książeczki Hargreavesa są niepozorne, niosą całkiem sporo treści – co docenią dzieci, ale też ich rodzice. Tu jest co poczytać. Teksty skrzą się humorem i spodobają się maluchom. Można też – z uwagi na bogatą ofertę książeczek – trafić na opowieść, która charakteryzuje odbiorcę, wskazuje i definiuje jego najbardziej istotną cechę albo sposób zachowania. To okazja do przejrzenia się w książkowym lusterku – więc również zachęta do czytania i do śledzenia kolejnych propozycji, w których odbijają się znajomi czy członkowie rodziny. U Rogera Hargreavesa piękne jest między innymi to, że każdy ma prawo istnienia w tym świecie, nikogo nie piętnuje się za inność – bo każdy po prostu jest inny. Do tego książeczki przesycone są humorem absurdalnym i będą cieszyć bez względu na ich związki z prawdą.
„Mała Konstruktorka” to historia bohaterki kipiącej od pomysłów. Jednak postać na nich nie poprzestaje, zamienia owe pomysły na konstrukcje: pracuje z palnikiem, zestawem narzędzi (nawet we włosach ma zagubione, albo właśnie najpotrzebniejsze, klucze i ołówki). Nie ogranicza jej ani wyobraźnia, ani możliwości, potrafi zbudować sobie dom na kółkach lub przedmioty uprzyjemniające codzienność. Wynalazki tworzy też dla miejscowych – innych bohaterów serii. Jednak nawet i ta postać czasami biedzi się z brakiem natchnienia. Mała Konstruktorka musi jak najszybciej rozwiązać pewien poważny problem. Roger Hargreaves dzięki takim historyjkom przypomina najmłodszym, że mogą robić, na co tylko mają ochotę, mogą zostać, kim chcą – i zamienić życie w fascynującą zabawę bez końca. Mała Konstruktorka nigdy się przecież nie nudzi, dzieci mogą iść w jej ślady i przynajmniej wymyślać rozwiązania ułatwiające egzystencję – przecież tu wszystko bierze swój początek z momentu zaistnienia potrzeby.
Charakterystyczne w tych tomikach jest przejście w stronę klasycznych form. Owszem, skrótowych, ale autor podsuwa dzieciom pełnowartościową bajkę, nie ogranicza tekstu i nie zastanawia się nad tym, czy na pewno odbiorcy samodzielnie przeczytają wszystkie słowa. Pisze bez sztucznych wytycznych, wystarczy mu wyznacznik serii – którą sam tworzy. Każda mała rozkładówka to tutaj odrębna wiadomość, dodanie czegoś do portretu lub sytuacji. Autor nie zatrzymuje się na jednozdaniowych komentarzach, pisze tyle, ile potrzeba dla trafnego zarysowania sceny. Jest przy tym precyzyjny i wie, do czego dąży. Może dość szybko opowiedzieć historię – ale umie budować napięcie i dokłada odbiorcom przyjemność z czytania. „Mała Konstruktorka” to książeczka nie tylko dla kilkulatek zafascynowanych wynalazkami. Przejście w krainę wyobraźni zapewnia dzieciom możliwość oceniania swoich talentów i rozwijania zainteresowań. Tu liczy się rozrywka – dopiero w dalszym planie ma ona wymiar edukacyjny czy wychowawczy. Hargreaves rezygnuje z pouczania, wie, że wnioski dzieci bez trudu wyciągną. Traktuje odbiorców poważnie i dlatego może podejmować z nimi grę. W efekcie „Mała Konstruktorka” to tomik, który dzieci pokochają – i nie tylko z uwagi na finałowy wynalazek.
Wynalazki z wyobraźni
Rzadko kiedy maluchy czują się mocne w majsterkowaniu, więc tomik „Mała Konstruktorka” w genialnym cyklu Mała Miss Rogera Hargreavesa będzie nie tyle wskazówką co do hobby, co podpowiedzią w kwestii rozwijania wyobraźni. Idea serii jest jasna: za każdym razem odbiorcy śledzą przygody jednej postaci, której konkretna, dominująca cecha wyeksponowana jest już w imieniu. Same przygody nie należą do specjalnie skomplikowanych, ale też są mniej uproszczone niż w dzisiejszych licencyjnych picture bookach. Chociaż książeczki Hargreavesa są niepozorne, niosą całkiem sporo treści – co docenią dzieci, ale też ich rodzice. Tu jest co poczytać. Teksty skrzą się humorem i spodobają się maluchom. Można też – z uwagi na bogatą ofertę książeczek – trafić na opowieść, która charakteryzuje odbiorcę, wskazuje i definiuje jego najbardziej istotną cechę albo sposób zachowania. To okazja do przejrzenia się w książkowym lusterku – więc również zachęta do czytania i do śledzenia kolejnych propozycji, w których odbijają się znajomi czy członkowie rodziny. U Rogera Hargreavesa piękne jest między innymi to, że każdy ma prawo istnienia w tym świecie, nikogo nie piętnuje się za inność – bo każdy po prostu jest inny. Do tego książeczki przesycone są humorem absurdalnym i będą cieszyć bez względu na ich związki z prawdą.
„Mała Konstruktorka” to historia bohaterki kipiącej od pomysłów. Jednak postać na nich nie poprzestaje, zamienia owe pomysły na konstrukcje: pracuje z palnikiem, zestawem narzędzi (nawet we włosach ma zagubione, albo właśnie najpotrzebniejsze, klucze i ołówki). Nie ogranicza jej ani wyobraźnia, ani możliwości, potrafi zbudować sobie dom na kółkach lub przedmioty uprzyjemniające codzienność. Wynalazki tworzy też dla miejscowych – innych bohaterów serii. Jednak nawet i ta postać czasami biedzi się z brakiem natchnienia. Mała Konstruktorka musi jak najszybciej rozwiązać pewien poważny problem. Roger Hargreaves dzięki takim historyjkom przypomina najmłodszym, że mogą robić, na co tylko mają ochotę, mogą zostać, kim chcą – i zamienić życie w fascynującą zabawę bez końca. Mała Konstruktorka nigdy się przecież nie nudzi, dzieci mogą iść w jej ślady i przynajmniej wymyślać rozwiązania ułatwiające egzystencję – przecież tu wszystko bierze swój początek z momentu zaistnienia potrzeby.
Charakterystyczne w tych tomikach jest przejście w stronę klasycznych form. Owszem, skrótowych, ale autor podsuwa dzieciom pełnowartościową bajkę, nie ogranicza tekstu i nie zastanawia się nad tym, czy na pewno odbiorcy samodzielnie przeczytają wszystkie słowa. Pisze bez sztucznych wytycznych, wystarczy mu wyznacznik serii – którą sam tworzy. Każda mała rozkładówka to tutaj odrębna wiadomość, dodanie czegoś do portretu lub sytuacji. Autor nie zatrzymuje się na jednozdaniowych komentarzach, pisze tyle, ile potrzeba dla trafnego zarysowania sceny. Jest przy tym precyzyjny i wie, do czego dąży. Może dość szybko opowiedzieć historię – ale umie budować napięcie i dokłada odbiorcom przyjemność z czytania. „Mała Konstruktorka” to książeczka nie tylko dla kilkulatek zafascynowanych wynalazkami. Przejście w krainę wyobraźni zapewnia dzieciom możliwość oceniania swoich talentów i rozwijania zainteresowań. Tu liczy się rozrywka – dopiero w dalszym planie ma ona wymiar edukacyjny czy wychowawczy. Hargreaves rezygnuje z pouczania, wie, że wnioski dzieci bez trudu wyciągną. Traktuje odbiorców poważnie i dlatego może podejmować z nimi grę. W efekcie „Mała Konstruktorka” to tomik, który dzieci pokochają – i nie tylko z uwagi na finałowy wynalazek.
czwartek, 30 kwietnia 2020
Roger Hargreaves: Mała Straszka
Egmont, Warszawa 2020.
Próba sił
Czasami dzieci lubią się bać albo straszyć innych, chociaż bywa, że to wymyka się spod kontroli i staje się uciążliwe dla otoczenia. Być może to właśnie miał na myśli Roger Hargreaves, kiedy tworzył postać Małej Straszki. Ta bohaterka uwielbia zaczajać się na innych i wyskakuje znienacka, wołając „bu”. To oznacza, że rozmaici znajomi i sąsiedzi uciekają w popłochu – a ci bardziej nerwowi, jak pan Galareta, nie mogą nawet wychodzić z domu. Mała Straszka jest świetna w tym, co robi, a to oznacza, że nikt nie może przejść się spokojnie po okolicy, żeby nie narażać się na ataki Małej Straszki. Hargreaves stawia tym razem na stopniowe rozwijanie historyjki. Pierwsze strony to krótkie uzupełnienia typowej scenki z Małą Straszką. Dopiero gdy przebieg procesu straszenia jest oczywisty, autor zawiązuje pewną intrygę. Ciągle straszeni sąsiedzi postanawiają przekonać bohaterkę, że straszenie nie jest tak fajne, jak wydaje się Małej Straszce. Gdy z drapieżnika Mała Straszka stanie się ofiarą, łatwiej zrozumie to, co koledzy próbowali jej przekazać.
„Mała Straszka”, kolejna miniaturowa książeczka w cyklu Mała Miss, to opowiastka, która trafi do przekonania maluchom – cecha charakterystyczna dla bohaterki nie wymaga specjalnego wysiłku ani starannie pielęgnowanego talentu, każde dziecko mogłoby postępować tak jak Mała Straszka – ku utrapieniu bliskich. Dlatego też autor szykuje dla postaci ważną lekcję. Mała Straszka przekona się na własnej skórze, że nie zawsze straszenie bawi straszonych. Ale nie tylko taką nauczkę niesie Roger Hargreaves. Ten autor może też zwrócić się do dzieci wyjątkowo strachliwych, tych, które wszędzie widzą jakieś zagrożenie albo powód do płaczu. Chociaż Mała Straszka ma złośliwą minę, sama w sobie nie jest wredna czy nieprzyjemna. Nie da się jej bać, zwłaszcza gdy pozna się mechanizm działania – „bu” wołane do sąsiadów bardziej rozśmieszy odbiorców niż wzbudzi w nich lęk. W ten sposób autor odrobinę oswoi temat, pokaże dzieciom, że czasami nie ma się czego bać i można się zastanowić nad źródłem lęku. Ta lektura stanie się pretekstem do rozmowy z dziećmi o ich emocjach. „Mała Straszka” funkcjonuje zatem jako tomik rozrywkowy – ale nie tylko, spore znaczenie ma w tym wypadku też motyw do przeanalizowania z pociechami. Śmiech w zestawieniu z lękiem wygrywa, a Mała Straszka przyda się do komentowania relacji społecznych.
Roger Hargreaves proponuje też grafiki – i tu dba o to, żeby nie przestraszyć zanadto, chociaż chętnie operuje grą świateł (Straszka między drzewami przy świetle księżyca). Obrazki wyjaśniają też, jak bohaterka straszy (pomysł z nadmuchiwaniem papierowej torby i strzelaniem nią komuś nad uchem czy używanie pająka na wędce zostaje tutaj zaprezentowany komiksowo, równie kreskówkowe jest przerażenie ofiary). Każda rozkładówka w tej malutkiej książeczce składa się ze strony z tekstem (i tu – jak rzadko – autor rzuca niekiedy jedno zdanie, fragment zdania, albo słynne „Buu”) i ze strony z grafiką. Hargreaves wybiera proste kształty i mocne kolory, nie komplikuje ilustracji: tak, żeby nie odciągać uwagi dzieci od fabuły. „Mała Straszka” to tomik, który przyda się maluchom w pracy nad oswajaniem strachu i rozśmieszy każdego odbiorcę. Autor wykorzystuje składniki powtarzane w całej serii, ale modyfikuje je tak, żeby powiedzieć czytelnikom coś ważnego dla nich. Wprowadza charakterystyczne zagadnienie – i klasyczną formę bajki.
Próba sił
Czasami dzieci lubią się bać albo straszyć innych, chociaż bywa, że to wymyka się spod kontroli i staje się uciążliwe dla otoczenia. Być może to właśnie miał na myśli Roger Hargreaves, kiedy tworzył postać Małej Straszki. Ta bohaterka uwielbia zaczajać się na innych i wyskakuje znienacka, wołając „bu”. To oznacza, że rozmaici znajomi i sąsiedzi uciekają w popłochu – a ci bardziej nerwowi, jak pan Galareta, nie mogą nawet wychodzić z domu. Mała Straszka jest świetna w tym, co robi, a to oznacza, że nikt nie może przejść się spokojnie po okolicy, żeby nie narażać się na ataki Małej Straszki. Hargreaves stawia tym razem na stopniowe rozwijanie historyjki. Pierwsze strony to krótkie uzupełnienia typowej scenki z Małą Straszką. Dopiero gdy przebieg procesu straszenia jest oczywisty, autor zawiązuje pewną intrygę. Ciągle straszeni sąsiedzi postanawiają przekonać bohaterkę, że straszenie nie jest tak fajne, jak wydaje się Małej Straszce. Gdy z drapieżnika Mała Straszka stanie się ofiarą, łatwiej zrozumie to, co koledzy próbowali jej przekazać.
„Mała Straszka”, kolejna miniaturowa książeczka w cyklu Mała Miss, to opowiastka, która trafi do przekonania maluchom – cecha charakterystyczna dla bohaterki nie wymaga specjalnego wysiłku ani starannie pielęgnowanego talentu, każde dziecko mogłoby postępować tak jak Mała Straszka – ku utrapieniu bliskich. Dlatego też autor szykuje dla postaci ważną lekcję. Mała Straszka przekona się na własnej skórze, że nie zawsze straszenie bawi straszonych. Ale nie tylko taką nauczkę niesie Roger Hargreaves. Ten autor może też zwrócić się do dzieci wyjątkowo strachliwych, tych, które wszędzie widzą jakieś zagrożenie albo powód do płaczu. Chociaż Mała Straszka ma złośliwą minę, sama w sobie nie jest wredna czy nieprzyjemna. Nie da się jej bać, zwłaszcza gdy pozna się mechanizm działania – „bu” wołane do sąsiadów bardziej rozśmieszy odbiorców niż wzbudzi w nich lęk. W ten sposób autor odrobinę oswoi temat, pokaże dzieciom, że czasami nie ma się czego bać i można się zastanowić nad źródłem lęku. Ta lektura stanie się pretekstem do rozmowy z dziećmi o ich emocjach. „Mała Straszka” funkcjonuje zatem jako tomik rozrywkowy – ale nie tylko, spore znaczenie ma w tym wypadku też motyw do przeanalizowania z pociechami. Śmiech w zestawieniu z lękiem wygrywa, a Mała Straszka przyda się do komentowania relacji społecznych.
Roger Hargreaves proponuje też grafiki – i tu dba o to, żeby nie przestraszyć zanadto, chociaż chętnie operuje grą świateł (Straszka między drzewami przy świetle księżyca). Obrazki wyjaśniają też, jak bohaterka straszy (pomysł z nadmuchiwaniem papierowej torby i strzelaniem nią komuś nad uchem czy używanie pająka na wędce zostaje tutaj zaprezentowany komiksowo, równie kreskówkowe jest przerażenie ofiary). Każda rozkładówka w tej malutkiej książeczce składa się ze strony z tekstem (i tu – jak rzadko – autor rzuca niekiedy jedno zdanie, fragment zdania, albo słynne „Buu”) i ze strony z grafiką. Hargreaves wybiera proste kształty i mocne kolory, nie komplikuje ilustracji: tak, żeby nie odciągać uwagi dzieci od fabuły. „Mała Straszka” to tomik, który przyda się maluchom w pracy nad oswajaniem strachu i rozśmieszy każdego odbiorcę. Autor wykorzystuje składniki powtarzane w całej serii, ale modyfikuje je tak, żeby powiedzieć czytelnikom coś ważnego dla nich. Wprowadza charakterystyczne zagadnienie – i klasyczną formę bajki.
środa, 22 kwietnia 2020
Roger Hargreaves: Mała mądrala
Egmont, Warszawa 2020.
Wiedza
Roger Hargreaves lubi zaskakiwać dzieci i w serii Mała Miss wykorzystuje czasami nieoczywiste skojarzenia, żeby najmłodsi otrzymali zestaw niezwykłych historyjek oraz osobowości odzwierciedlających ich samych. Bohaterki z tego cyklu – i bohaterowie z opowiastek równoległych – potykają się czasami i wpływają na swoje losy. Dzięki temu autor sprytnie i dyskretnie reklamuje obie serie, a poza tym – unika przewidywalności. Łatwo byłby śmiać się z Małej Mądrali – ale ta postać nie należy do przemądrzałych. Raczej – wie i swoją wiedzę umie wykorzystać w różnych momentach i różnych okolicznościach. Kiedy tylko dzieje się coś, co wymaga sięgnięcia po raz zdobyte wiadomości, Mała Mądrala radzi sobie idealnie. Zdarza się zresztą i tak, że jej osiągnięcia nie wiążą się z wybitnymi wyczynami: Mała Mądrala wie, że w nocy się śpi i że trzeba się obudzić zanim wstanie się z łóżka. Wie też, że trzeba jeść, żeby zaspokoić głód. Jej wiedza przyczyni się również do wyborów podejmowanych przez innych bohaterów. Każdy może zgłosić się do Małej Mądrali z dowolnym problemem, a ta postać ma w zanadrzu wiele wartościowych rad. Roger Hargreaves unika jednoznaczności, stara się, żeby jego fabuła była dla dzieci przyjemna. Nie musi posługiwać się stereotypami – fantazji wystarcza mu na budowanie własnych historyjek. „Mała Mądrala: jest pod tym względem wręcz modelowym przykładem. Bohaterka bez przerwy pomaga innym, potrafi też wydobyć się z nie lada tarapatów. Autor zdaje sobie sprawę, że aby przyciągnąć uwagę najmłodszych, musi zaoferować im coś zabawnego i ciekawego, twórczego i atrakcyjnego nie tylko przy pierwszej lekturze. „Mała Mądrala” to tomik spełniający te warunki. Nawet jeśli samo określenie użyte w tytule wybrzmiewa nieco pejoratywnie, tu o krytyce postaci nie ma mowy. Mała Mądrala jest warta naśladowania, wszyscy ją cenią i szanują, ustawiają się w kolejkach po jej wskazówki. Roger Hargreaves nie poucza bezpośrednio – pokazuje natomiast, że wiedza wiąże się w pewnym sensie z autorytetem. Nie odstrasza maluchów od zdobywania wiadomości – uważa, że to się przydaje – Mała Mądrala to postać ceniona przez innych bohaterów serii, zwłaszcza że potrafi znaleźć odpowiedzi na naprawdę trudne pytania, takie, z którymi nie radzą sobie specjaliści w swoich dziedzinach.
To – jak zwykle – krótka historyjka z oryginalnie poprowadzoną postacią. „Mała Mądrala” polega na wykorzystywaniu humoru i na rozbudzaniu ciekawości odbiorców. Książeczka trafi do dzieci, które uczą się czytać jak i do tych, które jeszcze tej sztuki nie posiadły i poznają kolejnych bohaterów dzięki pomocy rodziców. Roger Hargreaves stawia tutaj na klasyczny sposób opowiadania i łączenia narracji z ilustracjami. Nie komplikuje przesadnie wyglądu bohaterów – udaje mu się natomiast nawiązać do dawnych uwielbianych przez dzieci kreskówek, w których każdy ze społeczności w czymś się wyróżniał.
Wiedza
Roger Hargreaves lubi zaskakiwać dzieci i w serii Mała Miss wykorzystuje czasami nieoczywiste skojarzenia, żeby najmłodsi otrzymali zestaw niezwykłych historyjek oraz osobowości odzwierciedlających ich samych. Bohaterki z tego cyklu – i bohaterowie z opowiastek równoległych – potykają się czasami i wpływają na swoje losy. Dzięki temu autor sprytnie i dyskretnie reklamuje obie serie, a poza tym – unika przewidywalności. Łatwo byłby śmiać się z Małej Mądrali – ale ta postać nie należy do przemądrzałych. Raczej – wie i swoją wiedzę umie wykorzystać w różnych momentach i różnych okolicznościach. Kiedy tylko dzieje się coś, co wymaga sięgnięcia po raz zdobyte wiadomości, Mała Mądrala radzi sobie idealnie. Zdarza się zresztą i tak, że jej osiągnięcia nie wiążą się z wybitnymi wyczynami: Mała Mądrala wie, że w nocy się śpi i że trzeba się obudzić zanim wstanie się z łóżka. Wie też, że trzeba jeść, żeby zaspokoić głód. Jej wiedza przyczyni się również do wyborów podejmowanych przez innych bohaterów. Każdy może zgłosić się do Małej Mądrali z dowolnym problemem, a ta postać ma w zanadrzu wiele wartościowych rad. Roger Hargreaves unika jednoznaczności, stara się, żeby jego fabuła była dla dzieci przyjemna. Nie musi posługiwać się stereotypami – fantazji wystarcza mu na budowanie własnych historyjek. „Mała Mądrala: jest pod tym względem wręcz modelowym przykładem. Bohaterka bez przerwy pomaga innym, potrafi też wydobyć się z nie lada tarapatów. Autor zdaje sobie sprawę, że aby przyciągnąć uwagę najmłodszych, musi zaoferować im coś zabawnego i ciekawego, twórczego i atrakcyjnego nie tylko przy pierwszej lekturze. „Mała Mądrala” to tomik spełniający te warunki. Nawet jeśli samo określenie użyte w tytule wybrzmiewa nieco pejoratywnie, tu o krytyce postaci nie ma mowy. Mała Mądrala jest warta naśladowania, wszyscy ją cenią i szanują, ustawiają się w kolejkach po jej wskazówki. Roger Hargreaves nie poucza bezpośrednio – pokazuje natomiast, że wiedza wiąże się w pewnym sensie z autorytetem. Nie odstrasza maluchów od zdobywania wiadomości – uważa, że to się przydaje – Mała Mądrala to postać ceniona przez innych bohaterów serii, zwłaszcza że potrafi znaleźć odpowiedzi na naprawdę trudne pytania, takie, z którymi nie radzą sobie specjaliści w swoich dziedzinach.
To – jak zwykle – krótka historyjka z oryginalnie poprowadzoną postacią. „Mała Mądrala” polega na wykorzystywaniu humoru i na rozbudzaniu ciekawości odbiorców. Książeczka trafi do dzieci, które uczą się czytać jak i do tych, które jeszcze tej sztuki nie posiadły i poznają kolejnych bohaterów dzięki pomocy rodziców. Roger Hargreaves stawia tutaj na klasyczny sposób opowiadania i łączenia narracji z ilustracjami. Nie komplikuje przesadnie wyglądu bohaterów – udaje mu się natomiast nawiązać do dawnych uwielbianych przez dzieci kreskówek, w których każdy ze społeczności w czymś się wyróżniał.
czwartek, 16 kwietnia 2020
Roger Hargreaves: Mała gimnastyczka
Egmont, Warszawa 2020.
Wygibasy
Mała Gimnastyczna spodoba się dzieciom, które rozpiera energia – i które bez przerwy szaleją, wykonują przedziwne figury i uważają, że znacznie lepiej i ciekawiej jest przeskakać drogę, zamiast ją zwyczajnie przejść. Kolejna bohaterka serii Rogera Hargreavesa zachęca do aktywności fizycznej. Sama ścieżki przemierza niemal wyłącznie gwiazdami, różnych kończyn używa do czynności pierwotnie zarezerwowanych albo dla rąk, albo dla nóg (bohaterka sama w sobie jest antropomorfizowana, chociaż według opracowania graficznego to kulka z rączkami i nóżkami, jak wszyscy w cyklu), cały czas spędza w ruchu i nigdy się nie nudzi. To postać, która jest wzorem do naśladowania dla najbardziej energicznych maluchów, a do tego przynosi sporo śmiechu – bo autor buduje ją na przesadzie i na wyobraźni absurdalnej. Maleńki tomik „Mała Gimnastyczka” jest zaledwie kroplą w olbrzymiej serii, ale przynosi dużo więcej tekstu niż niektóre licencyjne picture booki. To bardzo klasyczna opowiastka – mimo że króluje tu nonsens i podporządkowanie akcji jednemu tematowi. Roger Hargreaves dba o to, żeby dzieci miały co czytać i żeby nie nudziły się przy lekturze. Mała Gimnastyczka to bohaterka żywiołowa, może dzięki temu przyciągać uwagę. A ponieważ ma w sobie dużo z dziecka – jak zresztą każdy bohater cyklu – łatwo będzie znaleźć grupę odbiorców, którym szczególnie przypadnie do gustu.
Roger Hargreaves nie musi się zastanawiać, skąd brać pomysły do kolejnych tomików: zawsze wykorzystuje motyw, który daje się zaobserwować u części maluchów – w serii znajdą się i Mała Porządnisia, i Mała Łakomczuszka, i Mała Przylepa, i Mała Wstydnisia… za każdym razem autor sięga po coś, co jest doskonale znane dzieciom i ich rodzicom – i na bazie jednej cechy tworzy prostą kreskówkową bajeczkę. Wypuszcza swoją bohaterkę w świat, każe jej działać, rozwiązywać problemy innych, pomagać i przy okazji eksponować przydatność swojej dominującej cechy. Wszystko opiera się na prostych opisach i na poczuciu humoru – dzieje się w tomiku sporo. Chociaż jest formatowo niewielki, autor nie ogranicza tekstu: na jednej stronie prowadzi kilkuzdaniową narracje (druga strona to prosty rysunek). Takie rozwiązanie sprawdza się przy najmłodszych i przy tych, którzy sami uczą się czytać. Propozycja Hargreavesa może przydać się przed snem, ale też dla rozrywki. Autor nie moralizuje, wie, jak się pisze dla dzieci, podaje proste historyjki z puentami – co też jest istotne w dobieraniu lektur dla kilkulatków. „Mała Gimnastyczka” tym samym jawi się jako świetna propozycja dla maluchów. Rozbawi, doda energii, pozwoli na uśmiech – w zasadzie nie ma wad. Może poza taką, że jest maleńka, więc łatwo przeoczyć ją na księgarskich półkach, chociaż może w całej serii wcale tak skromnie wyglądać nie będzie.
Wygibasy
Mała Gimnastyczna spodoba się dzieciom, które rozpiera energia – i które bez przerwy szaleją, wykonują przedziwne figury i uważają, że znacznie lepiej i ciekawiej jest przeskakać drogę, zamiast ją zwyczajnie przejść. Kolejna bohaterka serii Rogera Hargreavesa zachęca do aktywności fizycznej. Sama ścieżki przemierza niemal wyłącznie gwiazdami, różnych kończyn używa do czynności pierwotnie zarezerwowanych albo dla rąk, albo dla nóg (bohaterka sama w sobie jest antropomorfizowana, chociaż według opracowania graficznego to kulka z rączkami i nóżkami, jak wszyscy w cyklu), cały czas spędza w ruchu i nigdy się nie nudzi. To postać, która jest wzorem do naśladowania dla najbardziej energicznych maluchów, a do tego przynosi sporo śmiechu – bo autor buduje ją na przesadzie i na wyobraźni absurdalnej. Maleńki tomik „Mała Gimnastyczka” jest zaledwie kroplą w olbrzymiej serii, ale przynosi dużo więcej tekstu niż niektóre licencyjne picture booki. To bardzo klasyczna opowiastka – mimo że króluje tu nonsens i podporządkowanie akcji jednemu tematowi. Roger Hargreaves dba o to, żeby dzieci miały co czytać i żeby nie nudziły się przy lekturze. Mała Gimnastyczka to bohaterka żywiołowa, może dzięki temu przyciągać uwagę. A ponieważ ma w sobie dużo z dziecka – jak zresztą każdy bohater cyklu – łatwo będzie znaleźć grupę odbiorców, którym szczególnie przypadnie do gustu.
Roger Hargreaves nie musi się zastanawiać, skąd brać pomysły do kolejnych tomików: zawsze wykorzystuje motyw, który daje się zaobserwować u części maluchów – w serii znajdą się i Mała Porządnisia, i Mała Łakomczuszka, i Mała Przylepa, i Mała Wstydnisia… za każdym razem autor sięga po coś, co jest doskonale znane dzieciom i ich rodzicom – i na bazie jednej cechy tworzy prostą kreskówkową bajeczkę. Wypuszcza swoją bohaterkę w świat, każe jej działać, rozwiązywać problemy innych, pomagać i przy okazji eksponować przydatność swojej dominującej cechy. Wszystko opiera się na prostych opisach i na poczuciu humoru – dzieje się w tomiku sporo. Chociaż jest formatowo niewielki, autor nie ogranicza tekstu: na jednej stronie prowadzi kilkuzdaniową narracje (druga strona to prosty rysunek). Takie rozwiązanie sprawdza się przy najmłodszych i przy tych, którzy sami uczą się czytać. Propozycja Hargreavesa może przydać się przed snem, ale też dla rozrywki. Autor nie moralizuje, wie, jak się pisze dla dzieci, podaje proste historyjki z puentami – co też jest istotne w dobieraniu lektur dla kilkulatków. „Mała Gimnastyczka” tym samym jawi się jako świetna propozycja dla maluchów. Rozbawi, doda energii, pozwoli na uśmiech – w zasadzie nie ma wad. Może poza taką, że jest maleńka, więc łatwo przeoczyć ją na księgarskich półkach, chociaż może w całej serii wcale tak skromnie wyglądać nie będzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






